Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Phantomfool

Zamieszcza historie od: 11 sierpnia 2016 - 14:00
Ostatnio: 26 lutego 2020 - 10:14
  • Historii na głównej: 5 z 5
  • Punktów za historie: 1408
  • Komentarzy: 16
  • Punktów za komentarze: 134
 

#86141

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed paru dni. Będzie krótko, ale piekielnie, ale chyba jest o co.

Na wstępie powiem: mam bardzo czarne włosy (jak to niektórzy mówią kruczo czarne), średni zarost, ciemne brązowe oczy oraz całkiem ciemną karnację pomimo całkowicie polskiego pochodzenia.
Często w restauracjach dostaję menu w języku angielskim, w kawiarniach typu Starbucks wita się ze mną ktoś po angielsku, a Panie promotorki na rynku zazwyczaj po angielsku zapraszają mnie na darmowy taniec do klubu (co ciekawe gdy odpowiadam płynnym polskim, to szybko tracą zainteresowanie).

Jadę sobie spokojnie w tramwaju. Nagle rozlega się komunikat: Proszę przygotować bilety do kontroli.
Wyciągam więc swój kawałek papierka i czekam.
Widzę już pana kontrolera jak podchodzi do każdego. Tutaj piknie urządzonkiem kartę, tutaj szybko zerknie komuś na bilet. Ogólnie to kontrola błyskawiczna.
Pan zatrzymuje się koło mnie (siedziałem na pojedynczym siedzeniu), a ja z uśmiechem powiedziałem "dzień dobry" (zazwyczaj się witam, tak z automatu). On zmierzył mnie wzrokiem i chrząknął. Troszeczkę zmieszany, ale podałem mu bilet, a on go obracaaaał, sprawdzał, przejeżdżał palcem, próbował chyba sprawdzić czy tusz jest zmazywalny? Coś tam jeszcze powiercił, poprzewracał i powymachiwał tym biletem. W końcu zapytał:
- Dobrze Ci się w Polsce żyje co?
Ja na to:
- Yyyy... no tak. W sumie to już 25 lat. (Odpowiedziałem w płynnym polskim. Byłem zmieszany, ale domyśliłem się po chwili, że założył iż pochodzę z jakiegoś kraju bliskiego wschodu).

On po tym tylko parsknął i podrzucił tym biletem w moją stronę tak, że upadł na podłogę.
Szkoda mi było się z nim kłócić, to już nie pierwszy raz.

Nie wiem czy ja mam już wszystkim okazywać dowód osobisty każdej napotkanej osobie? Skan drzewa genealogicznego? Może wyniki testów DNA?
Jak uważacie, czy reaguje zbyt nerwowo na to wszystko?

P.S. W tramwaju absolutnie nikt nie zareagował na jego słowa i czyn pomimo tego, że wielu ludzi to słyszało i widziało (gość mówił dość doniośle).

Komunikacja Miejska

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (134)

#79612

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z dnia wczorajszego. Piekielny gość no i niestety ja, czyli jak utracić pracę animatora

Pracuję, jak już mówiłem, jako animator czasu wolnego w Greckim hotelu.
Mam na prawdę wiele obowiązków, praca wyczerpująca mentalnie i fizycznie. Wielu gości tylko na mnie czeka od rana i spędza ze mną wiele czasu. Kiedy przychodzi czas mojej przerwy i chcę udać się na odpoczynek, zdecydowana większość wręcz mnie pogania żebym poszedł odpocząć.
Większość, ale nie wszyscy...

Wracam do pokoju, godzina 19, nogi pulsują z bólu, koszulka w stanie ciekłym od potu, twarz bordowa od upału (Prawie 40° na zewnątrz).

