Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Poecilotheria

Zamieszcza historie od: 28 listopada 2011 - 13:47
Ostatnio: 18 września 2020 - 19:20
  • Historii na głównej: 23 z 35
  • Punktów za historie: 10988
  • Komentarzy: 936
  • Punktów za komentarze: 6324
 

#87110

(PW) ·
| Do ulubionych
Wielkie pozdrowienia dla Pana, który:

1. Chciał, żeby do sklepu sprowadzić mu coś nietypowego na specjalne zamówienie,
2. Po informacji, że w takim wypadku wymagamy wpłaty zaliczki, zniknął na kilka dni,
3. Pojawił się niezapowiedziany po jakimś czasie z awanturą, że towar na niego nie czeka.

O, mistrzu, naucz mnie tego profesjonalizmu, którego według ciebie tak mi brakuje!

sklepy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (133)

#87058

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie długo.

Jestem współwłaścicielką sklepu monopolowego w mieście wojewódzkim.

Mniej więcej na początku wakacji dotarła do nas wiadomość, że hurtownia, w której od lat zaopatrujemy się w piwo, z końcem sierpnia zamyka działalność. W związku z tym postanowiliśmy "dogadać się" z inną hurtownią 2 (w której zamawialiśmy sporadycznie, kiedy np. w 'naszej' hurtowni czegoś zabrakło) w sprawie intensywniejszej współpracy, dostaw 2-3 razy w tygodniu, a nie raz na miesiąc itp.

Kiedy przedstawiciel hurtowni 2 się o tym dowiedział, stwierdził, że w ramach współpracy może nam zaproponować program, w którym po zakupie określonej ilości danego towaru dostaje się jakiś tam malutki procent zwrotu od kwoty zakupu(taki cashback dla sklepów). Cóż, mogłoby to być całkiem opłacalne, biorąc pod uwagę spore obroty sklepu.

Tak przynajmniej to zrozumiałam, ponieważ pan z hurtowni 2 (nie 'nasz' przedstawiciel od zamówień, tylko ktoś z innego działu, zwany dalej panem) przyszedł niezapowiedziany do sklepu i rozmawiał z pracownikiem. Cóż, po sprawdzeniu, że pan faktycznie przyszedł z hurtowni, umówiłam się z nim, aby mógł dokładnie przedstawić warunki, jakie chciałby zaproponować.

W dniu spotkania (piątek) pan pojawił się w towarzystwie pani z Warszawy, której bardzo nie chciałabym oceniać po stroju, ale widziałam jej stanik i to nie dlatego, że się przy mnie przebierała ;) Po uprzejmościach pani od razu przeszła do rzeczy i zaczęła mi opowiadać o tym, jak taki "cashback" działa, zupełnie nie dając ani mnie, ani panu dojść do słowa. Każde pytanie o inne aspekty takiej współpracy było zbywane i pani wracała do tego cudownego procesu zwrotu pieniędzy. Dodatkowo tłumaczyła to, jakbym była przedszkolakiem. Zupełnie, jak telemarketer-zacięta płyta. Po moim stanowczym stwierdzeniu, że ja poproszę umowę o takiej współpracy, zapoznam się z treścią i wtedy będę w stanie powiedzieć, czy mnie to interesuje, pani kilkukrotnie zapewniła, że tu się nie ma co zastanawiać (czerwona lampka), to się na pewno opłaca (komu?) i oni mają dojście do producentów, którzy dają pieniądze, no i się chcą podzielić. Serio, tak to ujęła.
W końcu, niechętnie, pani podała mi umowę. Próbowała coś mnie jeszcze zagadać, ale moje oczy nieuchronnie zawędrowały do piątej linijki tekstu, która kończyła się słowami "zwaną dalej franczyzodawca"* (tekst w oryginale, to nie ja robię literówki).

Pani jeszcze próbowała mnie przekonać, że to żadna franczyza, bo w nagłówku jest "umowa partnerska"...

Pożegnałam się dość ozięble i na tym by się mogło skończyć, jednak w poniedziałek pan skontaktował się z moją wspólniczką, przeprosił za zachowanie pani, stwierdził, że "wyskoczyła jak filip z konopii", przyjechała z Warszawy to chciała pokazać co to nie ona, takie tam. I jednak on by nam zaproponował warunki takie, o jakich mowa była na początku i że ja to zaaprobowałam(nie). No ok, wspólniczka stwierdziła, że niech w takim razie podrzuci jej umowę. Nie wiem, jak ją ten typ zakręcił, ale podpisała (ma dziewczyna spore osobiste problemy akurat, chodzi rozkojarzona). Jak się pewnie domyślacie, tę samą umowę, z którą pani z Warszawy niby "wyskoczyła jak filip". Na szczęście w takich sprawach jeden wspólnik nie może sam decydować, więc potrzebne są podpisy wszystkich.

