Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Samoyed

Zamieszcza historie od: 30 lipca 2018 - 20:44
Ostatnio: 7 czerwca 2024 - 11:59
  • Historii na głównej: 30 z 31
  • Punktów za historie: 3920
  • Komentarzy: 1225
  • Punktów za komentarze: 5063
 

#90372

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam kuzynkę, kuzynka ma wnuki. Mieszkają w małej mieścince, co chyba nie ma wpływu na historię, ale wspominam o tym, bo może ma.

Nauczycielka jednego z jej wnuków, w klasie 2 szkoły podstawowej, jest osobą dość wiekową, do tego stopnia, że kuzynka nie jest przekonana, że nie miała tej samej nauczycielki, kiedy sama do podstawówki zaczęła uczęszczać.

Jakiś czas temu, jak wszyscy wiemy, wszedł przepis, że pieszy ma pierwszeństwo, właściwie bezwzględne. Pani nauczycielka postanowiła dzieci z tym zapoznać. Otóż powiedziała im, że teraz prawo jest inne i dzieci mogą śmiało wchodzić na pasy, bo kierowca nie ma prawa ich przejechać, albowiem nowy przepis mu tego zabrania. Ergo, nie muszą już na pasach uważać.

Wnuczek przyszedł do kuzynki z taką rewelacją, więc od razu uznała, że mały coś przekręcił, ale po pierwsze ostatecznie tak to zrozumiał, więc pani najlepiej tego nie wytłumaczyła, a po drugie sąsiadka, której syn chodzi do tej samej klasy, również została przez dziecko poinformowana, że teraz nie trzeba już "najpierw w lewo, potem w prawo, znowu w lewo, ruszaj żwawo" (pamięta ktoś skąd to było?), tylko można olać i iść.

szkoła pasy pieszy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (168)

#90328

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam właśnie opowieść o Warszawce. Pomijam błąd, bo Warszawka to nie warszawianie (ci źródłowi, urodzeni na miejscu i z warszawskich rodziców), tylko napływ ze wszystkich stron kraju, mieszkający w stolicy od 6 miesięcy, ale bardziej warszawski od Syrenki. Ale to semantyka.

Niedawno całkiem moja przyjaciółka opowiadała mi przygodę. Lubi podróżować po kraju i świecie, akurat niedawno zapragnęła zwiedzić Warmię i Mazury. Dzwoni do mnie z trasy i się zachwyca widokami (jest egzaltowana, ale to część jej uroku), "a jakie górki i laski i krowy i łąki, ożeż ty, kopany w tylną część ciała" (no oczywiście, że ostatnia część przemowy była znacznie bardziej soczysta). Okazało się, że wyprzedził ją tubylec, sądząc po rejestracji, właściwie spychając ją na pobocze. No cóż, do Łomży niedaleko, więc pewnie tam znalazł prawo jazdy. Jedzie dalej moja przyjaciółka, przypomniałam jej o zjedzeniu czegoś (nawyk, 25 lat temu służbowo ją poznałam z powodu jej anoreksji - wyszła, ale ja mam odruch przypominania jej o posiłku). No to zajedzie do wiejskiego sklepu.

Przed sklepem stoi poznane przed chwilą BMW, rocznik na oko 1998. Moja przyjaciółka mówi, że pozna zabójcę i się pcha do środka. Oczywiście, że nie miała zamiaru go zaczepiać, tak sobie powiedziała. W środku było panów kilku, w różnym wieku, gaworzących z roześmianą sprzedawczynią. Kiedy przyjaciółka weszła grzecznie przerwali głośną rozmowę, odpowiedzieli chóralnie dzień dobry i wyszli. Przyjaciółka kupiła, co miała kupić i również wyszła.

Panów na zewnątrz zostało trzech, młody, który stał w otwartych drzwiach BMW, więc pewnie właściciel i dwóch innych w średnim wieku. I jeden z nich mówi do młodego: "To ta cię chciała zabić?". Młody coś wybąkał się czerwieniąc, ale starszy kontynuował: "Koledze pani drogę zajechała, że ledwie się wyrobił". Na co moja przyjaciółka: "Nie, proszę pana, zepchnął mnie na pobocze, wyprzedzając". I tu chyba trafiła w coś, bo przysięgła, że gościa jakby coś trzepnęło, zaczął dosłownie wywrzaskiwać coś, co w skrócie brzmiało tak: "Jeżdzą z jeb... warszawki, szmaciarze, na nikogo nie patrzą, wszystkim wam ku...om zabrać prawo jazdy, opodatkować, śmierdziele warszawskie, buty nam powinniście lizać, że wam pozwalamy żyć na nasz koszt!" Oczywiście tam nie było znaków przestankowych, tylko słowa powszechnie uznawane za wulgarne na k. I była to przemowa dłuższa, z każdym zdaniem przybywało decybeli.

