Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Satsu

Zamieszcza historie od: 11 września 2013 - 19:54
Ostatnio: 7 maja 2022 - 10:36
  • Historii na głównej: 92 z 98
  • Punktów za historie: 28384
  • Komentarzy: 258
  • Punktów za komentarze: 2260
 

#71247

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Koło pedagogiczne na mojej uczelni wyszło z ciekawą inicjatywą. Dogadali się z pobliskim technikum, że studenci przeprowadzą kilka lekcji dla uczniów tej szkoły. Założenia były proste. Studenci mogą się sprawdzić w roli nauczyciela, a uczniowie technikum nauczą się czegoś ciekawego. Oczywiście miało to być nieobowiązkowe dla obu stron. Niestety później dowiedziałem się, że dobra frekwencja na moich zajęciach wynikała bardziej ze strachu przed oceną niedostateczną, niż z powodu mojej wrodzonej zaje***tości :) Przejdźmy jednak do głównej piekielności, czyli meritum.

Studiuję informatykę, więc postanowiłem przygotować zajęcia o bibliotece Winsock. Miałem do dyspozycji 12 godzin (nikt z informatyki poza mną nie zgłosił się do tej akcji), więc mogłem bardzo dobrze wyjaśnić temat. Pierwsze spotkanie z nauczycielem programowania z technikum sprowadzało się do przedstawienia programu moich zajęć. Belfer był zachwycony i cieszył się, że uczniowie będą mogli zapoznać się z programowaniem sieciowym. Uświadomiłem go, że wymagam w miarę dobrej znajomości strukturalnego języka C++.

Na drugim spotkaniu otrzymałem listę osób zainteresowanych moimi zajęciami. Szczerze się zdziwiłem. Spodziewałem się maksymalnie kilku osób, zapaleńców programowania. Zamiast tego dostałem ponad trzydziestu uczniów. Wszyscy z 4 klasy. Poza tym dowiedziałem się, że nauczyciel nie będzie uczestniczył w zajęciach. Zamiast tego miał siedzieć w klasie obok i w razie potrzeby miałem go wołać. Poza tym kazał mi sprawdzać listę obecności (trochę dziwne na nieobowiązkowych zajęciach).

Pierwszego dnia nauczyciel wprowadził mnie do klasy, przedstawił i zostawił. Na start sprawdziłem obecność, przedstawiłem pokrótce czym będziemy się zajmować i zadałem każdemu proste pytanie ze znajomości języka C++ żeby wiedzieć na czym stoję. Były to proste pytania typu: czym jest integer, jak deklarować zmienne, czym się różni programowanie obiektowe od strukturalnego, co to jest obiekt, itp. Nic czego uczeń czwartej klasy technikum powinien chociaż nie kojarzyć. Z całej grupki tylko pięć osób znało odpowiedzi na pytania. Reszta patrzyła na mnie jakbym próbował jaskiniowcom wyłożyć fizykę kwantową. Zdenerwowało mnie to. Od początku zaznaczałem, że moje lekcje wymagają znajomości języka C++.

Wyjaśnienie okazało się proste. W/w nauczyciel zagroził czwartej klasie oceną niedostateczną jeśli nie pojawią się na moich zajęciach. Uczniowie niższych klas natomiast nie zostali w ogóle do nich dopuszczeni. Pomimo, że było kilku chętnych.

W takim przypadku zarządziłem, że niezainteresowani moimi lekcjami mogą w czasie ich trwania zająć się czym tylko chcą. Gdyby jednak nauczyciel wszedł mają sprawiać wrażenie zainteresowanych tematem. W tym momencie lista moich słuchaczy zmniejszyła się z ponad 30 do 3. Pomimo to jestem zadowolony. Przez te 12 lekcji udało mi się nauczyć ZAINTERESOWANYCH wiele o bibliotece Winsock (i nie tylko), a reszta się świetnie bawiła grając w kalambury na kurniku.