Ale ja jeszcze o tym wszystkim nie wiedziałam, ponieważ...

W czwartek przyszłam do pracy po kilku dniach wolnego, dzień zamówień i dostaw, zalatana, nie zdążyłam odczytać wiadomości zanim pojawił się pan. Zostałam więc zaskoczona informacją, że przyszedł odebrać podpisaną umowę, o tu widział że wspólniczka kładła, oni tam wszystko dogadali, pan przeprasza za panią z Warszawy...

Wzięłam umowę do ręki i oczywiście widzę, że to ten sam papier, który widziałam tydzień wcześniej. Skrócę dialog żeby wyłowić meritum, bo była to długa dyskusja z powtarzającymi się argumentami.

Ja: Ale to jest ta sama umowa, to jest franczyza i ja tego nie podpiszę.
Pan: No, tak, tak, ale to ta pani z Warszawy nie umiała tego wyjaśnić.
Ja: Ale co tu wyjaśniać, nie zdecydujemy się na to.
Pan: Ale to nie franczyza, tu jest umowa partnerska.
Ja: Panie, w umowie stoi: pod szyldem sieci, zgodnie z koncepcją franczyzodawcy, udział w promocjach, plakaty.
Pan: Ale my tak tego nie wymagamy, to tylko taki wzór umowy...
Ja: Aha, czyli pan mi mówi, że mam się tu podpisać i zignorować treść?
Pan:Tak.
Ja:Czy Pan słyszy, co Pan mówi?

(pan próbuje mnie przekonać, że treść umowy to tak tylko dla beki, prawdziwe warunki, to on mi tu werbalnie przedstawi)

Ja: No dobrze, a gdzie załącznik nr1?
Pan: Tutaj, proszę.
Ja: To jest załącznik nr 2.
Pan: A, to ten.
Ja: Nie, to też 2.
Pan:(przeszukuje papiery) Aaa, bo my się tak tym pierwszym nie kierujemy.
Ja: Tak? A w umowie jest napisane, że załącznik jeden to wykaz towarów, jakie mam mieć w sklepie, żeby spełnić warunki umowy.


Przepychanki w takim tonie trwały z dziesięć minut, ciężko było go spławić. W końcu pan stwierdził, że jak mi się nie podoba, to można usunąć te zapisy. Mimo mojej widocznej niechęci, niezrażony, zapowiedział, że zostawi w sklepie przeredagowaną umowę.

I tak też zrobił. Zostawił pracownikowi TĘ SAMĄ umowę, z wykreślonymi jedynie zapisami o promocjach i plakatach oraz z załącznikami(załącznik nr1: karmy dla zwierząt, wędliny, kasze itd. Tak tylko przypominam, prowadzę sklep monopolowy...), a wszystko to umieszczone w katalogu z napisem na okładce: "najlepsze rozwiązania polskiej franczyzy".

Wybaczcie, ale XD

Czekam na dalszy rozwój wypadków, bo sądzę, że jeszcze spotkam tego pana, a marnowanie jego czasu chyba stanie się moim hobby.

* oprócz tego zwrotu, treści z umowy nie zostały przytoczone dosłownie, żeby nie było, że zdradzam jakieś tajemnice. :)
Edit: chociaż w sumie nic nie podpisywałam ;)

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (214)

#85149

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep monopolowy.

Stały klient się na mnie obraził. Taki niezbyt przyjemny typ. Co takiego strasznego zrobiłam? Zwróciłam mu uwagę, że wynoszenie towaru ze sklepu przed zapłatą nie jest mile widziane. Fakt, było ich dwoje, ona chciała coś jeszcze, a kiedy odeszłam od lady po to coś, on chwycił piwo z lady i wychodzi. Najwyraźniej powiedzenie "proszę tak nie robić" to bezczelność z mojej strony. Chyba trzeba było się drzeć "wracaj, złodzieju!", wtedy może by dotarło do faceta, co właśnie zrobił.

