Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Olga887

Zamieszcza historie od: 6 listopada 2012 - 11:38
Ostatnio: 6 lipca 2020 - 17:27
  • Historii na głównej: 18 z 25
  • Punktów za historie: 6510
  • Komentarzy: 47
  • Punktów za komentarze: 103
 

#86737

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie to, żebym miała coś do stomatologów czy lekarzy. Choć ostatnio czekam na wizytę już ponad 3 tygodnie w miasteczku, w którym mieszkam od niedawna, sama nie wiem, może jakieś fatum mnie prześladuje.
Powód? Zapisałam się na wizytę przez znany chyba wszystkim portal do jednego z nich.
W dniu wizyty dostaję telefon z recepcji. Że muszą anulować wizytę, bo konsultacja - jedyna opcja do wyboru na portalu trwająca 30 minut- to tylko konsultacja online, o czym nie było mowy przy zapisywaniu się, co nawet zresztą później sprawdziłam. Pani recepcjonistka proponuje przełożenie terminu na za tydzień. Nie spieszy mi się, więc się zgadzam.

Za tydzień - oczywiście znów w dniu wizyty - dostaję telefon z gabinetu. Ta sama, sądząc po głosie, pani recepcjonistka przepraszając przekłada wizytę, bo lekarzowi coś wypadło. Proponuje mi wizytę w innym terminie. Postanawiam zrezygnować i poszukać innego lekarza, na którego nie będę musiała czekać kolejne dwa tygodnie.

Znajduję kolejną stomatolog, zapisuję się online. W dniu wizyty dzwoni do mnie. Mówi, że przekłada ją, bo zapisała w tym terminie kogoś innego przez telefon i nie sprawdziła sobie swoich zapisów internetowych. Żadnych przeprosin, nic. Za to prosi mnie, żebym tę wizytę na portalu internetowym odwołała, bo ona tego zrobić nie może. Tak się złożyło, że miałam wyjątkowe urwanie głowy tego dnia i zapomniałam odwołać wizyty, a po upływie jej czasu było to już niemożliwe.
Na następny dzień dzwonię do pani doktor, żeby potwierdzić nowy termin, skoro kalendarz zapisów internetowych jest traktowany po macoszemu. A pani doktor na to, że jak to, że ona mnie prosiła, żebym odwołała wizytę, że jak tak można i termin, na który znów się zapisałam oczywiście nie jest dostępny i ona może mnie ewentualnie zapisać na za tydzień.
Podziękowałam, szukam dalej, bo jej ton nie wróżył zbyt miłej atmosfery przy kolejnych wizytach.

Aż się boję co będzie przy kolejnym stomatologu, do którego się zapisałam, tym razem telefonicznie...
Co dziwne, w poprzednim mieście, w którym mieszkałam, nie miałam podobnych problemów.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (59)
poczekalnia

