Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Olga887

Zamieszcza historie od: 6 listopada 2012 - 11:38
Ostatnio: 27 września 2020 - 7:14
  • Historii na głównej: 18 z 25
  • Punktów za historie: 6532
  • Komentarzy: 50
  • Punktów za komentarze: 98
 
zarchiwizowany

#87028

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia mojej koleżanki, wynajmującej swoje mieszkanie studentom.
W mieszkaniu są trzy pokoje, w jednym mieszka para, w drugim mieszkała bohaterka tej historii czyli piekielna lokatorka, a w trzecim czasem pomieszkiwała koleżanka, kiedy była taka potrzeba, ale był zamknięty na klucz.
Klucz był jednak taki sam do pokoju lokatorki i właścicielki.
I tak pewnego pięknego dnia, koleżanka przychodzi po czynsz.

Widzi jednak z góry, że balkon w jej zamkniętym pokoju otwarty. Otwiera drzwi, a tam łóżko rozłożone, kilka rzeczy nie na swoim miejscu. Piekielna lokatorka się przyznaje, że miała gościa (!) w mieszkaniu i nie miała go przenocować niby to przepraszając.
Koleżanka nieźle się wkurzyła i oczywiście wypowiedziała natychmiast pokój. Piekielna miała na znalezienie mieszkania 2 tygodnie, ale niby tylko przeprosiła i nie starała się nawet załagodzić sytuacji jak gdyby było jej to obojętne.

I za tydzień dzwoni do właścicielki, czy ta decyzja jest już ostateczna bo chce podpisywać nową umowę, obojętnym tonem, jakby nic się nie stało, bez cienia skruchy.
Nie muszę dodawać, że piekielna znalazła mieszkanie bardzo szybko, a koleżanka była stratna szukając kogoś chętnego na wynajem około miesiąca- covid i martwy sezon...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (25)
zarchiwizowany

#86966

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mam już tylko jedną babcie. Szanuję ten fakt że względu na to, że niedługo może jej już nie być. Niestety nie mogę powiedzieć żeby nasze relacje były bardzo dobre, mimo że bardzo bym chciała.

Ale od początku. Moja babcia można śmiało powiedzieć, że przyczyniła się do zniszczenia życia dwóm osobom w rodzinie. Przyczyniła, bo osoby te co prawda były dorosłe i mogły zrobić po swojemu, jednak ewidentnie im w tym pomogła. Pierwszą jej ofiarą był brat mojego taty. Przez całe życie wmawiała mu,że powinien mieszkać z nią, że musi się nią opiekować. I tak zostało, wujek rozwiódł się z żoną, mieszkał z nią wiele lat, aż do swojej śmierci, kiedy to zapił się na śmierć. Za jego życia często z niego szydziła. Ze życiowy nieudacznik pomimo jego dość dobrej pracy itd. Dopiero kiedy przychodzi odwiedzić go na grobie z całą rodziną, zwraca się do niego czułe żeby rodzina obecna na cmentarzu to słyszala, niestety sam wujek już tego nie usłyszy.

Druga taka osoba była moja ciocia, a jej siostrzenica. Miała męża, jednak ten maz, choć porządny chłop nie podobał się ani jej matce, ani mojej babci. Obie więc spiskowaly jak mogły żeby ten związek zniszczyć nich skłócić. Niestety skutecznie. Ciocia obecnie jest samotna od wielu lat, bo być może pod ich wpływem z małżeństwa zrezygnowała.

Teraz przyszła pora na mnie. W wieku 26 lat usłyszałam że za mąż już nie wyjdę, że skoro szukam pracy to pewnie już nie znajdę. Myliła się bo i pracę i narzeczonego obecnie mam. I co z tego wynika? Ano nic. Ile razy babcie odwiedzę ani słowa zapytania jak mi idzie, jak się nam układa. Za to wyrzuty wcześniej były.
A ostatnio to stwierdziła, że nie powinnam mieszkać w obcym mieście tylko z mamą bo moi rodzice są po rozwodzie.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (80)

#86930

(PW) ·
| Do ulubionych
Z kim przestajesz, takim się stajesz. Coś w tym jest, choć nie zdajemy sobie często sprawy, że stajemy się podobni do ludzi, z którymi przybywamy. Dzisiaj będzie właśnie o tym.
Wiolkę poznałam w pracy - nie żebym miała coś do tego imienia, ale muszę ją jakoś nazwać na potrzeby historii.
Obie byłyśmy wtedy na półrocznej umowie i jedna z nas miała zostać na stałe.