Teraz na zakupy przychodzi z kolegą i wysyła biedaka po swoje sprawunki, a sam czeka przed wejściem. Chyba mu się wydaje, że robi mi na złość, pozbawiając mnie swego wulgarnego towarzystwa. Oby dalej tak myślał. :)

sklepy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (163)

#83969

(PW) ·
| Do ulubionych
Przychodzi stały klient do sklepu, płaci kartą. Stały klient, więc grzecznie zwracam mu uwagę, że na karcie trzeba się podpisać, bo karta bez podpisu jest nieważna.

O co mi chodzi?! Co się go czepiam?! Szukam dziury w całym! itd. itp.

Wychodzi, a trzasnąć drzwiami mu się nie udaje tylko z powodu ogranicznika.

W porządku drogi panie, następnym razem nie będę "szukać dziury w całym" i po prostu nie przyjmę płatności :)

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (164)

#82829

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu. Idę sobie z moim psem na spacer, kierujemy się do puszczy, senna uliczka przechodząca kawałek dalej w drogę gruntową. Idziemy chodnikiem, mijamy kilka stojących przy uliczce domów.

Nagle z jednej z furtek wyskakuje pies, tak z 15 kilo (mój waży 10) i z warkotem rzuca się do ataku. Moja wojownicza bestia, która biegła ze dwa metry przede mną, nagle magicznie teleportowała się za moje nogi (taki bojowy...) a ja odruchowo, w obronie, trzasnęłam agresora smyczą po pysku. Odbiegł kilka metrów, jednak po chwili znów ruszył do ataku. Ja w tym czasie zdążyłam już wyciągnąć z kieszeni gaz i wycelować.

W tym momencie, równie nagle jak jej pupilek, zza furtki wyskakuje pańcia, odwołuje psa (na szczęście posłuchał) i... zaczyna się na mnie wydzierać, że uderzyłam jej pieska! On jest stary i chory! Niedowidzi i niedosłyszy! (aha, i dlatego zostawiasz go bez opieki, przy otwartej furtce, obok może nie ruchliwej, ale jednak ulicy...)
Odpowiadam spokojnie, że jej piesek mnie zaatakował, więc się obroniłam, a jak się coś takiego powtórzy (moja stała trasa spacerowa, kojarzyłam już tego psa, bo zawsze szczekał zza płotu), to piesek dostanie gazem, a ja wezwę służby.

Co na to pańcia?

- Jak pani traktuje zwierzęta???!!!

Stwierdziłam, że dyskusja sensu nie ma, poszłam w swoją stronę.

Moja puenta: "Masz tu piesku, zjedz moją łydkę, smacznego!"

Szczecin Mączna

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (133)
Ta historia jest tak absurdalna, że obawiam się, że nikt nie uwierzy.

Przedwczoraj. Wyszłam z psem po chłopaka na autobus, po drodze z przystanku zaszliśmy do osiedlowego marketu. Chłopak poszedł po zakupy, a ja sobie krążyłam z psem pomiędzy blokami. Co jakiś czas podchodziłam pod sklep i zaglądałam, ile jeszcze mu tam w środku zejdzie, żeby zaplanować trasę następnego okrążenia. Kiedy któryś już raz zatrzymałam się, żeby zajrzeć w okno, zaobserwowałam taką scenkę:

Dwóch z grupy czterech chłopców, w wieku tak na oko 10-14 lat próbuje wspiąć się na wiatę, pod którą stoją wózki sklepowe. Podciągają się po zewnętrznej stronie, ale za wysoko, nie dają rady. Próbują więc innej metody - włażą na wózki (rozjeżdżające się im pod nogami) i z wózków atakują dach. Pozostała dwójka dopinguje.

Przyznam, że zagapiłam się na nich, zastanawiając się, w jaki sposób im zwrócić uwagę tak, żeby nie skończyło się na pyskówce albo skopaniu mojego psa. Jeden z nich zauważył moje spojrzenie i tu się zaczyna absurd. Żadnego "co się gapisz?" tylko kulturalnie: "Dzień dobry. Można?".

Może wyglądam na strażniczkę wiaty i dlatego mnie pytał o zgodę, nie wiem. W każdym razie tak mnie to zaskoczyło, że bez zastanowienia wypaliłam "A mi wszystko jedno, ja tylko czekam aż któryś z was spadnie, bo lubię patrzeć na krew."

Chłopcy osłupieli, zapadła chwilowa cisza, a ja stwierdziłam, że jak teraz wybuchnę śmiechem, to zepsuję cały efekt, więc pospiesznie oddaliłam się na rundkę wokół sklepu, żeby z tyłu wyśmiać się do woli. Jak wróciłam już ich nie było, nie wiem czy przegnała ich wizja własnej krwi na chodniku, czy też obawa, że wrócę z nożem, żeby szybciej posokę zobaczyć ;)

Uwaga, to nie koniec.

