Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

SecuritySoldier

Zamieszcza historie od: 1 grudnia 2010 - 18:00
Ostatnio: 3 lipca 2018 - 17:27
Gadu-gadu: 7659312
O sobie:

BYŁY ochroniarz.

--------------------------------
Forum piekielnych:
http://www.piekielni.pun.pl/forums.php
--------------------------------
Jeśli jeszcze dziś nie kliknąłeś/aś:
http://www.pajacyk.pl/zlicz.php

  • Historii na głównej: 241 z 303
  • Punktów za historie: 183232
  • Komentarzy: 4759
  • Punktów za komentarze: 29076
 
zarchiwizowany
Przypomniało mi się.
Kopiłem swego czasu na Allegro pasy transportowe, żeby w pracy kręgosłup trochę odciążyć. Dzień później takie same znalazłem na Aliexpres w lepszej cenie, a że takich rzeczy nigdy za wiele, to kupiłem i tam.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po miesiącu dostałem te z Chin, ale nie te z Polski. Co się okazuje? Pan na Allegro sprzedaje produkty z Aliexpres, więc ja muszę czekać aż one przyjdą do niego i on mi je wyśle. A że czekam już tak długo? On sprawdzi! Sprawdzał dwa tygodnie, więc się zdenerwowałem.
Dzwonię, pytam "co i jak" i słyszę coś, w co ciężko mi uwierzyć.
- A, faktycznie, trochę już Pan czeka. Dobra, oddam kasę. - i rozłączył się. - Po jakiś trzech dniach dostałem zwrot, a Allegro upomniało się o komentarz do transakcji.
W zgodzie z własnym sumieniem napisałem, że to niepoważne, że mi się nie podoba i że zwrot pieniędzy nie załatwia sprawy. Po trzydziestu minutach zadzwonił sprzedawca.
- Dobry, ja w sprawie komentarza!
- Witam, jakiego komentarza? - zapytałem zdziwiony.
- Tego co Pan wystawił przed chwilą!
- Wystawiłem kilka...
- O proszę! To kilka Pan wystawił? Czyli jest Pan konfliktowy?
No zgłupiałem. Nawet mi w głowie nie zaświtało, że to ten sam facet z którym rozmawiałem kilka dni temu. Myśl że dzwoni sprzedawca któremu wystawiłem uczciwie negatywny komentarz wydała mi się... niepoważna.
- Jakby był Pan uprzejmy od początku wyjaśnić o co chodzi... - zapytałem uprzejmie, licząc, że ktoś pomylił numery.
- Chodzi o te pasy, co Pan kupił. Nie moja wina, że nie dotarły, bo jak ja sprzedaje ich dziennie ponad dwieście, to czasem niektóre giną.
Ciśnienie mi skoczyło, bo zrozumiałem, że facet oskarża mnie o własne potknięcia. Czy raczej, za ich wytknięcie.
- A co mnie to obchodzi? W sklepie na osiedlu codziennie sprzedają tysiące bochenków chleba, ale jeszcze nie zdarzyło mi się kupić jakiegoś, poczekać miesiąc i dostać zwrot pieniędzy, bo zaginął im mój chleb.
- Panie! Nie moja wina, pieniądze oddałem, a Pan mi negatywem rzucasz! Ja z tego konta żyję! Psuje mi Pan opinię.
- A ja musiałem nosić na własnych plecach zamiast na pasach. Zdrowie traciłem.
- No i co mnie to obchodzi?!
- Tyle co mnie Pańska opinia...
Pokłóciliśmy się dłuższą chwilę.
- Albo usuwa Pan ten komentarz, albo WNIOSKUJĘ do Allegro o usunięcie Pana konta!
- Śmiało, jestem ciekaw odpowiedzi...
- Czyli nie usunie Pan tego komentarza?
- Nie.
Znów dłuższa przepychanka, bo sprzedający uznał, że koniecznie musi wykazać, że to moja wina, że u niego kupuję. Wszak są inne oferty z wyższa ceną i tam pewnie paczki nie giną. Tak, serio, to był jego najlepszy argument w tamtej sytuacji.
Gdy zobaczył, że nie robi to na mnie wrażenia, a moja żona namawia mnie do skończenia tej absurdalnej rozmowy, bo teraz spędzamy czas ze sobą, a nie z nim, zmienił taktykę.
- To czego Pan chce?
- Przeprosin.
- Słucham?! - chyba nie mógł uwierzyć w to co powiedziałem.
- Boksowałem się z Panem przez ponad miesiąc. Towar nie dotarł, pieniądze dotarły po dłuższym czasie, odbyliśmy kilka rozmów przez telefon i wymienialiśmy się mailami, ani razu nie usłyszałem słowa "przepraszam".
- A za co ja mam przepraszać?! To nie moja wina.
Żona zagroziła, że jeśli nie dogadamy się w ciągu dwóch minut, to ona sama pójdzie edytować ten komentarz na znacznie gorzej wyglądający.
- Jak Pan uważa, wina może być Pana, albo i nie - powiedziałem chcąc przestać bawić się w przedszkole - ale komentarz jest Pański, a ja jestem Pańskim klientem. Oczekuję przeprosin, jeśli będą usunę komentarz.
- No to przepraszam.
- Nie brzmi to szczerze...
- Przepraszam bardzo.
- No i dziękuję, komentarz usunę wieczorem. Panu zaś proponuje popracować nad obsługa klienta, bo dość mocno to kuleje.
Ja swojej obietnicy dotrzymałem. Czy sprzedający zrobił coś ze swoją obsługa klienta - nie wiem, żona zabrania mi kupować od niepoważnych ludzi.

