Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Roskminka

Zamieszcza historie od: 28 listopada 2019 - 23:50
Ostatnio: 19 maja 2020 - 22:45
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 379
  • Komentarzy: 7
  • Punktów za komentarze: 23
 

#86371

(PW) ·
| Do ulubionych
Awanse, podwyżki, premie - najlepszy sposób na docenienie pracownika przez pracodawcę. Niby oczywiste, ale bywają szefowie, którzy unikają takich środków jak diabeł święconej wody. Niektórzy wręcz uczynili z tego sztukę. Tak jak pewna firma outsourcingowa (zwana dalej Firmą), dla której pracowałam lata temu :P

Firma obsługiwała kilka różnych mniejszych i większych przedsiębiorstw - dla niektórych prowadziła obsługę klienta, dla innych porządkowała bazy danych, dla jeszcze innych przeprowadzała ankiety i prowadziła statystyki. Będąc pracownikiem tejże Firmy, zazwyczaj obsługiwało się jeden projekt, ale zdarzali się Multipracownicy - jak się domyślacie, były to osoby, które były przeszkolone na kilka różnych projektów i w razie przestoju na jednym, byli przesuwani na inny.

Praca niezbyt dobrze płatna (stawki były też uzależnione od projektu, który się obsługiwało), większość pracowników zatrudniona była na wieczne zlecenie, ale za to bardzo elastyczna, ciekawa... i atmosfera była kapitalna. Co okazywało się zgubne, bo ludzie zazwyczaj pracowali tam dłużej, niż było to warte :P

Przełożeni chętnie chwalili pracowników, klepali po plecach, zapewniali o naszej wspaniałości... Jaja zaczynały się, gdy od słów trzeba było przejść do czynów :P

1. Po niecałych 6 miesiącach pracy, przełożeni poinformowali mnie, że przenoszą mnie na inne stanowisko (w ramach projektu, na którym pracowałam). Wszyscy marzyli o tym konkretnym stanowisku, wielokrotnie używano słowa "awans". Ja młoda, ambitna, dumna z siebie korpo-orczyca widziałam już siebie na Lazurowym Wybrzeżu. Manager projektu wezwał mnie na spotkanie, żeby objaśnić mi zadania i warunki. Rozwodził się nad awansem, który dostałam. Ja siedzę, nie wierząc we własne szczęście. Pan Manager źle zinterpretował mój głupkowaty wyraz twarzy, bo zapytał, czym się tak martwię.
- A... A stawka? - zapytałam nieśmiało.
Pan Manager rozpromienił się cały, po ojcowsku poklepał mnie po plecach i rzekł:
- Oj, nie martw się, nie obniżę ci jej... Będzie taka sama!

Nikt mnie nigdy tak nie zgasił ;D

2. Po pewnym czasie, pracownicy jednego z projektów solidarnie stwierdzili, że inflacja robi swoje i stawka, która kiedyś była przyzwoita, stała się śmiechu warta. Wystosowali pismo do Pana Managera, w którym padały konkretne argumenty, dlaczego zasłużyli na wyższe wynagrodzenie. Pan Manager zorganizował kilka spotkań z pracownikami, na których obiecywał solennie, że zajmie się sprawą. Jako, że był to mężczyzna słowny, istotnie zajął się... Przeniósł projekt do filii Firmy w innym mieście, gdzie pracownicy dostawali jeszcze śmieszniejsze stawki :D

3. Gdy mój staż pracy był już znacznie dłuższy i powoli stawałam się już Multipracownikiem, w wyniku rosnącego niezadowolenia pracowników, zarządzono nieznaczne podwyżki. Jednak nie wszyscy pracownicy je dostali... Między innymi ja. Przyznaję się bez bicia, że w tym czasie bardzo wykorzystywałam "elastyczność" swojej pracy. Było późniejsze przychodzenie do pracy, były niby UŻetki (niby, bo na zleceniu nie ma czegoś takiego jak urlop :P). Mogę tylko na usprawiedliwienie dodać, że stawki wciąż były śmieszne, pracy sporo i zdążyłam zapomnieć czym są porządne wakacje - nie mogłam sobie pozwolić na przerwę dłuższą niż tydzień raz, dwa razy do roku.