Na początku wydała mi się przesympatyczną, wygadaną, po prostu fajną dziewczyna, przy tym bardzo towarzyską i charyzmatyczną.
A, że sama nie mam aż takiej łatwości w nawiązywaniu kontaktów i przyjaciół zaledwie paru, a ona jak by się mogło wydawać całe mnóstwo, bardzo mi to imponowało.
I tak zakumplowałyśmy się. Na początku czerpałam radość z tej przyjaźni, miło spędzałyśmy razem czas, wychodziłyśmy razem na miasto.

Wiolka miała kiedyś byłego, który rzucił ją w dość chamski sposób. Bardzo to przeżywała, mimo że minęło od tego czasu kilka miesięcy. Okazało się, że miała stany depresyjne. Szkoda mi jej było, próbowałam jej wesprzeć, doradzić.

Prace sobie totalnie olewała, chodziła ciągle na zwolnienia. Ale i tak liczyła, że to ona zostanie. Z dumą opowiadała jaka jest sprytna, że kombinuje i się nie stara, a i tak ma znajomości, więc ją zatrudnią. Ja robiłam swoje, byłam solidna i dość pilnie pracowałam, nie bumelowałam, nie chodziłam na zwolnienia, nie spóźniałam się do pracy. Co koleżance było nie bardzo w smak, bo pewnie zdawała sobie sprawę z tego, że źle to wypada na jej tle.

W końcu rozmowy o jej byłym facecie przybrały na sile, opowiadała bez przerwy tylko o nim, o swojej depresji, o myślach samobójczych, o chodzeniu do psychiatry. O tym, że jeśli nie zostanie w pracy, to coś sobie zrobi.
Pocieszałam ją, próbowałam doradzić, jednak żadnej mojej rady, żeby o tym facecie zapomnieć nie brała sobie do serca.

Z czasem zaczęło mi to coraz bardziej ciążyć, powoli sama stawałam się taka jak ona, smutna i zdołowana.
Łapałam się sama na pesymistycznym myśleniu.
Pod koniec umowy Wiolka poszła na kolejne zwolnienie. Twierdziła, że nie daje sobie rady ze sobą. Ja pracowałam, a ona wydzwaniała, pisała po 20, 30 wiadomości w ciągu dnia.
Odpisywałam, że nie mam czasu i oddzwonię po pracy. Nie rozumiała tego.

W końcu przyszedł czas decyzji komu przedłużą umowę. Wybrali mnie. Kilka dni później usłyszałam plotki na swój temat, że zostawiłam Wiolkę samą w dołku psychicznym i przeze mnie nie będzie mieć pracy. Już więcej się do mnie nie odezwała.

Nie mamy już kontaktu od kilku miesięcy. Co wyszło mi na dobre, bo wyraźnie odżyłam.
Jedyne co pozytywnego wynikło z tej znajomości, to to, że zrozumiałam jak wielki ludzie z naszego otoczenia mają na nas wpływ i jak bardzo potrafią nami manipulować.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (186)

#86788

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak prawie każdej kobiecie zależy mi na urodzie, więc cenię sobie dobrych fryzjerów, czy kosmetyczki, do niektórych chodziłam więc przez lata i nie miałam problemów z dopasowaniem terminów, jak i z komunikacją z nimi. Uważam, że te zawody wymagają dość dużej wiedzy i fachowości, więc je cenię. Ale...

Od niedawna mieszkam jednak w nowym mieście i tym samym musiałam poszukać innych specjalistów.
Ja rozumiem, że każdy dobry fryzjer, czy kosmetyczka mają dość napięty grafik i niepojawienie się na wizycie bez zapowiedzi, czy notoryczne ich odwoływanie byłoby nie fair.