Taki rys sytuacyjny - moja przyjaciółka ma jakieś 155 cm wzrostu, naturalna blondynka, 48 kg wagi, więc powiedzmy, że posturą nie zabija. Ale ja ją znam, nie należy do takich, które można zastraszyć. Streściła mi swoją przemowę tak (i nie twierdzę, że powinna dać się sprowokować, ale się dała): "Czego się czepiasz, przygłupie? Gnojek mało mnie nie zabił, a ty mi awanturę urządzasz bez powodu, zaraz policję wezwę, że mnie atakujesz! I na niego też, mam kamerę w aucie!"
Gość się zapowietrzył, ale nie zdradzał zamiaru przejścia do rękoczynów i mówi w te słowa: "A kto takiej su.. jak ty dał takie auto, co? Porządny człowiek takim gratem jeździ, a takie szmaty się furą rozbijają, bo co? Bo z Warszawki są! To się chłopak chyba mógł zdenerwować, nie?"

Tutaj już moja przyjaciółka odpadła. Na wojnę klasową się nie zapisywała. Ale faktycznie jeździ marzeniem takich panów. Tylko (i jest to pytanie dla dramatyzmu i retoryczne) czy to powód, żeby ludzi próbować tak gnoić? I próbować uszkodzić na drodze?

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (137)

#90304

przez (PW) ·
| Do ulubionych
To chyba o tym jak religijność czyni lepszym człowiekiem.

Wymyśliłam sobie, że chciałabym mieć naturalne siwe włosy. A że nie znoszę odrostów, to wydało mi się świetnym pomysłem ogolić na zero to, co mam i zacząć fresz siwe. Nie pierwszy raz w życiu ogoliłam, ale pewnie ostatni. A to dlatego, że nie wzięłam pod uwagę, że coś, co u 20+ czy 30+ letniej kobiety wygląda na awangardę, to u 50+ letniej już wygląda jak efekt chemioterapii. I tak ludzie to odbierają. No trudno, już niedługo będą takiej długości, że ludzie nie będą mnie pytali jak się czuję.

Ale wczoraj musiałam być w urzędzie. Zwykłym wydziale komunikacji, no co złego może człowieka tam spotkać? Otóż spotkała mnie starsza pani i mówiąc starsza mam na myśli 80 z okładem. Czekała na coś czy kogoś. Popatrzyła na mnie i zagaiła rozmowę: a pani się leczy?

Poinformowałam, że nie, to z fanaberii. Nie usłyszała albo nie uwierzyła i zaczęła właściwie monolog. O tym, co wszyscy, że teraz coraz młodsi, bo to przez te brudy w powietrzu, a bo coś tam, "ale ja pani powiem, że to dlatego, że ludzie się od Boga odwracają, gdyby się modlili, ukorzyli to by tego nie było. Grzeszą, są źli zwyczajnie. No pani na ten przykład. Niby pani młoda (sic! no może w porównaniu... przyp. red.), a ma pani raka. I to niby za niewinność? Pan Bóg wie kogo karać. Dobrzy ludzie nie mają raka! Bo nie zasłużyli. Zrobi pani rachunek sumienia, pomodli się, przeprosi to i się rak wyleczy."

Pozostaje pani tylko pogratulować, że jej najbliżsi są tylko dobrzy i religijni i nie mają raka.

Nie mam pojęcia, jak by się poczuł człowiek faktycznie chory, gdyby coś takiego usłyszał. No i co jej pan Bóg powie na panią, która tak radośnie popełnia grzech pychy, a sądząc po gabarytach, nie ten jedyny grzech główny ma na sumieniu.

religia

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (223)

#90172

przez (PW) ·
| Do ulubionych
To nawet nie historia i nie piekielna, ale o piekielnych czasach. To jest jeden z komentarzy, tutaj z Piekielnych, jak widać sprzed 6 lat.