#86788

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak prawie każdej kobiecie zależy mi na urodzie, więc cenię sobie dobrych fryzjerów, czy kosmetyczki, do niektórych chodziłam więc przez lata i nie miałam problemów z dopasowaniem terminów, jak i z komunikacją z nimi. Uważam, że te zawody wymagają dość dużej wiedzy i fachowości, więc je cenię. Ale..
Od niedawna mieszkam jednak w nowym mieście i tym samym musiałam poszukać innych specjalistów.
Ja rozumiem, że każdy dobry fryzjer, czy kosmetyczka mają dość napięty grafik i niepojawienie się na wizycie bez zapowiedzi, czy notoryczne ich odwoływanie byłoby nie fair.
Już dwa razy spotkała mnie podobna sytuacja, w stylu, że chcę się zapisać do fryzjera załóżmy po godzinach mojej pracy, albo w sobotę. Pani mówi, że nie absolutnie, oni nie mają takich terminów- tonem jakby proponowanie terminu na popołudnie ,albo w sobotę byłoby jakimś nietaktem z mojej strony.
Proponuje mi dzień powszedni, na hasło, że dam znać tego samego dnia, bo nie wiem czy uda mi się urwać z pracy, pojawia się foch, że jak to, przecież mogłabym wziąć urlop i ona może zaproponować inny dzień powszedni. Mówię, że tego dnia muzę być w pracy. Pani już mniej miłym tonem mówi, że może zaproponować wolne terminy dopiero za miesiąc- mimo, że wcześniej mogła mnie zapisać na termin za 2 dni, więc choć nie powiedziałam tego głośno, przyszło mi do głowy, że obruszyła się i zrobiła to specjalnie.
A już nie daj Boże gdyby mi coś wypadło w dniu wizyty i ze względu na pracę nie mogła na nią przyjść. Mimo, że byłoby to ode mnie niezależne.
Rozumiem, że dobry fryzjer czy kosmetyczka są na wagę złota i terminy są u nich trochę mniej dostepne, ale oczekiwanie, że będę brała dla nich specjalnie urlopy i wizyta u nich będzie ważniejsza od mojej pracy, to uważam przesada.
W końcu idę do salonu o trochę mniejszej renomie, ale za to z takim terminem, który mi odpowiada.

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (75)

#86699

(PW) ·
| Do ulubionych
Dworzec PKS w moim rodzinnym mieście, policja stojąca tuż przy nim.
Widzę jak w pewnym momencie podjeżdzają na jego drugi koniec żeby wstawić mandat grupce młodzieży wychodzącej ze sklepu i otwierającej (może ze dwa?) piwa.
Dumni z siebie policjanci wracają na swoje miejsce i stoją dalej obserwując komu by tu można było mandat wstawić.
Ja i koleżanka stoimy sobie i czekamy na autobus, jest już ciemno bo była to późna jesień, więc i dni krótkie.
Oprócz nas i radiowozu nie ma już nikogo na całym dworcu. Nagle nadchodzi on- Pan Piekielny o wyglądzie rodem z zakładu karnego- przypakowany, tatuaże i te sprawy.

Najpierw proponuje nam kawę, odmawiamy. Po kilku nieudanych próbach staje się coraz bardziej nachalny, przynosi nam kawę kupioną z automatu mimo naszej odmowy. Proponuje podwózkę. Nie zgadzamy się. Nie odpuszcza. Policja nic, choć mówimy głośno żeby sobie poszedł. W końcu zaczyna jedną z nas ciągnąć za ramię mówiąc "no choooodź i dalej niecenzuralne słowo". Policja dalej nic. Do czasu, kiedy koleżanka nie wytrzymuje, sama woła do radiowozu żeby nam pomóc. W tym momencie Piekielny Amant odpuszcza rzucając w naszą stronę słowa, których znowu nie zacytuję. Policja dalej nic. Na szczęście nadjeżdza autobus i wsiadamy, dopiero wtedy czułyśmy się bezpiecznie.

Ale panowie policjanci mogą być z siebie dumni, w końcu mandatu za piwko kupione przez młodzież nie mogli przegapić. Nie to żebym popierała picie alkoholu przez nastolatków, jednak zastanawiam się, czy zdążyliby zareagować gdyby ktoś taki np. wciągnął dziewczynę do samochodu.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (151)

#86664

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będzie o wyścigu szczurów w pracy, z którym zetknęłam się po raz pierwszy. Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze bardzo młodą i dość naiwną dziewczyną dostałam się na staż, który odbywałam w pewnym większym urzędzie. Staż ten był z urzędu pracy, więc i pieniądze niewielkie, ale jako, że miałam małe doświadczenie cieszyłam się, że tam jestem i mogę je zdobyć, wykazać się czymś, udowodnić samej sobie, że się nadaję.
Nie wiedziałam czy tam zostanę, bo przebić się było tam dość ciężko.