Wczoraj. Wyszłam z psem na spacer. Było po osiemnastej, więc już ciemniej niż jaśniej. Zbliżając się do budynku na skraju osiedla (jakaś rozdzielnia elektryczna chyba, wielkości garażu czy szopy), zauważyłam jakieś postacie... na dachu. Zanim zdążyłam podejść na tyle blisko, by dokładnie się przyjrzeć i zanim mój mózg zdążył skojarzyć to z sytuacją z dnia poprzedniego, z dachu doleciał mnie chórek czterech jakoś tak znajomych głosów: "Dzień dobry!". Cóż, odpowiedziałam grzecznie "dzień dobry", po czym dusząc się ze śmiechu poszłam w swoją stronę.

na dachu

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (257)
Nie będzie historii jako takiej, nie będzie też jednej konkretnej piekielnej osoby, ale...

Dzisiaj spotkaliśmy się w naszym monopolu w trzy osoby i tak jakoś w rozmowie wyszedł temat "co może być środkiem płatniczym". W związku z tym prezentuję listę ciekawych rzeczy, którymi klienci próbują zapłacić za wódkę/piwo/"mózgotrzepa".

1. Dokumenty. Klient zostawi w zastaw za flaszkę dowód osobisty, prawko, legitymację... W żaden sposób nie dociera, że przetrzymywanie czyichś dokumentów jest karalne.

2. Telefony (i inne sprzęty). On mi zostawi telefon, a jutro przyjdzie go wykupić. Aha, jasne, a jak nie przyjdzie, a ja spróbuję ten telefon sprzedać, to się okaże, że kradziony...

3. Co do rzeczy kradzionych... Rajstopy. Z przyznaniem, że "tam za rogiem w tym sklepiku za**bałem hyhyhy".

4. Podobna akcja była ze środkami czystości. Przez kilka dni chodzili panowie żulowie (;P) i próbowali wymienić na płynne procenty różne domestosy, płyny do mycia naczyń, do podłóg, proszki do prania itp. Kilka razy pogoniłam, to przestali. Jakiś czas później się dowiedziałam, że w okolicy był włam do hurtowni z takimi rzeczami.

5. Dekoder, Cyfrowy Polsat bodajże. Chciał mi go wcisnąć Czesiek z tego: http://piekielni.pl/67191#comment_787615 komentarza. Trochę żal mi się go zrobiło bo "Niunia! Przysłali mnie to, wcześniej byli z papierami, kazali podpisać, to podpisałem, ale na co mnie to, może tobie się przyda" ;(

6. Wszelkiego rodzaju biżuteria, zegarki itp. Ewentualnie "zostawię pani klucze od domu". Yhy, na pewno.

7. Waluty innych krajów. Nie przyjmuję, bo nie mam czasu ani chęci biegać po kantorach, mój system sprzedażowy nie obsługuje, nie znam się, nie wiem jak poznać podróbkę. Awantury, że mam sprzedać, są na porządku dziennym.

Tutaj jako podpunkt "stare" złotówki. Przecież to 10000 zł!!! Awantura, bo on/ona płaci i ja mam to przyjąć.

8. Tu w grę wchodzi chyba jakieś zaburzenie psychiczne, bo dialog taki:

- Poproszę piwo takie.
- Proszę, to będzie dwa pięćdziesiąt.
- Proszę. (pani ściąga okulary z nosa i kładzie na ladzie)
- Yyyy... dwa pięćdziesiąt poproszę.
- No proszę bardzo! (pani zniecierpliwiona przesuwa okulary w moją stronę)
- Eeeee... Ale to nie są pieniądze, pani sobie ze mnie żartuje?
I w tym momencie pani zabiera okulary i warcząc pod nosem coś o idiotkach wychodzi. O_o

9. Garderoba maści wszelakiej. Najczęściej trafiają się buty. "Jaki ma pani numer buta?"

10. Bloczek biletów komunikacji miejskiej (całkiem zasadne podejrzenie, że kradziony). Pan był bardzo nachalny, ale w końcu udało mi się go pozbyć, mówiąc, że chętnie to od niego kupię i sprzedam wódkę za te pieniądze, jeśli wystawi mi fakturę :P

11. Produkty spożywcze. To jest cała kategoria:

- Kiełbasa. Żywiecka, krakowska, zwyczajna, podwawelska...