Ale! Ponieważ jestem taka multizadaniowa i w ogóle, dostanę drugą szansę - wystarczy, że przez kilka miesięcy będę punktualna. No i super, jak się okazało, dało radę. Tym razem Pani Manager mi pogratulowała... lecz, trzeba poczekać, bo okres wakacyjny, nie ma wszystkich osób, przez które musi przejść zgoda na moją podwyżkę. I tak po kolei, nie było księgowej, potem kadrowej, Pani Manager, prezesa, asystentki prezesa, kota prezesa, pani sprzątaczki... Zdążyłam wydeptać już ścieżkę do Pani Manager i kadr, ale ciągle dostawałam zapewnienia, że już, już zaklepane, że dostanę wyrównanie... I tak zeszło nam do grudnia. Jak się część z Was domyśla - podwyżki nie dostałam. W grudniu dostałam opiernicz, że chciałam oszukać Firmę - bo znowu zaczęłam się spóźniać! Na dowód, dostałam wykaz z mojej karty wstępu (kartę odbijaliśmy na wejście i wyjście). Rzeczywiście, były tam 2 spóźnienia... na przestrzeni 6 miesięcy.

Popłakałam się wtedy i naprawdę nie wiem, jak udało im się mnie wtedy ugłaskać, żebym natychmiast się nie zwolniła.

4. I ostatnie podejście - moja bezpośrednia przełożona zadziałała u Pani Manager, żebym jednak może tą podwyżkę dostała. Nie wiem, kto bardziej kręcił nosem, Pani Manager czy Pan Prezes, bo projekt na którym w tamtym okresie spędzałam najwięcej czasu taki nierentowny, same straty przynosi... Stanęło na tym, że dadzą mi te 2 zł na godzinę więcej, jeśli wezmę kolejny projekt (a miałam już ich kilka...). Zgodziłam się właściwie tylko z ciekawości, co się stanie tym razem.

Zaczęło się szkolenie, a tu aneksu ani widu ani słychu. Upomniałam się o swoje... Pani Manager zaprosiła mnie na spotkanie do nowiutkiej sali konferencyjnej. Ze spokojem godnym mnicha buddyjskiego, wysłuchałam, że aneksu niet, a "podwyżka, to nie jest stricte podwyżka, tylko możliwość dorobienia do pensji" XD
Otóż moja podstawowa stawka nie zmieniała się, ale na nowym projekcie była MOŻLIWOŚĆ wyrobienia prowizji, a do tego płatnych nadgodzin. Kiedy stwierdziłam, że nie na to się umawiałyśmy, dostałam jakieś kulawe wyjaśnienia, że Firma kiepsko przędzie (pewnie cały budżet poszedł na odnowienie sal konferencyjnych :P). Tym razem obyło się bez łez - po prostu wiedziałam, że po powrocie do domu odpicuję swoje CV :P

Bonus: kiedy składałam wypowiedzenie, dostałam propozycję życia: albo podwyżka stawki godzinowej o 2 zł na zleceniu albo umowa o pracę - za najniższą krajową (ale przecież to umowa o pracę, Święty Graal maluczkich korpo-orków!).

Morał? Jeśli pracodawca nie wywiązuje się z obietnic, nie czekaj - zamień go na innego :D

korporacja awans podwyżka

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (179)

#86300

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdyby Dante pisał swoją "Boską Komedię" w dzisiejszych czasach, w jednym ze swoich kręgów piekielnych umieściłby na pewno call center. W takiej pracy wszystko potrafi być piekielne: klienci, przełożeni, procedury, współpracownicy, ba, sam system pracy jest jakby wyjęty z czeluści piekielnych.

Moja pierwsza "poważna" praca, byłam młodziutka i jeszcze nieświadoma tego, że rekruter oddzwaniający w 2 godziny po wysłaniu CV, nie wróży nic dobrego :P No, chyba że w CV ktoś napisze, że robienie nadgodzin to jego hobby i kategorycznie nie zgadza się na wolne weekendy.

Praca w firmie outsourcingowej, projekt związany z pewną dużą siecią komórkową. Sprzedażówka, czyli po ludzku mówiąc, wciskanie super wspaniałej wyjątkowej oferty przez telefon. O ile w innych miejscach, w których pracowałam później, oprócz piekielności było też kilka jasnych stron, tak tutaj wszystko było belzebubiaste :P

1.Umowa. Oczywiście, zlecenie. Śmieszna stawka, nawet jak na tamte czasy. Miałam to nieszczęście, że umowę podpisywałam za pośrednictwem agencji. Co oznaczało stawkę godzinową niższą o złotówkę (w stosunku do osób zatrudnionych bezpośrednio przez firmę) i lojalkę na 3 miesiące. Czyli głupia ja, robiłam tam 3 miechy, bo inaczej musiałabym zwrócić pracodawcy koszty szkolenia. Z tego co pamiętam, było to 500 PLN.