Nagle za ramię łapie mnie jeden z gości i pociąga do siebie. Ja w szoku, ale utrzymuję równowagę. Uśmiecham się uznając to za żarcik. On jednak nie wyglądał na dowcipnisia.
Chudy i wytatuowany chojrak w stylu "dres".
Za nim żona i 5 dzieci. Zaczyna gadać po rumuńsku jednak ja nie rozumiem więc po minucie mojego milczenia i kręceniu głową odzywa się żona (po angielsku):
-Musi się Pan zająć naszymi dziećmi bo my idziemy do restauracji a la carte w hotelu!
-Bardzo przepraszam jednak teraz mam przerwę i dodatkowo moja umowa zabrania mi opieki nad dziećmi poza "świetlicą" hotelową i poza godzinami pracy.
-Ja Pana nie prosiłam, ja kazałam. (Ton głosu już włączył mi kontrolkę "Uwaga,paniusia")
-Z całym szacunkiem (dalej z uśmiechem), ale jestem już po 8 godzinach pracy a jeszcze czeka mnie 2 godziny podczas przedstawienia wieczornego.
Żona przetłumaczyła wszystko mężusiowi, on tylko zapowietrzony i miną rozwścieczonego pitbulla popatrzył na mnie.
I tu się zaczęło:
-TY ŚMIECIU (?????), TY JESTEŚ SŁUGĄ HOTELOWYM I MASZ ROBIĆ TO CO CI KAŻĘ, NIE OBCHODZI MNIE ILE PRACUJESZ! PŁACĘ, WYMAGAM.
Dzwięk jej głosu wyobraźcie sobie jak wydzierającą się papugę na ekstazy i jednoczesne drapanie widelcem po talerzu...
-Przepraszam (już bez uśmiechu) zażalenia i skargi, biuro menagera koło recepcji. Do widzenia..

Odwrót na pięcie, przeszedłem 5m i znów ktoś mnie łapie tym razem za koszulkę i pociąga do siebie. Usłyszałem tylko dźwięk rozpruwanej koszulki.
Kolejny szok, łapanie równowagi i szukanie "pociągającego" gościa.
Znów ten sam facet (Nadmienię, że może miał 1,75m wzrostu i drobną budowę lecz jak na takiego, siły to miał.)
Stoję jak wryty bo moja cierpliwość już się skończyła i nie wiem co zrobić. Z nerwów ręce już zaczęły chodzić ale samokontrola powstrzymała.

Od mamy słyszę tylko:
- DZECI CZEKAJĄ!
- To niech czekają.
I poszedłem dalej oglądając się za siebie, jednak odpuścili więc nikt mnie znów nie zatrzymywał. Widziałem jednak, że są nieźle wkurzeni.

Aleeeee to jeszcze nie koniec. To początek końca.

Po godzinnej drzemce, ubieram się w strój animacji wieczornej i dreptam do restauracji witać gości. Taka codzienna rutyna.

Wszystko leci fajnie, śmiechy, żarty, dobry wieczór i smacznego.
Nagle mój radar wykrywa Pana pociągającego z rodzinką. Alarm rozbrzmiewa w głowie o zachowaniu spokoju. Uśmiech trzymam dalej i witam jak każdego innego. On tylko chrząknął i stanął obok mnie i pani rejestrującej gości wchodzących.

Tylko nadmienię, że mamy tak zwany Dresscode czyli wymagana odzież wieczorna.
Mężczyźni długie spodnie, pełne buty, koszula lub T-shirt.
Kobiety to samo lub sukienki do kolan lub lekko ponad.

Jak oni byli ubrani pytacie?
Facet shorty, japonki, koszulka jak sieć rybacka na ramiączkach i tona żelastwa w postaci naszyjników, pierścieni itd.
Kobieta spodnie mini lekko poniżej tyłka, bluzka ucięta do brzucha.

Grzecznie mówię Państwu, że mamy zasady ubioru i czy byli by łaskawi wrócić do pokoju i się przebrać. Takie zasady, nie ja decyduję, przepraszam.

W tym momencie nie wiem czy kobieta zrobiła się czerwona na twarzy gdyż ilość tapety przeważała ilość betonu użytego do budowy Pałacu Kultury, jednak po mowie ciała zrozumiałem, że w niej kipi.
Zaczęła wrzeszczeć na całe gardło i wymachiwać mi przed twarzą tipsami. Facet tylko się kiwał kozacko i patrzył tylko na mnie jak na ofiarę.

Moment kulminacyjny.

Facet wyciąga rękę, chce mnie popchać do środka, ja się opieram, lekko odsuwam jego rękę i zaraz po tym stało się coś co mnie upokorzyło i wnerwiło jak nic innego w moim życiu:
Gość charknął ostro i splunął mi prosto na twarz...

Nie wytrzymałem...Sprzedałem mu bombę prosto w pysk.
Poleciał na ziemię, krew z nosa, krzyk żony, zdumienie gości restauracji.

Teraz krótko:
Zwalniają mnie za napaść na gościa hotelu, chamstwo, agresję, obrażanie gości i wulgarne słowa.
(W życiu nie podniosłem głosu na gościa, mam wzorowe opinie w internecie, a goście zawsze dziękują za dobrą zabawę, opiekę nad dziećmi i animację. Często też tipami).