Już dwa razy spotkała mnie podobna sytuacja, w stylu, że chcę się zapisać do fryzjera załóżmy po godzinach mojej pracy, albo w sobotę. Pani mówi, że nie absolutnie, oni nie mają takich terminów- tonem jakby proponowanie terminu na popołudnie, albo w sobotę byłoby jakimś nietaktem z mojej strony.

Proponuje mi dzień powszedni, na hasło, że dam znać tego samego dnia, bo nie wiem czy uda mi się urwać z pracy, pojawia się foch, że jak to, przecież mogłabym wziąć urlop i ona może zaproponować inny dzień powszedni. Mówię, że tego dnia muzę być w pracy. Pani już mniej miłym tonem mówi, że może zaproponować wolne terminy dopiero za miesiąc - mimo, że wcześniej mogła mnie zapisać na termin za 2 dni, więc choć nie powiedziałam tego głośno, przyszło mi do głowy, że obruszyła się i zrobiła to specjalnie.
A już nie daj Boże gdyby mi coś wypadło w dniu wizyty i ze względu na pracę nie mogła na nią przyjść. Mimo, że byłoby to ode mnie niezależne.

Rozumiem, że dobry fryzjer czy kosmetyczka są na wagę złota i terminy są u nich trochę mniej dostępne, ale oczekiwanie, że będę brała dla nich specjalnie urlopy i wizyta u nich będzie ważniejsza od mojej pracy, to uważam przesada.
W końcu idę do salonu o trochę mniejszej renomie, ale za to z takim terminem, który mi odpowiada.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (156)

#86737

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie to, żebym miała coś do stomatologów czy lekarzy. Choć ostatnio czekam na wizytę już ponad 3 tygodnie w miasteczku, w którym mieszkam od niedawna, sama nie wiem, może jakieś fatum mnie prześladuje.
Powód? Zapisałam się na wizytę przez znany chyba wszystkim portal do jednego z nich.
W dniu wizyty dostaję telefon z recepcji. Że muszą anulować wizytę, bo konsultacja - jedyna opcja do wyboru na portalu trwająca 30 minut- to tylko konsultacja online, o czym nie było mowy przy zapisywaniu się, co nawet zresztą później sprawdziłam. Pani recepcjonistka proponuje przełożenie terminu na za tydzień. Nie spieszy mi się, więc się zgadzam.

Za tydzień - oczywiście znów w dniu wizyty - dostaję telefon z gabinetu. Ta sama, sądząc po głosie, pani recepcjonistka przepraszając przekłada wizytę, bo lekarzowi coś wypadło. Proponuje mi wizytę w innym terminie. Postanawiam zrezygnować i poszukać innego lekarza, na którego nie będę musiała czekać kolejne dwa tygodnie.

Znajduję kolejną stomatolog, zapisuję się online. W dniu wizyty dzwoni do mnie. Mówi, że przekłada ją, bo zapisała w tym terminie kogoś innego przez telefon i nie sprawdziła sobie swoich zapisów internetowych. Żadnych przeprosin, nic. Za to prosi mnie, żebym tę wizytę na portalu internetowym odwołała, bo ona tego zrobić nie może. Tak się złożyło, że miałam wyjątkowe urwanie głowy tego dnia i zapomniałam odwołać wizyty, a po upływie jej czasu było to już niemożliwe.
Na następny dzień dzwonię do pani doktor, żeby potwierdzić nowy termin, skoro kalendarz zapisów internetowych jest traktowany po macoszemu. A pani doktor na to, że jak to, że ona mnie prosiła, żebym odwołała wizytę, że jak tak można i termin, na który znów się zapisałam oczywiście nie jest dostępny i ona może mnie ewentualnie zapisać na za tydzień.
Podziękowałam, szukam dalej, bo jej ton nie wróżył zbyt miłej atmosfery przy kolejnych wizytach.

