Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

OgorekKonserwatywny

Zamieszcza historie od: 16 sierpnia 2018 - 19:56
Ostatnio: 28 października 2018 - 11:32
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 425
  • Komentarzy: 14
  • Punktów za komentarze: 48
 

#83428

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos historii #83174.

Jechałam dość ruchliwą, trzypasmową (2 pasy + buspas) drogą, gdy nagle samochód odmówił posłuszeństwa. Zgasł podczas oczekiwania na światłach i już nie odpalił (przewód paliwowy, jak się okazało). Cóż, co zrobić, trzeba zawalidrogę zepchnąć - na szczęście chodnik obok szeroki jak Wisła lub i dwie. No to wysiadłam ze swojego dyliżansu i próbuję go zepchnąć z drogi. I naprawdę rozumiem, że nikt nie miał obowiązku mi pomóc, nie wymagam tego, poradzę sobie. Ale trąbienie na mnie i omijanie mnie z prawej strony (gdzie właśnie w prawo go spychałam) już uważam za chamstwo i totalną, bezdenną głupotę. Skoro samochód jest na awaryjnych, a ja próbuję go zepchnąć, to chyba nie dla zabawy? Pozwoliliby mi zepchnąć, daliby mi tę minutę czy dwie (samochód raczej z tych dużych) i odblokowałabym przejazd.

W końcu autobus zatrzymał się i pozwolił mi dokończyć manewry.
Tak, szanowni państwo pieniacze omijali mnie buspasem.

Ale to jeszcze nie koniec.

Po zepchnięciu auta dostałam ochrzan od pieszego, że nie daję przejść spokojnie dobrym ludziom. Usłyszałam to już oczywiście po wystawieniu trójkąta i po podniesieniu maski, by ocenić, cóż tam się stało, więc od razu widać, że awaria. Wytłumaczyłam to pani, niestety, jak grochem o ścianę, nic nie dotarło i pozostałam tą najgorszą, co to nie wie, gdzie parkować.
Miejsca było dość by ominąć moje auto choćby i z wózkiem, więc panią zignorowałam i zaczęłam dzwonić po lawetę.

Nie bierzcie ze mnie przykładu, przekonajcie auta, by psuły się wam w garażu!

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (181)
Spacer, a jako że nie lubię spacerów bez soundtracku, miałam na uszach słuchawki i dość głośną muzykę. Szłam dość wąskim chodnikiem (około 1,5 m), gdzie z jednej strony jest mur (wiadukt), a z drugiej barierka. Za barierką jest ulica - dwupasmowa, ograniczenie do 50 km/h. Ścieżki rowerowej brak.

Oczywiście, że pani na rowerze jechała chodnikiem. Inaczej nie opisywałabym jej tutaj.

Ale nie sam fakt poruszania się nie tam gdzie powinna sprawił, że w mojej opinii zasłużyła sobie na opisanie jej na Piekielnych. W kolejności chronologicznej:
Po pierwsze:
Pani ta pozwoliła sobie dzwonić na mnie, bym zeszła jej z drogi (wiem to od niej).
Po drugie:
Potrąciła mnie kierownicą, bo z przyczyn oczywistych (nie słyszałam jej) nie zeszłam jej z drogi.
Po trzecie:
Zobaczyłam, że mówi coś w moją stronę. Gdy zdjęłam słuchawki (była już przede mną) dowiedziałam się, że moim obowiązkiem jest usunąć się z drogi, gdy jedzie za mną rower oraz że nie mam prawa mieć słuchawek na uszach idąc chodnikiem (nie ciągiem pieszo-rowerowym).
Po czwarte:
Podobne pretensje miała do idących przede mną państwa z wózkiem, tylko w ich przypadku nie dyskutowała z nimi.

Zastanawiam się tylko, co pani miałaby do powiedzenia w kwestii niesłyszących? Oni też dostawaliby kierownicą po łokciach?

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (141)
A ponarzekam sobie na rowerzystów, a co.

Na początku zaznaczę, że poniższe historie opisuję z perspektywy rowerzysty. Rowerem poruszam się sporo, zarówno rekreacyjnie, jak i do pracy, choć jestem też kierowcą (jednak daruję sobie historie zza kierownicy, jak i opisujące kierowców, przynajmniej w tej historii) To, co niektórzy rowerzyści wyczyniają na drogach niezmiennie przyprawia mnie o gęsią skórkę.

Sytuacja nr 1:
Jest sobie taka uliczka w Warszawie, która jest dość wąska - po jednym pasie ruchu na oba kierunki, wzdłuż niej chodnik i ścieżka rowerowa, która na krótkim odcinku jest dzielona z pieszymi (ciąg pieszo-rowerowy, lecz szeroki, porządny). Ta uliczka (nazwę ją X) jest też dość często uczęszczana, a ruch na niej jest też dodatkowo korkowany przez autobusy, które mają dwa przystanki na całej długości drogi i to bez zatoczek ("żmijka" na szosie) oraz wszelkiego rodzaju dostawczaki Poczty Polskiej, kurierów, dostawców itp. - zaparkowane gdzie popadnie.

Przechodząc do sedna.
Wyobraźcie sobie godziny szczytu na powyższej ulicy, samochodów jak mrówków, autobusy, piesi przechodzący przez jezdnię itp. Na drodze jest też trzech rowerzystów, wliczając mnie.
Tylko ja jechałam ścieżką (ładną, asfaltową, nówką sztuką, wygodną). Drugi jechał chodnikiem zaraz obok ścieżki (i to lawirując między pieszymi na przystanku) a trzeci jechał ulicą. Wspomniałam, że ruch duży, a szosa wąska? No właśnie. Zero procent szans na wyprzedzenie delikwenta.

Sytuacja nr 2:
Znów ulica z sytuacji powyżej. Znów jadę ścieżką. Dojeżdżam do wyjątkowo paskudnego przejazdu -paskudnego, gdyż przecina on drogę podporządkowaną, z której kompletnie NIC nie widać. Krzaczory i płotki przylegających domów zasłaniają widok - nie ma możliwości, by kierujący wyjeżdżając stamtąd dostrzegł rower zbliżający się do przejazdu. Mając powyższe na uwadze, zwalniam i wyglądam zza krzaczorów, czy nic nie nadjeżdża.
"Peleton" tuż za mną już tego nie robi. Tylko dobry refleks kierowcy zapobiegł wypadkowi.

Sytuacja nr 3, chyba moja ulubiona:
Jadę ścieżką rowerową, po lewej biegnie chodnik (oddzielony wąskim pasem zieleni). W pewnym momencie ścieżka przecina chodnik i "zamienia się z nim miejscami" - teraz to ścieżka biegnie po lewej, a chodnik jest po prawej. Dojeżdżam do przecięcia, kątem oka szukam pieszych, lecz nikogo nie ma, więc śmiało jadę dalej. No i pisk hamulców, lecę na trawę. Nie domyśliłam się, że chodnikiem będzie pędzić przez wielkie P pan Kolarz. Chodnikiem! Gdy ścieżka tuż obok! Prawie się przewróciłam, dorobiłam się paru siniaków i otarć, ale poza tym nic się nie stało. A pan Kolarz nawet się nie zatrzymał, nie spytał czy wszystko w porządku. Pojechał dalej chodnikiem.

Niby nic, tylko smutno się robi, jak się pomyśli, ile to pieniędzy poszło na ścieżki, które leżą teraz odłogiem...

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (153)

1