Życie codzienne

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (119)
zarchiwizowany
Tak à propos historii #71505...

Bardzo ważną częścią mojej działalności jest odbieranie telefonów - klienci bardzo często zamawiają moje usługi z powodu sytuacji awaryjnych i nie ma kiedy bawić się w maile czy spotkania. Oczywiście, wiem, że ludzi może wkurzać gdy ktoś rozmawia przez telefon, ale kurcze - czy gdybym rozmawiał z drugą osobą różniłoby się to czymś?
Jechałem tramwajem i rozmawiałem w klientem dość istotne szczegóły akcji która planował, a ponieważ miałem się tym zająć w trybie awaryjnego zastępstwa, nie było możliwości, żeby tą rozmowę przełożyć. Język branżowy ma to do siebie, że bywa czasem skomplikowany, więc i ciężej go zrozumieć, gdy szum ulicy i praca maszyny wchodzą nam w słowo - czasem trzeba coś powtórzyć głośniej. Rzecz jasna, krzyczeć nie wypada, bo raz, że miejsce publiczne, dwa, że do klienta.
Gdy już kończyłem, nagle odezwał się facet w średnim wieku, siedzący trzy siedzenia po przekątnej od mojego.
- Możesz, k...a, się zamknąć?
W pierwszej chwili nie zrozumiałem. Jakoś tak uwierzyć nie mogłem, że ktoś może tak mówić do obcych sobie ludzi.
- Słyszysz k....a?!
Twarz mojego poirytowanego, łysego z wyboru, współpasażera wskazywała, że łatwo nie będzie. Pożegnałem się szybko z klientem, krótko kreśląc mu sytuacje i zwróciłem się do uprzejmego inaczej.
- O co Panu chodzi?
- O to, że pier...lisz cały czas. Zamknij ryj. - zabawne, że moja rozmowa mu przeszkadzała, ale jego podniesiony, ponad Giewont, głos już nie.
- A wedle jakich zasad?
- Moich k...a.
Przy takiej sile argumentów można było tylko z grubej rury.
- Sam się zamknij, bo drzesz się na cały wagon. W tym momencie mam gdzieś Twoje widzimiesie.
- Jak Ty się nie zamkniesz, to ja Cię zamknę! - cóż było robić? Takiego zaproszenia nie da się zignorować.
- Wysiadam na następnym, chodź ze mną.
Pan jakby troszkę osiadł w sobie, ale zaciętej miny nie porzucił, choć już nic nie komentował. Gdy tramwaj stanął na przystanku i już miałem wysiadać, poczułem że ktoś mocno wypycha mnie z wagonu. Poleciałem do przodu, ale refleks zadziałał i udało mi się nie upaść. Gdy się odwróciłem za mną stał, jak się pewnie domyślacie, łysy szeryf.
- K...a! - ruszył do boju z starosłowiańskim okrzykiem na ustach.
Szarpaliśmy się przez chwilę nie wymieniając ciosów, ja trzymałem go za bluzę, on mnie za bezrękawnik. Pewnie do dziś byśmy się obściskiwali na przystanku Rondo, gdybym nie usłyszał dźwięku wyroku losu - trzasku pękających szwów.
"Cham mi ulubioną szmatę porwał!" - przemknęło mi przez myśl, zaskoczenie zastąpiła wtedy wściekłość.
- Nosz k...a mać kretynie! - huknąłem.
Nie wiem czy to ten okrzyk, czy chęć mordu w oczach, ale facet momentalnie spasował. Puścił moje ubranie, wysmyknął mi się z rąk metoda na piskorza i rzucił do ucieczki ignorując światła, pasy i samochody.
Całe nasze tytaniczne starcie trwało może z pół minuty, żadnych szkód, poza rozdartą kieszenią wewnętrzną, nie doznałem - tylko po jaką dżumę to było?