Największą piekielnością była jednak rozmowa mailowa z nauczycielem [N], którą miałem przyjemność odbyć tydzień temu:

[N]: Jestem bardzo rozczarowany pana zajęciami. Przeprowadziłem kilka dni temu sprawdzian. Wiedza uczniów, którzy brali udział w prowadzonym przez pana kursie, pomimo 100% frekwencji, nie uległa zmianie.

[J]: Prowadzone przeze mnie zajęcia odbiegały od podstawy programowej.

[N]: Ale w pośredni sposób jednak jej dotyczyły, więc wiedza uczniów powinna się zwiększyć. Natomiast tylko kilka osób otrzymało ocenę w miarę przyzwoitą.

[J]: Nie moją sprawą było nauczać podstawy. Moje zajęcia miały skupić się tylko na programowaniu sieciowym.

[N]: Tak, ale to wymaga znajomości podstawy.

[J]: Prawda, ale to pan powinien ją przedstawić uczniom. Prosiłem by na moich zajęciach pojawiły się osoby, które znają C++. Pomimo tego dostałem ponad 30 uczniów, z czego ledwo trzech wiedziało co i jak. Czym ich pan zmusił do tych zajęć? Jedynką?

I od tego czasu cisza.

Pomimo tych piekielności dowiedziałem się również od uczniów w jaki sposób ten wspaniały nauczyciel "uczy" programowania. Większość lekcji zajmuje notowanie w zeszycie definicji oraz przykładowych programów. Ewentualne zadania muszą być również pisane w zeszycie. Kod może być wprowadzony do komputera (żeby sprawdzić czy działa...) dopiero po sprawdzeniu go przez nauczyciela. I jak oni mają się czegoś nauczyć?

Ps. Nauczyciel, poza pierwszym dniem, nie pojawił się na zajęciach prowadzonych przeze mnie ani razu.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 436 (446)

#70915

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moja uczelnia chwali się tym, że jest przyjazna studentom pracującym. Natomiast praca, którą aktualnie wykonuję zmusiła mnie do skorzystania z tych dobrodziejstw. Plan został ułożony w taki sposób, że nie byłem w stanie pojawiać się na ostatnim wykładzie w czwartek. Na szczęście był to tak zwany zapychacz.

Udałem się do sekretariatu, żeby wypytać co i jak. Okazało się, że muszę wypełnić kilka papierków, a wykładowca zostanie poinformowany. Dla spokoju duszy poszedłem jednak do profesora i powiadomiłem go o całej sprawie. Zapewnił mnie, że nie ma problemu, ale na egzamin muszę być przygotowany. Proste? Nie do końca...

Cały semestr sumiennie kserowałem notatki i przyswajałem materiał. Wczoraj nadszedł czas egzaminu. Zjawiłem się zwarty, gotowy i nauczony. Po części pisemnej nadszedł czas na odpytanie ustne. Poszło mi całkiem nieźle, ale..

[Wykładowca]: No muszę przyznać, że solidnie się pan nauczył. Normalnie dostałby pan piątkę, ale mamy mały problem.
[Ja]: Słucham?
[W]: Nie pojawił się pan na żadnym wykładzie. Pomimo pana wiedzy skutkuje to niestety dwójką.
[J]: Przecież byłem u pana na początku semestru i informowałem, że z powodu pracy nie mogę uczęszczać na wykłady.
[W]: Pamiętam, ale obecności są OBOWIĄZKOWE. Gdyby pojawił się pan chociaż na jednym spotkaniu, bez problemu dostałby pan trójkę.
[J]: Trójkę. Ale przecież...?
[W]: Poproszę pana indeks.

Po całym zajściu poszedłem do domu po ksero papierów podpisywanych na początku semestru, a następnie do dziekanatu. Sprawa jest w toku. Na szczęście dzięki kserówkom mam dużą szansę na usunięcie tej dwójki. Nie liczę jednak, że wpiszą mi w indeks proponowaną piątkę, więc i tak będę musiał zdawać jeszcze raz w sesji poprawkowej.

studia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 360 (372)

#70233

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od około roku interesuję się paintballem. Jakiś miesiąc temu kupiłem pierwszy, własny marker (karabin do paintballa). Dzisiaj stwierdziłem, że przyda mu się mała konserwacja. Nigdy tego nie robiłem, więc postanowiłem zdać się na znajomego, który siedzi w temacie dłużej. Jako, że kumpel mieszka raptem dwie ulice ode mnie, to po prostu wsadziłem marker do plecaka i ruszyłem w drogę. Niestety lufa trochę wystawała i to sprowadziło na mnie piekielną sytuację.

