Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nikodem

Zamieszcza historie od: 30 marca 2016 - 15:55
Ostatnio: 3 października 2019 - 22:12
  • Historii na głównej: 17 z 25
  • Punktów za historie: 4180
  • Komentarzy: 68
  • Punktów za komentarze: 284
 

#85232

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o beztrosce i nieodpowiedzialności graniczącymi z głupotą.

Rodzina ze strony ojca ma predyspozycje do cukrzycy i nadciśnienia. Dotyczy to tak mojego taty, jak i jego brata.

Dopóki nie dzieje się nic poważniejszego, człowiek przymyka oko na te problemy. W przypadku mojego taty przymykanie oczu skończyło się na rozległych, nie gojących się miesiącami oparzeniach, których po prostu nie poczuł. Lekarze stwierdzili, że to jeden ze skutków cukrzycy. Od tamtego czasu zmieniła się dieta (chleb żytni w miejsce białego i generalnie eliminacja wszystkich produktów podnoszących cukier), zaczęły się regularne pomiary cukru i branie leków. Dodatkowo diety pilnuje mama. W efekcie poziom cukru we krwi jest trzymany w ryzach, na bezpiecznym poziomie, jedynie okazjonalnie skacze ponad normę (zazwyczaj w przypadku świąt).

Wujek miał podobną historię problemów: przebyty zawał oraz kilka pobytów w szpitalu spowodowanych cukrem przekraczającym normę kilkukrotnie! Lekarze mieli problem ze zbiciem poziomu glukozy. Czy wyciągnął z tego wnioski? Gdzie tam. Po każdej wizycie w szpitalu na kilka dni przerzucał się na chleb żytni, potem wracał do białego. Na nasze pytania, dlaczego tak robi, zgodnie z żoną twierdził, że taki bardziej im smakuje. Na tłusty czwartek usmażonych zostało 100 (!) pączków. Zniknęły w 3 dni. Normą było zjedzenie na obiad 20 pierogów ruskich. Na nasze delikatne sugestie, by nieco zmienić nawyki żywieniowe jego dzieci odpowiadały, że jakby im ktoś zakazywał jeść, to by nie dały rady. Cukier nie jest sprawdzany regularnie, zgodnie z zasadą: jak nie widzę, to nie mam czym się martwić. Leków również nie bierze regularnie. Taki styl życia oczywiście odbija się na zdrowiu. Wujek pomimo niecałych 60 lat nie jest w stanie pójść na krótki spacer, tak bolą go nogi. Na sugestię by pójść do lekarza, odpowiada, że jak nie chodzi to go nie bolą.

Podsumowując wujek wykańcza siebie przy całkowitej aprobacie rodziny. Tylko, że jeśli zejdzie z tego świata w ciągu kilku najbliższych lat, a najbliżsi będą zawodzić "Dlaczego Bóg zabrał go nam tak wcześnie?", to przysięgam, że parsknę śmiechem.

zdrowie

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (110)

#85331

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeprowadziłem się do Niemiec. Na początku spotkało mnie kilka mniej lub bardziej piekielnych absurdów, ale dzisiaj chciałbym napisać o czymś, co jest aż zabawne w swojej nadmiernej złożoności.

W budynku, w którym mieszkam jest pralnia. Pranie kosztuje 2,5 €. Wydawałoby się, że wystarczy wrzucić pieniążki, ewentualnie przyłożyć kartę i można prać. Skądże znowu! Aby uzyskać dostęp do pralki, należy odprawić ceremonię.

Ceremonia składa się z następujących punktów:
1. Przygotuj dwie koperty.
2. Kopertę nr 1 podpisz imieniem, nazwiskiem i numerem mieszkania. Włóż do środka pieniądze, zaklej.
3. Kopertę nr 2 podpisz imieniem, nazwiskiem oraz numerem mieszkania.
4. Wrzuć obydwie koperty do kanciapy dozorcy.
5. Poczekaj do dwóch dni.
6. Wyjmij ze swojej skrzynki na listy żetony do pralki.

Obecnie jestem na punkcie piątym. Jak pisałem, nie jest to może piekielne, ale stopień skomplikowania i czas oczekiwania są absurdalne jak na zwykłe pranie.

zagranica

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (131)

#85191

(PW) ·
| Do ulubionych
Poprzednia historia z MPSH (Mój Poj*bany Szef Hindus) się przyjęła (https://piekielni.pl/85119), więc czas na kolejną.