2.Szkolenie wstępne. Lwia jego część to było korporacyjne pranie mózgu. Już po godzinie, każdy nowy pracownik miał w głowie wizję złotych rolexów, limuzyn z szoferem, willi w Miami i ogólne poczucie, że ta firma, jest jak twój drugi dom. Hura.
Część szumnie nazwana "szkoleniem technicznym" polegała na wręczeniu nam kiepskiej jakości kserówek z danymi technicznymi i rysunkami poszczególnych modeli telefonów i notebooków, które sieć komórkowa miała wówczas w ofercie. Więcej czasu poświęcono na naukę zbijania obiekcji ofia... klienta i udawanie, że świetnie się znasz na proponowanym przez ciebie sprzęcie.
Zapewniono nas też, że nasz pierwszy dzień na słuchawkach będzie dniem testowym, a wiec nikt nas nie będzie oceniał, będziemy mogli się oswoić z procedurami itp. Super. Dzień testowy w praktyce okazał się jedną godziną. Ja rozumiem, że czas jest względny, ale żeby aż tak?

3.Wykonywanie połączeń. Pracownicy nie dzwonili do klientów. Robił to program. Po przyjściu do pracy, trzeba się było zalogować i od tego momentu komputer non stop wykonywał automatyczne połączenia. Co wykluczało jakiekolwiek rozmowy z współpracownikami. Wyobraźcie sobie, że siedzicie tak kilka godzin ze słuchawkami na uszach i nie możecie się nawet odezwać do współpracownika, napić się czy szybko czegoś zjeść, bo w każdej chwili klient po drugiej stronie może odebrać telefon.

4.Przerwy. Wyliczone co do minuty. Na każdą godzinę pracy przysługiwało 5 minut przerwy, plus 15 minut obiadowej. I to nie było tak, że można było sobie pójść na 5 minut przerwy na siusiu. O nie. Na przerwę nie można było wychodzić częściej, niż co 2 godziny. Na 10 minut. Albo 15, na obiad. Jeśli komuś zachciało się takich bezeceństw jak 20 minut przerwy obiadowej, trzeba było zgłosić to przełożonemu przed rozpoczęciem pracy. Na każdej przerwie dylemat: wypić szybko kawę, wyjść na papierosa czy iść do toalety? A może spróbować coś zjeść? Hmm.

5.Czas pracy. Były 2 zmiany. Powiedzmy, że ranna zmiana 8-16, a popołudniowa 13-21. Wyglądało to tak, że albo się było zatrudnionym na rano albo na popo. Podczas szkolenia i rozmów kwalifikacyjnych uspokajano nas, że każdy pracownik ma prawo do jednej dowolnej zmiany w tygodniu. Czyli jak zazwyczaj pracujesz na popo, to możesz zgłosić, że chcesz w piątek iść na rano. Fajnie? Otóż nie, bo Ranne Ptaszki nie mogły pracować w poniedziałki na popo, a Dzieci Nocy nie mogły pracować na rano w piątki. Taki tam szczegół, o którym poinformował mnie święcie oburzony przełożony, kiedy wyraziłam zakazane prośby grafikowe.

6.Wynagrodzenie. Wspominałam, że było śmiechu warte. Ale żeby jeszcze firma mogła zaoszczędzić na frajerach, którzy zgodzili się dla nich pracować, wprowadziła bardzo ciekawy system naliczania godzin pracy. Z jednej strony, był program do wykonywania połączeń, gdzie było dokładnie wyszczególnione ile minut prowadziło się rozmowy, ile trwała przerwa obiadowa, techniczna czy szkolenie. Ale to nie wystarczało. Pracownicy mieli dostęp do specjalnego programu, gdzie trzeba było wpisywać bardzo dokładnie, co się robiło w konkretnych przedziałach czasowych. Np. 8:00-9:30 praca, 9:30-9:45 szkolenie z technik sprzedaży, 9:45-10:00 praca, 10:00-10:15 przerwa. Trzeba było się co jakiś czas logować ponownie do systemu, żeby zobaczyć, czy przełożony zatwierdził, to co wprowadziłeś. Jeśli coś było nie zatwierdzone, to trzeba było w czasie swojej przerwy/przed pracą/po pracy pójść sprawę wyjaśnić z przełożonym i od nowa wprowadzić właściwą informację. Jeśli się z tym spóźniłeś, pieniądze za niezatwierdzony czas pracy dostawałeś w kolejnym miesiącu.