Dosłownie kilka metrów od mojego mieszkania poczułem silne uderzenie w plecy. Upadłem na ziemię, po czym agresor unieruchomił mnie krzycząc "Uwaga on ma broń, niech ktoś dzwoni na policję!". Następnie wyjął marker z plecaka i rzucił go z dużą siłą w pobliski mur (Gdyby była to prawdziwa i nabita broń, to mogłaby wystrzelić...). Chyba wszyscy uciekli, gdyż po chwili trzymający mnie facet sam wezwał policję. I tak sobie czekaliśmy dobre dwadzieścia minut na mundurowych.

Gdy policjanci przyjechali agresor został poproszony o puszczenie mnie. W radiowozie wytłumaczyłem, że to nie żadna broń tylko karabin do paintballa, oraz że najpewniej został on uszkodzony. Po oględzinach policjant przyznał mi rację i stwierdził, że mogę oskarżyć agresora o napaść i zniszczenie mienia.

Tutaj muszę coś zaznaczyć. Doskonale zdaję sobie sprawę, że w pewnym sensie sam sobie byłem winien zaistniałej sytuacji i nie miałem zamiaru składać zawiadomienia jeśli usłyszałbym chociaż głupie przepraszam. Jednak gdy doszło do konfrontacji usłyszałem tylko: "Pff teraz pintball a zaraz zacznie strzelać do ludzi na ulicach.". Nadal jestem miły i podaruję siniaki. Mam zamiar tylko odzyskać pieniądze za zniszczony marker.

Ps. Żeby przepisów stało się zadość. W przypadku broni o energii poniżej 17J (markery, wiatrówki, repliki ASG) nie istnieją żadne przepisy dotyczące jej przenoszenia. Gdybym chciał to mógłbym z nią biegać na plecach po mieście. W społeczności paintballowej jednak zaleca się nie obnoszenie się z nią. Właśnie dlatego chciałem odpuścić.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 331 (401)

#70122

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia dość nieprzyjemna. Jeśli masz słaby żołądek, nie czytaj :)

Główny budynek mojej uczelni posiada cztery pietra. Do każdego przyporządkowane są trzy sprzątaczki, które swoje siedziby mają w składzikach miedzy toaletami damskimi i męskimi.

Na wszystkich piętrach utrzymywany jest względny porządek, poza ostatnim. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie, ale jak się człowiek bliżej przyjrzy może zauważyć, że jest tam rzadko zamiatane (nie mówiąc o myciu podłogi). Śmietniki opróżniane są chyba raz na tydzień, często aż się z nich wysypuje (o zapachu nie wspomnę). Raz udało nam się w tylnych rzędach rzadko używanej sali wykładowej znaleźć całkowicie zapleśniałą kanapkę. Wyglądała jakby leżała tam dobry miesiąc. Kiedy indziej koledze wylała się kawa na podłogę. Wybrał się do sprzątaczek po jakąś szmatkę, żeby posprzątać. Powiedziały mu, że same posprzątają po przerwie. Ta trwała chyba trzy dni, gdyż dopiero wtedy plama zniknęła.

Prawdziwy armagedon zaczyna się dopiero w toaletach. Gdy drzwi do nich są otwarte, to odór można poczuć z dobrych dwudziestu metrów. Wejście do środka dla osób ze słabym żołądkiem jest wysoce odradzane. Mimo to byłem tam kilka razy. Zastanawia mnie jak one mogą w tym smrodzie ze smakiem wcinać ciastka lub śniadanie.

