Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Olga887

Zamieszcza historie od: 6 listopada 2012 - 11:38
Ostatnio: 11 stycznia 2023 - 19:08
  • Historii na głównej: 47 z 55
  • Punktów za historie: 10393
  • Komentarzy: 120
  • Punktów za komentarze: 504
 

#90014

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Święta, święta i po świętach...
I choć uwielbiam Boże Narodzenie, niestety spędzanie ich z moją rodzicielką, bywa prawdziwą szkołą przetrwania.
Jestem z natury bardziej introwertyczka, przez co niestety dość łatwo mnie przegadać.
Jednak od jakiegoś czasu pracuję nad swoją pewnością siebie i choć może nie jest jeszcze idealnie, to już ciut lepiej.
Niestety mój luby mógł do mnie przyjechać dopiero w drugi dzień świąt, więc skazana byłam na spędzenie kilku godzin wraz z mamą w gościach u rodziny.
A dlaczego było to dość stresujące przeżycie? Już wyjaśniam.

Moja rodzicielka pomimo mojego wieku, niestety chciałaby żebym najlepiej siedziała jak mysz pod miotłą i się nie odzywała.
Wpajała mi to od dziecka, w wyniku czego przez długie lata nie potrafiłam walczyć o swoje.
Teraz jednak nie pozwoliłam sobie jej przerywać i kiedy coś komuś opowiadałam po prostu mówiłam dalej, mimo tego, że próbowała ciągle wchodzić mi w słowo.
Żeby tradycji stało się zadość, nie odbyło się także bez kilku przytyków z jej strony.
A na końcu była bardzo oburzona, że wyszłam wcześniej niż ona (po 4 godzinach), wyjaśniając wszystkim, zgodnie z prawdą, że chciałabym odpocząć, bo następnego dnia znów idę w gości- uprzedzałam ją, że nie dam rady siedzieć tam do północy, a wiedziałam, że rodzicielka zostanie mniej więcej tyle.

Więc matula przyjęła inną taktykę i zaczęła traktować mnie jak nastolatkę, wypytując przy wszystkich, czy aby na pewno idę do domu, bo ona będzie się martwić.
Odpowiedziałam spokojnie, że naście lat już dawno skończyłam, więc skoro mówię, że idę do domu, to tak jest.

Następnego dnia wygarnęła mi, że jestem bezczelna, niemiła (z czym się nie zgodzę, bo byłam uprzejma dla wszystkich) i za bardzo "hej do przodu" i więcej pokory by mi się przydało.
"Hej do przodu", bo rozmawiałam na równi że wszystkimi, śmiałam się i żartowałam wraz z nimi.

Ech, jak to dobrze, że kolejne Boże Narodzenie dopiero za rok... Choć nie jestem pewna czy odważę się na takie kolejne odwiedziny w towarzystwie samej mamy.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (181)

#89918

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Tak się chciałam tylko wyżalić.
Moja matka jest osobą z natury dość trudną z charakteru, choćby dlatego, że wprost uwielbia ona wtrącać się w moje sprawy.
I nie chodzi tu o zwykłą troskę, ale kontrolowanie mojego życia od A do Z.
Choć na całe szczęście jej na to nie pozwalam, jednak od czasu do czasu i tak daje mi popalić.

Pech chciał, że część rzeczy trzymam w domu rodzinnym, czyli tam gdzie ona mieszka.
Zostawiłam tam m.in. spódnicę, która co prawda lekko wyblakła, ale dla mnie ma wartość mocno sentymentalną z pewnych powodów.
Jestem osobą, która dość mocno przywiązuje wagę do tego typu przedmiotów.

W ten weekend przyjechałam do domu i co się okazało?
Że zniknęła ona w tajemniczych okolicznościach.
Najpierw matula zapierała się rękami i nogami, że jej nie wyrzucała, ani nikomu nie oddała, ale przełożyła w któreś miejsce.
Dopiero później przyznała, że ją... wyrzuciła. Bo już jej się nie podobała (sic!).
Niestety nie mogłam tego przewidzieć, bo choć lubi ona zaglądać w moje szuflady, do tej pory niczego jeszcze nie wyrzuciła.
Ciekawe tylko ile jeszcze rzeczy zginęło, o których nie wiem...