Ale! To nie koniec atrakcji związanych z cudownym systemem. Jeśli przekroczyło się czas swoich przerw o DOSŁOWNIE 3 minuty w ciągu dnia, przełożony nakazywał pracownikowi wpisanie w system, że przez kwadrans miałeś nieodpłatną przerwę. Czyli za każde 3 minuty spóźnienia lub przekroczonej przerwy (przecież czas to pieniądz), odejmowano kilka złotych z wypłaty.

CDN.

call_center

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (103)

#86301

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponieważ wyszło mi trochę długo, przy okazji opisywania mojej pierwszej pracy w call center, podzieliłam historię na dwie części. Oto część druga:).

Gwoli przypomnienia:

Praca w firmie outsourcingowej, projekt związany z pewną dużą siecią komórkową. Sprzedażówka, czyli po ludzku mówiąc, wciskanie super wspaniałej wyjątkowej oferty przez telefon. O ile w innych miejscach, w których pracowałam później, oprócz piekielności było też kilka jasnych stron, tak tutaj wszystko było belzebubiaste :P.

7. Ta oferta jest specjalnie skrojona dla klienta! Taaaak... Sieć komórkowa przekazywała firmie outsourcingowej bazę klientów, do których chcieli, żebyśmy zadzwonili. Oficjalnie nam wciskano, że są to klienci, dla których ta oferta jest korzystniejsza niż ich obecna. Ale my, jako pracownicy call center, nie mieliśmy żadnego dostępu do szczegółów umów. Dlatego nie byliśmy w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie, kiedy kończy się umowa :). Widzieliśmy tylko imię i nazwisko klienta oraz numer kontaktowy. Tyle. Ale obowiązkowo musieliśmy mówić, że oferta, z którą dzwonimy, została indywidualnie przygotowana dla pana lub pani X :P. Jeden taki pan X mnie wyśmiał - proponowałam mu dodatkowy numer telefonu, a facet miał zarejestrowanych już 10 numerów na siebie.

8. Wyniki. Zawsze gdy ktoś odebrał telefon, automatycznie ładował się nam skrypt. Zaznaczaliśmy w nim odpowiedzi i reakcje klienta. Jeśli zaznaczyło się, że klient nie potrzebuje dodatkowego telefonu, skrypt pokazywał przykładowe argumenty, których powinniśmy użyć w rozmowie, żeby jednak wcisnąć bubla. Odnosiło się przy tym wrażenie, że ich wymyślaniem zajmowało się stado teletubisiów. "Pani nie potrzebuje telefonu, ale miło byłoby sprawić prezent sąsiadce, nie sądzi pani?", "Pana synek ma telefon na kartę, żeby nie nabił za dużego rachunku? Może czas na okazanie dziecku zaufania i przejść na abonament?" - rzecz działa się na tyle dawno, że sieci komórkowe jeszcze nie śniły o nielimitowanych smsach i minutach. Za przekroczenie limitu były naliczane dodatkowe opłaty.

Jeśli klient nie poczuł się przekonany, trzeba było zamknąć rekord - czyli zaznaczyć, że klient jest niezainteresowany. Jeśli się skusił - pokazywał się nam formularz zamówienia. Trzeba było walczyć o to, żeby nie zamknąć rekordu odmową. Wiele osób zaznaczało w systemie, że klient prosi o ponowny kontakt później, byleby nie zamykać rekordu. Dlaczego? Ano dlatego, że jeśli ktoś zamknął za dużo rekordów albo miał mniejszą sprzedaż niż inni w danym dniu, był odsyłany do domu. Przełożeni monitorowali wyniki na bieżąco i co godzinę typowali słabsze ogniwa. A przy umowie zleceniu odesłanie do domu = mniej godzin = mniejsza wypłata. Jak ktoś uparcie zamykał rekordy, mógł dostać nawet nakaz, żeby przez kilka dni nie przychodzić do pracy. Ot tak, żeby - tu cytat - "odpocząć, piwko wypić, obmyślić nowe strategie sprzedażowe".