Historię postanowiłem napisać ze względu na wyniki małego eksperymentu, który przeprowadziłem w w/w toalecie. Miesiąc temu kupiłem czekoladę. Jedną kostkę lekko rozsmarowałem w widocznym miejscu na muszli klozetowej. Miało to naśladować ekskrementy. Po tygodniu poszedłem sprawdzić, kleks nie zniknął. Nie zrobiłem z tym nic, ale przysiągłem sobie, że nigdy nie skorzystam z tej toalety.

Niestety dzisiaj musiałem złamać tę przysięgę. Na egzaminie, z którego nie mogłem wyjść dość mocno mnie przycisnęło. Gdy tylko oddałem pracę, udałem się do czeluści zła. Kiedy załatwiłem swoją sprawę z ciekawości postanowiłem sprawdzić mój "eksperyment". Czekolada nadał tam była...

Sprawa była wielokrotnie zgłaszana, najpierw do samych sprzątaczek a potem do rektora. Na razie nie widać efektów.

uczelnia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (359)

#70173

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Potrzeba kupienia rodzince prezentów świątecznych zmusiła mnie do rzucenia się w wir zakupów. Dzięki temu prawdopodobnie dane mi było zobaczyć idiotę roku.

Pewnie większość z was kojarzy, że niektóre sklepy zamiast pełnoprawnych pudełek z grami komputerowymi (nie jestem pewien czy tak samo jest w przypadku filmów i albumów muzycznych) na półki wystawiają "atrapy" bez płyty w środku. Oczywiście gra jest odbierana przy kasie w momencie zakupu. Pan z historii o tym niestety nie wiedział. Ale do rzeczy.

Jednym z odwiedzonych przeze mnie tego dnia miejsc był sklep agd/rtv. Po wybraniu towaru ustawiłem się w kolejce, właśnie obsługiwany był starszy pan [S]. Już z daleka było słychać i widać, że wykłóca się z kasjerem [K]. Część rozmowy, którą udało mi się podsłuchać brzmiała mniej więcej tak:

[S]: Panie kupiłem tę grę tutaj, a w środku nie ma płyty. Ja chcę zwrotu pieniędzy.
[K]: Nic dziwnego, gdyż jest to atrapa. Gra powinna zostać wydana przy zapłacie. Dziwi mnie to, pracownicy są przeszkoleni i nie powinno dojść do takiej sytuacji.
[S]: Ch*j mnie to obchodzi. Ja chcę zwrot pieniędzy!
[K]: Proszę się uspokoić. Mogę wydać grę i w ramach przeprosin zaproponować bon zniżkowy do wykorzystania w naszym sklepie. Poproszę tylko o paragon.
[S]: Nie wziąłem paragonu!
[K]: To poproszę chociaż to opakowanie. Sprawdzę numer w systemie.

<kasjer klika w komputerek>

[K]: Według systemu, ta atrapa powinna być nadal na sklepie. Niestety będę musiał wezwać policję, by wyjaśniła spr...
[S]: O co ty mnie k**wa oskarżasz?!

W tej chwili stało się kilka rzeczy. Dziadek rzucił się z pięściami w kierunku lady, ochroniarz zareagował szybko i unieruchomił agresora, natomiast kasjer zawołał kierownika. Dalej sprawa przeniosła się na zaplecze. Z tego powodu nie wiem czy dziadek był najgłupszym złodziejem jakiego widziałem, czy po prostu wynikł błąd sklepu, a starszy pan jest agresywnym furiatem.

sklep

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 414 (454)

#69690

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moi rodzice jakiś czas temu kupili sobie domek jednorodzinny. Na zewnątrz w pełni wykończony, ale w środku stan surowy. Po dość długim remoncie zostało tylko pomalować, położyć podłogę i wnieść meble. Farby kupione, jednak tata został wysłany w delegację. Chciałem sam pomalować, ale mama uparła się, że nie dam sobie rady. Ok w takim razie załatwię jakiegoś fachowca. Nie, ona zna pana Wieśka, który był malarzem i on nam pomaluję. Ok.

Trzy dni temu podjechałem do domku, żeby Wieśka wpuścić, wytłumaczyć co i jak oraz zostawić mu klucze (w domu nie ma kompletnie nic, więc o kradzież się nie martwiliśmy). Poinformowałem, go żeby sobie spokojnie pracował a jak skończy dał znać telefonicznie.