Aż się boję co będzie przy kolejnym stomatologu, do którego się zapisałam, tym razem telefonicznie...
Co dziwne, w poprzednim mieście, w którym mieszkałam, nie miałam podobnych problemów.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (76)

#86699

(PW) ·
| Do ulubionych
Dworzec PKS w moim rodzinnym mieście, policja stojąca tuż przy nim.
Widzę jak w pewnym momencie podjeżdzają na jego drugi koniec żeby wstawić mandat grupce młodzieży wychodzącej ze sklepu i otwierającej (może ze dwa?) piwa.
Dumni z siebie policjanci wracają na swoje miejsce i stoją dalej obserwując komu by tu można było mandat wstawić.
Ja i koleżanka stoimy sobie i czekamy na autobus, jest już ciemno bo była to późna jesień, więc i dni krótkie.
Oprócz nas i radiowozu nie ma już nikogo na całym dworcu. Nagle nadchodzi on- Pan Piekielny o wyglądzie rodem z zakładu karnego- przypakowany, tatuaże i te sprawy.

Najpierw proponuje nam kawę, odmawiamy. Po kilku nieudanych próbach staje się coraz bardziej nachalny, przynosi nam kawę kupioną z automatu mimo naszej odmowy. Proponuje podwózkę. Nie zgadzamy się. Nie odpuszcza. Policja nic, choć mówimy głośno żeby sobie poszedł. W końcu zaczyna jedną z nas ciągnąć za ramię mówiąc "no choooodź i dalej niecenzuralne słowo". Policja dalej nic. Do czasu, kiedy koleżanka nie wytrzymuje, sama woła do radiowozu żeby nam pomóc. W tym momencie Piekielny Amant odpuszcza rzucając w naszą stronę słowa, których znowu nie zacytuję. Policja dalej nic. Na szczęście nadjeżdza autobus i wsiadamy, dopiero wtedy czułyśmy się bezpiecznie.

Ale panowie policjanci mogą być z siebie dumni, w końcu mandatu za piwko kupione przez młodzież nie mogli przegapić. Nie to żebym popierała picie alkoholu przez nastolatków, jednak zastanawiam się, czy zdążyliby zareagować gdyby ktoś taki np. wciągnął dziewczynę do samochodu.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (162)

#86664

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będzie o wyścigu szczurów w pracy, z którym zetknęłam się po raz pierwszy. Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze bardzo młodą i dość naiwną dziewczyną dostałam się na staż, który odbywałam w pewnym większym urzędzie. Staż ten był z urzędu pracy, więc i pieniądze niewielkie, ale jako, że miałam małe doświadczenie cieszyłam się, że tam jestem i mogę je zdobyć, wykazać się czymś, udowodnić samej sobie, że się nadaję.
Nie wiedziałam czy tam zostanę, bo przebić się było tam dość ciężko.

Trafiłam do pokoju gdzie wdrożyć miała mnie pewna dziewczyna - niech będzie Kaśka, starsza ode mnie kilka lat. Na początku wydała mi się fajna i sympatyczna, myślałam więc, że się dogadamy.
Kaśka dostała polecenie od kierownika żeby mnie wdrożyć w nowe obowiązki i żeby nauczyła mnie wszystkiego co sama robi.
Niestety nie chciało jej się mi prawie niczego tłumaczyć, a jeśli już to robiła, to szybko i po łebkach, twierdząc, że robi tak bo wydaje się jej to oczywiste po kilku latach pracy. Nic dziwnego, skoro robiła je już wiele razy, dla mnie jako świeżaka jednak tak proste i oczywiste jeszcze nie były, szczególnie, że program komputerowy w firmie nie był wcale tak intuicyjny jak być powinien, ale dość skomplikowany dla kogoś kto nie miał z nim wcześniej styczności.

Nie poddawałam się jednak, dopytywałam o wszystko, a zniecierpliwiona Kaśka w pośpiechu mi wszystko tłumaczyła.
W końcu dostałam pisma do napisania, sprawa ważna, ale dość prosta. Dla pewności jednak wszystko w nich sprawdzałam po 10 razy.

Jedna data mi się nie zgadzała odnośnie paszportu klienta, a było to ważne ze względu na charakter sprawy. Pokazałam to Kaśce, która w pośpiechu spojrzała i uznała, że wszystko jest ok i tak ma po prostu zostać.
Pomyślałam - widocznie wie lepiej skoro pracuje tam tyle lat i podałam do podpisu pisma kierownikowi.