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (119)

#89220

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia trochę piekielna, trochę zabawna.
Ładnych parę lat temu, kiedy jeszcze studiowałam, miałam w akademiku pewną koleżankę, nazwijmy ją Kaśką. Akademik był lekko nietypowy, bo prywatny, jednak ceny pokoi jeszcze wtedy były podobne do tych na stancjach.
Miałyśmy więc segment i mieszkałyśmy w pięć osób. Ja byłam tam najmłodsza, bo dopiero zaczynałam pierwszy rok.

Kaśka bardzo się tym ekscytowała, że jest już na trzecim roku, jak i reszta towarzystwa i bardzo lubiła to podkreślać. Na przykład stwierdziła, że nie mamy dyżurów w sprzątaniu, bo "oni są już na to za starzy".
Na początku usłyszałam coś w stylu, że skoro zamieszkałam już wśród takich ludzi jak oni, to powinnam być z tego dumna - tutaj miała na myśli raczej właśnie ich wiek, bo każde z nas studiowało coś zupełnie innego.

Słyszałam co chwilę porady jak co układać (na mojej własnej) półce w lodówce, albo jak sprzątać - z czym jakoś nigdy nie miałam większego problemu, bo należę do raczej schludnych osób.
Kiedyś, kiedy coś mi się przeterminowało w lodówce o jakieś może 2 dni (chyba jakieś dwa jogurty z tego co pamiętam), znalazłam karteczkę, że "tylu biednych ludzi by się z tego ucieszyło". Może i racja, ale pytanie, czy to była jej sprawa?
Nie powiem, żebym jej nie odpowiadała na to jakąś ripostą, na co bardzo się oburzała, ale to już zupełnie inna sprawa.
Inne dziewczyny, idąc chyba za jej śladem, też czuły się tam ważniejsze i mądrzejsze z racji wieku, ale aż tak bardzo tego nie okazywały.

Najbardziej jednak rozbawiło mnie, kiedy nie wróciłam na noc do domu i dowiedziała się, że mam chłopaka. Wtedy wzięła mnie na poważną rozmowę o tym, że mogę zajść w ciążę i zawalić pierwszy rok studiów.
Żeby nie było - wiem, że można też trafić na świetne towarzystwo starszych od siebie ludzi, ale ja trafiłam, jak trafiłam. Na drugim roku zmieniłam segment miałam za to super towarzystwo.

Najzabawniejsze jednak, że wtedy rzeczywiście sama czułam jakiś rodzaj nobilitacji, że mieszkam ze starszymi (aż o 2 lata!) osobami.
I dopiero teraz widzę jak z czasem zmienia się perspektywa...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (158)

#89891

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak już kiedyś wspominałam, codziennie dojeżdzam z miasta X do miejscowości, w której pracuje.
Na tej trasie podróżuję busem, z racji tego, że inne połączenia mi się nie zgrywają.
Czasami jednak, kiedy spędzam weekend w moim rodzinnym mieście, droga ta jest trochę dłuższa, bo trwa godzinę, ale korzystam z tej samej firmy przewozowej.

I tak zazwyczaj jechałam kursem o 6.30, żeby zdążyć na 8.00.
A że, z przystanku mam około 5 minut drogi na piechotę do pracy, to zawsze na spokojnie udawało mi się dotrzeć przed czasem.
Niestety od niedawna musiałam ten zwyczaj zmienić i teraz wyruszam o 6.00.
Dlaczego zapytacie? Ano przez pewnego jegomościa, którego ostatnio zatrudnili na stanowisko kierowcy i przez którego spóźniłam się dwa razy do pracy, choć zawsze wcześniej byłam punktualna. Ale od początku.

Pewnego pięknego dnia, jak zwykle czekałam w poniedziałek na kurs o 6.30. Bus stał sobie w najlepsze na dworcu, a pewien pan jak później się okazało kierowca tegoż pojazdu, rozmawiał sobie w najlepsze w kolegą.
Mimo że na przystanku czekała całkiem pokaźny tłum ludzi i było zimno, on nic sobie z tego nie robił. Podjechał o 6.32.
Tak BTW, inni kierowcy są już na stanowisku zwykle około 10 minut przed odjazdem.