- Lubi pani kawę? :P

- Mam tu kilo śliwek/jabłek/gruszek, zrobi sobie pani kompot.

- W pamięci mi utkwił napoczęty ser żółty.

- Worek przeterminowanych cukierków.

- Nie wiem, czy się wpisuje w kategorię spożywki, ale co tam, bo to zwycięzca. Żywy, gdaczący kogut. Mam zdjęcie, jakby kto był ciekawy albo nie dowierzał ;)

Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie tu piekielność - większość takich "klientów", jak wspomniałam w punkcie siódmym, awanturuje się, albo marudzi przez pół godziny.

Pozdrawiam z krawędzi zdrowia psychicznego :)

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 262 (270)

#76525

(PW) ·
| Do ulubionych
Całodobowy monopolowy, Nowy Rok rano, dziesięć minut temu znaczy się :)

Wchodzi, a raczej wpada, ledwo trzymając się na nogach pijana dziewczyna. Coś tam bełkocze, ciężko zrozumieć, aczkolwiek pojedyncze słowa da się wyłapać. Najwyraźniej jej wychodzą panie lekkich obyczajów, czynności seksualne oraz męskie narządy.

Za nią wpada jej towarzysz, w stanie podobnym, jednak bardziej zrozumiały. Po trwającej chwilę dyskusji (za bardzo się dogadać nie mogli) w końcu chcą kupić wódkę. To znaczy najpierw ona coś mówi, ale nie za bardzo wiem, o co jej chodzi, więc pan towarzysz żąda 0,7 wódki.

No niestety, co prawda sylwester, prawie każdy mniej lub bardziej podchmielony, ale bez przesady, nie sprzedam komuś, kto ledwo stoi na nogach. Mogę przymknąć oko czasem, kiedy właściwie nie widać, że ktoś pił, a na przykład w oddechu piwo czuję, ale na pewno nie w takim stanie.

Oczywiście musiało się to skończyć wzmożonym wyklinaniem i przejściem do ataków personalnych (Czy ja jakaś po**bana jestem? Co ja odpi**dalam? "wykonuję swoje obowiązki, proszę pana :D").
Na koniec panna wytoczyła koronny argument:

Panna: Ale ona, k**wa, gruba jest!
Ja: Ale za to prosto stoję!

Dosiego :)

monopolowy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 286 (316)
Mój pies niedomaga. W czwartek udałam się więc z nim do kliniki weterynaryjnej (wtedy jeszcze nie było wiadomo co z nim jest), gdzie obejrzało go dwóch wetów, wstępnie zdiagnozowali, zaordynowali trzy różne zastrzyki i pobrali krew do badania. W czasie badania, pobierania krwi itd. siedziałam w poczekalni, bo w mojej obecności pies sieje na widok człowieka w kitlu taką panikę, że szkoda słów ;) Mieli nadzieję, że jak straci z oczu obiekt, za którym się można chować, to się uspokoi.

W każdym razie - w poczekalni kilka osób sobie siedzi, rozmowy o zwierzakach, wiadomo. Pewien pan zaczął mnie zagadywać, niby normalna sprawa, choć w pewnym momencie poczułam się jak na przesłuchaniu... Przytoczę tutaj dialog:

P - pan
J - ja

P - A pani piesek to ten co tak wył?
J - Tak, to mój, panikarz:)
P - A co, szczepienie?
J - Nie, takie i takie problemy (tu wyjaśnienie co dokładnie) i takie podejrzenia.

(Streszczę trochę, bo wyjdzie dialog na pięć stron: Jak karmię? Ile godzin spaceru dziennie? Gdzie na spacer chodzę? Ile ma lat? Ile waży? Wnioski z rozmowy: źle karmię, za mało spacerów itd.)

W którymś momencie weterynarz przyprowadził mi psiaka i kazał jeszcze chwilę zaczekać. No to czekam.

P - Eee tam, wymyślanie. Nic mu nie jest. Przecież widać, że wszystko w porządku.
J - No, wie pan, chyba jednak jest, znam swojego psa i widzę, że się coś złego dzieje.
P - Wymyślanie, wybiegać się musi!
J - Akurat teraz to go, proszę pana, oszczędzam, bo przy wysiłku go boli...
P - O, widać że zdrowy. Tylko niewybiegany!
J - ...
P - Da sobie pani spokój, co go pani ciąga po weterynarzach i stresuje tylko? Porządny spacer mu jest potrzebny!
J - ...
P - E, ale ludzie wymyślają, a widzę, że niewybiegany, no widzę.