komunikacja_miejska

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (64)
zarchiwizowany
Koleżanka problem.
Wraz ze znajomymi pracowała na budowie, sprzątając po wykonanych robotach. Umowę mieli ustną, o dzieło. Pracowali pod nadzorem zleceniodawcy Swoją drogą, facet jak na szefa firmy ma ciekawe podejście do tematu, "nic nie wie, nie ma pomysłu, kombinujcie". Wtedy wszystko co robili było "pierwsza klasa".
Gdy przyszło do odbioru obiektu (po którym mieli dostać pieniądze), inwestor stwierdził, że nie jest dobrze posprzątane. Czort wie na jakiej zasadzie i jakim prawem, ale zażądał od zleceniodawcy zmiany metod jakie wykorzystywali w pracy. Zleceniodawca położył uszy po sobie, obdzwonił ludzi żądając ponownego przyjścia do pracy i dokonania zmian. Żadne z nich nie mogło - takie uroki zatrudniania studentów.
Przy wypłacie dowiedzieli się, że "on musiał wziąć innych ludzi do poprawek i im zapłacić, dlatego z pensji urywa po 90 zł, żeby nie być stratnym, bo jego nie stać na takie rzeczy". Potem jawnie przyznał, że przerzuca koszta poprawek na nich, choć prace wykonali dobrze, wedle jego zaleceń. By dodać smaczku, pracowało ich tam czworo, koleżanka jeszcze swoich pieniędzy nie odebrała, jeden z kolegów też, ale zleceniodawca wypłacił jego pensje pozostałej dwójce, najwyraźniej fałszując jego podpis.

uslugi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (154)
zarchiwizowany

#55228

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Podejmuję się obecnie prac dorywczych na umowę o dzieło, załatwiam też podobne zlecenia osobom, które zebrałem wokół siebie, tworząc coś w rodzaju „brygady robolskiej do wynajęcia".
Różne fuchy się trafiają, lepsze, gorsze, czasem niewykonalne - te których się podejmujemy, staramy się wykonać jak najlepiej. Ludzie widzą to, na ogół szanują nas, starają się pomóc, a po wszystkim obiecują i na ogół dotrzymują słowa, że polecą nas znajomym. Niestety, zawsze trafią się jacyś piekielni.
Czasem buszuje po portalach ogłoszeniowych w poszukiwaniu dodatkowych zleceń. Jakoś pod koniec maja odpowiedziałem na ogłoszenie Pani S., coś odnośnie prac fizycznych przy domu jednorodzinnym. Napisałem wtedy, że chętnie z kolegą podejmiemy sie podobnych zleceń, a jeśli my nie będziemy dostępni, przyślemy kogoś.
Wtedy się nie odezwała, ale kilka dni temu chyba sobie o mnie przypomniała, bo o północy dostałem od niej wiadomość z nr telefonu pod który mam zadzwonić w sprawie nowego zlecenia. Następnego ranka zadzwoniłem by dopytać o szczegóły i wycenić prace. Po zwyczajowej wymianie informacji, czyli co, gdzie, jak i za ile, doszło do pewnej dziwnej sytuacji.
- Czy to musi być we wtorek? Wie Pani, ja jestem studentem i muszę spasować zlecenie z grafikiem zajęć...
- Nie, może Pan zacząć dziś. - odpowiedziała, już wcześniej wydawała sie mało przyjemna, ale wtedy stało sie to aż nazbyt natarczywe.
- Rozumiem, ale dziś też nie dam rady. Jeśli Pani chce, moge pojawić się we wtorek po południu. Ewentualnie, może się pojawić mój kolega z rana...
- Coś Pan kręcisz! Najpierw mówisz Pan, że niby Pan pracujesz, a teraz chce Pan kolegę wysyłać?
- Ja przyjmuje zlecenia, ale jestem też koordynatorem grupy...
- Dobra, nie kręć, prosze sie zastanowić i dać mi znać, czy Pan chce, czy nie. - potem się rozłączyła.
Cóż, w tym wypadku pozostało mi napisać Szanownej Pani sms. Przytoczę teraz naszą wymianę korespondencji.