Trafiłam do pokoju gdzie wdrożyć miała mnie pewna dziewczyna - niech będzie Kaśka, starsza ode mnie kilka lat. Na początku wydała mi się fajna i sympatyczna, myślałam więc, że się dogadamy.
Kaśka dostała polecenie od kierownika żeby mnie wdrożyć w nowe obowiązki i żeby nauczyła mnie wszystkiego co sama robi.
Niestety nie chciało jej się mi prawie niczego tłumaczyć, a jeśli już to robiła, to szybko i po łebkach, twierdząc, że robi tak bo wydaje się jej to oczywiste po kilku latach pracy. Nic dziwnego, skoro robiła je już wiele razy, dla mnie jako świeżaka jednak tak proste i oczywiste jeszcze nie były, szczególnie, że program komputerowy w firmie nie był wcale tak intuicyjny jak być powinien, ale dość skomplikowany dla kogoś kto nie miał z nim wcześniej styczności.

Nie poddawałam się jednak, dopytywałam o wszystko, a zniecierpliwiona Kaśka w pośpiechu mi wszystko tłumaczyła.
W końcu dostałam pisma do napisania, sprawa ważna, ale dość prosta. Dla pewności jednak wszystko w nich sprawdzałam po 10 razy.

Jedna data mi się nie zgadzała odnośnie paszportu klienta, a było to ważne ze względu na charakter sprawy. Pokazałam to Kaśce, która w pośpiechu spojrzała i uznała, że wszystko jest ok i tak ma po prostu zostać.
Pomyślałam - widocznie wie lepiej skoro pracuje tam tyle lat i podałam do podpisu pisma kierownikowi.

Nie minęło kilka dni, przychodzę do pracy. Kaśka od progu na mnie z krzykiem, że ta data, o którą pytałam powoduje, że pismo jest nieważne i ona teraz ma przez to kłopoty, bo ja nie zwróciłam na to uwagi. Nieważne było, że wcześniej się jej o nią pytałam i powiedziała, że jest ok. Nieważne było to, że byłam wtedy stażystką, a ona pracowała tam kilka lat. Wg niej wina była moja i tylko moja. Bo skończyłam lepszą uczelnię od niej, więc powinnam była to sama zauważyć. Powiedziałam więc, że pójdę w takim razie do kierownika i przyznam, że to ja pisałam te pisma i tak też zrobiłam, bo uznałam, że i będzie najuczciwiej.

Paradoksalnie zadziałało to na mój plus, bo kierownik stwierdził, że nie ma w tym żadnej mojej odpowiedzialności i świadczy to wręcz o braku klasy pracownika, mimo, że sama przyznałam się do jej błędu, mówiąc jednak całą prawdę i to, że z nią to konsultowałam z nadzieją, że Kaśka to doceni.

Tak się jednak nie stało. Od tego czasu dostawałam jedynie proste, niewymagające zadania. W końcu nie wytrzymałam, znów poszłam do kierownika żeby całą sytuacje opowiedzieć i zostałam przeniesiona do innego pokoju. Gdzie było już o niebo lepiej, a nawet byłam chwalona.

Po stażu zostałam na etat i była to moja pierwsza praca.
Z perspektywy czasu cieszę się jednak, że takie coś mnie spotkało, mimo że kosztowało wiele nerwów i nieprzespanych nocy, to była cenna lekcja, która przydała mi się jeszcze nie raz, dzięki której nie daję sobie wejść na głowę i zwalać na siebie winy za coś czego nie zrobiłam.

W międzyczasie dowiedziałam się, że moja była koleżanka z pokoju, o której była mowa, robi błędy notorycznie, w dodatku nie jest zbyt lubiana bo zadziera nosa. Jakiś czas później wyleciała pewnie przez swoje częste błędy. Nie żebym się z tego cieszyła, ale czy miałam satysfakcję? Nie powiem, że nie....