"Konto usunięte 12 lipca 2017 o 19:03
Zastanawia mnie to przekonanie, że z ciążą pozamaciczną trzeba chodzić ile się da. Przecież to jest podstawowa wiedza z biologii, że ciąża zagnieżdżona w jajowodzie, choćby nie wiem co się nie przesunie i tutaj granica to pęknięcie jajowodu, które z kolei zagraża życiu kobiety. Gdzie tu wzniosłe poświęcenie dla życia? Ryzykowanie zdrowiem dla czegoś co i tak się nie urodzi, a jeszcze cię zabije?"

Coś, co wtedy wydawało nam się absurdem, teraz jest naszą rzeczywistością, więc to powinno być dla nas nauczką, żeby nie wydawać osądów na żaden temat, bo nigdy nie wiemy co nas jeszcze zaskoczy.

I nie, to nie jest post o aborcji, tylko o relatywizmie.

I ps. jeżeli ktoś się nie zorientował, to ciąża pozamaciczna nie jest uzasadnieniem dla aborcji obecnie, bo nie zagraża życiu kobiety. Ten płód w końcu i tak umrze i wtedy zacznie zagrażać życiu, w zależności od zaawansowania ciąży, czasami nawet bardzo szybko. Na tyle, że nie da się jej życia uratować, zwłaszcza przy schorzeniach towarzyszących. Ale nie ma rady - Dura Przyłębska, sed Przyłębska. Ale to dalej tylko merytoryczne wyjaśnienie, a nie wyrażenie mojego poglądu.

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (166)

#90241

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zostałam rozpoznana. Tutaj, na podstawie historii o bonusie miedzykontynentalnego pracownika - okazało się, że jedna z naszych payrollowych osób czyta piekielnych i historia wydała jej się znajoma. Przypomniała mi i poradziła wrzucić naszą najbardziej spektakularną historię firmowego "sporu" (spektakularną z racji zakresu, bo samo w sobie clue na pewno nie było warte całego zamieszania).

Payroll i HR są na cenzurowanym całej firmy, ale niestety mają też to do siebie, że często są skonfliktowane. Są bardzo od siebie zależne, a że ludzie są ludźmi, to zamiast się dogadać dla wspólnego rozwiązania zrzucają na siebie winę. Idiotyczne, ale dzieje się to w firmach, rodzinach itd.

Historia wydarzyła się parę lat temu, jakoś tak tuż przed pandemią.

Otóż szefowa HR na Europę miała auto służbowe. Nie było jej niezbędne do wykonywania obowiązków, ot benefit ze stanowiska. W związku z tym, że nie było to narzędzie pracy, leasing auta był opodatkowany podatkiem dochodowym, jako przychód pracownika, a podatek musiał zapłacić pracownik (tyko podatek oczywiście, wszelkie inne koszty ponosi pracodawca). Tzw. benefit in kind, ale to tylko informacyjnie.

Któregoś miesiąca szefowa HR zrezygnowała z samochodu służbowego, wolno jej. Niemniej ta informacja nie dotarła do payrollu i ci w dalszym ciągu potrącili jej z wypłaty podatek od leasingu samochodu. No i się zaczęło. Wysłała maila z ogromną pretensją (oni czasami się przerzucają pretensjami jak wyżej). Została poinformowana, że payroll nie otrzymał informacji o zatrzymaniu benefitu. "Ale jak to nie otrzymał"? Przecież oni (znaczy HR, czyli jej ludzie) przekazali. No nie przekazali, a jak przekazali to niech pokażą. Na chwilę zapadła cisza. Po ciszy przyszedł elaborat, że nie są do końca pewni czy to oni powinni przekazywać takie informacje (no a kto??? przyp. redakcji), ale ok, skoro tak, to payroll mógł się zorientować, że przecież ona jeździ teraz innym autem! To chyba logiczne, że coś się zmieniło! (przypominam, że to nie była sprzątaczka, nie ujmując NIC sprzątaczce, tylko szefowa HR, która odpowiada za to, żeby wszyscy znali firmowe procedury). I ja chyba nie wspomniałam, że payroll jest w Manchesterze, a HR w Londynie, więc domaganie się zaobserwowania jej auta jest po pierwsze idiotyczne lokalizacyjnie, a po drugie, kogo obchodzi jakim autem ona jeździ? Ona się domaga oddania jej nadpłaconego podatku natychmiast, gdyż ten brak przynosi niepokój i deregulację jej budżetu domowego.

