Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Samoyed

Zamieszcza historie od: 30 lipca 2018 - 20:44
Ostatnio: 26 września 2022 - 10:48
  • Historii na głównej: 14 z 15
  • Punktów za historie: 1882
  • Komentarzy: 617
  • Punktów za komentarze: 2854
 

#89626

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przyjaciółka mi dzisiaj opowiedziała historię, więc się dzielę, bo mnie zatkało.

Przyjaciółki koleżanka mieszka na dalszych peryferiach Warszawy po stronie południowej. Przyjaciółka natomiast na Ursynowie. Między wiochą koleżanki i Ursynowem jest 45+ km pięknej trasy. Jedzie się szybko i wygodnie, ale i tak zajmuje to jakąś godzinę z hakiem, zwłaszcza w piątek po południu.

Rzecz się miała dokładnie tydzień temu, też w piątek.
Koleżanka przyjaciółki przeprowadziła się na zapupie, żeby być bliżej rodziców, w tej chwili w zasadzie niesamodzielnych, ale nie mieszkających z nią, co w sumie tu chyba nie ma znaczenia. Ma też koleżanka dwoje dzieci (9 i 10 lat) i męża, ale ten ostatni na wyjeździe służbowym. Sprowadziła się tam bardzo niedawno, więc nie za bardzo ma w okolicy znajomych.

Okazało się, że koleżanka i dzieci zachorowały. Chyba nie covid, ale może, trzeba uważać, więc nie będzie z domu wychodzić. Moja przyjaciółka, osoba nienormalnie uczynna, przejęła się strasznie. Ratować i zaopatrzać, bo to z głodu umrą na pewno. Gdyby mnie o to zapytała podpowiedziałabym zakupy z dostawą, ale przyjaciółka klapki na oczy i pomaga. Dopytuje co potrzeba. Koleżanka uczciwie powiedziała pierwotnie, acz bez przekonania, że nie, że ona w zasadzie wszystko ma, mąż wraca we wtorek, jakoś przetrwa...

Ale nie z moja przyjaciółką takie numery. Przyciśnięta (nie jakoś strasznie, wystarczyło ponownie raz zapytać) koleżanka przyznała, że chleb by się przydał i bułeczki dla dziatek i sałata, pomidorki (pewnie zmyślam te pomidorki, ale była lista zakupów taka dość długa i chleb z bułeczkami na niej). Przyjaciółka zapasy w garść i jedzie. Prawie już była na miejscu, kiedy dzwoni do niej koleżanka, powiedzieć jej, że bramę zostawiła otwartą, niech przyjaciółka wjedzie, starszy syn jej drzwi otworzy, bo koleżanka, UWAGA!, wyskoczyła do pobliskiego sklepu, bo łososia zapomniała do listy dorzucić, a przecież nie będzie przyjaciółki fatygować i wysyłać ponownie do sklepu! Ludzka pani! Przyjaciółka trochę zdębiała - a co z izolacją i odpowiedzialnością społeczną? Ano maskę założyła, jakoś przeżyje społeczeństwo w sklepie. No trochę przyjaciółkę zmieszało, chociaż w swojej dobroci serca pomyślała: kurczę, no nie chce mnie fatygować... :D :D Podjechała, chłopię wpuściło, nie chciała do środka się pchać, bo covid w końcu niewykluczony, po co ryzykować, komu by się chciało izolować w takie upały nadchodzące.

Pojawiła się koleżanka rozświergotana, troszku jeszcze nie domaga, ale już lepiej. Na tyle lepiej, że po łososia przecie pobiegła, a potrzebowała go, bo to niezbędne do... ugoszczenia koleżanek z pracy, które lada moment się pojawią na piątkowe winko! Pracuje tam od niedawna, więc koleżanek nie zna jeszcze tak dobrze, żeby je o chleb i bułeczki prosić. Moja przyjaciółka zostawiła te chleby, buły i sałaty i poszła sobie (i tak nie była na winko zaproszona), przysięgając, że już nigdy nikomu nie pomoże. Ja ją znam 40 lat, pomoże... Ale koleżanki powinna zweryfikować.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (153)

#89276

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam przed chwilą historię o aniołach, które chcą adoptować psa do idealnych warunków, a zła baba z fundacji im nie dała.

Byłam już dawno temu złą babą z fundacji przez krótki czas.
Absolutnie rozumiem frustrację obu stron, ale oczywiście gros ludzi widzi tylko swoją.

