Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Rakieta

Zamieszcza historie od: 25 października 2018 - 5:11
Ostatnio: 21 lipca 2019 - 21:03
  • Historii na głównej: 6 z 7
  • Punktów za historie: 614
  • Komentarzy: 12
  • Punktów za komentarze: 17
 

#84953

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem przez pewną osobę postrzegana jako tzw. 'feministka' (nie był to komplement, ale cóż :p), bo nie wyobrażam sobie siedzieć w domu, sprzątać, gotować i czekać, aż chłop mi fundnie wakacje, a do szczęścia zamiast dziecka wystarczy mi póki co kot. No i fajnie - chociaż swój feminizm widzę raczej w kategorii bycia kobietą świadomą (przeważnie) swojej wartości, samodzielną, w miarę zaradną i pracującą na własny rachunek, a jednocześnie uważam, że kobieta nie jest mężczyzną i na odwrót - lodówki na moje szóste piętro sama nie wniosę. Nie trzeba się zgadzać z tą definicją, ale będzie o (ultra)feminizmie w pracy.

Pracuję w miejscu, gdzie obowiązuje dress code. Dla pań są to pracownicze spódnice/sukienki plus manicure, makijaż i obcasy. Panowie również mają wyglądać schludnie.

Mam w pracy koleżankę, która na każdym kroku krytykuje te zasady. Twierdzi, że to dyskryminacja, że ona musi się malować, a koledzy nie mają wymogu np. noszenia szpilek. A mnie trafia szlag, jak to słyszę, bo dziewczyna doskonale wiedziała, gdzie się zatrudnia - mnie już na rozmowie kwalifikacyjnej poinformowano o tych zasadach. Takie argumenty do pani feministki nie docierają i wciąż robi wokół siebie szum.

Dla mnie cholernie głupi jest ten tok myślenia, bo do każdego miejsca pracy przypisany jest inny styl ubierania się. Przecież do pracy w magazynie nie pójdę w garsonce pasującej do biura, prawda?

Ja też nie żyłam na początku w przyjaźni z wysokimi obcasami, a już na pewno miałam wrogie stosunki z rajstopami (brrr!), ale kiedy się zatrudniałam, uważałam, że wypłata wyższa niż ta mityczna 'średnia krajowa' jest warta poświęceń.

Irytuje mnie, że takie osoby czynią słowo 'feminizm' obelgą, przecież nikt nie broni mojej koleżance znalezienia pracy, w której będą panować inne zasady. Jestem pewna, że gdyby koleżanka zatrudniła się w kopalni czy też postanowiła zostać spawaczem, nikt nie wymagałby od niej noszenia spódnicy.

EDIT: Nie sprecyzowałam, jak wygląda męski strój. Jest on dosyć mocno wieczorowy i obejmuje białą koszulę i "lakierki" na nogach, kierownicy noszą garnitury. Moja koleżanka chciałaby im ufundować szpilki i makijaż, co do którego też nie ma dużych wymogów. U mnie można po prostu przejechać usta szminką i już jest makijaż, to samo się tyczy paznokci - bezbarwny lakier też się liczy. Może w głównych "działach", gdzie kontakt z klientem jest większy, są też większe wymagania, niemniej jednak uważam, że wiedziałam, gdzie się zatrudniam i nie ma co narzekać na makijaż.

EDIT2: Poprzez mocno wieczorowy strój mam na myśli pełen "mundurek". Nie chcę opisywać dokładnie, jakie to są ubrania, bo pracuję w specyficznym lokalu. Kobiety mają identyczne stroje, jak mężczyźni, tylko zamiast spodni noszą spódnice. Sukienki są dla "damskich" działów (a to dopiero jest dyskryminacja!).

Feminizm w pracy

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (125)

#84739

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam transporter na kota w formie 'torbo-plecaka'. Z tylu wygląda jak każdy zwykły plecak.

Miejsce akcji: pociąg Kolei Dolnośląskich, linia Wrocław - Lichkov.