Poprzednio wspomniałem, że MPSH paranoicznie nas kontrolował, a gdy dołączyć do tego kolejną jego cechę - sknerstwo - otrzyma się bodaj największą (obiektywnie) piekielność.

Sknerstwo MPSH objawiało się na wiele sposobów, o których w przyszłości może wspomnę, jednak najbardziej z tego powodu cierpiały jego dzieci.

Polityka w większości szkół/przedszkoli w kraju mojego pobytu była prosta - jeśli dziecko jest chore, ma być bezwzględnie zabrane przez rodzica. Podejście bardzo słuszne. W przypadku MPSH kończyło się to przyprowadzaniem dziecka do laboratorium. Dlaczego? Po pierwsze, jak już wspomniałem, pracowników należy kontrolować, więc pracę można opuścić tylko w ekstremalnych sytuacjach (nie, choroba dziecka nie jest ekstremalną sytuacją), po drugie szkoda kasy na nianię. MPSH twierdził, że nianie są zbyt drogie, a jednocześnie chwalił się tym, że ma w kraju trzy czy cztery domy, które wynajmował, ciężko więc mi było kupić argument o kosztach opieki.

Wyobraźcie sobie, jak to wyglądało: po labie biologicznym kręcił się zasmarkany kilkulatek, który mógł zrobić krzywdę sobie, albo i coś zniszczyć, nie wspominając już o tym, że wszędzie rozsiewał zarazki, które mogły zarazić nas lub hodowle albo zepsuć eksperymenty. W najgorszej sytuacji, jakiej byłem świadkiem, dzieciak z wysoką gorączką leżał owinięty kocem na podłodze w gabinecie MPSH i pojękiwał przez sen. A wszystko to w imię oszczędności i kontrolowania pracowników.

Ojciec roku (a raczej rodzice roku, bo żona MPSH wyznawała identyczną zasadę).

zagranica rodzice roku.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (141)

#85119

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnie dwa lata spędziłem w zagranicznym ośrodku naukowym. Przygodę w tamtym miejscu mam już na szczęście za sobą, za to wróciłem z całym naręczem piekielnych historii, które w 99% dotyczą mojego szefa (zwany dalej MPSH - Mój Poj*bany Szef Hindus). Wstawię jedną na próbę, zobaczymy, czy się przyjmą.

Gwoli wyjaśnienia: podejrzewam, że większość piekielności szefa nie wynikała z, powiedzmy, wrodzonego popieprzenia, a raczej ze specyficznej kultury, ponieważ podobne cechy oraz stosunek do pracy wykazywali inni Hindusi, których spotkałem na swojej drodze.

Pierwszą, bodaj najbardziej irytującą mnie piekielnością był totalny brak zaufania do pracownika i wynikające z tego kłamstwa. Co istotne, ten brak zaufania nie zmieniał się z czasem, był tak samo silny na początku mojej pracy, jak i na jej końcu.

Otóż MPSH był święcie przekonany, że jak nie patrzy, to pracownicy nie pracują. Zazwyczaj wiązało się to z ciągłym kontrolowaniem każdego naszego kroku i mikromanagementem, co samo w sobie było irytujące i męczące (bo jak spokojnie planować i wykonywać eksperymenty, jeśli cały czas czuje się oddech szefa na karku?), jednak najzabawniejsze (a czasem i najbardziej irytujące) były kłamstwa.

Specyfika pracy kierownika grupy badawczej wymaga ciągłych wyjazdów, a to na konferencje, a to by udzielić gościnnych wykładów, etc. - ale to oznacza, że nie będzie go w laboratorium, a więc pracownicy nie będą pracować! Wyjście jest jedno: skłamać. Tak więc ilekroć MPSH miało nie być, wymyślał na poczekaniu jakieś kłamstewko. Oczywiście wewnątrz zespołu niemal natychmiast go rozgryźliśmy i stworzyliśmy słownik terminów:

"Wrócę za godzinę." - "Nie będzie mnie do końca dnia."
"Przyjdę po południu." - "Nie będzie mnie cały dzień."
"Wyjeżdżam (np.) w środę" - "Nie będzie mnie też we wtorek."
"Wyjeżdżam na tydzień" - "Tak naprawdę to wyjeżdżam na dwa."

Sprawdzało się to w 99% przypadków. Ciężko powiedzieć, czy te kłamstwa weszły MPSH w krew, czy może cały czas był przekonany, że mu wierzymy. Na pierwszy rzut oka wygląda to mało piekielnie, jednak nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim zachowaniem, a wręcz trudno mi było uwierzyć, że tak można się zachowywać. Rzutowało to na mój szacunek do MPSH (bo jak można szanować kogoś, kto zachowuje się jak dziecko).