Jestem bardzo tolerancyjnym człowiekiem, spokojnym i uśmiechniętym, ale to przeszło wszelkie granice.
Może przesadziłem, może nie, sami oceńcie.

Zawsze byłem przeciwnikiem zdania "klient ma zawsze rację", upokarzania i traktowania ludzi pracujących w turystyce i hotelarstwie jak sług. To także ludzie.

Jeżeli się spodobało, dajcie znać, mam znacznie więcej i piekielniej (już nie z mojej strony).
Nazbierało się przez sezon :)

Płoń piekle piekielny! :D

zagranica animacja hotel goście

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (307)

#74872

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio się aż nazbyt rozpisałem, ale cóż, tak to jest jak się jest magnesem na nieszczęścia :)

Rok 2014. Początek lata w Krakowie, turyści się zjeżdżają, a ludzie w kawiarniach, hotelach i wypożyczalniach już zacierają rączki.

Mój ojciec prowadził wypożyczalnie samochodów. Od małych zwinnych samochodzików po rodzinne busy.
Tutaj zaznaczę - nie jestem rasistą, jestem tolerancyjny (w granicach oczywiście) i nie lubię stereotypów co do określonej grupy etnicznej/religijnej/rasowej, ale niestety (raczej) i tym razem te stereotypy się potwierdziły.

Wynajęliśmy busa grupie Żydów, którzy przyjechali prosto z Izraela. Ludzie na początku bardzo w porządku, nie ubierali się na czarno, a jedynie na głowie mieli jarmułkę. Wynajęli auto na tydzień więc i zarobek miał być spory. Okazało się, że był bardziej niż spory, ale tylko chwilowo...

Przyszedł dzień odbioru busa od klientów. Już podczas parkingu na placu koło busa zobaczyliśmy wielką i długą rysę ubrudzoną tynkiem z tylnej lewej strony nad błotnikiem. Oczywiście kierowca stwierdził, że ona już tam była wcześniej. Ja i ojciec w lekki śmiech i pokazujemy mu zdjęcia na parkingu przed wypożyczeniem (zawsze tak robimy, na jednym był nawet kierowca).
Następnie chciał nam wmówić, że to ktoś w niego wjechał. Nie wiedziałem, że po ulicy jeżdżą samochody z betonowym lakierem :D

Pozostaliśmy nieugięci i klienci musieli dopłacić za uszkodzenia. Nie krzyczeli na nas, nie wyzywali, nie grozili, więc za to plus.
Pomyśleliśmy sobie, że byli całkiem w porządku i zachowali się dobrze, że zapłacili za szkody. Zadowoleni i radośni wyruszyliśmy w stronę domu. Och jak krótka była nasza radość...

Po przejechaniu 2km silnik zaczął tak skakać, że samochód aż podskakiwał i gasł. Zatrzymywaliśmy się chyba z 10 razy i 5 minut czekaliśmy żeby auto zapaliło. Po prostu nie spodziewaliśmy się tego co się stało. Po ledwie udanym przyjeździe do domu od razu zajechaliśmy do mechanika, którego mieliśmy 50m od miejsca zamieszkania.

Co się okazało? Nasi drodzy klienci wlali benzyny do diesla...
10 razy mówiliśmy im, że to diesel, mieli to wpisane w papierach i była nawet nalepka koło zegarów. Raczej nie wierzę, że zrobili to przypadkowo. Tego nie dało się przeoczyć, a sami 7 dni jeździli normalnie.
Efekt? Wymiana instalacji wtryskowej, pompa wysokiego ciśnienia, ale silnik (jakoś) przetrwał.
Cała opłata za wypożyczenia poszła w diabły, a jeszcze musieliśmy dopłacić za kupno nowych części, czyszczenie, usługę itd.

Kontaktu już z nimi żadnego. Wyłączone telefony, na maile nikt nie odpowiadał, a do sądu to by ich trzeba było z Izraela sprowadzić. Szkoda słów, nie warto...

Nie było świadków naszej piekielności (oprócz mechaników), ale chyba nikt nie zachowałby się normalnie.

wypożyczalnia

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 270 (320)

#74832

(PW) ·
| Do ulubionych
Za zgodą kolegi, wrzucam historię gdzie to on był piekielnym a ja tylko nosiłem widły i ostrzyłem rogi jako osoba towarzysząca :D

Wiele się na Piekielnych mówi o oddawaniu komuś rzeczy z dobrego serca. Naczytałem się ich wiele i miałem nadzieję, że sytuacja kolegi będzie inna. Po raz kolejny...pomyłka.