Nie minęło kilka dni, przychodzę do pracy. Kaśka od progu na mnie z krzykiem, że ta data, o którą pytałam powoduje, że pismo jest nieważne i ona teraz ma przez to kłopoty, bo ja nie zwróciłam na to uwagi. Nieważne było, że wcześniej się jej o nią pytałam i powiedziała, że jest ok. Nieważne było to, że byłam wtedy stażystką, a ona pracowała tam kilka lat. Wg niej wina była moja i tylko moja. Bo skończyłam lepszą uczelnię od niej, więc powinnam była to sama zauważyć. Powiedziałam więc, że pójdę w takim razie do kierownika i przyznam, że to ja pisałam te pisma i tak też zrobiłam, bo uznałam, że i będzie najuczciwiej.

Paradoksalnie zadziałało to na mój plus, bo kierownik stwierdził, że nie ma w tym żadnej mojej odpowiedzialności i świadczy to wręcz o braku klasy pracownika, mimo, że sama przyznałam się do jej błędu, mówiąc jednak całą prawdę i to, że z nią to konsultowałam z nadzieją, że Kaśka to doceni.

Tak się jednak nie stało. Od tego czasu dostawałam jedynie proste, niewymagające zadania. W końcu nie wytrzymałam, znów poszłam do kierownika żeby całą sytuacje opowiedzieć i zostałam przeniesiona do innego pokoju. Gdzie było już o niebo lepiej, a nawet byłam chwalona.

Po stażu zostałam na etat i była to moja pierwsza praca.
Z perspektywy czasu cieszę się jednak, że takie coś mnie spotkało, mimo że kosztowało wiele nerwów i nieprzespanych nocy, to była cenna lekcja, która przydała mi się jeszcze nie raz, dzięki której nie daję sobie wejść na głowę i zwalać na siebie winy za coś czego nie zrobiłam.

W międzyczasie dowiedziałam się, że moja była koleżanka z pokoju, o której była mowa, robi błędy notorycznie, w dodatku nie jest zbyt lubiana bo zadziera nosa. Jakiś czas później wyleciała pewnie przez swoje częste błędy. Nie żebym się z tego cieszyła, ale czy miałam satysfakcję? Nie powiem, że nie....

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (123)

#86681

(PW) ·
| Do ulubionych
Już od jakiegoś czasu chciałam opisać tą historię, ale przypomniałam sobie o niej dopiero niedawno, kiedy spotkałam na ulicy przypadkiem mojego byłego nauczyciela - Pana Piekielnego - nauczyciela od matematyki, o którym ona będzie.

Ładnych parę lat temu, a właściwie już ponad 10, chodziłam do liceum.
Było ono dość specyficzne, z jednej strony uchodziło za najlepsze w mieście, z drugiej afera goniła aferę, a to o jakąś łapówkę, a to o narkotyki, a to jeszcze o coś innego.

Niektórzy nauczyciele też byli specyficzni i nierzadko też mieli o sobie wielkie mniemanie.
Podobnie było z moim nauczycielem od matematyki.
Chodziłam do klasy o profilu humanistycznym, jednak cisnął nas z tego przedmiotu niemiłosiernie. Tłumaczył wszystko na szybko i chaotycznie, kiedy ktoś nie zrozumiał, denerwował się. Sprawdzian oznaczał często trudne, nietypowe zadania, inne niż przerabiane w podręczniku. Nigdy z tego przedmiotu orłem nie byłam, przyznaję, ale nie miałam też wcześniej takich problemów jak u niego.

Pan Profesor Piekielny oprócz wygórowanych wymagań, słynął także z tego, że udzielał korepetycji w swoim domu. Oczywiście nie było to zgodne z obowiązującymi zasadami, bo z tego co słyszałam, nauczyciel uczący w szkole nie powinien udzielać swoim uczniom korepetycji, ale on zupełnie się tym nie przejmował, a niektórzy koledzy z klasy i tak zapisali się do niego na lekcje dodatkowe ze strachu przed dalszymi problemami.
I ja tak zrobiłam, bo przynajmniej trójkę na koniec chciałam, a oceny miałam słabe, zbliżała się matura. Po zapisaniu na lekcje, oceny się polepszyły i to wcale niekoniecznie dlatego, że miałam większą wiedzę, bo nauczyciel ten tłumaczył wszystko kiepsko i po łebkach, po prostu byłam rzadziej odpytywana i łagodniej traktowana niż wcześniej.