Moje rozmowy z ludźmi - użyje tylko przykładów z przeżyć aniołów, bo to standardowe problemy:

Ja: mieszkają państwo w bloku, nie będzie problemów ze spacerami?
Oni: mamy balkon, w razie czego się wypuści / bez przesady, ile to razy dziennie trzeba z psem wyjść - raz-dwa? (a to byli ludzie, którzy psa aktualnie też mieli) / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: mają państwo dzieci, nie będzie tutaj problemu?
Oni: to pies ma się dostosować / nie będzie mi się pani w wychowanie dzieci wtrącać / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: chcą państwo szczeniaka, czy nie lepiej wziąć starszego psa, one też bywają bezproblemowe, częściej niż szczeniaki, ich charakter już widać, tym bardziej z domu tymczasowego
Oni: Stare psy śmierdzą / co mi pani sugeruje, że niedługo umrę? / jak co, to zawsze można psa komuś oddać, nie? / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: Chcę się upewnić, że pies będzie właściwie żywiony (nie mam preferencji w sprawie karmy, może być gotowane, ale zdrowe dla psa)
Oni: Oj, duża rodzina, to zawsze coś z obiadu zostanie / u nas w Biedronie takie tanie, a smaczne jest / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: pies to wydatek, rozumieją to państwo, że może zachorować, to zwykle kosztuje
Oni: A to co? wy jako fundacja nie płacicie? To na co żebracie tę kasę? / A na cóż to może taki pies zachorować? Jak będzie miał sraczkę to się mu węgla da (ludzie psa aktualnie mieli) / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Po 40 takich rozmowach człowiekowi wszystkiego się odechciewa. Potem oczywiście większość tych kretynów opowiada jak to fundacja zła i ma wymagania. A jednak na 100 rozmów 70 psów do rozmówców trafiało, więc źle nie było.

I kwiatek dotyczący właściwie 90% moich rozmówców. Bo ja to jestem TAKI SZLACHETNY, to zamiast marudzić to powinniście mnie po dupie całować, że chcę kundla wziąć.

Ale wiem, to tylko pies, nie wyjdzie z tym, odda się i weźmie następnego.

pies schronisko

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (125)

#89201

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Coś mam ostatnio piekielności głównie natury motoryzacyjnej. Chociaż to było bardziej zabawne w irytujący sposób.

Stuknęli mi auto na parkingu. Bywa. Widziałam wszystko, bo wychodziłam ze sklepu. Autem panu szarpnęło, nie wiem dlaczego, może brak doświadczenia, bo młodziutkie chłopię i rąbnął w moje.

Szkody po obu stronach mniej więcej takie same. Jemu wyrwało zderzak z tych takich zaczepów, a mój zderzak na rogu pękł. Zza kierownicy wysiadł młody człowiek, góra 18-19 lat. Z fotela pasażera zaś brzuchaty wąsaty Janusz, no stereotypowy handlarz starymi autami, co to jakby nie klepać wychodzi przystanek autobusowy, a w ogłoszeniu, że nie bity. Zaczął oglądać, cmokać, więc podeszłam.

Pan mnie pyta czy moje, potwierdzam, a on mi mówi, że się w zasadzie nic nie stało, bukszpanikiem sobie pociągnę i zahula. Pytam - znaczy taką roślinką? A on mi nie, "tako pasto". No dobrze, może taka jest. A pan kontynuuje, że da mi 30 zyli I sobie kupie "tako paste" i sobie wsmaruję i śladu nie będzie, więc co? Luzujemy się? Uprzejmie się pytam czy mu odbiło, ten zderzak jest do wymiany, poproszę jego ubezpieczenie i jedziemy. Nie, on nie będzie na taką ryskę ubezpieczenia marnował. I jak chcę to sobie mogę wezwać policję, ale on mnie uprzedza, że za bezpodstawne wezwanie policji to mi zabraknie kasy po sprzedaży tego auta, żeby się wypłacić.

Ok, na policję chwilę czekaliśmy. Po 5 minutach czekania pan zaczął. W zasadzie to on ode mnie kupi to auto i podał kwotę. Jakieś trochę mniej niż połowę tego, co to auto jest warte. Mówię mu, że po pierwsze to auto jest warte dużo więcej, a po drugie to nie moje, tylko służbowe, więc temat się zamyka. No chyba dla mnie... Do przyjazdu policji gadał cały czas. O tym samym cały czas. Jaka to okazja, jak to on z uprzejmości chce grata za gigantyczną kwotę kupić (auto dwuletnie, marki luksusowej, podobnie zresztą jak jego, więc wartość auta znał, poza tym jestem prawie pewna, że to handlarz). Jak to mam zadzwonić do chłopa i go przekonać, że to okazja. Po powtórzeniu po raz kolejny, że służbowe to on poprosi telefon do tego szefa i mu powie, że mu sekretarka mało okazji życia sprzed nosa nie ściągnęła.

Wyjęłam telefon i zaczęłam przez niego gadać o dupie-maryni, żeby już tego ględzenia nie słuchać. Przyjechała policja, a Janusz wyrwał do nich i zanim zdołałam się odezwać zaczął mówić, że syn wyjechał z miejsca parkingowego, zatrzymał się na chwilę, żeby pas poprawić, a ja jak nie ruszę, jak nie wytnę w nich, to on aż w plecach poczuł uderzenie. Mam poczucie humoru, więc dostałam ataku śmiechu.