Cierpliwie przemilczałam, chociaż już miałam na końcu języka sugestię, żeby pan otworzył własną praktykę, skoro, patrząc z odległości kilku metrów, lepiej wie co psu dolega niż weterynarze. W końcu nie po to tam przyszłam, żeby się kłócić z jakimś (przepraszam za określenie) pacanem. Ale ciśnienie mi podnieść to mu się udało. Na szczęście zaraz zawołali mnie do gabinetu, a jak wyszłam, pana niewybieganego już nie było.
Zastanawiam się tylko, czy facet naprawdę był taki, hmm, mądry inaczej, czy przylazł tam dla rozrywki podenerwować ludzi, bo zwierzaka żadnego ze sobą nie miał...

u psiego lekarza

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (197)

#73600

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas czytania historii: #73585 przypomniałam sobie o zdarzeniu, które miało miejsce jakiś czas temu.

Dojeżdżam do pracy korzystając zazwyczaj z linii autobusowej pospiesznej, ponieważ takie mam najsensowniejsze połączenie. Linie pospieszne w moim mieście tym się różnią od zwykłych, że pojazdy zatrzymują się tylko na niektórych przystankach. Oszczędzając czas potrzebny na hamowanie, rozpędzanie się i zatrzymywanie co kilkaset metrów pokonują swoje trasy szybciej, no wiadomo.

Pewnego dnia jak zwykle jadę do pracy, słuchawki w uszach, wgapiona w przestrzeń, moje spokojne pół godzinki na egzystencjalne rozmyślania:) Nagle, w połowie trasy między przystankami, kobieta siedząca obok mnie (siedzenie na samym przodzie) zbiera swoje rzeczy i idzie pod drzwi, wciska przycisk "stop". Widzę, że babeczka bardzo się dziwi, kiedy autobus nawet nie zwalnia przy właśnie mijanym przystanku linii zwykłych... Myślę sobie, no cóż, zdarza się, następnym razem pięć razy sprawdzi, do jakiego autobusu wsiada.

Ale nie. Kobieta wyskakuje do kierowcy z awanturą, której chcąc nie chcąc wysłuchałam, bo mi zagłuszyła muzykę w słuchawkach, tak się darła. Dlaczego pan się nie zatrzymałeś?!! Jak to nie ma przystanku, debilkę ze mnie robisz??! Co pospieszna?!! Wysadź mnie pan tu!!! JAK TO NIE MOŻESZ???!!!

Ściągam słuchawki i delikatnie próbuję pani wytłumaczyć, że poza przystankami nie można zatrzymać autobusu, bo widzę, że kierowca ma już dość, w końcu prowadzi pojazd z kilkudziesięcioma pasażerami, a tu jakaś baba mu się nad uchem wydziera i nie zamierza przestać. Oczywiście teraz babka zaczyna się wydzierać do mnie, że jak to, ona to zgłosi, my ją porwaliśmy! I tak dalej... Pluję sobie w brodę, bo po co było łamać swoją zasadę i się wtrącać, w końcu nie moja sprawa... Mogłam siedzieć cicho. Widzę, że kierowca z zaciętą miną patrzy na drogę, widocznie postanowił ignorować kobietę. Ja też już się nie odzywam, inni pasażerowie coś tam pomrukują z tyłu, baba jak zacięta płyta powtarza, że mamy ją wypuścić (tak, MY).

W końcu dojeżdżamy do przystanku, gdzie nieszczęsny autobus się zatrzymuje, wszyscy chyba czują ulgę, że to koniec awantury, kiedy znienacka... awanturnica zmienia front! Ona tutaj nie wysiądzie! Ona nie zna miasta, ona się tu zgubi! Jak niby ma wrócić do domu, na piechotę?!! Ona chce z powrotem no osiedle X!!! W końcu kierowcy udało się ją wręcz wygonić, grożąc nadzorem ruchu, policją i wysokim mandatem za zatrzymanie autobusu, gdyż, jak stwierdził, swoim zachowaniem uniemożliwia mu dalsze prowadzenie i z nią w środku on się nigdzie nie ruszy. Próbowała się jeszcze stawiać, ale szybko wyskoczyła, kiedy jeden z pasażerów, mężczyzna słusznej postury, rzucił, że jak nie chce sama wysiąść, to on jej pomoże... ;)
Dalsza podróż przebiegła w błogiej ciszy :)

komunikacja_miejska

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 328 (338)