Ja:
W takim razie podziękuję, nie sprawia Pani wrażenia osoby dla której chciałbym wykonywać zlecenie.
Zarzucanie mi "kręcenia", podczas gdy to samo pisałem Pani w wiadomościach na portalu, jest po prostu niegrzeczne, z resztą, tak samo jak Pani ton. To że daje Pani pracę, jeszcze nie znaczy, że ma Pani traktować chętnych jak wyrostków do wychowania.
Mimo wszystko, miłego dnia.

Pani S.:
Chyba cie pogielo chlopcze ... spadaj

Ja:
I o tym właśnie mówię...
nawet nie chce myśleć jakby Pani traktowała mnie w czasie pracy.

Pani S.:
Pa

uslugi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (330)
zarchiwizowany
W nawiązaniu do historii o historii o bójce w Gdyni.
Pragnę powiedzieć iż Wasz ogląd sytuacji jest całkowicie zafałszowany przez media i użytkowników różnorakich portali internetowych. Wszystko to bajania i fantasmagorie, spłodzone by pętać umysły tłumów w służbie Złego.
Jako naoczny świadek odtwarzania filmu z nagrywania filmu, po uprzednim skonsultowaniu się z szantową ekipą, stwierdzam iż tak naprawdę na rzeczonej plaży wylądowało UFO. Mamy na to niezbite dowody.
- pojawieniom się UFO towarzyszy zawsze zamęt i niepokój, czy było ich mało na plaży?
- UFO niemal zawsze miesza zmysły świadkom, tak że podają różne wersje wydarzeń, czy teraz jest inaczej?
- sprzęty nagrywające niemal zawsze psują się lub działają samowolnie w obecności tego niezwykłego fenomenu, czy mało mamy filmów uciętych w połowie, jak twierdzą ich autorzy, lub nagrywanych w "całkowicie innej sytuacji" jak mówią inni?
Jest takich dowodów więcej, ale chyba nie ma sensu ich przytaczać. Powinno Wam wystarczyć moje słowo, bo już je odpowiednio uargumentowałem.
Nie zależy mi na plusach, chcę by świat poznał prawdę.

Mój mały ciasny ale własny świat

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (154)
zarchiwizowany
Od jakiegoś czasu wprowadziłem do swojego związku pewien miły element.
Jako że z reguły wstaję wcześniej niż moja dziewczyna, a nie zawsze możemy spać w jednym łóżku, zostawiam jej powitalne liściki w formie sms. Z reguły pisze je z bramki, bo dotykowa klawiatura mierzi mnie niemożebnie.
Nie są to może strofy Homera ani haiku, ale moje prywatne życzenia i wyznania miłości w typowym dla mnie, nieco bizantyjskim stylu, doprawionym różnorakimi odniesieniami do literatury oraz flory i fauny. Naprawdę fajna sprawa, bo ukochana osoba zawsze wie, że to co dostaje jest tylko dla niej, wyjątkowe i niepowtarzalne... No właśnie, powinno takie być.
Jakiś miesiąc temu jeden z moich znajomych, Kokos, miał problem z telefonem. Gadzina, telefon, nie znajomy, nie chciała współpracować. Jak na złość, akurat musiał wysłać kilka sms do Play czy innej sieci, której nie obsługują darmowe bramki.
Poratowałem człowieka w potrzebie, zmieniłem hasło w swojej spersonalizowanej bramce Orange. (czy jak to się cholerstwo nazywa) i przekazałem mu, na gg, na czas potrzebny do rozwiązania jego spraw. Głupi byłem, że po wszystkim znów nie zmieniłem hasła...
Wczoraj rano miałem trochę zamieszania. Znalazłem porzuconego owczarka, prowadziłem go przez pół miasta na obroży z łańcucha do kluczy i sznurówce jako smyczy. Potem był problem z jego zagarażowaniem, dylemat co dalej i w końcu załatwianie spraw z znienawidzonym przeze mnie schroniskiem. Przyznaje bez bicia, zapomniałem wysłać sms do mojej ukochanej - ona na szczęście mi wybaczyła, rozumiejąc sytuację. Zadowoliła sie przesłanymi jej zdjęciami Dyngusa Znajdy. Był jednak ktoś, kto nie był równie wyrozumiały.
Jakoś po południu zadzwonił do mnie Kokos.
- Siema - zaczął poważnym głosem - Słuchaj, mógłbyś mi wymyślić jakiś tekst dla dziewczyny?
- Cześć, możesz jaśniej? - odparłem lekko zmieszany.
- No bo ja od miesiąca bajeruje taką jedną. Wysyłałem jej to co tam masz na tym Orange.pl, ale dziś nic nowego nie było i tak głupio... Wyjdzie, ze o niej zapomniałem.
Dalszej części rozmowy nie wypada cytować. Ogólnie, stanęło na tym, że mnie z pyska leciała jadowita piana, a on wyrażał w dosadnych słowach swoje oburzeniem moim nieużyciem, bezczelnością i biadolił, że miesiąc "rwania" poszedł na ryby i nie wróci.
Hasło już zmieniłem, wspólnych znajomych poinformowałem o sytuacji, ale nada ręka mi ciąży...