To jednak nie koniec piekielności,a o najgorszym miałam się przekonać niestety na własnej skórze.
Piekielny Profesor, jak się później okazało, lubił też kłaść mi rękę na kolanie, pod pretekstem tłumaczenia materiału i dziwnym trafem wędrowała ona zawsze pod książkę, którą mi na nim kładł.

Nie pomagało wiercenie się, czy zmiana pozycji, ręka dziwnym trafem wędrowała na moje kolano, albo udo.
Nie obeszło się też bez dość obleśnych "komplementów" czy nawet spekulacji, czy jestem dziewicą czy nie, niby to w formie niewinnego żartu, niby...
Żeby było lepiej dowiedziałam się, że moją koleżankę traktował identycznie.

Na całe szczęście to był ostatni semestr z nim, bo chciałyśmy już z tych korepetycji zrezygnować, ale wiedziałyśmy, że będziemy miały potem duże problemy z tego przedmiotu.

Nauczyciel z tego co czytałam w internecie uczy dalej, nadal w tym samym liceum, korepetycji pewnie też udziela.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (136)

#86565

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje perypetie z właścicielem mieszkania, w którym wynajmowałam pokójb- piekielności jakich wiele, jednak krwi skutecznie mi napsuły.
Przypomniała mi się historia o tym, jak kiedyś, jeszcze za czasów studenckich szukałam pokoju do wynajęcia.
Co prawda studiowałam zaocznie, ale znalazłam też pracę i czułam dreszczyk emocji na myśl, że wreszcie pójdę "na swoje".
Mieszkanie, które znalazłam wydawało się w porządku, może meble trąciły trochę PRL-em, ale nowe panele, drzwi, wyremontowała łazienka i kuchnia. Za tą cenę nie ma co narzekać - pomyślałam.
Właściciel kontaktowy, miły, wszystko wydawało się być w porządku.

I było tak do pierwszej nocy spędzonej w moim pokoju. O ile wspomniane wyżej meble, pamiętające czasy Gierka mi nie przeszkadzały, o tyle wersalka, tym razem z epoki lat 90-tych okazała się być koszmarnie twarda. Na tyle, że budziłam się kilka razy w nocy. Nie wspomnę o innych małych, ale dość znaczących usterkach, jak np. zacinanie się kurka od prysznica, czy odpadające wieszaki, psująca się pralka, których nie dało się zauważyć na przy oglądaniu mieszkania.
Postanowiłam, więc nocować u mojego ówczesnego wtedy chłopaka i tak w rezultacie mieszkałam u niego przez parę dni.
Nie minął tydzień i dostaję telefon od właściciela. Że dlaczego wprowadziłam się, a nie mieszkam, że współlokatorki się niepokoją dlaczego mnie nie ma - których wcale nie znałam zresztą - i czy zamierzam tam wrócić.

Powiedziałam właścicielowi, że wrócić zamierzam, ale jednocześnie muszę wypowiedzieć z miesięcznym okresem wypowiedzenia, na co z niechęcią się zgodził.
Za kilka dni, choć nie upłynął jeszcze termin płatności czynszu - upływał 10-tego, dostaję pismo od właściciela, którym było wezwaniem do zapłaty, z groźbą zabrania kaucji na koszt poszukiwań nowej lokatorki i natychmiastowego wypowiedzenia mi pokoju. Oczywiście wszystko zapłaciłam w terminie, ale do tego czasu dostałam kilka telefonów od Pana Piekielnego z pretensjami dlaczego tak późno i gdzie w ogóle jestem, dlaczego się nie wprowadzam.

W końcu przyszedł czas urlopu i mojego wyjazdu w góry, o czym wspomniałam współlokatorkom. Miałam wyjechać na kilka dni, nie było mnie tydzień. Telefon od właściciela. Gdzie jestem, czy mam zamiar dalej tam mieszkać, czy zapłacę mu za kolejny czynsz, mimo że termin upływał za 2 tygodnie. Wspomniał też, że współlokatorki mówiły mu żeby wymienił zamki w drzwiach (sic!), bo mnie tam wiecznie nie ma.