Póki (jeszcze) nie było tłumów, położyłam plecak z kotem tyłem do przejścia, a przodem (siatką) do mnie, żeby Menda była spokojniejsza. Po chwili wkroczyła ONA  - wielkie, wredne babsko. Mnóstwo wolnych miejsc, ale ona upatrzyła to obok mnie. Marudząc coś o torbach na siedzeniach i braku wychowania, zrzuciła plecak na podłogę.  Z kotem. 

Na mój wybuch oburzenia (wszak Menda, jak każde żywe stworzenie, ból odczuwa i na krzywdę wszelaką jest podatna) babol odpowiedział, że trzeba było zostać w domu.

Ja warknęłam tylko, że trzeba było przeprosić, a nie rzucać bagażem.

PS: Pisząc to nadal umilam babsku podróż Huntelem, co prawda na słuchawkach, ale bardzo mocnych słuchawkach.
PS2: Brutalnie wyrwana ze snu Menda darła pyska przez dobre 5 minut. A Menda umie się drzeć. :)
Szkoda, że innym ludziom też pewnie przeszkadzała.

Koleje Dolnośląskie

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (184)

#84457

(PW) ·
| Do ulubionych
Mała piekielność sprzed dwóch godzin.
Pracuję w całodobowym lokalu. Zamykamy się tylko kilka razy w roku i to na kilka godzin. Jednym z tych wyjątkowych dni jest Wielkanoc. Lokal jest nieczynny od 6, ponowne otwarcie po południu.

Dziś (niedziela) około 5:56 odebrałam telefon z pytaniem czy działamy normalnie. Ja wesołym głosem (no wiecie, udzieliła mi się atmosfera, a i nocka była przyjemna;)) powiedziałam jak wygląda sytuacja. Wywiązał się taki oto dialog:

(R)ozmówca: - Ale jak to? Czemu nie jesteście otwarci do 8.00?
(J)a: - No wie pan, święta są. Pracownicy chcą pobyć z rodziną.
R: - POPIERDZIELIŁO WAS! JA U WAS ZOSTAWIAM W CH... KASY! CO JA TERAZ BĘDĘ ROBIŁ?!

I rzucił słuchawką.

No to wesołych dla tych, którzy mają co robić.

Klienci

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (154)

#83972

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym współpracowniku.

Słowem wstępu: w mojej pracy ja i koleżanki mamy zmiany po 9h, często jesteśmy same przez 6h, a na 'dniówkach' przez 8-9h. Na naszym stanowisku pracy oficjalnie nie wolno nam jeść ani mieć butelki wody.

Mamy notoryczny problem z przerwami. Przysługują nam dwie po 20 minut. Przez pierwszych kilka miesięcy, dopóki nie zaczęłyśmy się buntować, normą było, że pewien kierownik trzymał nas po 5h bez przerwy. Dopiero we wrześniu dyrektor zrobił z tym porządek. Ba! Jak nic się nie dzieje, to dostajemy przerwy co godzinę.

Przeważnie przychodzi nas zastąpić ktoś z jednego z dwóch innych działów. Wystarczy, że zadzwonimy do kierownika lub któregoś z pracowników technicznych. No, chyba że pracuje ON: Wielce Wielmożny Pan (W).

Sytuacja z wczoraj.

Godzina 9. Dzwonię do W.:
- Cześć, tu Rakieta, jesteś w stanie przyjść do mnie na 20 minut?
- NIE!

Dzwonię więc do kierowniczki, której jakoś mimo sporego ruchu udało się wysłać kogoś z sali.

W części socjalnej zobaczyłam W., rozwalonego na kanapie przed tv*.

Później, ze względu na ogrom papierologii, chciałam przerwę dopiero około 13:30. Tym razem zadzwoniłam od razu do kierowniczki, niestety nie mogła mi nikogo wysłać i kazała dzwonić do W.

Dialog wywiązał się taki (po tym, jak wcześniej na mnie warknął, przestałam się bawić w uprzejmości):
- W., kierowniczka kazała ci mnie zastąpić.
- Kierowniczka może sobie kazać, ja mam swoją robotę, zajęty jestem!

Zadzwoniłam ponownie do kierowniczki. Powiedziała, że z nim pogada.

Przylazł łaskawie, a kiedy ja wróciłam ze swojej przerwy, pan wielce zarobiony rozmawiał jeszcze przez 10 minut z ochroniarzem o telewizorach.