Kokosowy znajomy

Skomentuj (144) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (513)
zarchiwizowany
Podejmuję się obecnie prac dorywczych na umowę o dzieło, załatwiam też podobne zlecenia osobom które zebrałem wokół siebie tworząc coś w rodzaju „brygady robolskiej do wynajęcia".
Różne fuchy się trafiają, lepsze, gorsze, czasem niewykonalne - te których się podejmujemy, staramy się wykonać jak najlepiej. Ludzie widzą to, na ogół szanują nas, starają się pomóc, a po wszystkim obiecują i na ogół dotrzymują słowa, że polecą nas znajomym. Niestety, zawsze trafią się jacyś piekielni.
Wczoraj byłem z kolegą na zleceniu, wynosiliśmy gruz poremontowy.
Każdy kto nosił gruz wie, że jest z tym troche latania, a i urobek lubi się czasem odrobinę rozsypać, na przykład przez dziurę w worku. My z kolegą ładowaliśmy do windy tyle wiader i worów ile się dało, spuszczaliśmy ją na parter, a tam rozładowywaliśmy szybko i już powoli wynosiliśmy do zamówionego kontenera. Niemal wszyscy mieszkańcy bloku z którymi sie zetknęliśmy uśmiechali się, czekali gdy zajmowaliśmy windę, zagadywali... Naprawdę mili i wyrozumiali, w większości starsi, ludzie.
Mieszkanie z którego wynosiliśmy urobek znajduje się w bloku z wielkiej płyty, układ klatki sprawia, że na każdym piętrze są dwa mieszkania z przeciwstawnymi sobie drzwiami wejściowymi, a pośrodku znajduje się winda. Pod drzwiami mieszkania, naprzeciw naszego miejsca pracy rozłożono dywanik, zajmujący ponad połowę podłogi piętra.
Przyczyną wczorajszej piekielności była kobieta wieku słusznego, o włosach przefarbowanych na fiolet, mieszkająca w mieszkaniu naprzeciw. Gdy zobaczyła nas, jak czekaliśmy z urobkiem na windę, z marszu zaatakowała.
- Co to ma być do cholery?! - krzyknęła, aż kolega lekko potrącił wiadro, z którego wypadło kilka kawałków gruzu, kobieta zaczęła... kopać nimi w nas - Nosz cholera jasna! Od trzech tygodni nie mam spokoju, bo wam się remontów zachciało!
- Prosze sie uspokoić. - powiedział mój kolega.
- Jak uspokoić?! Rozrzucacie ten pierdo***nik po całej klatce! Po moim dywanie rozrzucacie!
- Piętro jest wspólne. - odpowiedziałem - Z resztą, gdyby nie Pani, to by się teraz nic nie wysypało...
- Akurat! Od trzech tygodni tu bałaganicie!
- My akurat, prosze Pani, pracujemy tu od dziś. - powiedziałem poirytowany i chyba ten ton sprawił, że Fioletowowłosa trochę się uspokoiła.
- No to co z tego? Ja przynajmniej emocje odreaguje! - powiedziała i schowała się do mieszkania.

usługi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (357)
zarchiwizowany
Kto by sie spodziewał, że piekielnych znajdzie sie nawet na... piekielni.pl?