Zbliżał się czas mojej wyprowadzki. Dwa telefony od piekielnego bohatera tej historii, czy na pewno chcę opuścić mieszkanie, mimo moich zapewnień.
Przy kolejnej zapłacie pretensje, że znów czekałam prawie do 10-tego i straszenie nieoddaniem mi kaucji.
W końcu w dniu przeprowadzki narzekanie, że wprowadziłam się na tak krótko, tak ciężko się ze mną skontaktować jak jestem w pracy- zawsze oddzwaniałam, czasem po kilku godzinach, ale jednak.

Na końcu komentarz, że pokojem zainteresowanych jest wielu chętnych na moje miejsce - w co nie chciało mi się wierzyć sądząc po tym ile czasu widniało w internecie.
Aż mi się przypomniały stare, dobre czasy, kiedy miałam naście lat i pilnowano mnie na koloniach...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (119)

#86517

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno pojawiła się historia o utracie przyjaciółki. A, że jakiś czas temu straciłam też swoją, jakby się mogło wydawać bratnią duszę, postanowiłam to opisać, szczególnie ze nasze zerwanie kontaktów miało miejsce niedawno i nadal trochę mnie boli.

Swoją przyjaciółkę poznałam kilka lat temu na studiach. Wtedy startowaliśmy z tego samego etapu w życiu, byłyśmy na tym samym kierunku studiów, miałyśmy podobne doświadczenia w życiu sercowym, obie złamane serca przez facetów.

I tak, przez cały licencjat ze sobą trzymaliśmy, zwierzałyśmy się sobie, po prostu byłyśmy sobie bliskie. Po licencjacie jednak nasze drogi się rozeszły, ja poszłam na magisterkę na kierunek, który jest pokrewny ale nieco bardziej przyszłościowy z obiektywnego puntu widzenia, poza tym rozpoczęłam staż w międzyczasie. Ona została na "starych śmieciach". Nie wywyższałam się z tego powodu, ale przyjaciółka z kolei nie mogła powstrzymać się od przypomnienia mi, że absolutnie nie czuje żeby jej studia były gorsze, a skoro o tym sama wspomniała najwyraźniej tak właśnie to odczuwała.

Przyjaźń trwała jednak nadal, poznaliśmy swoich facetów, ona wkrótce się zaręczyła, a ja się rozstałam ze swoim partnerem. Wtedy zaczęła wmawiać mi, że w moim wieku to marne mam szanse na poznanie kogoś, choć miałam dopiero 27 lat.

Aż do czasu kiedy poznałam kogoś, w jej mniemaniu chyba na zbyt dobrym poziomie, bo obiektywnie rzecz biorąc przystojniejszego i zaradniejszego od jej narzeczonego. Od początku bardzo odradzała mi ten związek ze względu na odległość 150 km i to że był ode mnie starszy o 10 lat. Jednak ja zrobiłam po swojemu zostałam z nim, ku jej niezadowoleniu.

Miarka przebrała się jednak, kiedy jakiś czas temu znalazłam nowa pracę, a ją zwolnili. W dodatku pracę, o której wiem, że sama marzyła. Przedtem jednak, kiedy sama nie wiedziałam czy coś z niej wyjdzie - miałam wrażenie, że konkurs kiepsko mi poszedł, ona z widoczną satysfakcją powiedziała, że nie wiadomo czy w końcu uda mi się ją dostać.

Kiedy jednak się udało, nie usłyszałam nawet słów w stylu "ale fajnie", a w czasie wybuchu pandemii doradzała mi żebym poszła na zwolnienie, bo za bardzo ryzykuje i w ogóle powinnam tą pracę olać, bo firmę i tak zamkną.
Kiedy tak się nie stało, po prostu pewnego pięknego dnia... zerwała ze mną kontakt. Pierwszy raz od lat "zapomniała" o moich urodzinach, nie odbiera telefonów...
Tylko z tego powodu, że w pewnym momencie życia, lepiej mi się powiodło.
Szkoda, bo wydawało się, że to przyjaźń na całe życie.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (143)