Pan policjant popatrzył na niego, na auta, zapytał mnie o wersję, uznał, że po samochodach widać, który jechał, a który stał, to żaden dowód, ale Ikea pewnie ma kamery, więc można zapytać. Po tym pan powiedział, że może mu się wydawało, bo coś sprawdzał w telefonie. Pan policjant zajął się czynnościami służbowymi, a Janusz wrócił do tematu. Teatralnym szeptem zapytał czy ta fura trefna, że tak się bronię? Czy mi kasa na ulicy leży, że ewidentnie marnuję taką okazję, że może jakiś nielegalny biznesik kręcę, że mnie stać na takie szastanie, policja się pewnie zainteresuje. Policjant drugi zorientowawszy się w temacie rozmowy zapytał o cenę proponowaną. I usłyszawszy ją, popukał się w głowę i wrócił do spisywania.

Dzieciak dostał mandat, punkty, a ubezpieczyciel później wycenił naprawę na 16 tys., w ASO – stąd i cena bandycka, ale co mnie to obchodzi. Na do widzenia powiedział mi, że nie widzimy się ostatni raz, bo spodziewa się, że znajdę się na jego progu już niedługo, błagając, żeby wziął furę za połowę tego, co on teraz proponuje. Nawet pan policjant zapytał czy to groźba.

Ciekawe czy kiedykolwiek udało mu się jakiś biznes tym sposobem zrobić. Sądząc po cenie jego auta, to radzi sobie całkiem nieźle, czymkolwiek się zajmuje.

policja wypadek stłuczka

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (183)

#89096

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję dla firmy, która jest bardzo międzynarodowa, ale jej główna siedziba znajduje się w Londynie. Tam też ja mam swoje biurko. Moja praca polega na czymś w rodzaju nadzoru - nie nad ludźmi, tylko nad danymi. Innymi słowy do moich obowiązków należy sprawdzanie raportów, które generują krajowe oddziały, mam tak do nadzorowania 7 krajów.

Przed pandemią hotele i auto były moim domem przez dwa tygodnie w miesiącu, tak sobie jeździłam po Europie i oglądałam tabelki. Nie przeszkadzało mi to, a na dodatek przynosiło profity, bo delegacje są dość drogie, w sensie choćby diet.

I przyszła pandemia. Firma się na chwilę zamknęła, ale ja cały czas pracowałam, przejęłam część innych obowiązków. Po kilku miesiącach produkcja i część laboratoryjna wróciły do normy, a więc i ja wróciłam do pierwotnych zajęć. Tyle, że biura zostały w home officie. Robiłam dokładnie to samo, tylko online. Wszystko grało i buczało, firma wróciła do dochodów przedpandemicznych i wszyscy szczęśliwi. I wreszcie przyszła wiadomość, że otwieramy biura od połowy kwietnia. Mój szef, właściciel firmy, nigdy nie robi nic na pół gwizdka, więc jak wracamy to na całego, żadnej tam hybrydy.

No i ok, wróćmy zatem, tęsknię za Londynem, mogę tam siedzieć. Ale cytując klasyka z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie na święty spokój, więc nieśmiało zaproponowałam, że może zostawimy mi w spokoju tę część, w której pracuję online. Skoro buczało przez dwa lata, to i dalej pobuczy. Otóż nie! Mam wsiąść w auto i jeździć. Się pytam po co? Generuje to koszty, marnuję swój czas, nie ma to sensu, ja nie nadzoruję tych ludzi, widzę ich raz w miesiącu i po prawdzie mam wywalone na to, kiedy i jak to robią, liczy się dla mnie tylko poprawność i utrzymanie terminu, a o to sami dbają. A to mam zacząć ich nadzorować! Ale jak do diabła?? Nie znam ich grafików, nie wiem kiedy ich nie ma, od tego mają przełożonych. Mam rację?

A nie, nie mam. I tylko po to, żeby mi udowodnić, że nie mam racji, od teraz mam dodatkowy obowiązek: będę zatwierdzać ich urlopy i mają mnie informować o chorobach! Ludzie, których nie znam. Z którymi moja praca się styka raz w miesiącu na jeden dzień. Czasami się czuję, jakbym pracowała dla zbuntowanego nastolatka. A to mądry facet, ma wielką firmę, nie jedną i doszedł do tego relatywnie sam.
No to ruszam w drogę...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (118)

#89049

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Skoro teraz moda na historie drogowe, bo się tu namnożyło super ultra mistrzów kierownicy, którzy w pogardzie mając kodeks drogowy są jedynie słusznie uprawnieni do lewego pasa, to ja mam historie sprzed 30 min.

Przy wyjeździe z Wawy jest taka sytuacja, że jest trzypasmowa droga szybkiego ruchu, która w pewnym momencie traci lewy pas i zostaje na dwóch. Na tym odcinku jest ograniczenie do 90. Tak ze 2 km i znowu się dodaje lewy pas. Może to rozbudują, ale na razie tak jest. Jadę pasem środkowym tak 110/115 przy zwężeniu, więc i tak za szybko. Na prawym pasie ciężarówki sznurem. Na lewym pasie, który już się kończy, coś mi śmiga. Pełnoletnia (co najmniej) Ibiza, ospojlerowana i oklejona bojowymi hasłami, w stylu niżej niż cycki twojej starej.