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (119)

#86681

(PW) ·
| Do ulubionych
Już od jakiegoś czasu chciałam opisać tą historię, ale przypomniałam sobie o niej dopiero niedawno, kiedy spotkałam na ulicy przypadkiem mojego byłego nauczyciela - Pana Piekielnego - nauczyciela od matematyki, o którym ona będzie.

Ładnych parę lat temu, a właściwie już ponad 10, chodziłam do liceum.
Było ono dość specyficzne, z jednej strony uchodziło za najlepsze w mieście, z drugiej afera goniła aferę, a to o jakąś łapówkę, a to o narkotyki, a to jeszcze o coś innego.

Niektórzy nauczyciele też byli specyficzni i nierzadko też mieli o sobie wielkie mniemanie.
Podobnie było z moim nauczycielem od matematyki.
Chodziłam do klasy o profilu humanistycznym, jednak cisnął nas z tego przedmiotu niemiłosiernie. Tłumaczył wszystko na szybko i chaotycznie, kiedy ktoś nie zrozumiał, denerwował się. Sprawdzian oznaczał często trudne, nietypowe zadania, inne niż przerabiane w podręczniku. Nigdy z tego przedmiotu orłem nie byłam, przyznaję, ale nie miałam też wcześniej takich problemów jak u niego.

Pan Profesor Piekielny oprócz wygórowanych wymagań, słynął także z tego, że udzielał korepetycji w swoim domu. Oczywiście nie było to zgodne z obowiązującymi zasadami, bo z tego co słyszałam, nauczyciel uczący w szkole nie powinien udzielać swoim uczniom korepetycji, ale on zupełnie się tym nie przejmował, a niektórzy koledzy z klasy i tak zapisali się do niego na lekcje dodatkowe ze strachu przed dalszymi problemami.
I ja tak zrobiłam, bo przynajmniej trójkę na koniec chciałam, a oceny miałam słabe, zbliżała się matura. Po zapisaniu na lekcje, oceny się polepszyły i to wcale niekoniecznie dlatego, że miałam większą wiedzę, bo nauczyciel ten tłumaczył wszystko kiepsko i po łebkach, po prostu byłam rzadziej odpytywana i łagodniej traktowana niż wcześniej.

To jednak nie koniec piekielności,a o najgorszym miałam się przekonać niestety na własnej skórze.
Piekielny Profesor, jak się później okazało, lubił też kłaść mi rękę na kolanie, pod pretekstem tłumaczenia materiału i dziwnym trafem wędrowała ona zawsze pod książkę, którą mi na nim kładł.

Nie pomagało wiercenie się, czy zmiana pozycji, ręka dziwnym trafem wędrowała na moje kolano, albo udo.
Nie obeszło się też bez dość obleśnych "komplementów" czy nawet spekulacji, czy jestem dziewicą czy nie, niby to w formie niewinnego żartu, niby...
Żeby było lepiej dowiedziałam się, że moją koleżankę traktował identycznie.

Na całe szczęście to był ostatni semestr z nim, bo chciałyśmy już z tych korepetycji zrezygnować, ale wiedziałyśmy, że będziemy miały potem duże problemy z tego przedmiotu.

Nauczyciel z tego co czytałam w internecie uczy dalej, nadal w tym samym liceum, korepetycji pewnie też udziela.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (133)

#86565

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje perypetie z właścicielem mieszkania, w którym wynajmowałam pokójb- piekielności jakich wiele, jednak krwi skutecznie mi napsuły.
Przypomniała mi się historia o tym, jak kiedyś, jeszcze za czasów studenckich szukałam pokoju do wynajęcia.
Co prawda studiowałam zaocznie, ale znalazłam też pracę i czułam dreszczyk emocji na myśl, że wreszcie pójdę "na swoje".
Mieszkanie, które znalazłam wydawało się w porządku, może meble trąciły trochę PRL-em, ale nowe panele, drzwi, wyremontowała łazienka i kuchnia. Za tą cenę nie ma co narzekać - pomyślałam.
Właściciel kontaktowy, miły, wszystko wydawało się być w porządku.