Zanim kierowca sprzedał wszystkim bilety była 6.45.
Pomyślałam sobie - pewnie zdążę, skoro podróż będzie trwała około godziny. Niestety się myliłam.
Okazało się, że bohater tej historii kompletnie nie radzi sobie z kasą fiskalną. Przez co na każdym przystanku staliśmy jakieś 2, 3 minuty dłużej, niż powinniśmy.
Na całe szczęście, jeden zniecierpliwiony, pewnie tak samo jak ja, pasażer służył mu pomocą jako asystent w jej obsłudze i dzięki niemu trochę sprawniej to szło.

Oliwy do ognia dolewał fakt, że nasz kierowca całą drogę walczył z uchwytem na telefon ciągle go poprawiając, a później próbując przyczepić do szyby.
I tak jechaliśmy sobie wolniej (sporo wolniej, za to lekkim slalomem), niż powinniśmy, bo niestety chyba nie miał on zbyt podzielnej uwagi.

Ktoś z podróżujących zwrócił mu nawet uwagę, ale Pan Piekielny zareagował jednak dość agresywnie, wyśmiewając przy tym uwagi pasażerów i twierdząc, że "kiedy dojedziemy, to dojedziemy". Także luz blues, po co się w końcu tak śpieszyć?

I niestety moje szczęście (a raczej wrodzona skłonność do pecha w takich sytuacjach) mi nie pomogło.
Spóźniłam się 15 minut po raz pierwszy odkąd pracuję w firmie. Niby nic takiego, gdyby nie fakt, że akurat tego dnia przed firmą czekał mój szef. Który zapomniał akurat kluczy. Na całe szczęście zrozumiał całą sytuację i nie skomentował jej w żaden sposób.
Nie mniej jednak byłam zła na to, że spóźniłam się przez coś tak bezsensownego.
Bo rozumiem wypadek na drodze, czy sprawy niezależne, jednak spóźnienie przez niekompetentnego kierowcę, jakby nie patrzeć może denerwować.

Za pewien czas postanowiłam jednak zaryzykować i znów wybrać się kursem o tej samej godzinie. I na kogo trafiłam? Oczywiście na tego samego kierowcę, co wcześniej.
Spóźniłam się do pracy po raz drugi, przez tą samą osobę. Tym razem na całe szczęście, kiedy przyszłam nie było jeszcze szefa.

I wiecie, nie lubię robić nikomu na złość, ale zadzwoniłam do firmy przewozowej i zapytałam, czy nie mogą wyznaczyć owemu kierowcy innych godzin na jazdę, gdyż przez niego ludzie jadący rano do pracy mogą nie zdążyć na czas. Niestety spotkałam się z odpowiedzią, że oni nie będę zmieniać grafiku na życzenie klientów.
I tak, kiedy znów wracałam z mojego rodzinnego miasta, pojechałam do pracy kursem o 6.00 - czyli tym wcześniejszym.
Okazało się jednak, że nie tylko ja wpadłam na ten pomysł, bo ludzi wsiadło o 1/3 więcej niż zazwyczaj, przez co część musiała stać i było tłoczno. Ciekawe przez kogo?

Za najbardziej piekielną uważam, jednak tu firmę przewozową. Dlaczego nie dostosować grafiku u kierowców pod klientów, żeby mogli spokojnie dojechać do pracy?
Ano, nie można i tyle, zawsze mogą oni pospać pół godziny krócej, to nie problem przewoźnika.
Już nie mówiąc o tym, że nauka kasy fiskalnej też powinna obowiązywać na szkoleniu, ale najwidoczniej kierowca uczy się jej podczas jazdy.
Ciekawe kiedy doczekam się dnia, kiedy zatrudnią kogoś bez prawa jazdy... Może być jeszcze ciekawiej.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (157)

#89872

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kiedyś już pisałam o tym, jak potraktowały mnie piekielne klientki, przy okazji wspólnego obiadu.
Dzisiaj, więc historii o klientach z piekła rodem ciąg dalszy.
A raczej pewnego rodzaju partnerach firmy, którzy są też naszymi klientami.