Usiłował się zmieścić, ale nie dał rady. Po hamulcach, niech się cieszy, że samochód za mną zachował odległość, miał gdzie uciec, otrąbił mnie (nie wiem dlaczego, nie zmieniłam prędkości) i wsiadł na zderzak. Jadę te 110 na 90, obok ciężarówki sznurem po 90 albo mniej, a ten wścieklizny dostał. Świeci, podjeżdża, no amoku dostał. Ale ja się nie daję, więc jadę dalej. Za chwilę, po 2 km mniej więcej, pas lewy się znowu zrobił, więc ten zawył silnikiem i sru.

Ja dalej jadę tym samym pasem. Wjechał przede mnie i po hamulcach. Kiepskie miał, trudno wyhamować nie było. Lewy pas był wolny, zaczęła się właśnie autostrada, więc nie wyjąc silnikiem, ale szybko, minęłam go z lewej, jadąc nieprzepisowo 160. Ruch duży na dwóch prawych pasach, za mną na horyzoncie tylko pan Ibiza usiłujący się rozpędzić. Przede mną auta zwolniły, więc udało mu się szybko mnie dopaść, sukces! I jak się nie uwiesił na długich! Musiałam przestawić lusterko. A przede mną auta i to sporo, jadące 140 +/-. Długo się nie naświecił, bo zaraz był mój zjazd. Nie mam tylnej kamery, tzn. pewnie mam, ale nie umiem odczytać, a szkoda.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (116)

#89004

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pewna pani kupiła mieszkanie.

Zapłaciła zadatek czy zaliczkę, nie ma to tutaj znaczenia, na konto obecnego właściciela mieszkania, jakie podał w umowie przedwstępnej podpisanej u notariusza. Przyszło do podpisania umowy właściwej.

I nagle właściciel oświadcza, że w kwocie brakuje tego, co było zaliczką. Konsternacja, bo w końcu cena mieszkania była już na umowie przedwstępnej, więc nie może zmienić zdania. Ale on twierdzi, że wcale tej zaliczki nie otrzymał. Niech sprawdzą jego konto, nie dostał. Zamieszanie w cholerę, pani kupująca pokazuje potwierdzenie z konta i resztę dokumentów, żona właściciela zerka na numer konta, który pan podał w umowie przedwstępnej, sprawdza, no nie ich konto chyba, ale kto by znał konto na pamięć.

Sprawdzają dalej, wcale nawet nie jest w ich banku. Konto całkiem inne. Żona nagle się wobec męża agresywna zrobiła i mówi: wyjaśnij w tej chwili, co zrobiłeś? Nie, on nie powie, w zasadzie się obraził, odszedł z wk...wioną żoną na stronę, ale zbyt dyskretni nie byli. I słyszą zebrani, jak pan mówi do żony: "I po co się wtrącasz?? Już ją miałem, kilkaset tysięcy byśmy górką mieli!" Żona na to: "Jakie miałeś?!??? Tak jak miałeś Kowalskiego?? Urząd skarbowy? Gminę??".

Atmosfera zgęstniała. Kupująca odmówiła dalszych czynności do wyjaśnienia o co chodzi, a najchętniej to by zaliczkę nazad dostała, bo teraz się już boi, notariusz zresztą też już nie chciał.

Żona właściciela poprosiła notariusza o poradę prawną w tej sprawie, chociaż nie wiem po co notariusza, bo bardziej by chyba inny specjalista się tu przydał.

Sytuacja wyglądała tak: Pan wiele lat temu pracował w firmie. Wykonywał swoje obowiązki znał się na swojej robocie, miał odpały, był dość barwny charakterologicznie, ale nieszkodliwie. Potem zdarzyły się dwie rzeczy. Umarł jego ojciec, który zostawił mu drogą chatę w spadku i firma, w której pracował pan, zbankrutowała. Przyjaciel pana, pracujący z nim, zaproponował spółkę, w którą pan wniósł pieniądze i wiedzę na temat przedmiotu, przyjaciel pana umiejętność zajmowania się biznesem.

I git, obaj panowie wykonali swoją część umowy, powstała całkiem dochodowa firma. Sprawy załatwiał przyjaciel, pan zajmował się sednem firmy. Do czasu, kiedy pan zaczął się wtrącać, uznał że jest gotowy, a ogólnie to będzie lepszy od przyjaciela, a przynajmniej będzie równoległy. Niestety, pan miał ewidentny problem z szeroko pojętymi cwaniakami. Wszyscy mamy w końcu z nimi problem, ale jego polegał na tym, ze stanowili dla niego wzór radzenia sobie w życiu. Cwaniakują i żyją jak pączki w maśle. On też tak chce.