I było tak do pierwszej nocy spędzonej w moim pokoju. O ile wspomniane wyżej meble, pamiętające czasy Gierka mi nie przeszkadzały, o tyle wersalka, tym razem z epoki lat 90-tych okazała się być koszmarnie twarda. Na tyle, że budziłam się kilka razy w nocy. Nie wspomnę o innych małych, ale dość znaczących usterkach, jak np. zacinanie się kurka od prysznica, czy odpadające wieszaki, psująca się pralka, których nie dało się zauważyć na przy oglądaniu mieszkania.
Postanowiłam, więc nocować u mojego ówczesnego wtedy chłopaka i tak w rezultacie mieszkałam u niego przez parę dni.
Nie minął tydzień i dostaję telefon od właściciela. Że dlaczego wprowadziłam się, a nie mieszkam, że współlokatorki się niepokoją dlaczego mnie nie ma - których wcale nie znałam zresztą - i czy zamierzam tam wrócić.

Powiedziałam właścicielowi, że wrócić zamierzam, ale jednocześnie muszę wypowiedzieć z miesięcznym okresem wypowiedzenia, na co z niechęcią się zgodził.
Za kilka dni, choć nie upłynął jeszcze termin płatności czynszu - upływał 10-tego, dostaję pismo od właściciela, którym było wezwaniem do zapłaty, z groźbą zabrania kaucji na koszt poszukiwań nowej lokatorki i natychmiastowego wypowiedzenia mi pokoju. Oczywiście wszystko zapłaciłam w terminie, ale do tego czasu dostałam kilka telefonów od Pana Piekielnego z pretensjami dlaczego tak późno i gdzie w ogóle jestem, dlaczego się nie wprowadzam.

W końcu przyszedł czas urlopu i mojego wyjazdu w góry, o czym wspomniałam współlokatorkom. Miałam wyjechać na kilka dni, nie było mnie tydzień. Telefon od właściciela. Gdzie jestem, czy mam zamiar dalej tam mieszkać, czy zapłacę mu za kolejny czynsz, mimo że termin upływał za 2 tygodnie. Wspomniał też, że współlokatorki mówiły mu żeby wymienił zamki w drzwiach (sic!), bo mnie tam wiecznie nie ma.

Zbliżał się czas mojej wyprowadzki. Dwa telefony od piekielnego bohatera tej historii, czy na pewno chcę opuścić mieszkanie, mimo moich zapewnień.
Przy kolejnej zapłacie pretensje, że znów czekałam prawie do 10-tego i straszenie nieoddaniem mi kaucji.
W końcu w dniu przeprowadzki narzekanie, że wprowadziłam się na tak krótko, tak ciężko się ze mną skontaktować jak jestem w pracy- zawsze oddzwaniałam, czasem po kilku godzinach, ale jednak.

Na końcu komentarz, że pokojem zainteresowanych jest wielu chętnych na moje miejsce - w co nie chciało mi się wierzyć sądząc po tym ile czasu widniało w internecie.
Aż mi się przypomniały stare, dobre czasy, kiedy miałam naście lat i pilnowano mnie na koloniach...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (118)

#86517

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno pojawiła się historia o utracie przyjaciółki. A, że jakiś czas temu straciłam też swoją, jakby się mogło wydawać bratnią duszę, postanowiłam to opisać, szczególnie ze nasze zerwanie kontaktów miało miejsce niedawno i nadal trochę mnie boli.

Swoją przyjaciółkę poznałam kilka lat temu na studiach. Wtedy startowaliśmy z tego samego etapu w życiu, byłyśmy na tym samym kierunku studiów, miałyśmy podobne doświadczenia w życiu sercowym, obie złamane serca przez facetów.