Wczoraj dostałem informację, że malowanie ukończone sukcesem. Wsiadam więc w samochód i jadę na inspekcje. Gdy wszedłem do środka złapałem się za głowę. Przedpokój, który miał być biały został pomalowany na zgniły zielony. Kuchnia zamiast koloru piaskowego jest różowa. Duży pokój krwistoczerwony a w rogu około trzydzieści butelek po piwie. Aha to tak się zabawiamy? Tylko gdzie jest Wiesio?

Przeszukałem resztę pokoi odkrywając przy tym kolejne paskudne kolory, ale malarza artysty nigdzie nie było. Postanowiłem do niego zadzwonić.

[W]: "A tu z kolegami w garażu siedzimy i w pokerka pykamy."

Wejście smoka to pikuś przy tym z jaką ekspresją wparowałem do garażu.

[J]: Co żeś pan odj**ał?!
[W]: Ładne kolory prawda? Bo te wasze ch***we były.
[J]: Nic panu do kolorów jakie wybraliśmy. A tak w ogóle gdzie są nasze farby?
[W]: Sprzedałem...
[J]: Jak to k***a sprzedałem?
[W]: Ale spokojnie. Usiądź w pokerka sobie pykniemy.
[J]: W nic sobie nie pykniemy. Wypad mi stąd, ale już!
[W]: Ale zapłata...?
[J]: Zapłata? Jaka zapłata? To pan nam powinien oddać pieniądze za farby i spi***oną robotę.

I tyle widziałem Wieśka i gromadkę.

Aktualnie czekam na powrót ojca, bo sam nie mogę przekonać mamy, że Wieśka trzeba przycisnąć (kobieta jest aż za bardzo empatyczna) i odzyskać pieniądze za farby. Wiem, że popełniłem błąd taktyczny pozwalając mu uciec, ale działałem pod wpływem emocji.

A i wiecie jak cholernie ciężko zamalować krwistą czerwień? Nawet grunt ledwo daje radę :D

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 421 (471)

#69458

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W mojej grupie na studiach jest kilka osób, które jak to ładnie nazywają "lubią zap***dalać". Co jakiś czas zbierają się i urządzają sobie wyścigi po mieście, w czasie których piłują swoje "sportowe" auta po tuningu do granic możliwości. Na początku próbowałem ich przekonać, że jazda 160 km/h w terenie zabudowanym nie jest zbyt bezpieczna. Istnieje możliwość, że spowodują wypadek, w którym mogą ucierpieć nie tylko oni ale również osoby postronne. Zbywali mnie śmiechem, że oni przecież umieją prowadzić. Poza tym lubią zap***dalać!

Trafiła kosa na kamień, jeden z grupki miał ostatnio wypadek. Przy dużej prędkości stracił panowanie nad autem i uderzył w drzewo. Na szczęście przed zderzeniem zdołał na tyle wytracić prędkość, że skończyło się na kilku złamaniach. Jakaś refleksja ze strony grupki rajdowców? "Gdyby dawali więcej kasy na drogi w Polsce to byłoby bezpieczniej.", "To wszystko przez ograniczenia prędkości, wolna jazda jest niebezpieczniejsza od szybkiej.", "No i jeszcze dziadki na drogach, po czterdziestce powinni zabierać prawo jazdy.".

Fakt, że to oni są największym zagrożeniem na drogach dotrze do nich chyba dopiero gdy kogoś zabiją.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 390 (460)

#69438

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Musiałem dzisiaj odwiedzić urząd miasta. Po drodze postanowiłem zapalić papierosa. Stanąłem tak by dym nie przeszkadzał postronnym i zacząłem w spokoju karmić raczka. Po chwili podeszło do mnie czterech łebków [Ł], maksymalnie trzynaście lat (jak nie mniej).

[Ł]: Tej, weź kopsnij szluga.
[J]: Ile wy w ogóle macie lat?
[Ł]: No niedługo osiemnaście. Nie bądź taki no. A jak nie masz to my ci dychę damy i nam kupisz.
[J]: Już lecę. Nauczyliście się palić? To nauczcie się kupować.