Jakiś czas temu straciłem cierpliwość i zacząłem weryfikować nieprawdopodobne historie lordavictora, znanego na tym portalu.
Po wyłapaniu, wespół z innymi użytkownikami, że nasz bohater ma trzy różne zawody, dziewczynę i żonę (potem wyszło, ze żonodziewczynę), etc zacząłem komentować jego wpisy podważając je, jeden po drugim. Część tych opowieści usunął wraz z moimi komentarzami. W historii gdzie opisywał wysyłanie odczynników chemicznych pocztą, zniszczenie ich i wygrany przez jego firmę proces znów doszło do kolejnej konfrontacji.
Po tym ja użytkownik, choć nie ja, wytknął mu, ze wyroki sądu można sprawdzić, wystarczy by podał sygnaturę akt (lub coś takiego, nie jestem pewien) nasz lord nie wytrzymał.
W krótkich odstępach czasu zamieścił trzy wpisy, ociekające dramatyzmem i jadem. Udało mi sie je skopiować:

"Podziwiam GIMBUSY na tym portalu.
Kolega, który już usunął swą wypowiedź.
Został ewidentnie oszukany przez prawo "urzędników"
Dostał sporo minusów i komentów typu : Tusk jest ok, Kaczor jest ok, pick or fake, na samosi było.
Cóż Piekielni to portal Gimbusów jak widać.
Czekam na artykuł " ktoś olał czerwone światło i ktoś zginał, ale kierowca autobusu wyskoczył i bił brawo!"
Kto chce by ten portal był dla normalnych niech pisze w komentarzach poparcie. Bo minusy bo wg "Gimbusy" trzepiące konie z radości, że coś napisały."

Pojawiły się negatywne komentarze, niektóre piętnujące jego pisownie. Victor miał i na to odpowiedź:

"I tak do usunięcia, ale dla GIMBUSÓW.
"Dostałem jedynkę! Więc Wiem co to porażka w życiu!""

Tu nie tylko odezwali się niezadowoleni z takich bzdur użytkownicy, ale i osoby, które opisywały powód jego zachowania. Ponieważ i to mu się nie podobało, wstawił kolejnego potworka:

"Dla wszystkich!!!
Po usunięciu Moich wypowiedzi dot niedojrzałych.
Będę wrednie pisał na temat każdej wypowiedzi.
Straciłem dziecko a komentarz był" Bóg tak chciał, źle ruch..., H z tym jesteś wolny, dobrze że pociekło."
Chciałem poparcia a co otrzymałem."

Jak widać, jest tu zawarta nie tylko pretensja do użytkowników, ale i jakaś potężna drama... która raczej znów jest bzdurą. Najwyraźniej jego mechanizmem obronnym na zarzuty zmyślania jest... zmyślanie.
Dopiero wieczorem znalazłem na swojej skrzynce odbiorczej na tym portalu wiadomość, którą wysłał do mnie rano. Godzina byłą zbliżona do czasu dodania ostatniej bzdury. Jak brzmiała?

"Straciłem dziecko, jeszcze jeden twój koment, a mam dojścia do
MSWIA tzn moja żona jest córką oficera i masz ciepło tzn opinie
lub ewentualne zatrzymania. Straciłem dziecko więc odpuść"
Osoby które nie wierzą w taką bezczelność zapraszam do tego linka: http://i46.tinypic.com/2yxoq6w.jpg


Gdzie jak gdzie, ale żeby po tym portalu kręcił się rasowy piekielny?