Podatek wynosił 84 funty. To nie jest mała kwota oczywiście, to jest prawie dniówka osoby na minimalnej krajowej w WB. Niemniej rozmawiamy tutaj o szefowej HR w dużym korpo, której zarobki nie wynoszą 200 funtów, a nawet nie 2000 funtów. Oczywiście nie mnie decydować komu co jest natychmiast potrzebne, jednak ona doskonale wiedziała z jakimi trudnościami spotkałby się payroll, gdyby podatek regulował dodatkową listą płac. Śmiało to można było załatwić w następnej wypłacie, dla payrollu 10 razy mniej roboty. Tym bardziej, że ewidentnie nie oni zawinili.

No i się zaczęło. Przerzucanie się mailami między szefami payrollu i HR. Do każdego kolejnego maila z wzajemnymi pretensjami i roszczeniami dołączali kolejne osoby na cc, coraz wyżej i dalej postawione. W końcu ten mail o 84 funtach miał więcej odbiorców niż newsletter.
Potem zaczęło być zabawnie, kiedy jakiś tam VIP dyrektor nagle się włączył do dyskusji: A ja na swój dodatek parkingowy to już czekam 4 miesiące. Nic więcej nie dodał. Następny ma nieuregulowany w Izraelu (wyobrażacie sobie jaki zasięg te idiotki osiągnęły) fundusz edukacyjny swojego dziecka, a HR już dawno obiecał to załatwić. A ten ma wstrzymaną kartę do posiłków. Itd, itp.

Mój kwik rozbawienia osiągnął apogeum, kiedy firmowy radca prawny (wciągnięty do dyskusji przez poszkodowaną) nagle ospale mruknął, że on musi sprawdzić, kto jeszcze w tej firmie użytkuje auta służbowe jako benefit in kind, bo mu się to prawnie nie zgadza.

Efekt tego był pozytywny, ale dla firmy, bo oba działy dostały polecenie przedstawienia planu naprawy przepływu informacji, przy czym dotyczyło to głównie HR. Wiązało się to oczywiście z prześwietleniem jakości pracy szefów obu działów.

Wisienką na torcie okazała się być informacja, którą dostałam teraz od wspomnianego tutejszego tubylca z payrollu. Pani HR dostała swój podatek w formie zaliczki. W wyniku wielu zbiegów okoliczności, jak wejście w wyższy próg podatkowy, osiągnięcie limitu na kwotę zwolnioną z podatku i paru innych, uwzględniając jej zaliczkę i powyższe, pani dopłaciła do tego cyrku całe 37 funtów podatku, więc de facto zwrotu dostała 47, zamiast 84.

Ale gdyby poczekała te kilka tygodni na tę oszałamiającą kwotę, dostałaby całe 84.

korpo HR

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (168)

#90187

przez (PW) ·
| Do ulubionych
HR i payroll to według pracowników dużych firm twory, w których nikt nic nie robi i są niezauważalne, dopóki coś nie jest nie tak. Wtedy są siedliskiem wszelkiego zła i leniwych urzędasów. Wszyscy mają w nosie, że payroll nie dostał jakiejś informacji o dodatkowej płatności, powinni się domyślić, prawda? (żeby nie było, nie jestem w żadnym z nich, trochę przede mną odpowiadają, ale rozumiem ich frustrację). A to poniżej próbka dlaczego są sfrustrowani.

Historia jest chronologicznie, ale ja ją poznałam na końcu, kiedy dotarł do mnie mail ze skargą od pracownika. Skoro do mnie eskaluje (okropne słowo, ale jakoś nie mogę znaleźć równie treściwego) to oznacza, że jest mocno wkurzony, bo po mnie pozostaje już tylko prezes, a to firma zatrudniająca w samej tylko Europie 2,5 tys. ludzi.

I tak do HR przychodzi mail od niezadowolonego pracownika. Został przerzucony z kraju do kraju, a nawet z kontynentu na kontynent. Na poprzednim kontynencie zapracował sobie na bonus, który powinien zostać wypłacony na nowym kontynencie. Nie ma go na jego pasku. Więc słusznie pisze do HR, który przecież wysłał informację o bonusie do payrollu. Więc HR pisze do payrollu. Payroll sprawdza jego pasek, bonus jest jak żywy wypłacony. Informacja wraca tą samą ścieżką do pracownika. Pracownik mówi: aaaaaaaa, nie zauważyłem, bo na starym kontynencie inaczej paski wyglądały. Ależ nie szkodzi, drogi pracowniku, wszystko w porządku, pouśmiechali się do siebie, ale miło. Dotyczyło to wypłaty styczniowej.

