Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ObserwatorObywatel

Zamieszcza historie od: 20 listopada 2011 - 22:50
Ostatnio: 22 czerwca 2019 - 8:42
  • Historii na głównej: 6 z 6
  • Punktów za historie: 1699
  • Komentarzy: 138
  • Punktów za komentarze: 517
 

#83902

(PW) ·
| Do ulubionych
Poniższa historia nie dotyczy mnie, tylko mego dość dobrego znajomego oraz tego, jak on próbował rozpocząć studia.

Kilka słów o Nim. Urodził się i mieszkał zagranicą, jednak w Polskiej rodzinie, wychowany zgodnie z kulturą polską, więc nie miał większego problemu z aklimatyzacją. Państwo w którym urodził się nie jest w UE. Po maturze postanowił dalej kształcić się w Polsce. Doskonale znał język polski, choć mówił z dość wyczuwalnym akcentem, radził sobie dobrze, choć miał problemy z terminologią. Pasował idealnie do braci studenckiej, imprezował, wagarował, uczył się, jak każdy inny. Po 3 latach studiów miał już polskie obywatelstwo, akcent obcy zanikł, znalazł pracę (mówił, że musi na piwo zarobić). Jednak świadectwo maturalne i suplement miał zagraniczne z dołączonym przysięgłym tłumaczeniem, dowód osobisty z wpisaną zagraniczną miejscowością jako miejsce urodzenia, natomiast rubrykę "adres zameldowania" miał pustą.

Po obronię pracy licencjackiej postanowił zmienić całkowicie kierunek edukacji, rozpoczynając zupełnie inne studia na innej uczelni. Nie chciał się przeprowadzać do innego miasta, złożył papiery do lokalnej uczelni, tej renomowanej. Uniwersytet w Mieście Wojewódzkim, dotyczy jego mniejszej filii w Dawnym Mieście Wojewódzkim i tam składał papiery.

Dalej historia właściwa, ustami kolegi:

Uzupełniłem wszystkie wymagane dane w Internetowym Systemie Rekrutacji Kandydatów, dołączyłem skany dokumentów, zdjęcie, myślę spoko, czekam potwierdzenie o przyjęciu. Nie tak szybko. Dzwoni do mnie ktoś z dziekanatu i prosi bym stawił się z dokumentami. Biorę oryginały świadectwa, suplementu, zaświadczenie o nostryfikacji, idę. Na miejscu starsza pani kseruje dokumenty, prosi dowód osobisty, też go kseruje. Się pytam po co - ona musi. Mówi mi że muszą moje dokumenty wysłać do głównej siedziby bo oni tu na miejscu nie mają specjalistów decydujących. Spoko, mus to mus. Daje mi do podpisu oświadczenie o gotowości pokrycia kosztów edukacji. Chwila, że co? Przecież uczelnia publiczna, edukacja za free? Babeczka potwierdza, ale mówi że jest za free dla obywateli polskich, obcokrajowcy płacą i muszę to oświadczenie wypełnić. Nie no, ja obcokrajowcem bynajmniej nie jestem od kilku miesięcy, odmawiam podpisania. Pani prosi bym przeszedł się z Nią do obsługi administracyjnej uczelni.


Po drodze mówi mi że jest zdziwiona dość niskim odzewem, bo dawali reklamę w gazetę, internet, promowali po szkołach w moich stronach. Mówię, że widziałem ulotki w autobusach i na przystankach, ale nie przez ulotkę do nich trafiłem. Ale nie, babce chodziło o miasto gdzie urodziłem się. Skąd mam wiedzieć co się tam dzieje, jak to już dawno nie są moje strony.

W obsłudze siedzą ze 3 kobitki, zaczynają oglądać mój dowód, mówią że to wygląda jak dowód osobisty ale pewne nie są. Wpadły na pomysł zadzwonienia do Basi z centrali, bo ona została przeszkolona z wszelkich kart identyfikacyjnych i zagranicznych dokumentów tożsamości. Bez sensu, wg mnie, ale dzwonią.