Nie znam szczegółów, ale skończyło się na tym, że przyjaciel miał dość, poprosił o wykupienie go i poszedł sobie. Pan uznał, że teraz to rozwinie skrzydła! Cwaniakując. I cwaniakował. Na przykład przyjmował towar od dostawcy i udawał, ze podpisywał przyjęcie, a pisał tam cokolwiek i uważał, ze to go zwalnia z zapłaty, bo przecież nie mają jak mu udowodnić, że przyjął. No genialnie to załatwił! Albo wysyłał towar do odbiorcy, ale nie cały, a skoro odbiorca już otworzył karton, to jak mu udowodnią, ze nie cały był ten karton? No Machiavelli biznesu!

Gorzej, że zaczął też tak z Urzędem Skarbowym i innymi instytucjami. A te tego nie lubią. Samo miganie się od zapłaty to jeszcze ujdzie, ale jak ktoś na chama usiłuje robić z nich idiotów, to już nie podarują. Było gorzej i gorzej, firma podupadała, stracił wiarygodność na rynku, długi się piętrzyły, w końcu musiał się dogadać z wierzycielami, którzy pozwolili mu sprzedać mieszkanie, zanim zrobi to komornik, żeby dostał pełną kwotę (to już załatwiała jego żona, bo jakby on załatwił, to hohohoho).

I nadeszła chwila sprzedaży mieszkania. Wymyślił sobie ten cwaniak nad cwaniakami tak: otworzył konto bankowe na chwilę, dostał zaliczkę, wypłacił kasę i konto zamknął. I uznał, że nikt nie dojdzie co się stało. I złapał frajerkę! Ha, geniusz zbrodni.

Notariusz rozłożył ręce, bo co on może? Żona raczej nie potrzebowała prawnika, tylko psychiatry. Albo nie wiem kogo. Mieszkanie zostało sprzedane, ale myślę, ze do czasu przekazania własności, wpisu do księgi i takich tam, kupująca miała kilka nocy nieprzespanych.

mieszkanie sprzedaż

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (173)
poczekalnia

#88782

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
O tym komu sie bardziej nalezy.

Miejsca dla rodzin na parkingach charakteryzują się tym, że są szerokie i łatwo można drzwi otworzyć, wyszarpać wózek, dzieciaka wysadzić z fotelika i git. Są też blisko wejścia. A że nie są prawnie nikomu należne, tylko bardziej wskazówkowo, to kiedy jeżdżę z mamą do centrów handlowych, korzystam z nich jak są wolne. Rzecz w tym, że moja mama nie jest inwalidą, nie ma uprawnień, daje sobie radę ruchowo, ale jest dobrze po 80tce, szybko sie męczy i dalekie trasy nie dla niej, ale lubi zakupy (nie chce ciagle w tv siedzieć i ja sie nie dziwię), więc jak ma więcej chodzić to porusza sie z czymś, co pełni funkcję balkonika, taki wózek do podparcia sie i można na nim przysiąść i odsapnąć. Rzecz jest składana, ale spora, więc łatwiej mi operować tym na szerokim miejscu, a i bliskość do wejścia jest dla mamy nie do przecenienia. Więc skoro pora prezentów (w mordę, nie znoszę tego), mamunia zażyczyła sobie wycieczki do centrum handlowego. W sobotę, czyli wczoraj. Ok!
Zaparkowałam na miejscu dla rodzin, bo wolne było. Ledwo otworzyłam drzwi, gdzie chwilowo zamieszkał mamy pojazd, podjeżdża z tyłu auto, otwiera sie okno i pan głosem nieznoszącym sprzeciwu żąda, żebym natychmiast odjechała. Zapytałam z jakiej racji - a bo on ma dzieci. Aha. Odpowiedziałam, że ja też i wróciłam do rozpakowywania pojazdu. Pan mówi, że dzieci nie widzi i że bezprawnie zajęłam im miejsce. Poinformowałam go, że słusznie, że nie widzi, dzieci są w domu i niech sobie jedzie w pokoju, bo ja tu zostaję. W międzyczasie wysiadła moja mama, a wskutek trudności motorycznych dość niezgrabnie jej to idzie, a ja wyładowałam wehikuł, więc w zasadzie widać, dlaczego zajęłam miejsce takie, a nie inne. I wtedy włączyła się żona pana, która dość gromkim głosem wywrzeszczała, że to miejsce dla rodzin! a nie starych prukw! I że jak stara (tak powiedziała) nie może chodzić, to niech na dupie siedzi w domu i Plebanię ogląda. Po czym zwrociła sie do małżonka: przestań z chamami dyskutować, dzwoń na policję. W tym czasie ja rozłożyłam urządzenie, więc mama, nie mając powłóczystego szala, zarzuciła kapturem i oznajmiła, że ogląda tylko Na Wspólnej, a dzisiaj nie ma i oddaliła sie z godnością. Co miałam robić, uśmiechnęłam się uroczo do państwa i poszłam za nią. Widziałam później tych ludzi już w środku i dzieci miały tak 8-10 lat. Pozdrawiam uroczą rodzinkę z Radomia, która wczoraj robiła zakupy w Arkadii. Cudnie dzieci wychowują.
A nawet gdyby mama miała kartę inwalidzką, to i tak wszystkie miejsca dla inwalidów były zajęte. Może jestem niesprawiedliwa, ale wątpię, żeby wszystkie miały odpowiednie uprawnienia...