Mija miesiąc, przychodzi wypłata lutowa. Przychodzi mail od tegoż pracownika, że przemyślał sobie sprawę i to nie w porządku, że bonus pojawił się na jego pasku dopiero kiedy on się o niego upomniał, więc jak firma ma zamiar mu to zrekompensować? Ummm, ale że jak to się pojawił? Pasek przychodzi w dniu wypłaty na adres email pracownika i nie tylko nie da się w nim nic zmienić, ale gdyby nawet jakoś się dało, to i tak nie zmieni się przelewu na konto. Odpisują mu jak wyżej. Dowiadują się, że on rozumie ich punkt widzenia, ale on by chciał wiedzieć jak zamierzają go przeprosić, bo został narażony na stres. HR pozwolił sobie odpisać jedno zdanie, że nie było powodu do stresu, bonus był na koncie od początku i nie ich wina z żadnego punktu widzenia.

I tak skarga trafia do mnie, że w HR i payrollu siedzą leniwe urzędasy, które nie przyznają się do żadnej odpowiedzialności. I najśmieszniejsze jest to, że on uczciwie wszystko opisał. Że nie zauważył i się zmartwił, a potem zobaczył i dalej uważa, że to wina niesolidnej firmy.

A ja naprawdę nie wiem co odpisać. Przecież go nie będę przepraszać.

pracownik

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (193)

#90155

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść o tym, jak wegetarianie terroryzują innych ludzi, w sposób niewybaczalny.

Nie mieszam się do tego, co jedzą inni. Wcale i ani trochę, nawet moje dzieci, wychowane jako wegetarianie w swoim wczesnym dzieciństwie, w odpowiednim czasie zostały poinstruowane, że same mogą wybrać, co chcą jeść tak długo, dopóki nie będzie ciągły fast food i wysokoprzetworzone jedzenie. Miały wtedy jakieś 6 - 7 lat. Część z nich pozostała przy wegetarianizmie, część jadła mięso. Nie wtrącałam się. Nie umiem gotować mięsa, ale ja w zasadzie wcale nie umiem gotować, więc co im babcie gotowały i co jadły w szkole, to uznawałam za nie moją sprawę. Kazali kupić kuraka? Kupowałam kuraka. Tak więc marny ze mnie wegeterrorysta, mogłam się bardziej postarać.

Ale okazało się, że święta to ja nie jestem, o nie, potrafię człowieka zwegeterroryzować! (jest takie słowo?)

Pan zmienia mi szafki w kuchni. Pan słusznej postury, taki w sobie, taki zdrowo odżywiony... No kurde, gruby, spocony i sapiący, co przy pracy fizycznej dziwne, ale co mnie do tego.
Zmienia sobie i zapytał czy może sobie obiad przygotować. No pewnie, że może. Kaszankę miał, chciałby sobie odsmażyć. A niech sobie smaży.
Na mojej kuchni stał mój przyszły obiad. Sos szpinakowo-serowy, kaloryczny, ale pyszny, walić dietę. Pan się pyta co to, więc wyjaśniłam. Powiedział, że on lubi gotować, relaksuje go itd. I zapytał co do tego sosu będzie, jakie mięsko. Mówię, ze mięska nie będzie. No, ale aż się proszą polędwiczki. No to niech się proszą, ale ja mięsa nie jadam. Aha, co kto lubi i słusznie.
Smaży swoją kaszankę, ale mój sos mu spokoju nie daje, albo myśl o moim niemięsie mu nie daje.

"Ja to bym tak nie mógł";
"Nie wiem jak ludzie mogą, mięsko jest zdrowe i pyszne";
"Nie rozumiem, powinno się wszystko jeść";
"Przecież to smaku bez mięsa nie ma".