Pewnego pięknego dnia, otworzyłam więc drzwi dwójce mężczyzn w garniturach. Jakby się mogło wydawać całkiem eleganckich.
Już przy wejściu do firmy zaczęło się od niewybrednych komentarzy z ich strony:

- Dzień dobry, dobrze trafiliśmy? - zapytali mierząc mnie wzrokiem.
Odpowiedziałam, że tak, to firma taka i taka.
- Hmmm, wygląda pani... mmm kusząco - powiedział jeden z nich.
Normalnie bym mu pewnie odpowiedziała coś w ripoście, ale z racji tego, że zależy mi na obecnej pracy, postanowiłam odpuścić i przemilczeć ten komentarz.

Ale później było tylko gorzej. Wchodziliśmy po schodach i nie obyło się bez kolejnych tekstów na temat tego, że winda byłaby lepsza, ale stamtąd są za to lepsze widoki. I żeby było jasne - nie miałam krótkiej kiecki, ani nie byłam w żaden sposób ubrana wyzywająco.
Ale musieli...

Najlepsze jednak nastąpiło później, kiedy pytali szefa za ile by mnie im sprzedał (sic!), bo oni też naszej firmie różne rzeczy odpalają.
Niestety się nie przesłyszałam, bo przez drzwi wszystko doskonale słychać...
A jak nie mnie, to nasza sprzątaczka w sumie też fajna...
Nie wiedziałam, że żyjemy w czasach handlu niewolnikami, ale tak trochę się w tym momencie poczułam.
Na całe szczęście szef ich zgasił inteligentną ripostą.
I skończyło się ostatnim komentarzem ze strony któregoś z nich, że "kobiety są gorące". Jakże oryginalnie.

I żeby nie było, znam się na żartach, jednak w pracy takie komentarze są wg mnie "no comment"...
Ale co tam, fajnie sobie czasem pożartować z kobiet, przecież to takie zabawne sprowadzić ich do niskiej pozycji.
Ciekawe tylko jakby zareagowali ci panowie w garniturach, gdyby podobne seksistowskie żarty stosowała wobec nich, dajmy na to podstarzała pani prezes.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (161)

#89873

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam nauczkę. Niestety po raz trzeci, bo popełniłam podobny błąd. A mianowicie taki, że nie należy zbytnio zaprzyjaźniać się ze swoją kosmetyczką, fryzjerką, czy kimkolwiek takim. Oczywiście trzeba być miłą, kulturalną, pogadać czasem o głupotach, ale przy tym zbytnio się nie spoufalać.
Nie dlatego, broń Boże, że uważam te zawody za jakieś gorsze, wręcz przeciwnie.

Ale dlatego, że już trzeci raz się na tym przejechałam.
Pewnie nie należy generalizować, ale jednak kolejnym razem będę wolała być ostrożna ze zbytnią poufałością.

I tak zaczyna się niewinnie. Najpierw ktoś się stara, wszystko jest super, efekt bardzo staranny. Zaczynasz tą osobę lubić, przechodzicie na ty, zwierzasz się nawet czasem jej na wizytach.
I później bach. Jakieś spóźnienie, obsuwka czasowa.
Ale to zdarzyło się pierwszy raz, a tego kogoś lubisz, więc mówisz, że ok, nic się nie stało.
Później za jakiś czas podobna sytuacja, oczywiście pod jakimś innym, ale bardzo ważnym pretekstem.
Efekty pracy zaczynają być coraz bardziej niedbałe, a nowe klientki stają się priorytetem, bo stara już i tak zaklepana.
I tak niestety, zdarza mi się to właśnie po raz trzeci.
Z poprzednich dwóch kosmetyczek musiałam zrezygnować właśnie z tego powodu.

