Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Poecilotheria

Zamieszcza historie od: 28 listopada 2011 - 13:47
Ostatnio: 13 września 2019 - 7:01
  • Historii na głównej: 23 z 35
  • Punktów za historie: 10936
  • Komentarzy: 932
  • Punktów za komentarze: 6274
 

#85149

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep monopolowy.

Stały klient się na mnie obraził. Taki niezbyt przyjemny typ. Co takiego strasznego zrobiłam? Zwróciłam mu uwagę, że wynoszenie towaru ze sklepu przed zapłatą nie jest mile widziane. Fakt, było ich dwoje, ona chciała coś jeszcze, a kiedy odeszłam od lady po to coś, on chwycił piwo z lady i wychodzi. Najwyraźniej powiedzenie "proszę tak nie robić" to bezczelność z mojej strony. Chyba trzeba było się drzeć "wracaj, złodzieju!", wtedy może by dotarło do faceta, co właśnie zrobił.

Teraz na zakupy przychodzi z kolegą i wysyła biedaka po swoje sprawunki, a sam czeka przed wejściem. Chyba mu się wydaje, że robi mi na złość, pozbawiając mnie swego wulgarnego towarzystwa. Oby dalej tak myślał. :)

sklepy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (158)

#83969

(PW) ·
| Do ulubionych
Przychodzi stały klient do sklepu, płaci kartą. Stały klient, więc grzecznie zwracam mu uwagę, że na karcie trzeba się podpisać, bo karta bez podpisu jest nieważna.

O co mi chodzi?! Co się go czepiam?! Szukam dziury w całym! itd. itp.

Wychodzi, a trzasnąć drzwiami mu się nie udaje tylko z powodu ogranicznika.

W porządku drogi panie, następnym razem nie będę "szukać dziury w całym" i po prostu nie przyjmę płatności :)

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (162)

#82829

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu. Idę sobie z moim psem na spacer, kierujemy się do puszczy, senna uliczka przechodząca kawałek dalej w drogę gruntową. Idziemy chodnikiem, mijamy kilka stojących przy uliczce domów.

Nagle z jednej z furtek wyskakuje pies, tak z 15 kilo (mój waży 10) i z warkotem rzuca się do ataku. Moja wojownicza bestia, która biegła ze dwa metry przede mną, nagle magicznie teleportowała się za moje nogi (taki bojowy...) a ja odruchowo, w obronie, trzasnęłam agresora smyczą po pysku. Odbiegł kilka metrów, jednak po chwili znów ruszył do ataku. Ja w tym czasie zdążyłam już wyciągnąć z kieszeni gaz i wycelować.

W tym momencie, równie nagle jak jej pupilek, zza furtki wyskakuje pańcia, odwołuje psa (na szczęście posłuchał) i... zaczyna się na mnie wydzierać, że uderzyłam jej pieska! On jest stary i chory! Niedowidzi i niedosłyszy! (aha, i dlatego zostawiasz go bez opieki, przy otwartej furtce, obok może nie ruchliwej, ale jednak ulicy...)
Odpowiadam spokojnie, że jej piesek mnie zaatakował, więc się obroniłam, a jak się coś takiego powtórzy (moja stała trasa spacerowa, kojarzyłam już tego psa, bo zawsze szczekał zza płotu), to piesek dostanie gazem, a ja wezwę służby.

Co na to pańcia?

- Jak pani traktuje zwierzęta???!!!

Stwierdziłam, że dyskusja sensu nie ma, poszłam w swoją stronę.

Moja puenta: "Masz tu piesku, zjedz moją łydkę, smacznego!"

Szczecin Mączna

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (130)
Ta historia jest tak absurdalna, że obawiam się, że nikt nie uwierzy.

Przedwczoraj. Wyszłam z psem po chłopaka na autobus, po drodze z przystanku zaszliśmy do osiedlowego marketu. Chłopak poszedł po zakupy, a ja sobie krążyłam z psem pomiędzy blokami. Co jakiś czas podchodziłam pod sklep i zaglądałam, ile jeszcze mu tam w środku zejdzie, żeby zaplanować trasę następnego okrążenia. Kiedy któryś już raz zatrzymałam się, żeby zajrzeć w okno, zaobserwowałam taką scenkę:

Dwóch z grupy czterech chłopców, w wieku tak na oko 10-14 lat próbuje wspiąć się na wiatę, pod którą stoją wózki sklepowe. Podciągają się po zewnętrznej stronie, ale za wysoko, nie dają rady. Próbują więc innej metody - włażą na wózki (rozjeżdżające się im pod nogami) i z wózków atakują dach. Pozostała dwójka dopinguje.