Opowiadają jej co wyżej, volume telefonu na maksa, wszystko słyszę doskonale. Basia nie wieży, babeczki mierzą linijką wymiary dowodu osobistego, mówią co jest napisane w którym miejscu, podają długość napisów. Basia nie wieży, twierdzi że to niemożliwe. Pytam się kim jest, że podważa wiarygodność polskiego dokumentu tożsamości. Ale Basia nie wierzy że mam polskie obywatelstwo! Mówię, że nie w Basi kompetencjach podważać Decyzję Prezydenta RP, ani Decyzji Szefa Biura Obywatelstw i Prawa Łaski. Mówi mi, że to jest PAŃSTWOWY UNIWERSYTET, a nie jakaś byle jaka szkoła wyższa! Mowie że PWSZ też jest państwowy, a poziom edukacji na licencjacie jest porównywalny, bo chyba nie twierdzi że ci sami wykładowcy gorzej uczą na PWSZ a na uniwerku lepiej. No wie pan co! Nie wiem.

Napisałem skargę do Rektora. Ta pierwsza babeczka jak mnie odprowadzała, to coś mówiła, że pewnie będzie negatywnie rozpatrzona i mam się szykować na opłatę z góry za pierwszy semestr. Kur... Jak grochem o ścianę.

Po dwóch tygodniach dzwonili do niego, że skarga została rozpatrzona pozytywnie, dokumenty są ok i zapraszają go w październiku na zajęcia. Podziękował im. Dzwonili jeszcze kilka razy październiku i listopadzie, czy się nie namyślił. Nie namyślił.

Dwa lata później oddział uniwerku zamknięto, budynki przejęła miejscowa PWSZ.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (188)
Z cyklu anonimowy donos.
Jak to można komuś "umilić" życie, co się będą nudzić.

Będzie długo, kto nie chce czytać, w skrócie tutaj: https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/skuteczna-interwencja-ordo-iuris-w-obronie-autonomii-rodziny

Czerwiec 2018 - wysłany e-mail z donosem.
E-mail wysłano na skrzynkę mailową sekretariatu miejscowego Sądu Rejonowego. Z treści donosu wynika, że w kilkunastometrowym mieszkaniu mieszka 6 małych dzieci. Od rana do nocy dzieci przez nikogo niepilnowane, wychudzone, brudne, biegają po podwórku, wyglądają na zaniedbanych. Matka dzieci chyba jest w ciąży, nie ogarnia dziatwy, a ojciec pracuje w Niemczech. Autor donosu wzywa o skontrolowanie na co idą środki z 500+ oraz sprawdzenie sytuacji rodzinnej dzieci. Podpisuje się jako "Anonimowa sąsiadka".

Końcówka czerwca 2018. Sobota, ósma z minutami.

Kurator sądowy wchodzi na wywiad. Zostaje wpuszczony, w rodzinie ożywienie. Ojciec dzieci zostaje obudzony. Po szybkiej wizycie w łazience dołącza do rozmowy kuratora z rodziną. Kurator ustala personalia zamieszkujących, notuje kto kim jest, czym się zajmuje. Ojciec dzieci mu przerywa, legitymuje, pyta o powód i podstawę wizyty. Został poinformowany, że kurator działa na zlecenie sądu (podał pełną nazwę, adres, sędziego prowadzącego), wpłynął donos, do wglądu w sądzie, on musi zweryfikować, takie prawo. Dobra, notuj pan, skoro musisz.

Wywiad kuratora: Ojciec pracuje w biurze zarządu jednej ze spółek Skarbu Państwa, tuż po pracy odbiera córkę z przedszkola, zakupy i do domu, brak nałogów. Długo śpi w sobotę? No ma prawo, w tygodniu o 5:30 wstaje. Matka dzieci na rencie, zajmuje się dziećmi, domem, bez nałogów. Skrócę o córkach. Trójka dziewczynek chodzi do pobliskiej szkoły. Jedna ma talent do sportu, udział w zawodach, puchary, medale, ogółem liga wojewódzka, a i na świadectwie za 5 klasę podstawówki jedna czwóreczka tylko. Druga w nogę grywa, z pływania niezła, olimpiady z matmy wygrane, same piątki w świadectwie za 3 klasę. Trzecia pokazuje dyplom za pierwsze miejsce na międzynarodowym konkursie prac plastycznych. Szereg innych nagród, dyplomów i wyróżnień za wygrane prace plastyczne, niezłe świadectwo za pierwszą klasę. Czwarta pokazuje lalkę. Wstydzi się, jak to pięciolatka. Pod czas wywiadu mniejsze dzieci tulą się do rodziców, wszyscy ochoczo odpowiadają na pytania, chwalą się o osiągnięciach w nauce.