Jak niektórzy wiedzą mieszkam w Chorwacji. Kolega Dawid wygrał na loterii. Niby nic ale zawsze jakiś grosz. Z racji tego, że jemu przydarzyło się coś dobrego to dobrocią także postanowił się wykazać. Miał przeprowadzkę do nowo wybudowanego domu, więc wystawił na internecie ogłoszenie, że oddaje lodówkę i płytę ceramiczną (bardzo wysokiej klasy). Chciał oddać komuś bardzo potrzebującemu.

Po przejrzeniu setek maili w stylu: "Przywieź Pan tu i tu", "Przywiezie Pan 400km tu i tu" itd. natrafiliśmy na młodą dziewczynę w wieku 22 lat. Wysłała zdjęcia mieszkania, które naprawdę było skromne, malutkie i stare. Opisała swoją historię, że jest samotną matką, rodzice nie żyją, a ojciec dziecka zniknął. Postanowił właśnie jej oddać wyżej wymienione przedmioty. Radość ogromna, podziękowania i błogosławieństwa. Problem tylko jeden. Pani mieszkała 100km od nas, ale kolega się zlitował i powiedział, że przyjedzie. W miasteczku do którego jechaliśmy akurat mieszkała wspólna przyjaciółka więc dobra okazja do odwiedzin.

Wsiadamy w dostawczaka, dobre humorki, muzyczka gra, jedziemy ostrożnie. Powoli dojeżdżamy. Jakieś 200m od wskazanego adresu słyszymy muzykę tak głośno grającą, że cały samochód dudnił.
Podjeżdżamy, kolega 4 razy sprawdza adres i numer. Zgadza się!
Domek nowiutki, na podjeździe białe BMW X3, ogródek zamieniony w dyskotekę (była godzina około 19). Wszyscy ubrani jak z magazynu mody i nagle pochodzi nasza "biedaczka". Oczywiście mojemu kumplowi prawie oczy wypadły jak to wszystko zobaczył.

Po zadaniu pytania "co to ma znaczyć" kobieta powiedziała, że ona nie ma zamiaru się tłumaczyć, że ona nie ma czasu bo mąż! i rodzina! na nią czekają i mamy wnieść obie rzeczy a płytę zamontować!!!

Po prostu ręce nam opadły. Dziewczyna została poinformowana "grzecznie" żeby sobie pomarzyła, że to wszystko dostanie, a za oszustwo została (może za bardzo) zmieszana z błotem.
Małżonek jak usłyszał, że nie damy tego co mamy, a był już troszeczkę podchmielony poleciał do mnie z łapami, przycisnął do samochodu i groził, że sprowadzi na mnie swoją mafię a kolega wyląduje w rzece z "betonowymi butami". Facet nie wiedział, że od 7 lat trenuję sztuki walki i samoobronę dlatego też szybko wylądował na ziemi. Wszyscy oczywiście we wrzask, wyzwiska i grożenie policją. Nie lubię przemocy, ale niestety nie było innego wyjścia zwłaszcza pod naporem zaistniałej sytuacji. Po wszystkim wsiedliśmy w samochód i po prostu odjechaliśmy.

U przyjaciółki dowiedzieliśmy, że kobieta połowę mebli i wyposażenia ma właśnie z takich wielkodusznych datków. Zdjęcia wzięła z internetu zapewne a historię wymyśliła.

Lodówka i płyta wylądowała u mojej starszej sąsiadki, która żyła baaardzo skromnie, a po otrzymaniu tych przedmiotów aż się popłakała. Teraz co tydzień dostaję duży talerz pysznych, ciepłych, domowych ciasteczek.

Powiedzcie mi, jak można być tak chytrym, takim dusigroszem i szują żeby wykorzystywać dobroć ludzi i jeszcze wymyślać nieistniejącą nędzę? Wstyd...

A teraz wracam do ostrzenia wideł :)

pomoc

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 344 (378)

#74523

(PW) ·
| Do ulubionych
Długo zastanawiałem się nad dodaniem swojej historii, ale jednak jak to się zazwyczaj zdarza, przegięła się pałka.

Słowem wstępu, mam 21 lat, prowadzę z pomocą rodziny piekarnię z polskimi wyrobami w malowniczej Chorwacji. Piekarnia mała, praca w otoczeniu rodziny i z profesjonalnymi pracownikami. Brzmi cudownie prawda? Otóż pozory mylą...