Przyznam, że zagapiłam się na nich, zastanawiając się, w jaki sposób im zwrócić uwagę tak, żeby nie skończyło się na pyskówce albo skopaniu mojego psa. Jeden z nich zauważył moje spojrzenie i tu się zaczyna absurd. Żadnego "co się gapisz?" tylko kulturalnie: "Dzień dobry. Można?".

Może wyglądam na strażniczkę wiaty i dlatego mnie pytał o zgodę, nie wiem. W każdym razie tak mnie to zaskoczyło, że bez zastanowienia wypaliłam "A mi wszystko jedno, ja tylko czekam aż któryś z was spadnie, bo lubię patrzeć na krew."

Chłopcy osłupieli, zapadła chwilowa cisza, a ja stwierdziłam, że jak teraz wybuchnę śmiechem, to zepsuję cały efekt, więc pospiesznie oddaliłam się na rundkę wokół sklepu, żeby z tyłu wyśmiać się do woli. Jak wróciłam już ich nie było, nie wiem czy przegnała ich wizja własnej krwi na chodniku, czy też obawa, że wrócę z nożem, żeby szybciej posokę zobaczyć ;)

Uwaga, to nie koniec.

Wczoraj. Wyszłam z psem na spacer. Było po osiemnastej, więc już ciemniej niż jaśniej. Zbliżając się do budynku na skraju osiedla (jakaś rozdzielnia elektryczna chyba, wielkości garażu czy szopy), zauważyłam jakieś postacie... na dachu. Zanim zdążyłam podejść na tyle blisko, by dokładnie się przyjrzeć i zanim mój mózg zdążył skojarzyć to z sytuacją z dnia poprzedniego, z dachu doleciał mnie chórek czterech jakoś tak znajomych głosów: "Dzień dobry!". Cóż, odpowiedziałam grzecznie "dzień dobry", po czym dusząc się ze śmiechu poszłam w swoją stronę.

na dachu

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (255)
Nie będzie historii jako takiej, nie będzie też jednej konkretnej piekielnej osoby, ale...

Dzisiaj spotkaliśmy się w naszym monopolu w trzy osoby i tak jakoś w rozmowie wyszedł temat "co może być środkiem płatniczym". W związku z tym prezentuję listę ciekawych rzeczy, którymi klienci próbują zapłacić za wódkę/piwo/"mózgotrzepa".

1. Dokumenty. Klient zostawi w zastaw za flaszkę dowód osobisty, prawko, legitymację... W żaden sposób nie dociera, że przetrzymywanie czyichś dokumentów jest karalne.

2. Telefony (i inne sprzęty). On mi zostawi telefon, a jutro przyjdzie go wykupić. Aha, jasne, a jak nie przyjdzie, a ja spróbuję ten telefon sprzedać, to się okaże, że kradziony...

3. Co do rzeczy kradzionych... Rajstopy. Z przyznaniem, że "tam za rogiem w tym sklepiku za**bałem hyhyhy".

4. Podobna akcja była ze środkami czystości. Przez kilka dni chodzili panowie żulowie (;P) i próbowali wymienić na płynne procenty różne domestosy, płyny do mycia naczyń, do podłóg, proszki do prania itp. Kilka razy pogoniłam, to przestali. Jakiś czas później się dowiedziałam, że w okolicy był włam do hurtowni z takimi rzeczami.

5. Dekoder, Cyfrowy Polsat bodajże. Chciał mi go wcisnąć Czesiek z tego: http://piekielni.pl/67191#comment_787615 komentarza. Trochę żal mi się go zrobiło bo "Niunia! Przysłali mnie to, wcześniej byli z papierami, kazali podpisać, to podpisałem, ale na co mnie to, może tobie się przyda" ;(

6. Wszelkiego rodzaju biżuteria, zegarki itp. Ewentualnie "zostawię pani klucze od domu". Yhy, na pewno.

7. Waluty innych krajów. Nie przyjmuję, bo nie mam czasu ani chęci biegać po kantorach, mój system sprzedażowy nie obsługuje, nie znam się, nie wiem jak poznać podróbkę. Awantury, że mam sprzedać, są na porządku dziennym.