Zaraz. Miało być 6 dzieci, a jest 4? To siódmego też nie będzie? Hehe, dobry żart. No nie, nie będzie.
Kurator sprawdza te 2 pokoje, fakt niecałe 50 m2 mieszkanie, meble skromne (jak stwierdził), ale każde ma gdzie spać, itd. Pyta o plany na wakacje. Jedna na miesiąc do ośrodka treningowego z drużyną jedzie, druga do ośrodka wypoczynkowego z basenami itp. A cała rodzina na dwa tygodnie wybiera się na drugi kraniec Polski. Obok bloku mają działkę z altaną na pobliskim ROD, gdzie spędzają ciepłe popołudnia i weekendy. Lubią zwiedzać dalsze i bliższe miasteczka, i to własnym samochodem. Wszystko kupione zanim weszło 500+.

Wychudzone dzieci.
My takie jesteśmy! Ileż można jeść! Dziecko, żebra Ci widać. Taka jestem i już. Poirytowana otwiera lodówkę, zapasów tyle, że zakaz handlu na tydzień na tej rodzinie nie robi żadnego wrażenia. Dobrze to tyle, ja nieprawidłowości nie widzę - kurator wychodzi. Wywiad zajął mu z godzinę.

Środek lipca 2018. Wezwanie rodziców na rozprawę, ograniczenie obojgu rodziców władzy rodzicielskiej. Termin - koniec sierpnia.

Tutaj zostaje poproszona o pomoc prawną pewna fundacja. Wgląd do akt, ustanowienie pełnomocnika.

Raport kuratora. Kuchnia zaniedbana, ogólny bałagan. Kurator pomija miejsce pracy ojca dzieci oraz sam fakt, że pracuje. Ustala na wywiadzie z sąsiadami, że dzieci stukają po kaloryferach na klatce, rurach prowadzących do mieszkań. Uszkodziły karoserie samochodu na parkingu pod blokiem. Przebywają całymi dniami na podwórku. Zalecenie - ograniczenie władzy rodzicielskiej.

Dołączenie opinii z przedszkola do akt. Cała 4-ka chodziła do tego samego, super dzieci, otwarte, pomocne itd., rodzice w różnych okresach w radzie rodziców grupy czy przedszkola, brak jakichkolwiek zaniedbań.

Powołanie na świadka obrony pracownika spółdzielni, czyli opiekuna bloku. Zeznaje, że nie da się stukać po kaloryferach - nie ma ich po prostu na klatce. Tak samo żadnych rur do mieszkań na klatce też nie ma - biegną w zupełnie innym miejscu. Nie potwierdza też uszkodzenia lakieru w aucie przez dzieci pozwanych. Teren wokół bloku wraz z parkingiem monitorowany, policja szybko ustaliła sprawców, ale to nie "TE" dzieci. Blok ma kilkanaście klatek, od świtu do zmierzchu są dzieci na podwórku. Od ledwo chodzących szkrabów po nastoletnie, także dzwonić domofonem "dla jaj" może każde, o ile tylko ma jak. Problem jest nagminny, dotyczy wszystkich klatek i wszystkich bloków spółdzielni, nie tylko tego.

Koniec sierpnia 2018. Prawomocny wyrok - zachowanie władzy rodzicielskiej.

Kurator w sprawozdaniu mylił nazwiska, imiona, fakty. Sporo błędów w dokumentacji. Sędzia tłumaczy, że takie prawo, przeprasza za kuratora, ale ze względu na nieścisłości w raporcie kuratora zechciała osobiście porozmawiać z rodzicami, dlatego zarządziła wszczęcie postępowania. No dobra, muszą zweryfikować. Ale od razu sprawa o ograniczenie? Naprawdę nie ma innych sposobów weryfikacji, tylko oskarżenie człowieka, a ten jak może, to niech się broni?

Panie w sekretariacie w swoim żywiole.
- Hałyna, teczka nr xxx Nazwisko, ograniczenie władzy, dzie może być?! - przy pełnym sekretariacie drze się grażyna. - A ma pan zgode sondu na fotokopie akt? Długo pan bedzie czytał, bo ja do wc muszem.

Jeden ma zrobić wywiad. Obiektywny, odzwierciedlający rzeczywisty stan. Tymczasem robi to na odwal się. Nie za to mu płacą.
Drugiemu coś się w papierach nie podoba, to korzysta z władzy, pomimo że może zlecić choćby uzupełnienie raportu, czy jakakolwiek inna, a przede wszystkim szybsza metoda weryfikacji. Nie, lepiej od razu rozprawę.
Trzeci w ogóle ma w poważaniu petenta, żyje w swoim świecie, zapominając kto mu płaci.