Szczytem tej formy piekielności MPSH była sytuacja, gdy miałem zaplanowany eksperyment (na piątek), do którego potrzebowałem specyfików, które mógł mi wydać tylko MPSH i tylko tuż przed użyciem, a MPSH wyjechał bez słowa w środę rano i nie było go przez tydzień. Nadmienię, że MPSH był w pełni świadom moich zamiarów, ponieważ eksperyment wymagał z mojej strony długich przygotowań i dogadywania się z wieloma ludźmi jednocześnie. Ale priorytetem było, by pracownik nie wiedział, że MPSH wyjeżdża.

Koniec końców udało mi się uzbierać wystarczającą ilość specyfików z resztek w labie (totalnie olewanie regulaminów to temat na inną historię), ale co się naprzeklinałem, to moje.

zagranica

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (193)

#76913

(PW) ·
| Do ulubionych
O idiotach drogowych.

Najpierw krótki opis miejsca akcji: wąska, dwukierunkowa uliczka z torami tramwajowymi, które nie mają własnego "pasa ruchu" odrębnego od samochodowego. Uliczka kończy się rondem. Jak nietrudno się domyślić, w takich warunkach bardzo łatwo o korek, który (ze względu na ulokowaniu uliczki na mapie drogowej) mógłby sparaliżować ruch w centrum miasta. Jeszcze łatwiej, gdy trafi się jakiś idiota.

Pewnej paniusi baaaaardzo się spieszyło załatwić swoje sprawy, a że wszystkie miejsca parkingowe w promieniu dziesięciu-dwudziestu metrów były zajęte, zwyczajnie wysiadła z samochodu na samym środku uliczki i gdzieś pobiegła. Samochody, jakoś jej samochód objeżdżały, ale wkrótce podjechał tramwaj, który już takiego manewru wykonać nie mógł. I stał tak najpierw 5, potem 10 minut, lada chwila miały podjechać kolejne tramwaje i pewnie albo doszłoby do tego paraliżu, albo zostałaby wezwana straż miejska, ale na szczęście paniusia zdążyła wrócić i szybko odjechać.

Niby ostatecznie nic się nie stało, ale gdzie tacy ludzie mają rozum?

janusze drogowi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (250)

#76672

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o problemach z komunikacją.

W wakacje w zeszłym roku od współlokatora (jak to studenci, wynajmujemy mieszkanie), że przyszedł do nas sąsiad z piętra niżej w asyście wkurzonej pani z administracji, która oznajmiła:

- Od dwóch miesięcy zalewacie mieszkanie poniżej, wyłączam wam wodę i macie natychmiast to naprawić. Już raz została wam odłączona, ale najwyraźniej to nie pomogło.

Napomknęła też coś o konsekwencjach. Winny okazał się prysznic, a raczej nieistniejąca uszczelka od brodzika. Szybko poinformowałem osobę odpowiadającą za mieszkanie. Następnego dnia przyszedł pan złota rączka i zasylikonował krawędzie brodzika. Problem natychmiast zniknął.

Teraz gdzie piekielność. Dowiedzieliśmy się, że zalewaliśmy sąsiada od dwóch miesięcy. Przez ten czas nie mieliśmy o tym bladego pojęcia, nikt się z nami nie skontaktował. Ponoć sąsiad próbował, ale ciężko mi uwierzyć, że przez cały ten czas ani razu nie udało mu się trafić na nas w mieszkaniu. Tym bardziej, że takie zacieki pojawiały się wtedy, kiedy ktoś wodę lał, a więc łatwo było wywnioskować, że wtedy ktoś mieszkaniu jest. Prysznic był używany i rano, i wieczorem, a czasem i w środku dnia, więc przy odrobinie chęci natrafienie na któregoś z nas nie powinno być problematyczne.

Druga rzecz, to odłączenie wody, o którym wspominała pani z administracji. Przez kilka dni miałem szczery ubaw, no bo przecież nikt u nas wody nie odłączył, więc pewnie zrobili to komuś innemu. A potem przyszło olśnienie. Faktycznie, gdy przyjechałem po którymś weekendzie do mieszkania, zorientowałem się, że w łazience nie ma wody. Zawory są zlokalizowane na zewnątrz w skrzyneczkach, do których praktycznie każdy ma dostęp. "Ktoś" po prostu przekręcił zawór. Pomyślałem, że zrobił to z jakiegoś powodu współlokator, który gdzieś wyjechał, więc zwyczajnie odkręciłem i o sprawie zapomniałem. Nikt przy tej okazji nie zostawił kartki, czy choćby listu w skrzynce o istniejącym problemie, tylko zwyczajnie wodę zakręcił. I domyśl się tu człowieku, że zakręcony zawór oznacza reprymendę ze strony administracji.