I tak, przez cały licencjat ze sobą trzymaliśmy, zwierzałyśmy się sobie, po prostu byłyśmy sobie bliskie. Po licencjacie jednak nasze drogi się rozeszły, ja poszłam na magisterkę na kierunek, który jest pokrewny ale nieco bardziej przyszłościowy z obiektywnego puntu widzenia, poza tym rozpoczęłam staż w międzyczasie. Ona została na "starych śmieciach". Nie wywyższałam się z tego powodu, ale przyjaciółka z kolei nie mogła powstrzymać się od przypomnienia mi, że absolutnie nie czuje żeby jej studia były gorsze, a skoro o tym sama wspomniała najwyraźniej tak właśnie to odczuwała.

Przyjaźń trwała jednak nadal, poznaliśmy swoich facetów, ona wkrótce się zaręczyła, a ja się rozstałam ze swoim partnerem. Wtedy zaczęła wmawiać mi, że w moim wieku to marne mam szanse na poznanie kogoś, choć miałam dopiero 27 lat.

Aż do czasu kiedy poznałam kogoś, w jej mniemaniu chyba na zbyt dobrym poziomie, bo obiektywnie rzecz biorąc przystojniejszego i zaradniejszego od jej narzeczonego. Od początku bardzo odradzała mi ten związek ze względu na odległość 150 km i to że był ode mnie starszy o 10 lat. Jednak ja zrobiłam po swojemu zostałam z nim, ku jej niezadowoleniu.

Miarka przebrała się jednak, kiedy jakiś czas temu znalazłam nowa pracę, a ją zwolnili. W dodatku pracę, o której wiem, że sama marzyła. Przedtem jednak, kiedy sama nie wiedziałam czy coś z niej wyjdzie - miałam wrażenie, że konkurs kiepsko mi poszedł, ona z widoczną satysfakcją powiedziała, że nie wiadomo czy w końcu uda mi się ją dostać.

Kiedy jednak się udało, nie usłyszałam nawet słów w stylu "ale fajnie", a w czasie wybuchu pandemii doradzała mi żebym poszła na zwolnienie, bo za bardzo ryzykuje i w ogóle powinnam tą pracę olać, bo firmę i tak zamkną.
Kiedy tak się nie stało, po prostu pewnego pięknego dnia... zerwała ze mną kontakt. Pierwszy raz od lat "zapomniała" o moich urodzinach, nie odbiera telefonów...
Tylko z tego powodu, że w pewnym momencie życia, lepiej mi się powiodło.
Szkoda, bo wydawało się, że to przyjaźń na całe życie.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (139)

#86005

(PW) ·
| Do ulubionych
Od pewnego czasu - a dokładniej od czasu, kiedy ustaliłam datę swojego ślubu, który odbędzie się za kilka miesięcy - zaczęłam lekko przedłużać swoje naturalne włosy.

Od niedawna chodzę do pewnego salonu, "X", bo efekt był ok i przede wszystkim nie wyglądał sztucznie, a doczepiane włosy ładnie stapiały się z moim naturalnym kolorem.
Wszystko było pięknie i ładnie, aż do mojej ostatniej wizyty...

Na wstępie wspomnę, że włosy robiła mi zawsze jedna i ta sama fryzjerka, z którą całkiem się polubiłam i nie było nigdy z nią żadnych spin, dogadywałyśmy się dobrze. Problemem okazała się być jednak piekielna właścicielka salonu.

Ale od początku. Zwykle zapisuję się na wizytę przez mobilną aplikację. Pech chciał, że w pośpiechu źle spojrzałam na datę i zapisałam się nie na ten dzień, co trzeba - co zaraz zostało skorygowane, bo jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do salonu, przepraszając za problem i umawiając się na następny dzień - musiałam zadzwonić, gdyż przez aplikację zmiana terminu, nie wiedzieć czemu, nie była możliwa. Co ważne, zdarzyło mi się to pierwszy raz, odkąd jestem klientką salonu, nigdy też się nie spóźniałam.