Edit, bo oczywiscie zawsze sie czlowiek musi tlumaczyc. Poprosze o metodyke zalatwienia karty inwalidzkiej dla osoby, ktora inwalida nie jest. Moja mama inwalida nie jest, ma po prostu 86 lat, a wiadomo ze wtedy trudniej, a tego panstwo nie uznaje za inwalidztwo. Pewnie i slusznie, bo takie zycie, ale faktem jest, ze karty miec nie moze. Gdyby za starosc dostawalo sie pozwolenie na parkowanie na miejscach uprzywilejowanych, to odwiedziny u rodzicow, ktorzy nigdy nie sa przez dzieci odwiedzani, natychmiast by wzrosly. Przynajmniej na czas zalatwienia uprawnien.
I NIGDY, PRZENIGDY nie zaparkowalabym na miejscu dla inwalidow bez uprawnien. Ba, nawet jak przez chwile jezdzilam autem mojej przyjaciolki, ktora uprawnienia miala, NIGDY nie skorzystalam z tego miejsca, bo to swinstwo.

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (129)

#88737

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jako, że muszę odwiedzić Grecję służbowo, przypomniała mi się moja jedyna bytność w tym pięknym, jestem przekonana, kraju 25 lat temu. A właściwie kwestia wydostania się z niego.

Byłam na wakacjach na Cykladach, było cudnie i świetnie, ale tak się stało, że zaplanowany powrót z mojej winy nie doszedł do skutku. Trzeba było jakoś sobie poradzić, bo był koniec sezonu i z wysp samoloty latały rzadziej. Cały 24-godzinny powrót z tak nieodległego kraju wtedy był długi i ponury, teraz z perspektywy czasu jest śmieszną przygodą.

Najśmieszniej było na lotnisku w Atenach. Wpadliśmy prawie w ostatniej chwili i wyczytaliśmy informację (tylko po grecku było, a lotnisko międzynarodowe, ale ok), że odprawa do Polski przy stanowisku nr 5. Stanowisk było ze 30, każde z pięknym numerkiem świecącym się. Jak na tamte czasy lotnisko w Atenach było bardzo nowoczesne, świeciło i buczało. Stanowisko nr 5 puste, ani turystów ani pracowników ani nikogo, kogo można zapytać. Zaczęliśmy się snuć w poszukaniu jakiegoś punktu informacyjnego, gdy nagle zobaczyliśmy oblegane stanowisko z nr 27 na witrynce, na którym ktoś na biureczku postawił kartonik z wyrysowaną markerem piątką. Tak po prostu. I faktycznie była to odprawa do Polski.

Ok, odprawione, czas przejść przez bramki. Podchodzę do jakiejś, a oni nam mówią, że tutaj nie obsługują podróżnych z gejtów 1,8,12 (nie wiem czy to takie numery, ale brzmiały jak losowe). A my mieliśmy 8. Będą te gejty obsługiwali, ale jeszcze nie teraz, dopiero od 4.30. Uprzedzając fakty siedzieliśmy niedaleko nich o 4.30 i nic się nie zmieniło, ani obsługa, ani strażnicy, tylko po prostu przestali niektórych ludzi przeganiać. A nas przegonili na sam koniec do odległego przejścia. Przy odległym przejściu siedziało kilka znudzonych osób i nawet z zydli nie wstawali. Wrzucało się im do prześwietlenia graty i tak sobie jechały (czasy jeszcze przed WTC, więc i kontrole mniejsze).

W mojej torbie jechał sobie pilnik spory, który faktycznie na prześwietleniu wyglądał jak szpikulec do lodu czy inne coś, co potencjalnie może naruszyć integralność człowieka. Pan sobie zerknął, zapytał co to, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, pan pogadał z kolegą po grecku, pośmiali się serdecznie i pojechało! Nieruszane przez nich palcem, cały czas siedzieli. W sumie dobrze, że szybko, tylko pewności co do bezpieczeństwa podróży mi nie dodało.

Jakiś czas później zrobił się zastój, żaden samolot nie odlatywał, podróżnych przybywało. Nerwowość się wzmogła wśród obsługi. Nasza polska stewardessa powiedziała nam w konfidencji, że lotnisko zgubiło samolot. Tak po prostu, miał lecieć do LA (czy gdzieś tam, nie pamiętam), stał tam i teraz nie stoi, a nikt nie widział, żeby gdzieś leciał. Po 45 min. stewardessa ogromnie rozbawiona podzieliła się informacją, że teraz odkryli, że z lotniska w Atenach samoloty do LA nie latają i nie mogli zgubić takiego samolotu, czyli po prostu komuś się wydawało, że tam stał. Odetchnęli, pośmiali się i wszystko ruszyło.