My, na szczęście, problemów nie mieliśmy, ale ktoś zapewnił sobie grzyba na ścianie i pewne malowanie łazienki (a może i więcej).

życie w mrówkowcu

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 250 (262)

#76431

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z zeszłorocznego Sylwestra, w której to ja i rodzice byliśmy niezamierzenie piekielni wobec siostry i brata.

Jak to w Sylwestra ludzie idą się bawić w towarzystwie. Tak też uczyniło moje rodzeństwo. Ja oraz rodzice nie mieliśmy żadnych planów, więc postanowiliśmy świętować we własnym małym gronie. Z tego względu rodzeństwo nie wzięło ze sobą kluczy do domu (albo zapomnieli przez gapiostwo, już nie pamiętam).

W trakcie oczekiwania na Nowy Rok, jak to zwykle bywa, to i owo z rodzicami wypiłem. Nie do nieprzytomności, ale w głowie trochę szumiało. Wybiła północ, pooglądaliśmy fajerwerki, życzyliśmy sobie wszystkiego najlepszego i poszliśmy spać. Resztę historii znam z relacji brata i siostry.

Jeśli ktoś pamięta, w zeszłym roku prawdziwa zima przyszła tuż po świętach i w Sylwestra nocą panował ponad dziesięciostopniowy mróz. Brat i siostra swoje imprezy skończyli mniej więcej w tym samym czasie i już o trzeciej stali pod domem. No właśnie - stali.

Mieli przykazane, by po powrocie dzwonić do mnie, żebym ich wpuścił do domu. Tak też zrobili, jednak pojawił się problem - wyciszyłem telefon i za diabła nie słyszałem wibracji. Z przyzwyczajenia mam telefon wyciszony i zwyczajnie zapomniałem przed snem zmienić ustawienia. Normalnie nie jest to problem, bo telefon kładę tuż przy łóżku, a sen mam na tyle płytki, że byle dźwięk mnie budzi. Tym razem tak nie było. W związku z tym, rodzeństwo zaczęło dzwonić do rodziców. Pomimo tego, że rodziców telefony nie były wyciszone i tak spali jak zabici.

W tym momencie brat i siostra zaczęli się stresować. Opcji mieli niewiele, więc na przemian używali domofonu (a jego dźwięk jest bardzo głośny) i próbowali się dodzwonić. Nic nie pomagało. Po dwudziestu minutach na mrozie, w akcie desperacji brat przelazł przez ogrodzenie (rozrywając sobie przy tym kurtkę) i próbował dobijał się do drzwi (dzwonek przy drzwiach jest nawet głośniejszy niż od domofonu). Nic to nie pomagało. Siostrze udało się dobudzić dziadków (którzy, jeśli ktoś pamięta jedną z moich poprzednich historii, są naszymi sąsiadami), więc przynajmniej widmo zamarznięcia na śmierć zostało oddalone.

W końcu po około 40 minutach wydzwaniania wszelkimi metodami - udało się, drzwi zostały otworzone. Co ironiczne - przez niemal całkowicie głuchą babcię, która rok rocznie spędza zimę u nas.

Następnego dnia mnie i rodziców męczył kac moralny - czterdzieści minut pisków porównywalnych z zarzynaniem kota, a myśmy spali snem sprawiedliwych.

Sylwester

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (260)

#76446

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia przedszkolna.

Stwierdzenie, że każde dziecko jest inne, to raczej truizm. Kto jak kto, ale przedszkolanki powinny to rozumieć i akceptować pewną dozę indywidualnych przyzwyczajeń u podopiecznych. Problem pojawia się, gdy nie rozumieją.