Warto wspomnieć przy tym, że wcale nie należę do jakichś szczególnie wybrednych klientek.
Ale jeśli wcześniejszy czas na wizytę był dłuższy, wizyty są często przekładane, a efekty gorsze i mniej trwałe, to wnioski same się nasuwają.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (156)

#89847

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Codziennie jeżdżę z miasteczka, gdzie pracuję, do miasta, na którego obrzeżach ono leży.
Niestety w godzinach popołudniowych nigdy nie przewidzi się jakie będą korki i ile trzeba będzie czekać na autobus podmiejski, tudzież busa.
Przy drodze stoi jeden jedyny przystanek, kolejny gdzieś kilometr dalej. Z racji tego, że przystanek ten jest w samym centrum miejscowości, codziennie około 16-tej zbiera się tam całkiem pokaźny tłum ludzi.

Ale miejsce siedzące jest przeznaczone tylko dla jednej osoby.
A dokładniej pana wydzielającego delikatnie mówiąc nieprzyjemną woń, który upatrzył sobie to właśnie miejsce i codziennie popołudniu siada centralnie na samym środku ławki. Niestety zapach od niego jest na tyle intensywny, że jak nietrudno się domyśleć, zwyczajnie nikt nie chce koło niego siedzieć i cały tłum stoi wokół przystanku.

I wiecie, może nawet i byłoby mi go żal, bo pewnie bezdomny i w ogóle, ale z drugiej strony chyba i nie taki biedny, bo codziennie przychodzi z całymi zapasami. Jakimi zapytacie? Ano jest i alkohol, i papierosy, więc nie ma co, powodzi mu się. Ale mimo wszystko od przybytku głowa nie boli, więc pytania "czy ma pani złotóweczką poratować?", padają co chwila.
I to nic, że 5 minut drogi stamtąd są ławki, nie, on i tak siada właśnie tam.

Najbardziej piekielne jednak jest to, że na pana o specyficznym zapachu były już skargi, jednak nic nie zdziałały, straż miejska patroluje też tamtą okolicę, a policja jest po przeciwnej stronie drogi. Ale niech sobie pije, a niech ma na zdrowie. Na uwagi ludzi też osobnik ten, nie reaguje w żaden sposób.
Szkoda tylko, że często ludzie czekający na autobus nie mają tego zdrowia do stania i czekania na autobus, czasem kilka, czasem kilkadziesiąt minut.

przystanek

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (147)
poczekalnia

#89830

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiejsza historia będzie razem nie o mnie, co jednak nie ujmuje jej piekielności.
Moja znajoma (za której zgodą zamieszczam ten wpis), jakiś czas temu wynajęła kawalerkę.
Niestety w miarę upływu czasu, w mieszkaniu okazało się, że jest mnóstwo usterek, do których naprawy właściciele jednak się w żadnej sposób nie poczuwali, a w umowie było wyraźne napisane, że powinni. W związku z tym wypowiedziała mieszkanie i żona właściciela, będąca właścicielką mieszkania podpisała wypowiedzenie.

Akurat zbiegło się to z wyjazdem Ady (tak nazwijmy znajomą), a umowa została w mieszkaniu. Co niestety wykorzystał właściciel, ponieważ umowa wraz z wypowiedzeniem, w tym czasie...zniknęła.
Ada nie chciała oddać kluczy w związku z powyższym, więc właściciele zmienili zamki. Na całe szczęście przynajmniej swoje rzeczy zdążyła przenieść.
Teraz w związku z tym, pozostaje Andzie kontakt z prawnikiem, bo nie pamięta niestety adresu ich zamieszkania, który był zapisany w umowie, ewentualnie wysłanie elektronicznego wypowiedzenia, ale kto wie, czy za jakiś czas nie będzie roszczeń o zapłatę czynszu z tym związanego, bo oficjalnie nadal przecież tam zamieszkuje.
Jak się okazało, na próżno też było szukać danych w księgach wieczystych, bo mieszkanie w nich nie figuruje.
Choć na jej szczęście właściciele wynajmują lokal "na czarno", więc postraszyła ich zgłoszeniem do Skarbówki - może to poskutkuje.