Powinni zacząć ponosić konsekwencję swoich decyzji. A oni podwyżkę chcą, strajki urządzają...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (263)
Odnośnie historii o zgubionym dowodzie rejestracyjnym i jak go odnowić.

Uciążliwa ta procedura może być, jednak bezpieczne w sumie. Można by było scentralizować bazy danych z późniejszą możliwością załatwienia wszystkiego przy jednym Urzędzie, tam, gdzie się akurat jest. Ale o czym ja tu marzę...

Spółka Skarbu Państwa, wchodząca w skład państwowej Grupy. Z "Góry" chcą wysłać pismo, dzwoni Pani, mówi że ma pismo, może wysłać faksem albo telegrafem. No dobra, ściemniam z tym telegrafem, ale w przepisach aktualnych na 2018 rok znalazłem zapis, zezwalający na przekazanie pism telegrafem, ostatnie zmiany z 2015 roku, a dokument z 2001 roku. Wracajmy do Pani z Centrali :)

Odebrać faks... kurde, ze 2 lata temu taki złom to jeszcze zajmował mi połowę biurka, ale pozbyłem się tego. Drukarka (nowa, Lexmark) to może i ma taką funkcję (jasne że nie ma xD), ale kto by tam kabla ciągnął, bym mógł raz na 2 lata faks odebrać. Mówię "Pani z Centrali" by mi, jak człowiek, skan wysłała. A gdzie tam, no co pan, jak to tak skanem urzędowe pismo!!! Jak można faksu nie mieć! Wysłała pocztą, odpowiedź dostała mailem, domagała się oficjalnego pisma-odpowiedzi. Dostała, mailem skan. Nie uznała, znaczy się poczty nie sprawdzała albo zignorowała. Posłałem raz jeszcze, zachowując ciągłość korespondencji i dałem "DW" swego szefa, Jej szefa, dołączyłem też zalecenie "Góry" o oszczędzaniu papieru i kosztów wysyłki oraz prośbę załatwiania spraw wewnętrznych mailowo + skan.
"Oni tam, a my tu!"... skanem, mailem... Kuźwa! Telegraf, faks - to jest to!

EDIT: Jak w każdej większej firmie czy organizacji obowiązuje "Karta charakterystyki", "Instrukcja kancelaryjna" i "Regulamin organizacyjny". Mam obowiązek przestrzegać i stosować te przepisy. Ta "Pani z Centrali" ma to samo, idzie to odgórnie. Pismo wewnętrzne uważa się za dostarczone w przypadku otrzymania "zwrotki" pocztowej lub elektronicznej. Tzn. mogę wysłać mailem lub pocztą. Poczta tradycyjna dotyczy bardziej pism zewnętrznych. Wewnątrz grupy spółek instrukcja mówi o skanach i drodze elektronicznej. Nie ma tam wzmianki o sygnałach dymnych, faksach internetowych etc. Nie ma tu znaczenie jakiej rangi pismo.
A że "Pani z Centrali" ma z tym problem, no cóż...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (127)

#80041

(PW) ·
| Do ulubionych
Obwodnica miasta, dziesięciokilometrowy, prosty odcinek, ograniczenie do 90 km/h. Obok dość szeroki, oddzielony od jezdni pasem zieleni i barierkami ciąg pieszo-rowerowy. Całość lekko pod górkę. Ciąg oddany do użytku w czerwcu tego roku. Droga dla rowerów dwukierunkowa, szeroka, na oko dwumetrowa.

Jedynym pasem na jezdni jest pas do jazdy prosto. Reszta jezdni jest wyłączona z ruchu. Zjazdy są na początku i na końcu tego odcinka obwodnicy. I właśnie tym pasem dwójka rowerzystów w wypasionych strojach rowerowych zasuwają sobie wesoło 40-50 km/h jeden obok drugiego i żaden nie zjechał na marginesy, ani nie dał się wyprzedzić. Ktoś chyba nie wytrzymał, bo na pierwszym zjeździe, tak po 8 km, czekał na nich patrol.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (113)

#63993

(PW) ·
| Do ulubionych
Listonosz z poczuciem humoru.

Pracuję w domu, mam małe dzieci, więc zawsze ktoś jest w mieszkaniu, nie ma innej opcji.

Sytuacja 1.