Ja o tyle odstawałem od reszty rówieśników, że nie miałem w zwyczaju drzemać w trakcie dnia, tylko byłem na chodzie od rana do wieczora. A w przedszkolu były obowiązkowe 45-minutowe drzemki w południe. I panie przedszkolanki miały ze mną problem, bo albo nie chciałem zasypiać, albo jak już zasnąłem, to spałem kilka godzin. Pół biedy, gdyby przyjęły do wiadomości, że taki już mój urok i dały mi spokój, zamiast tego zaczęły podejrzewać niestworzone rzeczy i swoimi obawami podzieliły się z moją rodzicielką:
- Czy Nikodem bierze jakieś leki? - zapytały pewnego razu.
- Co? Nie bierze żadnych leków, skąd taki pomysł? - odparła zdziwiona rodzicielka.
- Bo nie zachowuje się normalnie.
- Słucham?
- A tak. Bo wszystkie dzieci w połowie dnia mają drzemkę, a Nikodem albo nie zasypia, albo nie można go dobudzić.
- Mówiłam już pani, że mój syn nie śpi w środku dnia, a jak już zaśnie, to proszę się nie dziwić, że nie chce wstawać.
- Proszę pani, WSZYSTKIE dzieci drzemią w ciągu dnia.

Na takie dictum moja mama się poddała. Krótko potem zostałem zabrany z przedszkola i już do niego nie wróciłem.

Przedszkole

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (225)

#75882

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed kilku miesięcy.

Pewna dziewczyna miała problem zdrowotny, nieważne jaki, dość, że do jego zwalczenia potrzebna była przede wszystkim silna wola, ale mogło się okazać, że w grę wchodzą jeszcze zaburzenia hormonalne. Dziewczyna przez lata była zachęcana przez ciotkę-lekarkę do przyjazdu do stolicy województwa na wykonanie kompletu badań, dzięki którym można by było ustalić przyczynę zaburzeń i dobrać terapię. Dziewczyna była też do tego zachęcana przez matkę (która, co ważne dla historii, jest pielęgniarką). Trwało to tak długo, ponieważ na przemian uważała, że problem nie istnieje, albo że sama sobie z nim poradzi. W końcu jednak poszła po rozum do głowy i pojechała w odwiedziny do ciotki.
Tam zrobili jej komplet badań, dobrali leki, wszystko poszło dobrze.

Gdzie piekielność? Po powrocie do domu, matka przejrzała receptę na leki i stwierdziła, że tego i tamtego leku dziewczyna brać nie będzie i już. Ponieważ "mama wie najlepiej", dziewczyna się z nią zgodziła i leków nie wykupiła. Ciotka wściekła (w końcu latami prosiła, zachęcała tylko po to, by usłyszeć że jej wysiłek poszedł na marne), a problem zdrowotny jak był tak pozostał.

rodzina

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (201)

#75791

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów szkolnych, o piekielnej nauczycielce.

Gwoli wyjaśnienia: mam troje młodszego rodzeństwa. Każde z nas w czasach podstawówki dobrze się uczyło: były stypendia naukowe, konkursy (nigdy jakieś wygrane, ale zawsze wysokie miejsca). W domu nigdy nie było biedy. Historia dotyczy brata.

Tak się złożyło, że po przeprowadzce i moim przejściu do gimnazjum, jeden z braci byłby ostatnim dzieckiem chodzącym do dość odległej od nowego domu podstawówki, dlatego gdy skończył 3 klasę, został przeniesiony do innej, bliższej domu. Tam jego wychowawczynią została piekielna matematyczka.

Historii z nią związanych było naprawdę wiele, szczególnie w pamięci wyryły mi się dwie.

Pewnego razu brat pochwalił się przy niej, że dostałem stypendium naukowe (głupotka, jednorazowo kilkadziesiąt złotych za średnią, ale dziecko to cieszy). Jej odpowiedź:
- Nieprawda. Nie dostał stypendium naukowego, tylko socjalne, bo was jest dużo i jesteście biedną rodziną.

Brat załamany. Piekielnica zmieniła zdanie o naszym statusie materialnym dopiero gdy zobaczyła, że nasza mama chodzi do tego samego fryzjera co ona.

Brat w 4 klasie chciał wziąć udział w Kangurze matematycznym (dla niezaznajomionych: Kangur jest międzynarodowym konkursem dla dzieciaków z różnych przedziałów wiekowych. Wystarczyło wpłacić drobne wpisowe). W 3 klasie miał bardzo dobry wynik, więc istniała szansa, że tym razem napisze jeszcze lepiej (klasy 3 i 4 miały te same zadania). Odpowiedź piekielnicy:
- Nie pozwolę ci iść na Kangura, bo w nim mogą brać udział tylko zdolni uczniowie, a ty do nich się nie zaliczasz.

Efekt tego "wychowawstwa"? Brat totalnie zniechęcił się do szkoły i już nigdy nie zależało mu na tym, by w jakikolwiek sposób się wybić.

piekielna nauczycielka.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (259)