Wyraźnie się rozkręca zachęcony moim milczeniem, czytałam sobie przy stole. I tak sobie tam mamroce, a facet generalnie gadatliwy, pracując też do siebie gada. I z jakiegoś powodu rozkręca się w stronę pretensji. Nie przedłużając, nagle zaczyna głośny monolog o szkodliwości takiej diety i nieprzystosowaniu do życia wegetarian. Normalne pitolenie o zębach, które mamy przystosowane do rozrywania ofiar itd. Nie należę do osób cierpliwych zwłaszcza w mojej kuchni, więc mówię mu grzecznie, że wystarczy. No, ale on nie rozumie! Ludzie wyglądają na normalnych, a w głowach im się przewraca, jego synowa też nie je czerwonego mięsa. "I jak pani się uważa za taką mądralińską (jako żywo poza prośbą o zaprzestanie w dyskusje się nie wdawałam), to niech mi pani powie co pani z tego ma!? Skoro to takie dobrze, żreć korzonki to co pani z tego ma??"
Będąc mną nie mogłam nie zareagować, taki charakter, więc mówię mu niepełną prawdę*
- Przynajmniej nie mam zapchanych żył tłuszczem i nie dostaję zadyszki jak się schylam po śrubokręt.
Jakby go trzasnęło, zapowietrzył się:
- Od mięsa nie zatykają się żyły!
Dalej brnę w niepełną prawdę*
- Zatykają się bardziej niż od szpinaku.
A że znudził mi się temat mówię kolejną niepełną prawdę** głównie, żeby go wkurzyć, bo i on mnie wkurzył:
- A poza tym to co pan je zwyczajnie śmierdzi.
To go zamknęło, bo w końcu moja kuchnia i u mnie pracuje, było nie było. Nałożył sobie jedzonko.
Zmywając po sobie, już spokojny rzecze tak:
- No widzi pani, ja to bym do wegetarian nic nie miał, ale oni się tak wpieprzają w talerze innych - bo niezdrowe, bo żyły zatyka, bo śmierdzi, ale co ich to obchodzi co inni ludzie jedzą. Niech się nie dziwią, że ludzie nie chcą być przez nich terroryzowani.

I wrócił do efektywnej, przyznaję, pracy.

* Mięso nie zatyka żył bardziej niż wiele innych produktów, oczywiście, jeżeli to jest mięso chude. Jego otyłość i brak formy nie wynika na pewno z samego mięsa, ale z wielu innych błędów żywieniowych.
** Kaszanka dobrze pachniała, bo mięso smażone czy grillowane naprawdę świetnie pachnie.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (150)

#90075

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze mi się wydawało, że ten świat rozumiem. Przerasta mnie czasami, ale generalne zasady są mi znane. Okazuje się, że tak nie jest. Chyba o polityce będzie, chociaż nie wiem.

Mam ciocię. Ona nie jest moją krewną biologicznie, ale jest dalszą cioteczną babką części moich dzieci. Miała syna, ale syn umarł 4 lata temu bezpotomnie i za granicą, więc ciocia nawet nie może jego grobu odwiedzić. Poza mną i moimi dziećmi nie ma nikogo. Ale ma nas, więc od bardzo dawna (syn mieszkał za granicą i pojawiał się w Polsce raz na dwa lata, ale dzwonił do matki regularnie) my się nią zajmujemy. Przy czym to zajmowanie bardziej dotyczy dotrzymywania towarzystwa, bo ciocia, mimo prawie 80tki na karku, jest osobą samodzielną. Ma panią do zakupów i sprzątania. Więc opieka nad nią to raczej dotrzymywanie jej towarzystwa jak potrzebuje gdzieś wyskoczyć, podwożenie jej do jakiś dalszych kościołów itd. Bo ciocia jest osobą bardzo religijną. Różnicę w światopoglądach załatwiamy w ten sposób, że nie poruszamy tego tematu.

Ciocia ma przyjaciółkę/sąsiadkę Klarcię. Klarcia mnie nie lubi, bo Klarcia z tych parafianek, które tęsknią za stosami i możliwością palenia niewiernych, ale do tej pory była nieszkodliwa. Upierdliwa dla księży, bo na przykład lata do spowiedzi trzy razy w tygodniu (co 80letnia babcia może za grzechy takie pilne mieć to ja nie wiem).

Wczoraj odwiedziłam ciocię, żeby ją zawieźć na jakieś nabożeństwo specjalne czy spotkanie wiernych. Była bardzo zasępiona. Powiedziała mi, że miała poważną rozmowę z Klarcią i że Klarci potwornie odbija. Chodzi na spotkania, nawet była zawieziona na spotkanie z Kaczyńskim, ale nie przyjechał. I Klarcia jej powiedziała, żeby mi ani moim dzieciom ciocia nie zostawiała spadku (my jesteśmy chyba jej jedynymi spadkobiercami, ale nie ustawowymi, więc jeżeli ciocia nie ma testamentu, to cała kasa pójdzie na skarb państwa i ok, to jest jej sprawa co zrobi lub zrobiła), bo my (upewniłam się kilka razy czy ciocia nie przekręciła) pewnie oddamy całe jej pieniądze Tuskowi, żeby kościoły pozamykał. I jak ciocia chce, to Klarcia jej przyśle takiego pana, który jej wytłumaczy co ma z pieniędzmi w testamencie zrobić.