Miałem cichą nadzieję, że się odczepią. Niestety drążyli temat, zaczęły się przekleństwa. Ignorowałem ich, a gdy spaliłem odszedłem. Łebki jednak postanowiły nie odpuszczać i poszli za mną kontynuując litanię. "Ej no ku**a jak jednego dasz nie zbiedniejesz.", "No weź nie bądź ch*j.", "Jak ja nie cierpię takich suk****nów co się nachapali, kasę mają, ale się ku**a z biednymi nie podzielą.".

Po przejściu kilkunastu metrów z pochodem na plecach nie zdzierżyłem i poinformowałem świtę, że jeśli się nie odczepią, to zadzwonię po policję. "Ta jasne bo się odważysz!". Ok, dzwonię. Gdy rozmawiałem z dyspozytorką śmiali się, że każdy umie tak udawać rozmowę. Chyba nie uwierzyli :) Uciekli dopiero gdy zobaczyli nadjeżdżający radiowóz. Policjant poinformował mnie, że jest mała szansa na złapanie ich, ale osobiście mam płonną nadzieję, że łebki się wystraszyły i mają nauczkę na przyszłość. Poza tym cieszę się, że nie byli agresywni. Nie jestem pewien czy bym sobie poradził z czterema na raz. A nawet jeśli, to bałbym się, że zrobię im jakąś krzywdę.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 338 (450)

#69401

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Poniższa historia będzie dość nietypowa. Zobrazuje ona może nie tyle piekielność, co kilka absurdów polskiego systemu edukacji.

Z okazji Wszystkich Świętych udało mi się w końcu spotkać moją siostrę. Studiujemy w różnych miastach i rzadko mamy okazję pogawędzić. Szansa na rozmowę pojawiła się wczoraj, a w jej czasie padły słowa, dzięki którym powstała ta historia: "Zazdroszczę Ci, że w dzieciństwie miałeś taki olewczy stosunek do nauki.". Mocne słowa, ale od początku.

Razem z siostrą od zawsze prezentowaliśmy dwa całkowicie odmienne typy charakterów. Ona była idealną uczennicą, zdobywała same dobre oceny, dużo czasu spędzała na nauce. Niestety nawet po ukończeniu liceum nie umiała określić czym chce się zajmować w życiu. Ja natomiast nigdy nie przykładałem się do nauki, często wagarowałem, jechałem na trójach chociaż było mnie stać na więcej. Wyjątkiem były przedmioty związane z IT, czyli dziedziną, którą upatrzyłem sobie już na początku gimnazjum. Piątki z informatyki, matematyki i fizyki mocno kontrastowały z resztą ocen na moich świadectwach.

Stosunki między mną a siostrą zaczęły się psuć w okresie szkoły średniej. Ona wybrała najlepsze liceum w naszym mieście, a ja klasę o profilu informatycznym w technikum (oczywiście nadal lekko olewałem przedmioty niezwiązane z IT). W jej szkole chodziła opinia, że uczniowie innych szkół są głupsi. Tym bardziej osoby z zawodówek i szkół technicznych. Wchłonęła to jak gąbka. Drażniło ją też, że miałem o wiele więcej czasu wolnego od niej. Ze względu na poziom narzucony przez elitarne liceum nie miała czasu na spotkania ze znajomymi, kiedy ja co chwilę gdzieś wychodziłem. W domu trwała mała wojna miedzy nami. Miałem dość wyzwisk, celowego robienia ze mnie głupka i wywyższania się siostry, więc odgryzałem się jak mogłem (teraz się z tego śmiejemy, ale wtedy było groźnie i nieprzyjemnie :D). Oczywiście przy rodzicach byliśmy kochającym się rodzeństwem.

Maturę zdaliśmy na porównywalnym poziomie, jednak ja wybrałem dwa przedmioty dodatkowe (fizykę i matematykę rozszerzoną) a ona pięć (polski rozszerzony, angielski rozszerzony, chemię, biologię i matematykę rozszerzoną). Przez natłok nauki do matury miała jeszcze mniej czasu.