Szefowa mojego działu, która przyszła na kolejną zmianę, kazała mi iść prosto do dyrektora. Ten 'kolegę' wezwał na dywanik.

Lubię swoją pracę i uważam, że wykonuję ją dobrze, ale czasem nie dziwię się, że mamy taką dużą rotację, albo że niektórzy pracują, jak pracują - czyli mają wywalone, skoro mój dział jest tak traktowany.

Bo przecież głupia recepcjonistka nic nie robi i nie zasługuje na zjedzenie kanapki inaczej niż pod biurkiem, żeby przypadkiem kierownik nie widział.

Dobrze, że chociaż jest toaleta i ochroniarz, który może 'popilnować' recepcji, kiedy idziemy się załatwić.

*Nie wołam nigdy o przerwę 'na już'. Wiem też, że koledzy i koleżanki z jego działu mają swoje zadania czy przerwy właśnie, wtedy przychodzą później, ale bez fochów.

W. podobno jak chce kawę, to wręcz każe barowi ją sobie przygotować - tak słyszałam.

Praca

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (98)
zarchiwizowany

#83713

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O zawiści i trochę o naiwności. Przede wszystkim o tym, jak łatwo zepsuć świetną atmosferę.
Pracuję na recepcji, do moich zadań należy też obsługa szatni, która w weekendy jest naszą małą apokalipsą ;). Praca fajna, czasem trudna (klienci), ale w miarę dobrze płatna, aczkolwiek recepcja zarabia najmniej z pośród wszystkich działów w lokalu. W moim zespole od pół roku 'na stałe' tzn. na razie opierające się wszelkim rotacjom, oprócz mnie są jeszcze trzy dziewczyny: A, B i nieco starsza i bardziej doświadczona C, plus 'główna' recepcjonistka. Świetnie nam się razem pracowało. Jak to bywa do czasu...
Parę miesięcy temu zaczęły się natarczywe telefonu od A z pytaniami kto i ile dostał wypłaty i dlaczego ona tak mało*. Nikt nigdy nie robił tajemnicy z wysokości swojej pensji (nie ukradłyśmy przecież) i szybko się okazało, że o ile wynagrodzeniu moje i A są mniej więcej równe, o tyle B zarabia dużo więcej.
Od paru tygodni po lokalu krążą dziwne plotki jakoby B biegała do dyrektora i donosiła na każde niedociągnięcie innych dziewczyn i dlatego mają niższe premie, są zwalnianie czy tez nie przedłużają im umowy po okresie próbnym itp. Taką plotkę główna usłyszała od osoby z innego działu...
Pogłoski szybko dotarły i do dyrektorskich uszu. Zostało zwołane zebranie, podczas którego B chcąc uciąć wszelkie dziwne spekulacje zapytała wprost czy premia zależy od liczby donosów:p.
Wczoraj w pracy calkiem na powaznie uslyszalam od C (z najdłuższym stażem, żeby nie było nie wiemy ile zarabia;p), że B w ten sposób sprawdzała czy jej się opłacają maratonu do gabinetu dyrektora...
Doniosłam ja. Nie raz,nie dwa, a na bieżąco zdaję raport naszej głównej z notorycznych spóźnien A, która przegiela pałę po tym jak spoznila się,kiedy miała mnie zmienić po nocce i słowa nie powiedziała. Poza tym A ma minimalny kontakt z klientem, robi burdel w szatni, rozmawia sobie z ochroną podczas gdy druga dziewczyna ma do obsluzenia całą kolejkę, jest albo na l4 albo bierze unż w sobotę, kiedy jest od ch... groma ludzi. I ma też jakiś pakiet sportowy, za który też zakład ściąga z pensji. Ale wielkie zdziwnie, że ma mniej.

Co z B ? Nie spóźnia się, klienci ją lubią, świetnie radzi sobie ze stresem - znacznie lepiej niż ja, nie woła mnie tez z przerwy, bo klient anglojęzyczny - raz tylko prosila o pomoc ze Szkotami, ale oni nawet mnie osłabili;p. Nie widzę problemu, żeby dostala 200 zl wiecej.
A ma przejść na inny dział, gdzie ma się jakoś tysiąc więcej, ale trzeba zapierdzielać jak mały samochodzik. Ponoć nikt jej tam nie chce. Good luck!