Nie mam pojęcia czy Klarcia jest politycznie molestowana, czy jakiś oszust próbuje staruszków okolicznych okraść. I myślę, że przy całej mojej niechęci do tfu władzy, akurat oni tutaj nie zawinili (i tylko tutaj). Prędzej jakiś polityczny naciągacz usiłuje w ten sposób kapitał wyborczy zbić.

Powiedziałam, żeby Klarcia przyprowadziła pana. Niech ciocia go wysłucha i weźmie namiary. Bo to dobrze sprawdzić.

A ciocia nie głosuje jakby co. To też niedobrze, ale to jej wybór. Nie wierzy ani jednej ani drugiej stronie, tak jak ja, ale ja na wybory chodzę.

sąsiadka

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (196)

#90111

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Council to takie biuro w Anglii, które pewnie odpowiada Urzędowi Gminy w Polsce, ale jest bardziej rozbudowane. Chodzi się tam załatwić wszystko, czego nie da się załatwić w Job Centre, czyli w takim Urzędzie Pracy, ale też bardziej rozbudowanym (job centre daje na przykład brytyjskie pesele).

Przed councilem w jednej z dzielnic Londynu siedzi od tygodnia czterech mężczyzn. Mają też namiot, a temperatura w WB może trochę wyższa od polskiej, ale niewiele. Natknęłam się na nich przechodząc obok councilu, coś osobliwie ten biwak wygląda, podzieliłam się w pracy widowiskiem. Jednej z moich koleżanek mąż pracuje w policji, okazało się, że sprawa jest lokalnie dość znana.

Panowie pochodzą z Somalii, przyjechali do Anglii 15-20 lat temu, dawno, tata z żoną, syn z żoną i 3 wtedy małoletnich wnuków. Zgłosili się niezwłocznie do władz, twierdzili, że uciekli przed prześladowaniami, dostali pomoc doraźną, z czasem nawet mieszkanie councilowe, ale rodzina liczyła na status uchodźcy, a tego się nie doczekała, gdyż władze uparcie twierdziły, że w ich rejonie wojna się nie toczy, a tata przed wyjazdem był magazynierem, syn operatorem jakiejś maszyny. Na chwilę dostali zasiłek, dało się z niego żyć, ale władze zaczęły przebąkiwać o ich możliwości podjęcia pracy.

Głowa rodziny z synem się już tu zbuntowali - nie po to uciekali, żeby teraz pracować fizycznie przecież. Zasiłki były coraz mniejsze, w końcu kobiety, czyli babcia i synowa się zeźliły, bo zaczęło wszystkiego brakować, poszły do pracy na jakiejś produkcji. Tata i syn zalegli na kanapie utyskując na zły rząd i czekali na uznanie ich uchodźcami. Lata sobie leciały, panie pracowały, wnuki dorosły, dwóch się ożeniło z rodaczkami - obaj zalegli na kanapie z ojcem i dziadkiem, wysłali żony do pracy z babcią i mamą, trzeci się ożenił z tubylką i zerwał kontakty z rodziną. Seniorka rodu, co ważne, w międzyczasie przy pomocy synowej i żon wnuków, zdołała wykupić dom councilowy. Wycwaniła się przy tym i odcięła się finansowo od małżonka. On dostawał wezwania w tej sprawie do councilu, ale olewał, bo to nie było o przyznaniu mu statusu uchodźcy, więc go nie interesowało.

Tydzień temu wybuchła wielka awantura damsko-męska, która się już dawno tliła. Przyjechała policja, która w tym kraju się w tańcu nie pier..., szybko wyczaili kto jest agresorem i kazała panom opuścić pomieszczenie. Panowie podreptali pod council, święcie przekonani, że w takiej sytuacji należy im się mieszkanie socjalne i wyższe zasiłki, bo przecież już nie ma dochodu w rodzinie. Niestety jest, bo mają pracujące żony, więc tak jakby kicha. Walczą teraz o wywiad w telewizji, żeby pokazać jak ten podły rząd traktuje cudzoziemców przez ksenofobię. I jak to dalej czekają na zaszczyty płynące z bycia uchodźcą.