9. Prowizje. We wspaniałej firmie pracowali ludzie, którzy byli gotowi zaprzedać duszę, godność i zwykłe poczucie przyzwoitości, za te niesamowite prowizje, które dostawało się za wciśnięcie droższego abonamentu emerytce. Pewnego razu zostałam oddelegowana na podszkolenie do "jednego z najlepszych sprzedawców" na projekcie. Miałam przysłuchiwać się, jak facet prowadzi rozmowę, żeby doprowadzić do sprzedaży. Facet cisnął mocno, był strasznie upierdliwy i nie odpuszczał, dopóki klient nie rzucił słuchawką. Dosłownie. Nigdy sam nie kończył rozmowy. Nie ważne, ile razy ktoś powiedział "nie", nieważne, czy była to emerytka, czy ktoś chciał się skonsultować z mężem/żoną albo był bezrobotny. Jak już ktoś trzasnął słuchawką, "najlepszy sprzedawca" z autentyczną furią rzucał "głupią s..ą" albo "w...ujem". I tu przechodzimy do tych zawrotnych sum, o które walczył tak zawzięcie "najlepszy sprzedawca".

Za wciśnięcie komuś dodatkowej umowy na 24 miesiące - opłaty miesięczne wahały się od 40 do 120 złociszy - dostawało się 10 ZŁOTYCH. Jednorazowo. Brutto. Dodam, że taki najlepszy sprzedawca był w stanie wcisnąć maksymalnie 2 takie umowy dziennie.

Były też mniejsze projekty, gdzie prowizje były mniejsze. Ponieważ nie szło mi najlepiej przy umowach (szybko się zorientowałam, że to kiepska oferta i przestałam się starać), zostałam przeniesiona na sprzedaż usług dodatkowych. I tutaj akurat trafiła się fajna oferta na pakiety internetowe. Tu szło mi bardzo dobrze, potrafiłam takich pakietów uruchomić 30-40 dziennie. Prowizja miała wynosić złotówkę brutto od pakietu.

I znów przed oczami stanęły mi te złote roleksy i willa w Miami... aż tu na koniec miesiąca nam powiedziano, że nie będzie prowizji z tego projektu. Czemu? Bo sprzedaż nam za łatwo idzie.

10. Ostatni punkt, mój osobisty ulubieniec :D. Szkolenia motywacyjne. Jeśli komuś nie szła sprzedaż, kierowano go na szkolenia motywacyjno-sprzedażowe. Dopuszczalne były 2-3 szkolenia w miesiącu, już nie pamiętam dokładnie. Przybierały one różną formę, mogło to być odsłuchiwanie rozmów lepszych wciskaczy kitu albo rozmowa z coachem, który opowiadał ci, że jesteś zaje...sty, firma jest zaje...sta i praca też jest zaje...sta. Ale. Jeśli głaskanie po głowie nie przyniosło rezultatów i nadal nie udawało ci się wyrobić normy, dostawałeś prikaz wybicia się na nieodpłatną przerwę i udanie się na "szkolenie". Które polegało na siedzeniu w sali konferencyjnej i gapieniu się w sufit, tak długo aż przełożony pozwolił wrócić ci do pracy.

Pewnego razu firma urządziła większe szkolenie motywacyjne - to był dzień przed Wigilią, nikomu nie szła za dobrze sprzedaż, bo ludzie albo telefonów nie odbierali albo rzucali słuchawką (człowiek sprząta, pierogi lepi, prezenty pakuje, a tu mu jakiś upierdliwiec próbuje wcisnąć super ofertę). Siedzieliśmy w sali w kilka osób, razem z jednym z przełożonych i panią trenerką. Wesoło sobie rozmawiali o tym, jaki kto ma telefon i ile to oni nie sprzedawali, kiedy byli takimi szeregowymi pracownikami jak my. Ostentacyjnie zastanawiali się, co trzeba zrobić, żeby nas rozruszać. Pan przełożony wymyślił, że powinnyśmy wykonać kilka ćwiczeń integrujących zespół. Kazał nam ustawić się w kręgu i złapać się za pośladki. W sensie, nie swoje własne pośladki. Mieliśmy złapać za tyłek osobę, która stała najbliżej. Stwierdził, że w ten sposób się zintegrujemy. Bardzo go oburzyło, iż absolutnie nikt nie chciał tego zrobić. Obrażony wykrzyczał, że to przecież polecenie służbowe było.

Przemęczyłam się tam do końca swojej lojalki i uciekłam, gdzie pieprz rośnie. Nigdy więcej nie poszłam w sprzedaż - jak tylko słyszałam termin "połączenia wychodzące", wybiegałam z rozmowy z krzykiem.

call_center

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (141)

1