Niestety z niektórymi ludźmi w życiu ma się tylko pod górkę, co gorsza, jeśli w dodatku w celu oszukania kogoś.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (50)

#89812

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio zamawiałam noclegi na portalu na literę "b" dla mojej firmy, z racji tego, że mam na koncie zniżkę.
Noclegów było kilka i to niezależnych od siebie, dlatego nie pamiętałam nawet, gdzie były one dokładnie.

I tak dzisiaj dostaje telefon z nieznanego numeru, a to jakaś Piekielna dzwoni z pretensjami. Żebym natychmiast, podała numer CVC, bo platforma nie pobrała mojej płatności, więc przez "takich tak ja", oni mają tylko problemy ze ściąganiem wierzytelności.

Myślę sobie, może faktycznie, choć profilaktycznie poinformowałam, że nie mogę podać tego numeru przez telefon.
I wtedy zaczęła się cała tyrada po drugiej stronie słuchawki, że przecież to mój obowiązek, że tylko utrudniam im życie.
Na to ja, żeby w takim razie kontaktowali się poprzez platformę, bo nie ma takiej opcji, żebym numer podała komukolwiek telefonicznie.

I wtedy pani Piekielna rzuciła słuchawką.
Jak się później okazało, faktycznie był to hotel, bo portal do mnie napisał. Ale jak można wymagać od klienta podania takich danych przez telefon i w dodatku twierdzić, że utrudnia on życie, mimo że był to najprawdopodobniej jakiś błąd systemu?
Zwłaszcza , że pozostałe rezerwacje przeszły bez problemu, a kiedy kod jest błędny, to do tej pory zawsze je odrzucało.
Już nie mówiąc, że gdyby nawet był to mój błąd, to jeszcze nie oznacza, żeby można było tego ode mnie wymagać i prawie krzyczeć przez telefon.

No cóż, problematycznego klienta z pewnością się pozbędą, bo na następny raz, wybiorę alternatywne miejsce, więc powinni być zadowoleni.

hotele

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (173)

#89722

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Skoro już pojawiła się historia, o wykorzystywaniu przez rodzinę, przypomniała mi się jeszcze jedna tego typu sytuacja.

Moja kuzynka (tym razem, niech będzie to Asia), miała starszą siostrę (Kaśkę), która wtedy miała też małe dziecko.
Asia akurat wtedy miała długie wakacje, pomiędzy zakończeniem liceum, a rozpoczęciem studiów.
I siłą rzeczy chciała sobie przez ten czas odpocząć, spotykać się ze znajomymi, ze swoim chłopakiem, zwyczajnie cieszyć się życiem. Planowała jakąś pracę dorywczą w czasie studiów, ale skoro jej rodzice póki co, ją wciąż utrzymywali, to i ona sama chciała te ostatnie prawdziwe wakacje, wykorzystać na odpoczynek.

Jej siostra miała jednak wobec niej nieco inne plany.
I tak ciągle narzekając na to, że ma dwójkę dzieci, w tym jedno małe, zaczęła wrabiać w pomoc młodą.
Na początku od czasu do czasu, na co dziewczyna się godziła, bo lubiła bardzo swojego siostrzeńca. Jednak, po jakimś czasie, zaczęło przekraczać to już pewne granice.
Do tego stopnia, że wszelkie jej wyjścia, musiały być konsultowane z siostrą, kiedy tylko ona nie miała czasu zająć się dzieckiem, argumentując to dodatkowymi zleceniami.

W końcu, kiedy Asia zaczęła się buntować, Kaśka za to wygarnęła jej, że ta ma tyle czasu, ma wakacje, a oni z mężem potrzebują też czasu dla siebie.
Przy okazji, nastawiała też rodziców przeciw młodszej siostrze.
Ta jednak, miała na tyle zdrowego rozsądku, że postanowiła całkowicie zrezygnować z pomocy, argumentując to tym, że jej młodości nikt nie odda, a dzieci ona sobie nie zrobiła.

I tak Kaśka musiała wynająć opiekunkę i radzić sobie sama, obsmarowując Asię przy tej okazji przed całą rodziną.
Jedno dobre z całej tej historii wynika, że młody, niekoniecznie oznacza mało asertywny i naiwny.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (174)