Tuż obok toczy się sprawa innego Somalijczyka, który sprzedał wszystko co miał, dom swój i dom rodziców za ich zdesperowaną zgodą, żeby zapłacić za operację chorego syna. Operacja się nie odbyła, ktoś łapówkę wziął i uciekł, syn umarł, pan został pobity tak, ze stracił wzrok w 90%. Razem z rodzicami, żoną i pozostałymi dziećmi jakimś cudem uciekł do Anglii. To jeden z tych z łodzi gumowych. Też się stara o status uchodźcy, ale łatwo mu nie jest. A i pracuje - też na produkcji, mimo że prawie niewidomy.

emigracja

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (196)

#90065

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy to zjawisko jest normą czy jakimś wybrykiem natury, nie mam pojęcia. I dziwnym trafem zestrzeliło mi się przed chwilą z historią o Januszexie i komentarzem, że czasy niewolnictwa pracowego minęły. Tylko nie wiem czy to nie idzie źle w drugą stronę.

Nie jestem HRowcem, ani miękkim ani twardym, żadnym. Ale na rekrutacji się znam, przeszkoliłam nasz dział rekrutacji w kilku krajach. Niemniej nie uprawiam tego zawodu i uprawiać nie chcę.

Ale dzisiaj koleżanka miała urwanie tyłka i na dodatek coś jej z pacholęciem wyskoczyło, więc zaczęła mnie błagać, żebym jej wzięła dwie rozmowy rekrutacyjne, wstępne, na stanowisko specjalisty ds. Marketingu. Błagała, a że ja w tej części miesiąca nudzę się nieprzytomnie w pracy, to się zgodziłam.
Rozmowa online z dwoma kandydatami. Pierwsza mnie zachwyciła w kwestii jaka fajna młodzież nam urosła. Młody człowiek, 23 lata, po szkole wyższej (jakiejś nieznanej mi, ale ja nie muszę znać szkół wyższych) - studia, praktyki, wiedza nabywana na ochotnika, cudny dzieciak, nie wiem jak w praktyce, ale entuzjazm i zaangażowanie z niego bił. Zarekomendowałam go do szefa Marketingu, odbył rozmowę, pozytywnie, choć jeszcze za mało wie na stanowisko Specjalisty, ale rokuje i może jakiegoś Juniora z niego zrobią.

Przyszła druga rozmowa. To chłopię przedstawiało takie same warunki, wiek, wykształcenie, tylko żadnej praktyki, ale skoro jego cv przeszło, to kim ja jestem, żeby dyskutować.

Zaczął rozmowę od zapytania jakie zarobki oferujemy, bo on nie będzie marnował mojego i swojego czasu, jeżeli mu nie odpowiadają. No ok, podejście dobre, w końcu dla pieniędzy pracujemy. Zapytałam ile jest dla niego zadowalające. 14k brutto. Hmmm, mieści się w widłach stanowiska, ale raczej w górnych granicach, niemniej, jeżeli jest świetny, to czemu nie. Nie mnie decydować.

Skończył szkołę i to raczej wszystko. Miał jakąś styczność z marketingiem, ale to bardziej pomagał kolegom przy projektach. Skończył Marketing przypominam. Przeszliśmy do konkretów:
- Pozycjonowanie stron? Znaczy fejsbuk? - Nie jego specjalizacja.
- Trade marketing? - Znaczy co? - Znaczy ekspozycje...? - Aaaa, nie jest sprzedawcą.
- Content? - A to jak mu się da, to on go może opracować i adiustować, bo dobry w pisaniu jest, w liceum był.
- Product experience? - Ale że co z tym?

Dalej sobie darowałam, bo chyba jakoś zaczęłam tracić wiarę i powinnam tu rozmowę zakończyć. A że nie potrafię się zamknąć (i dlatego się nie nadaję na rekrutera) pytam pana, co w zasadzie potrafi. Więc: bardzo szybko się uczy i jest generalnie bardzo bystry. Mówię mu, że na stanowisko, o które się ubiega to trzeba wiedzy, a on mi na to: "w takiej dużej firmie nie macie nikogo, kto mnie wszystkiego nauczy?". Tak, trafił nam się kandydat na stażystę za 14k brutto.

Dla jaj go umówiłam na rozmowę z szefem Marketingu - a co tylko ja mam się męczyć, wredna ze mnie sztuka. Zabije mnie pewnie :D

praca rekrutacja

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (184)