Na koniec już w Polsce dowiedzieliśmy się, że nasze bagaże przylecą następnym samolotem. Nie, że zgubili, zapomnieli, tak zapakowali, bo planerom ciężaru tak pasowało, a że oba samoloty lecą do Wawy to wszystko jedno, nie? Ten drugi z międzylądowaniem, więc będzie za 3 godziny, ale w końcu nic się nie stało...

Nie wiem jak jest teraz w Atenach, dużo się zmieniło i w przepisach i w sytuacji, więc pewnie już takich rozrywek nie ma. A może się zdziwię...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (148)

#87273

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przed chwilą wpłynęło w moje życie, chociaż obijało się już od dawna. Przestroga dla was wszystkich, żeby wszystko załatwiać do końca, żeby nic nie zostawiać swojemu losowi, nawet jeżeli komuś bardzo ufamy i wydaje się nam, że nie mamy się czym martwić.

Umarła matka mojego przyjaciela, kobieta pod 80tkę, ale zdrowa wydawałoby się. Dopadł ją wylew, potem jakieś historie dodatkowe i umarła dość szybko. Jej sytuacja rodzinna, acz skomplikowana trochę, nigdy nie powodowała trudności, dlatego nigdy tego nie rozwiązała. Mianowicie miała męża, ojca mojego przyjaciela, ale się z nim rozstała wieki temu, jakieś 40 lat. Mąż nie oponował, bo to nigdy nie była wielka miłość, tylko przypadkowa ciąża, ale że pochodził z tradycyjnej religijnej rodziny, poprosił żonę, żeby się na razie nie rozwodzili, to on im to wszystko powoli wyjaśni. Tak wyjaśniał, że nie rozwiedli się nigdy. Żona niedługo potem wzięła syna i pojechała na stypendium naukowe do Niemiec i tam już została. Pozostawała z mężem w bardzo poprawnych stosunkach.

Po latach sprzedali wspólne mieszkanie, podzielili się kasą, wszyscy byli zadowoleni. Obydwoje ułożyli sobie życie od nowa z innymi ludźmi, ale dalej byli małżeństwem. Mój przyjaciel również z ojcem miał poprawne układy, nie byli specjalnie blisko, ale było ok. Z matką też nie tworzyli jakiejś prze bliskiej więzi, tym bardziej, że kiedy tylko stał się dorosły wrócił do Polski i utrzymywali kontakt normalny. Matka miała partnera przez 35 lat, ojciec kobietę i dodatkowe dzieci (rodzinie jakoś nie przeszkadzały pozamałżeńskie dzieci, dziwne). Ot, patchworkowa rodzina, nietypowa może trochę, ale nie materiał na Trudne sprawy.

Matka ze swoim partnerem tworzyła normalną rodzinę. Razem kupili dom w Niemczech, potem go sprzedali, kupili dom w Polsce, ale od razu na nazwisko mojego przyjaciela, żeby uniknął potem spadkowych historii. Na tyle sobie ufali, że słusznie wierzyli, że nie wyrzuci ich z domu do końca życia. Partner rodziny nie miał, szczerze powiedziawszy z pasierbem był chyba bliżej niż rzeczony pasierb był z własnym ojcem.

Mąż sobie żył normalnie i dalej religijnie, chociaż łamiąc wszelkie kościelne nakazy. Z żoną się widywał raz na ruski rok, ale częściej rozmawiali przez telefon z okazji urodzin czy świąt i tyle. Ale mąż miał siostrę, o której nie słyszałam przed śmiercią matki przyjaciela, bo o czym tu mówić, ot obca dla nich w zasadzie baba, przyjaciel widział ją kilka razy odkąd się rodzice rozstali.
I mama w końcu umarła. Mieszkała w małej miejscowości niedaleko od Warszawy, bo tam jakąś działkę po przodkach miała, a była to miejscowość sąsiednia z pochodzeniem jej byłego męża. Przyjaciel kwestię pogrzebu, jak ma wyglądać oczywiście zostawił partnerowi, w końcu to on był jej najbliższy. Matka pewnie w najlepszym razie była agnostykiem, ale na pewno była antyklerykałem. Więc dla obu najbliższych panów był oczywistym pogrzeb świecki.

I tu wkroczyła ciotka. Rozkrzyczana religijnie dewota, okoliczna radna i sołtys. Ostentacyjnie leżąca w kościele oszołomka. Przekonała swojego brata, który był i jest uległą safandułą, że to on decyduje o pochówku żony, bo to jego święte prawo! Fakt, że się rozstali 40 temu nie miał tu znaczenia, w oczach Boga są małżeństwem. Prawnie niestety to była prawda, znaczy nie ta część o Bogu, tylko o decydowaniu. Mój przyjaciel i partner matki, aczkolwiek zdegustowani, uznali, że nie ma co się szarpać, bo niby mogą iść do sądu, ale po co? Nikomu obecność klechy nie zaszkodzi, niech sobie odprawia. Ale ciotka poszła po całości.