Tutaj jako podpunkt "stare" złotówki. Przecież to 10000 zł!!! Awantura, bo on/ona płaci i ja mam to przyjąć.

8. Tu w grę wchodzi chyba jakieś zaburzenie psychiczne, bo dialog taki:

- Poproszę piwo takie.
- Proszę, to będzie dwa pięćdziesiąt.
- Proszę. (pani ściąga okulary z nosa i kładzie na ladzie)
- Yyyy... dwa pięćdziesiąt poproszę.
- No proszę bardzo! (pani zniecierpliwiona przesuwa okulary w moją stronę)
- Eeeee... Ale to nie są pieniądze, pani sobie ze mnie żartuje?
I w tym momencie pani zabiera okulary i warcząc pod nosem coś o idiotkach wychodzi. O_o

9. Garderoba maści wszelakiej. Najczęściej trafiają się buty. "Jaki ma pani numer buta?"

10. Bloczek biletów komunikacji miejskiej (całkiem zasadne podejrzenie, że kradziony). Pan był bardzo nachalny, ale w końcu udało mi się go pozbyć, mówiąc, że chętnie to od niego kupię i sprzedam wódkę za te pieniądze, jeśli wystawi mi fakturę :P

11. Produkty spożywcze. To jest cała kategoria:

- Kiełbasa. Żywiecka, krakowska, zwyczajna, podwawelska...

- Lubi pani kawę? :P

- Mam tu kilo śliwek/jabłek/gruszek, zrobi sobie pani kompot.

- W pamięci mi utkwił napoczęty ser żółty.

- Worek przeterminowanych cukierków.

- Nie wiem, czy się wpisuje w kategorię spożywki, ale co tam, bo to zwycięzca. Żywy, gdaczący kogut. Mam zdjęcie, jakby kto był ciekawy albo nie dowierzał ;)

Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie tu piekielność - większość takich "klientów", jak wspomniałam w punkcie siódmym, awanturuje się, albo marudzi przez pół godziny.

Pozdrawiam z krawędzi zdrowia psychicznego :)

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (266)

#76525

(PW) ·
| Do ulubionych
Całodobowy monopolowy, Nowy Rok rano, dziesięć minut temu znaczy się :)

Wchodzi, a raczej wpada, ledwo trzymając się na nogach pijana dziewczyna. Coś tam bełkocze, ciężko zrozumieć, aczkolwiek pojedyncze słowa da się wyłapać. Najwyraźniej jej wychodzą panie lekkich obyczajów, czynności seksualne oraz męskie narządy.

Za nią wpada jej towarzysz, w stanie podobnym, jednak bardziej zrozumiały. Po trwającej chwilę dyskusji (za bardzo się dogadać nie mogli) w końcu chcą kupić wódkę. To znaczy najpierw ona coś mówi, ale nie za bardzo wiem, o co jej chodzi, więc pan towarzysz żąda 0,7 wódki.

No niestety, co prawda sylwester, prawie każdy mniej lub bardziej podchmielony, ale bez przesady, nie sprzedam komuś, kto ledwo stoi na nogach. Mogę przymknąć oko czasem, kiedy właściwie nie widać, że ktoś pił, a na przykład w oddechu piwo czuję, ale na pewno nie w takim stanie.

Oczywiście musiało się to skończyć wzmożonym wyklinaniem i przejściem do ataków personalnych (Czy ja jakaś po**bana jestem? Co ja odpi**dalam? "wykonuję swoje obowiązki, proszę pana :D").
Na koniec panna wytoczyła koronny argument:

Panna: Ale ona, k**wa, gruba jest!
Ja: Ale za to prosto stoję!