Nadszedł czas wyboru studiów (siostra jest rok młodsza, ale kończyła trzyletnie liceum a ja czteroletnie technikum, więc na studia poszliśmy w tym samym roku). Ja oczywiście wybrałem informatykę, siostra natomiast polecaną przez jej ulubioną nauczycielkę filologię polską, którą po roku porzuciła.

Teraz studiuje chemię organiczną. Z perspektywy czasu uważa, że zachowywała się jak idiotka i żałuje, że tak jak ja nie umiała znaleźć drogi w życiu. Wie, że nie odzyska dzieciństwa straconego na bezsensowną naukę wszystkiego co się da na piątkę i straconego roku na kierunku, który w ogóle się jej nie podobał. Rodzeństwo pojednało się po latach :)

<moje przemyślenia>
Reasumując. Według mnie największą wadą polskiego systemu edukacji jest głębokie przekonanie ludzi, że oceny są najlepszym odzwierciedleniem wiedzy. Poza tym dość dużo ludzi jest przekonanych, że zawodówki i technika to szkoły niższej kategorii i prawdziwe wykształcenie można mieć tylko po liceum. Są osoby, które w wieku gimnazjalnym są na tyle dojrzałe, by określić co chcą robić w przyszłości. Licea powinny być dla tych, którzy jeszcze nie znaleźli swojej drogi oraz gdy nie istnieje odpowiedni profil w szkołach zawodowych. Poza tym według mnie polskie szkoły powinny lekko odpuścić uniwersalność wykładanej wiedzy i bardziej skupić się na jej ukierunkowaniu.

Pewnie znajdą się osoby, które skrytykują mój olewczy stosunek do szkoły i nazwą mnie głupkiem, ale ostrzegam siostra skutecznie uodporniła mnie na tą obelgę :D Poza tym alfą i omegą może nie jestem, ale nie czuję się głupi.
</moje przemyślenia>

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten subiektywny i pisany pod wpływem emocji wpis :D A i broń boże nikogo nie namawiam do wagarowania i zlewania nauki. Bardziej do kategoryzacji wiedzy na ważną i ważniejszą :)

system_edukacji

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 335 (473)

#69351

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnimi czasy mam pecha do niedzielnych rowerzystów. Nie wiem czy zostałem przeklęty, czy jakieś fatum na mnie padło, ale trzy piekielne sytuacje z cyklistami od początku tego tygodnia muszą coś znaczyć.

Poniedziałek. Idę chodnikiem, niecały metr szerokości, zaraz obok mnie rzadko uczęszczana ulica. Nagle zza siebie słyszę pełne wyrzutu "Jadę!". Kulturalnie ustąpiłem miejsca, a w zamian usłyszałem: "Święta krowa. Normalni ludzie muszą się męczyć żeby przejechać.". Chciałem powiedzieć coś o przepisach, dzwonku rowerowym, lub chociaż kulturze osobistej, niestety tej pani bardzo się spieszyło.

Wtorek. Przechadzam się parkiem. Chodnik ma około dwóch metrów szerokości, zaraz obok niego znajduje się ścieżka rowerowa. Mój spacer przerwały dość mocny ból w lewej ręce i soczysta ku**a chłopaka, który zahaczył mnie kierownicą. Niekulturalnie przerwałem jego litanię na temat mojej nieumiejętności poruszania się po chodniku i zapytałem czemu nie jechał po ścieżce rowerowej, która jest zaraz obok. Bo chodnik jest szerszy...

Czwartek. Jadę samochodem jednopasmową drogą ekspresową, gdy nagle stop. Auta przede mną jadą maksymalnie 10 km/h. Przeszkodą okazał się dziadek jadący środkiem pasa na rozpadającym się Wigry 3.

Mam nadzieję, że nie dopadnie mnie podobna klątwa związana z kierowcami samochodów (a co gorsza tirów), bo w najgorszym przypadku zostanie ze mnie mokra plama :D

rowerzyści

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (300)