Jako, że radna i sołtys, to sobie sprowadziła biskupa, pompę zrobiła na całego. Na pogrzebie byłam, zalewała się łzami i szlochała po swojej UKOCHANEJ bratowej, której szczerze nie znosiła z wzajemnością i nie widziała od wieków całych. Cała wiocha przyleciała to oglądać. No cyrk. Po pogrzebie była stypa na 40 fajerek, bo trzeba było wszystkich pociotków ściągniętych i biskupa zaprosić, żeby dalej widzieli jak ciotka przez stratę cierpi. Mój przyjaciel i partner matki dostali również zaproszenie na stypę, ale grzecznie odmówili i uznali, że na tym się przedstawienie dla nich skończyło.
Majątku w spadku w zasadzie nie było, nie było z czego robić sprawy sądowej.

I był spokój do wczoraj. Wczoraj partner matki dostał wezwanie do zapłaty za pogrzeb i stypę. Bo to on jako najbliższa osoba powinien za to zapłacić. Pogrzeb kosztował 6 tysięcy z czego 3 miejsce na cmentarzu. Stypa skromnie, bo niecałe 4, a podobno przypominała weselicho, więc i tak tanio się ciotka opędziła. Wysyłała mu wezwania do zapłaty, a owszem, na adres, pod którym był zameldowany ostatnio 52 lata temu. Od tego czasu mieszkał w Niemczech, a w Polsce się po powrocie nie zameldował. Niemniej jego adres pobytu był wszystkim doskonale znany. Windykator (edit wyjasniający: NIE KOMORNIK, firma windykacyjna, ta sprawa do żadnego sądu jeszcze nie dotarła, więc o komorniku nie ma mowy) go poinformował, że występuje do sądu z tym. Ciekawe co sąd z tym fantem zrobi.

A więc załatwiajcie formalności, bo nigdy nie wiadomo, kiedy was w tyłek ugryzą.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (168)

#87242

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść w zasadzie nie moja, ale co mi tam, posłużę za przekaźnik.

Pożar mi sie przytrafił (znaczy mnie się przytrafił, nie osobie opowiadającej). Wiele hałasu o nic, jak się okazało, ale straż pożarna przyjechała, bo wyglądało kiepsko. Zgasili coś, co się juz samo przygasiło. Miałam wyrzuty sumienia, choć w sumie nie moja wina, więc poczęstowałam panów kawą i ciastem domowym. Trochę się wzbraniali, ale wypili i zjedli w locie, na tarasie, bo nie chcieli sobie gdzieś przykucnąć. Nagle pojawiła się przy bramie starsza pani. Pierwszy raz w życiu ją na oczy widziałam, a że u nas zabudowania bardzo nieliczne, musiała z jakiejś odległości przylecieć, u nas lasy dookoła, więc nie bardzo po sąsiedzku. A był w sumie środek nocy, bo jakaś 23. Oczywiście chciała wiedzieć co się stało. Strażacy ją uprzejmie poinformowali, że się paliło, ale przestało, żeby się nie martwiła, jeżeli ją zmartwienie tu przygnało. Nie, nie zmartwienie, tak się chciała zapytać, bo to "warto wiedzieć". No dobrze, jej ciekawość troszkę została zaspokojona. Myślałam, że to piekielna baba, ale strażacy mi powiedzieli, że nie bardzo.
Dwa dni temu gasili dom, duży, nie bardzo nowy, ale świeżo odnowiony i się im nieszczęście takie przytrafiło. Znaczy właścicielom. Pożar był dość rozległy, więc biegali po budynku sprawdzając czy coś tam się jeszcze nie tli czy coś, nie znam się.

I pojawiła się ona. Wtargnęła na pogorzelisko, nie dała się wyrzucić. Ale nie rzucała się celem ratowania, tylko sprawdzania. Mianowicie chciała sprawdzić jak wyglądają wnętrza, czy mają na bogato, bo remont robili, ale jej nie zaprosili. Strażacy ją skutecznie w wejściu zatrzymali, więc zaczęła przesłuchanie: a ile mają telewizorów?, a kafelki to takie z supermarketu czy jakieś na zamówienie?, a ona widziała pudło po garnkach (jakiś tam) - naprawdę je mają czy tylko pudło przynieśli, żeby sąsiedzi zazdrościli? (eee?). Panowie zarzuceni pytaniami w zasadzie pogłupieli. Ogłuchli też na pytania i oczywiście zrobili się niemi. Pani jeszcze próbowała się jakoś w celu inspekcji dostać, ale po kilku nieudanych próbach wzruszyła ramionami i oświadczyła: "no cóż, na biednych nie trafiło, sobie znowu odnowią, najwyżej mniej samochodów będą sobie kupowali, bo ciągle nowe mają...".

I panowie strażacy mnie nie uspokoili, bo powiedzieli, że takie sąsiadki to raczej standardzik, a nie wyjątek. Tylko na ogół omawiają to między sobą w grupkach sąsiedzkich. I komentują czy na biednego trafiło czy nie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (105)