Dosiego :)

monopolowy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 279 (309)
Mój pies niedomaga. W czwartek udałam się więc z nim do kliniki weterynaryjnej (wtedy jeszcze nie było wiadomo co z nim jest), gdzie obejrzało go dwóch wetów, wstępnie zdiagnozowali, zaordynowali trzy różne zastrzyki i pobrali krew do badania. W czasie badania, pobierania krwi itd. siedziałam w poczekalni, bo w mojej obecności pies sieje na widok człowieka w kitlu taką panikę, że szkoda słów ;) Mieli nadzieję, że jak straci z oczu obiekt, za którym się można chować, to się uspokoi.

W każdym razie - w poczekalni kilka osób sobie siedzi, rozmowy o zwierzakach, wiadomo. Pewien pan zaczął mnie zagadywać, niby normalna sprawa, choć w pewnym momencie poczułam się jak na przesłuchaniu... Przytoczę tutaj dialog:

P - pan
J - ja

P - A pani piesek to ten co tak wył?
J - Tak, to mój, panikarz:)
P - A co, szczepienie?
J - Nie, takie i takie problemy (tu wyjaśnienie co dokładnie) i takie podejrzenia.

(Streszczę trochę, bo wyjdzie dialog na pięć stron: Jak karmię? Ile godzin spaceru dziennie? Gdzie na spacer chodzę? Ile ma lat? Ile waży? Wnioski z rozmowy: źle karmię, za mało spacerów itd.)

W którymś momencie weterynarz przyprowadził mi psiaka i kazał jeszcze chwilę zaczekać. No to czekam.

P - Eee tam, wymyślanie. Nic mu nie jest. Przecież widać, że wszystko w porządku.
J - No, wie pan, chyba jednak jest, znam swojego psa i widzę, że się coś złego dzieje.
P - Wymyślanie, wybiegać się musi!
J - Akurat teraz to go, proszę pana, oszczędzam, bo przy wysiłku go boli...
P - O, widać że zdrowy. Tylko niewybiegany!
J - ...
P - Da sobie pani spokój, co go pani ciąga po weterynarzach i stresuje tylko? Porządny spacer mu jest potrzebny!
J - ...
P - E, ale ludzie wymyślają, a widzę, że niewybiegany, no widzę.

Cierpliwie przemilczałam, chociaż już miałam na końcu języka sugestię, żeby pan otworzył własną praktykę, skoro, patrząc z odległości kilku metrów, lepiej wie co psu dolega niż weterynarze. W końcu nie po to tam przyszłam, żeby się kłócić z jakimś (przepraszam za określenie) pacanem. Ale ciśnienie mi podnieść to mu się udało. Na szczęście zaraz zawołali mnie do gabinetu, a jak wyszłam, pana niewybieganego już nie było.
Zastanawiam się tylko, czy facet naprawdę był taki, hmm, mądry inaczej, czy przylazł tam dla rozrywki podenerwować ludzi, bo zwierzaka żadnego ze sobą nie miał...

u psiego lekarza

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (197)

#73600

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas czytania historii: #73585 przypomniałam sobie o zdarzeniu, które miało miejsce jakiś czas temu.

Dojeżdżam do pracy korzystając zazwyczaj z linii autobusowej pospiesznej, ponieważ takie mam najsensowniejsze połączenie. Linie pospieszne w moim mieście tym się różnią od zwykłych, że pojazdy zatrzymują się tylko na niektórych przystankach. Oszczędzając czas potrzebny na hamowanie, rozpędzanie się i zatrzymywanie co kilkaset metrów pokonują swoje trasy szybciej, no wiadomo.

Pewnego dnia jak zwykle jadę do pracy, słuchawki w uszach, wgapiona w przestrzeń, moje spokojne pół godzinki na egzystencjalne rozmyślania:) Nagle, w połowie trasy między przystankami, kobieta siedząca obok mnie (siedzenie na samym przodzie) zbiera swoje rzeczy i idzie pod drzwi, wciska przycisk "stop". Widzę, że babeczka bardzo się dziwi, kiedy autobus nawet nie zwalnia przy właśnie mijanym przystanku linii zwykłych... Myślę sobie, no cóż, zdarza się, następnym razem pięć razy sprawdzi, do jakiego autobusu wsiada.