Dość szybko udało się zaistnieć na rynku, a kupcy szybko sami zaczęli dzwonić. Największym sukcesem było przebicie się do największej sieci hipermarketów w tym kraju.
Od początku był z nami pracownik, nazwijmy go Ivan, który był głównym piekarzem i kierownikiem. Ivan był zawsze roześmianym, ale dokładnym pracownikiem ze starannym podejściem do wszystkiego. Zdziwieniem było kiedy 2 miesiące temu poprosił o zwolnienie z pracy i zaczął bardzo lekceważąco podchodzić do wszystkiego i każdego (w umowie obowiązywał dwutygodniowy okres wypowiedzenia). Jakość wyrobów spadła znacząco, pomimo upomnień i zwracania uwagi na staranność.

Skargi napływały, zyski spadały, a paru odbiorców zrezygnowało z naszych produktów. Niestety pomimo upomnień, jakość wyrobów była tragiczna. Wyjścia nie widziałem gdyż o zwolnieniu nie było mowy z powodu tego iż pozostali pracownicy jeszcze przechodzili szkolenia (zakwas, kształtowanie chleba, obliczanie składników na całą produkcję itd.)

Pewnego dnia nadeszła skarga z sieci hipermarketów: 5 centymetrowy stalowy gwóźdź znaleziony w chlebie przyniesionym przez klienta!!!

Ja oczy jak pięciozłotówki, szybka reakcja, jedziemy na spotkanie. Przychodzę, patrzę gwóźdź jest. Co jednak dziwne gwóźdź wyglądał na nowy, nie używany i czyściutki aż się błyszczał. Dlaczego jest to dziwne? Chleb po włożeniu do komory nabiera miękkości, rośnie a następnie jest wkładany do pieca. Gwóźdź pod wpływem ciepła powinien być otoczony spalonym lub zapieczonym ciastem. Ewidentnie więc ktoś go tam włożył.
Żaden z pracowników nic nie wie, nikt nic nie widział, wiadomo.
Tego samego dnia podczas wieczornej produkcji przyszła małżonka Ivana. Kobieta kulturalna, miła i zadbana, zawsze pozostawiała miłe wrażenie. Zawitała w celu przekazania mu woreczka z "obiadkiem", którego podobno zapomniał.

Jakież było moje zaskoczenie gdy podczas wręczania mu papierowego woreczka rozerwał się on na spodzie sprawiając, że wypadł z niego pojemnik z kotlecikami i... paczka 5cm gwoździ zakupionych zapewne w lokalnym sklepie budowlanym...

Po bladych twarzach Ivana i jego małżonki i chwili milczenia od razu wiedziałem, że oboje od dłuższego czasu sabotowali produkcję.
Jak się potem okazało po dłuższym wywiadzie, Ivan specjalnie źle pokazywał innym pracownikom sposób wytwarzania i kształtowania ciasta, małżonka skarżyła się anonimowo u naszych odbiorców, chleb za długo stał w komorze, był w złym czasie wyciągany z pieca właśnie przez niego.

Pytacie się dlaczego to robili? Dowiedziałem się, że:
- Ivan sam otwiera swoją piekarnię.
- Chciał pozbyć się konkurencji.
- Pieniądze jakie dostaje są śmieszne (praca nocna od 20 do 3-4 rano następnego dnia za równowartość 5000zł plus 3 pomocników czyli sielanka).
- Przez okres wypowiedzenia za dużo pracował (większość czasu siedział i dyrygował pracownikami).
- Uważał, że należy mu się premia za wytrwanie z nami tyle czasu.

Jeszcze tego samego wieczoru oboje wylecieli z piekarni z hukiem tak, że tylko się kurzyło, a na zastępstwo wskoczył mój emerytowany sąsiad z trzydziestoletnim doświadczeniem w piekarnictwie. Nowy kierownik już zdobył sobie szacunek, doprowadzając wszystko do porządku, a nawet udało mu się namówić straconych odbiorców do powrócenia do naszych produktów.

Nie rozumiem jak ludzie po 2 latach uczciwej pracy gdzie można myśleć, że człowieka się zna, w ciągu tygodnia dla własnej satysfakcji i korzyści, prawie doprowadza do upadku firmę osoby, która pracowała na to dłużej niż on...

Może i nie ma tu za wiele piekielności jednak z mojej strony było jej wiele, dlatego ja uważam się za Piekielnego.

Jest więcej historii, także jeśli ta wam się spodoba to napiszę więcej :)

gastronomia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 387 (407)

1