07:30 wychodzę z mieszkania, sprawdzam skrzynkę na listy wywalam ulotki bieżące.
08:25 sprawdzam znowu, bo kilka ulotek jest, a wśród nich awizo. Adnotacja: Awizowano - zamknięte drzwi godzina 11:35.
Wchodzę do mieszkania, pokazuję drugiej połówce i dowiaduje się, że nikt nie dzwonił, nikt nie pukał do drzwi... Idę na pocztę, podaje pani w okienku awizo, pani sprawdza datę i zaprasza po 18:00. Proszę o sprawdzenie godziny z awizo oraz godziny na zegarku. Ano faktycznie, jest 09:15 na zegarku. Pani przeprasza, ale wydać przesyłki nie może, bo listonosz przyjdzie w okolicach 17:00 i ona jej nie ma. Proszę o sprawdzenie czy listonosz jej nie zostawił z samego początku. Pani na moją stanowczą prośbę sprawdza i jest, firmowa koperta sklepu internetowego, deklarowana waga 100 gram, wielkości zwykłej koperty, jak kartka formatu A5.

Sytuacja 2.

Wchodzę do klatki, listonosz akurat wrzuca listy do skrzynek. Pytam, czy pod mój nr coś jest. Tak, jest. Czekam aż powrzuca, sprawdzam skrzynkę - wyjmuje ulotkę. Faktycznie, jest coś.

Sytuacja 3.

Dzwonek do drzwi - polecony, proszę podpisać. Podpisuję, odbieram. Wieczorem wychodzę, sprawdzam po powrocie skrzynkę. Tak, jest list. Czyli jeden do skrzynki wrzucił, bo zwykły, a polecony zaniósł do rąk własnych. Jak dla mnie dziwne, wątpię by nie wiedział, że ma dwa listy pod ten sam adres, przecież nie musi, a i nikt w sumie nie oczekiwał, że doniesie zwykły do rąk własnych...


Sytuacja 4.

Zgubił się klucz do skrzynki pocztowej. Zgłaszam do spółdzielni, dowiaduję się że muszę przelać pewną kwotę na konto firmy z innego miasta, a oni klucz przyślą pocztą, listem poleconym. Dobra, to pilnujemy w miarę możliwości listonosza. Dodatkowo przyklejam na skrzynkę taśmą informację o zgubionym kluczu, nr telefonu do nas, prośbą do listonosza o nie wrzucanie niczego, bo nie wyjmę, że czekam na list polecony z kluczem do skrzynki oraz prośbą o kontakt w sprawach wszelakich przez domofon, to zejdę bez problemu.

W takim oczekiwaniu na klucz minęło 2 tygodnie. Dzwonię w piątek do firmy, co klucz miała wysłać i dowiaduje się że oni wysłali jeszcze w poniedziałek. Więc idę na pocztę, proszę o sprawdzenie, nie mam awizo. Pani podaje mi po sprawdzeniu kopertę, podpis, otwieram - w środku klucze do skrzynki. Wracam, otwieram skrzynkę, w środku ulotki i awizo ze środy, pomimo że zawsze ktoś jest w domu, a domofon sprawny.

poczta

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 606 (698)

#61539

(PW) ·
| Do ulubionych
W ostatnim tygodniu lipca zrealizowałem receptę w aptece. Płatność kartą, poprosiłem o fakturę. Ok, będzie jutro. Dla mnie żaden problem, i tak chodzę codziennie koło apteki.

"Jutro" usłyszałem. że to hurtownia wystawia faktury i wystawili z błędnymi danymi, więc wróciła do korekty. W dniu następnym usłyszałem, że nie ma i oni nie wiedzą czemu nie ma faktury. No cóż, cierpliwy jestem. I tak chodzę codziennie by usłyszeć że nie ma tej faktury, bardzo mnie przepraszają i że będzie jutro, i oni nie wiedzą czemu nie ma.

Dziś poprosiłem o dane hurtowni. Odmówili, bo oni z hurtowni nie będą ze mną rozmawiać i że jutro na bank będzie faktura. Dostałem za to nr telefonu do apteki by nie chodzić, a dzwonić. Od kierownictwa apteki słyszę z dnia na dzień to samo. Gdyby nie to, że dostanę zwrot za leki od ubezpieczyciela, to już bym odpuścił, bo po prostu mam dość, ale kilka stówek piechotą nie chodzi... W poniedziałek mam zamiar poinformować skarbówkę o braku wystawienia faktury, choć wątpię czy to coś da.

Cierpliwy jestem, ale kurka-wódka ile można?

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 496 (548)

1