Ale nie. Kobieta wyskakuje do kierowcy z awanturą, której chcąc nie chcąc wysłuchałam, bo mi zagłuszyła muzykę w słuchawkach, tak się darła. Dlaczego pan się nie zatrzymałeś?!! Jak to nie ma przystanku, debilkę ze mnie robisz??! Co pospieszna?!! Wysadź mnie pan tu!!! JAK TO NIE MOŻESZ???!!!

Ściągam słuchawki i delikatnie próbuję pani wytłumaczyć, że poza przystankami nie można zatrzymać autobusu, bo widzę, że kierowca ma już dość, w końcu prowadzi pojazd z kilkudziesięcioma pasażerami, a tu jakaś baba mu się nad uchem wydziera i nie zamierza przestać. Oczywiście teraz babka zaczyna się wydzierać do mnie, że jak to, ona to zgłosi, my ją porwaliśmy! I tak dalej... Pluję sobie w brodę, bo po co było łamać swoją zasadę i się wtrącać, w końcu nie moja sprawa... Mogłam siedzieć cicho. Widzę, że kierowca z zaciętą miną patrzy na drogę, widocznie postanowił ignorować kobietę. Ja też już się nie odzywam, inni pasażerowie coś tam pomrukują z tyłu, baba jak zacięta płyta powtarza, że mamy ją wypuścić (tak, MY).

W końcu dojeżdżamy do przystanku, gdzie nieszczęsny autobus się zatrzymuje, wszyscy chyba czują ulgę, że to koniec awantury, kiedy znienacka... awanturnica zmienia front! Ona tutaj nie wysiądzie! Ona nie zna miasta, ona się tu zgubi! Jak niby ma wrócić do domu, na piechotę?!! Ona chce z powrotem no osiedle X!!! W końcu kierowcy udało się ją wręcz wygonić, grożąc nadzorem ruchu, policją i wysokim mandatem za zatrzymanie autobusu, gdyż, jak stwierdził, swoim zachowaniem uniemożliwia mu dalsze prowadzenie i z nią w środku on się nigdzie nie ruszy. Próbowała się jeszcze stawiać, ale szybko wyskoczyła, kiedy jeden z pasażerów, mężczyzna słusznej postury, rzucił, że jak nie chce sama wysiąść, to on jej pomoże... ;)
Dalsza podróż przebiegła w błogiej ciszy :)

komunikacja_miejska

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 325 (335)
zarchiwizowany
A tak krótko opiszę, bo nudy w pracy ;)

Wracam wczoraj ze spaceru z pieskiem, zbliżamy się już do naszej klatki, więc idziemy chodnikiem przy blokach. Piesek się zatrzymał, żeby obwąchać kępkę trawy, to i ja stoję i czekam aż Tytus przeczyta psią wersję napisów na murze ("tu byłem, Łysy") i doda coś od siebie;)

Wtem z najbliższej klatki wychodzi kobieta słusznej tuszy z psem o podobnych gabarytach (choć niewielkim, taki pulpet). Pies z miejsca zaczyna warczeć, szczekać i rzucać się w moją stronę.
- Och, Pimpuś ty to tak zawsze, hehehe - kwituje zachowanie swojego pieska owa pani. Żeby uspokoić psa to oczywiście nawet nie pomyśli.
No nic, bywa i tak. Tytus, jak to Tytus, rzucił wyniosłe spojrzenie i idzie w swoją stronę, znaczy w stronę naszej klatki. Pani z Pimpusiem, mając do wyboru pójść w drugą stronę chodnikiem, lub przekroczyć osiedlową uliczkę i wejść prosto do parku, który zaczyna się piętnaście metrów od bloku, wybiera pójście za mną...
Pimpuś szczeka coraz bardziej ochrypłym głosem, bo zaraz udusi się obrożą, ale wciąż zawzięcie próbuje mnie zaatakować. Myślę sobie "dobra babo, wolny kraj, możesz łazić gdzie chcesz", ale nie mam zamiaru biec do klatki, a rozwrzeszczany Pimpuś mnie dogania. Idziemy więc z Tytusem obwąchać murek obok podjazdu dla śmieciarki, kilka metrów od chodnika. Pimpusie nas wyprzedają, już, już są z dziesięć metrów dalej, piętnaście, pies się uspokaja. Ruszam pomalutku do celu, Tytus co chwilę coś tam sobie obwąchuje, cisza, spokój, jak miło.
Nagle Kobieta robi w tył zwrot, Pimpuś zauważa nas ponownie, znów wpada w szał. Babka podchodzi na odległość kilku metrów i zagaja do mnie, przekrzykując dzikie skowyty:
- A pani piesek to ile ma lat?
-(no żeż!) Dziesięć. Miałam dużo czasu żeby go wychować. Nie tak jak niektórzy. (znaczące spojrzenie na Pimpusia)