I wszystko pięknie, ładnie, przychodzę na wizytę spóźniona zaledwie dwie minuty, za co na wstępie przepraszam. Za ladą siedzi zdenerwowana właścicielka, mówiąc, że do mnie dzwoniła kilka razy - jak się później okazało, dzwoniła 5 razy w ciągu tych 2 minut.

Ja przepraszam, po czym ona zaczyna kolejne wyrzuty, że nie mogę sobie tak przekładać wizyt (co zdarzyło mi się jeden raz), bo do nich klienci biją się o wolne terminy - z tego, co zauważyłam, wolnych terminów było sporo, a czasem kalendarz świecił pustkami. Ale ok, przemilczałam swoje przemyślenia na ten temat, przeprosiłam i usiadłam na fotel.

Zajęła się mną ta sama dziewczyna, co zwykle, z którą z jej inicjatywy przeszłyśmy na "ty", ale przy właścicielce nagle zaczęła mówić per pani - jesteśmy w podobnym wieku.

Ale ok, nic nie mówię. Stanęła nade mną właścicielka i mówi „przykro mi, niestety zabiegu wykonać nie możemy”, na co ja „dlaczego, jak to?”. Na co ona, że niestety musimy zdjąć wszystko i zrobić od nowa, bo tak należy robić co pewien czas. Ja w lekkiej konsternacji odpowiadam, że owszem, miesiąc temu były ściągane - zresztą w tym, a nie innym salonie - i robione od nowa.

Na co ona zaczęła litanię, że to tak trzeba i tyle i pewnie w międzyczasie uzupełniałam te włosy w innym salonie - co nie było prawdą. Po czym zasugerowała złośliwym tonem pójście do innego salonu.

Pewnie myślała, że w związku z uroczystością rodzinną, którą mam w niedzielę, będę ją prosić, żeby jednak zabieg wykonała, ale zacisnęłam zęby i spokojnie odpowiedziałam, że chyba ma rację i faktycznie pójdę do innego salonu. Na to pani zrobiła zdębiałą minę, proponując ściągnięcie mi tego, co same zrobiły i zostawienie mnie tak i podcięcie naturalnych włosów na boba - nigdy nie miałam tego typu fryzury - na co się nie zgodziłam, bo czułam przez skórę, że z czystej złośliwości wykona to w ten sposób, że będę wyglądać nie lepiej, a gorzej. Co ważne, kiedy niedawno ściągałam doczepiane włosy, żeby założyć nowe, moje naturalne były (podobno) w całkiem niezłym stanie.

Oczywiście pani właścicielka nie mogła tego tak zostawić i ostatnie słowo musiało należeć do niej, więc zaczęła mnie jeszcze ochrzaniać, że podobno ostatnio odkręciłam im zawór w łazience - nie wiem, po co - i cała była zalana. A skąd wie, że to ja? Bo wie, bo to na pewno ja ostatnia wychodziłam, to nic, że mógł to zrobić ktokolwiek inny. Nie chciało mi się tracić nerwów na kłótnie z nią, więc machnęłam na to ręką i wyszłam.

Po godzinie jednak wysłałam sms-a o treści "zapomniałam dodać, że w związku z umówieniem się przeze mnie na wizytę do innego salonu, jestem zmuszona prosić o wykreślenie mnie z terminu XXX, pozdrawiam Olga Iksińska", bo zapisałam się na kolejną wizytę z wyprzedzeniem.

Oczywiście pani właścicielka nie odpisała mi już nic, chyba sama już zdążyła się zorientować, że straciła klientkę przez swoje podejście.

Cała sytuacja nie byłaby może tak piekielna, gdyby nie fakt, że straciłam niepotrzebnie czas i pieniądze - jechałam specjalnie godzinę drogi z innego miasta do tego salonu.