Z pensji nie będziemy się już spowiadać, a i do pracy jakoś mniej mi się chce chodzic...
Najsmutniejsze jest to, że kiedy w żartach zapytalam czy przyjdzie do mnie na parapetówę z dziewczynami, C odpowiedziała, że tylko bez B.
*podstawę mamy taką samą, ale premie często się różnią

PS: Moje 'donosicielstwo' wzięło się z tego, że laska notorycznie spoznia się, kiedy ma zmienić nockę. I 'pocałuj' mnie w nos nie usłyszysz, o 'przepraszam' nie wspominając. Notatki o spóźnieniach są powszechnie dostępne, A ma do nich wgląd. Spóźnienia musi odrabiać. I wiecie co? Działa - A jest na czas.

PS: To nie jest tak, że nic nie robię, żeby bronić B (poza pracą jesteśmy dobrymi koleżankami). ZAWSZE jej bronię,bo dziewczynom jakoś tak 'szkoda gadać', kiedy pytam o co chodzi z donosami B, ale wszystkie widziały jak chodzi do dyrektora przecież.

Praca

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (74)

#83642

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam ja sobie koleżankę. Owa koleżanka nabawiła się poważnych kłopotów ze wzrokiem i w liceum konieczne były operacje obu oczu. Nie było też pewne czy koleżanka będzie w stanie napisać 'normalną' maturę.

Po pierwszym zabiegu oko, powiedzmy, lewe było zaklejone, a na prawe ledwo widziała. Prowadziła samochód w tym czasie - nie widziała problemu w tym, że właściwie jest ślepa jak kret. Dodam też, że mieszkała w świetnie skomunikowanym miejscu i autobusy jeździły co chwilę.

Jakiś czas temu spotkałam się z ową koleżanką. Okazało się, że znów ma problemy i widzi tylko ok. 70% na jednym oku i 10% na drugim. I nadal prowadzi.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (124)

#83418

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko. Miałam najcudowniejszego kocurka na świecie, takiego 'najmójszego' łobuza. Opiekowałam się nim od jego szóstego miesiąca życia. Został w domu rodzinnym, bo to towarzyska istotka była i nie chciałam go rozdzielać z jego czworonożnymi kumplami - za co pluje sobie dziś w brodę. Dlaczego miałam? Bo będąc pod opieką mojej mamy wypadł przez okno i złamał sobie kręgosłup. Nie nadawał się do operacji mimo najlepszych chęci najlepszego weta, trzeba było uśpić.

Gdzie piekielność? Wypadek mojego Rudego miał miejsce niecały miesiąc temu, a w rozmowie telefonicznej z matką już kolejny raz usłyszałam podobną historię 'no bo moja mała dziś znów uciekła i, hihi, sąsiad mi powiedział jak ją znalazł, hihi'. Ewentualnie, że sama wróciła.
Mowa tu o kociaku rodziców. No krew mnie zalewa. Zero odpowiedzialności czy śladu jakiejkolwiek refleksji.

Osobiście uważam, że moim psim obowiązkiem, jako opiekuna, jest dbanie o bezpieczeństwo zwierzęcia i wyciąganie wniosków z różnych sytuacji. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby ten sam kot dwa razy wykręcił mi ten sam numer.
I teraz wielkie zdziwienie i oburzenie, że pomimo urlopu i braku pomysłów na niego, nie mam ochoty odwiedzić matki z moją nową kotką*. Musiałabym ją chyba zamknąć na ten czas w klatce. Kotkę, nie matkę.

*'zaklepałam' ją sobie pod wpływem nawrotu depresji - zwierzęta zawsze mi pomagały, a trafiła do mnie, niestety dla mnie, tydzień po wypadku Rudego i dopiero kilka dni temu jej pieszczoty do mnie trafiły.

PS: Macie jakieś pomysły jak zabezpieczyć okno obrotowe na poddaszu? Przychodzi mi do głowy tylko moskitiera, która utrudni mi dostęp do parapetu - trudno.

Piekielna kuchnia mojej matki

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (135)

1