Do pani chyba dotarł przytyk, bo fuknęła "Idziemy Pimpuś!" i poszła.

Przy wejściu do klatki spotkałam naszą panią konserwatorkę powierzchni płaskich i zieleni. Zwyczajowe "dzień dobry, co, już wracacie?", tak sobie gawędzimy. W którymś momencie pani dozorczyni traci wątek i wypala "no szag człowieka może trafić!". Podążam za jej spojrzeniem.
Kojarzycie jak psy po załatwieniu potrzeby czasem rozkopują podłoże? Że niby zakopują, ale faktycznie rozwalają ziemię i co się tam nawinie na wszystkie strony? No, to właśnie w taki sposób wracający Pimpuś co dwa metry zasypywał ziemią i trawą świeżo zamieciony chodnik.
Akurat w tej chwili podszedł jakiś pan zbieracz surowców wtórnych, zagadał do dozorczyni, ta tylko westchnęła i machnęła ręką, a ja się pożegnałam i poszłam do domu, żeby uniknąć kolejnego spotkania z pimpusiami.

Bezmyślność też może być piekielna...

pod blokiem

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (31)

#71803

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem współwłaścicielką całodobowego sklepu monopolowego w mieście wojewódzkim.

W najpopularniejszym dzienniku regionu zamieszczono dziś na pierwszej stronie (z kontynuacją na siódmej) artykuł na temat prac nad ustawą o sklepach monopolowych. Z treści artykułu wynika, że ustawa ma dać władzom lokalnym większe możliwości kontroli sprzedaży alkoholu, np. samorząd będzie mógł wprowadzić zakaz sprzedaży w godzinach nocnych. W artykule przytaczane są opinie kilku osób, z których to opinii można się dowiedzieć że:
- w niektórych sklepach monopolowych sprzedaje się wódkę na kieliszki (!)
- sprzedaje się alkohol nietrzeźwym, a przy wejściu stoją żebracy i proszą o drobne
- sklepy monopolowe przeszkadzają okolicznym mieszkańcom

(tutaj chciałabym wyjaśnić jak to wygląda u mnie, a dlaczego, to się okaże na końcu historii)

- Sprzedaż wódki na kieliszki nigdy mi nawet nie przyszła do głowy.
- Nietrzeźwym nie sprzedaję i uczulam na to pracowników, bo nie warto stracić koncesji dla paru złotych zysku.
- W budynku, gdzie znajduje się mój sklep, nie ma lokali mieszkalnych, a z okolicy nikt nigdy nie narzekał (ludzie często wręcz wyrażają zadowolenie, bo można w środku nocy kupić, jeśli zajdzie nagła potrzeba, nie tylko alkohol, ale też podstawowe środki medyczne bez recepty, coś do jedzenia, np. zupkę chińską albo gołąbki w słoiku, kawę, herbatę, bilety komunikacji miejskiej, doładowanie do telefonu itd.)

W artykule przytacza się również opinie, że zamknięcie sklepów z alkoholem na noc doprowadzi do powrotu nielegalnych melin. Pytanie retoryczne, czy tak się stanie, jest najwyraźniej konkluzją całego artykułu, bo jego tytuł brzmi "Po wódkę na melinę?".

Redakcja uznała, że najlepszym zobrazowaniem artykułu o takim tytule i treści będzie zdjęcie mojego sklepu. Tyle szczęścia, że nie na pierwszej, a przy kontynuacji, na siódmej stronie. Czytelnik otwierając gazetę na tej stronie widzi:

ZDJĘCIE SKLEPU MONOPOLOWEGO

Po wódkę na melinę?

sklepy prasa

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 252 (288)