Do złośliwych osób nie należę, dlatego opinii im nie wystawiłam, ale więcej się tam z pewnością nie pojawię.

salon fryzjerski

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (108)

#69748

(PW) ·
| Do ulubionych
Jechałam ostatnio autobusem, którym wracało trochę studentów i trochę pań wracających z sanatorium (sądząc po ich rozmowie). Trochę mi się spieszyło, jak i pewnie reszcie studentów jadących na zajęcia.

Zawsze na tej trasie jest jeden postój, a że droga nie jest bardzo daleka, bo około 100 km, wydaje mi się to optymalne na krótki odpoczynek.

Autobus niestety miał opóźnienie, na co zaczęli narzekać studenci jadący na zajęcia.

Paniom kuracjuszkom za to ciągle przeszkadzały inne rzeczy, a to że jest za ciepło, a to że za zimno - i tak słuchaliśmy ciągłych ich narzekań, a biedny kierowca szczególnie musiał to znosić i w pewnym stopniu się dostosowywać do ich wymagań.

Po około 40 km był postój, w czasie którego pasażerowie mogli skorzystać z toalet czy rozprostować kości.

Po następnych 30 kilometrach panie kuracjuszki zaczęły żądać kolejnego postoju, w celu takim, że one są chore na to i na tamto i muszą co jakiś czas sobie pochodzić. Wtedy doszło do sprzeczki z kierowcą, który stwierdził zgodnie z prawdą, że i tak mamy opóźnienie, a w planie jest jeden postój, na co panie zaczęły go prawie wyzywać i zrobiła się niezła awantura. Na szczęście nie uległ babciom i autobus nigdzie się nie zatrzymał.

Jak dojeżdżaliśmy do celu, było już naprawdę późno, część studentów poprosiła więc o to, czy mogą wysiąść na wcześniejszym przystanku (na nim planowo bus się zatrzymuje, jeśli powiadomi się o tym uprzednio kierowcę).

I wtedy zaczęły się kolejne protesty i lamenty kuracjuszek, że jak to, że bez przesady, bo im się na postój nikt nie zatrzymał…

Jak wreszcie wysiedliśmy i uwolniliśmy się od ich niezbyt miłego towarzystwa, wszyscy łącznie ze mną odetchnęli z ulgą...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (278)

#69776

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja siostra choruje na AZS (atopowe zapalenie skóry). Nie jest to zaraźliwa choroba, ma podłoże autoimmunologiczne, polega na tym, że skóra jest zbyt mało nawilżona i łatwo się podrażnia, przez co na skórze powstają od czasu do czasu czerwone, suche plamy (w wyniku podrażnień zewnętrznych). Niestety nie jest to uleczalne, można tylko leczyć skórę objawowo i czasem nie ma po tym ani śladu, a czasem niestety zaczerwienia się pojawiają.

Ludzie nawet na takie (niezbyt szpecące) zmiany skórne potrafią reagować nietolerancyjnie. Na przykład nasza koleżanka ze studiów- "O rany, co ci się stało w ręce? Okropne…".

Drugi przykład, nasza ciocia - "Kasiu, co masz na rękach? To jakaś łuszczyca? A może liszaje? Przepraszam, ale na wszelki wypadek nie podawaj ręki Hani, bo sama rozumiesz, to dla jej dobra" (Hania to jej wnuczka).

Jakieś wyrostki spotkane na ulicy - "Patrz na jej kark, co ona, jakaś poparzona?”.

Pani w szkole, kiedy siostra była jeszcze małą dziewczynką - "To musi być jakiś świerzb, tak to jest, jak rodzice nie dbają o higienę dzieci”.

Jeszcze kilka podobnych sytuacji ją spotkało.

Najlepsze, że ludzie nie mają zielonego pojęcia, co to za choroba, a sami wydają diagnozy...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (331)