piekielni.pl

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (210)
zarchiwizowany
Zdechł mi wczoraj internet, tak po prostu - padł i nie chciał wstać, czym bym nie kusił i groził.
Dziś zadzwoniłem na infolinię, zgłosić awarię. By pogadać z kimś kto nie jest babcią Terminatora, musiałem wstukać kod abonencki, mimo, ze umowa nie jest na mnie, to jednak ten kod mam zapisany na egzemplarzu umowy.
Nie będę przytaczał całej rozmowy, bo zwyczajnie jej nie pamiętam zbyt dokładnie. Przytoczę za to fragmenty które, chyba, wryły mi sie w pamięć na reszte życia.
- Zaraz przyjmę zgłoszenie awarii, prosze tylko podać kod abonencki. - zaćwierkała mi pani Kasia, konsultantka telefoniczna.
- 0000. - odparłem.
- Ten kod jest nieaktywny.
- Że słucham? Jak nieaktywny skoro rozmawiamy?
- Normalnie. - było mi już wtedy wiedzieć, że będzie ciężko, skoro to u nich "normalne" - Zalogował się pan na nieaktywne konto, należące do klienta który juz nie istnieje w bazie.
- To czemu mnie z panią połączyło?
- Nie ważne, prosze o podanie kodu.
Kilkanaście prób później i sporo zmarnowanej adrenaliny z mojej strony, stało się jasnym, że kodu nie mam, choć pewien byłem, że to ten który mam zapisany na umowie.
- No dobrze, ale po co kod, skoro ja tylko zgłaszam awarię? - zapytałem olśniony prostotą tej myśli.
- Nie moge przyjąć od pana tego zgłoszenia, obowiązuje ochrona danych osobowych. - tu ćwierkot zmienił się w syk żmii.
- Ale jakich danych? Ja od pani nie chcę żadnych danych. Ja chcę podać dane...
- To proszę o kod abonencki, obowiązuje ochrona danych osobowych.
- Żeby podać adres lokalu gdzie nie ma internetu? - moja siostra, potem, potwierdziła, że to pytanie wyjęczałem.
- Tak.
Trochę się poprzekomarzaliśmy. Urządziliśmy sobie nawet twistera słownego, usiłując wzajemnie wyjaśnić sobie co obejmuje "ochrona danych osobowych". Niestety, okazało się, że firma dostawcy internetu ma iście kosmiczną definicję tego zwrotu. Przez całą rozmowę pani Kasia stawała się coraz bardziej uszczypliwa i bezczelna, jakby krzyczała mi w twarz "nie jesteś klientem, nic mi nie zrobisz, bez tego kodu jesteś nikim!".
- To ja pójdę zapytać kierownika. - powiedziała w końcu, wyraźnie znudzona, znudzona żmija. Miałem podejrzenie graniczące z pewnością, że po prostu wyciszyła mikrofon i odczekała chwilę. - Kierownik mówi, ze bez kodu nie możemy panu pomóc. Szkoda, prawda?
- A może zapyta pani kierownika, czy powiedziałby to samo Rzecznikowi Praw Konsumenta?
- Zapytam. - znów sie wyłączyła, ledwo na kilkanaście sekund - Kierownik pyta, czy wie pan co to jest ochrona danych osobowych.
Słodycz w jej głosie przeważyła sprawę, widać było, że postępuje wedle wytycznych z góry i bardzo ją to bawi, bo jest kryta "procedurami". Na infolinii nic bym nie załatwił. Pożegnałem się wcześniej pytając jeszcze raz o jej nazwisko, gdy je podawała nie byłą już tak pewna siebie, ale może to tylko moje subiektywne odczucie.
Postanowiłem zmienić taktykę i z telefonu napisałem wiadomość na PW profilu mojego dostawcy internetu. Nie ukrywam, przy pierwszej wiadomości nie żałowałem sobie i spuściłem troche jadu. Przedstawiona korespondencja, poza zmianami mającymi ukryć nazwę firmy, jest dokładną kopią tej z mojej skrzynki na FB.


Ja:
Chciałbym szczerze pogratulować konsekwencji Waszej firmie. Nie tylko stworzyliście absurdalne procedury, ale też bronicie ich z podziwu godnym zapałem!
Podejrzewam, że będę tego żałował - zawsze gdy spotykam się z czym nielogicznym czuje się zagubiony i samotny - ale muszę zapytać: co kierowało Wami gdy ustalaliście procedury zgodnie z którymi niezweryfikowana osoba, podająca adres i opis awarii, nie może zgłosić problemu? Czy w Waszym dziale prawnym nikt nie słyszał o instytucji wynajmu mieszkania czy niedostępności osoby na która jest umowa?
A może to forma obrony przed zbyt dużą ilością skarg? Bo chyba nie może być prawdziwym to co usłyszałem na infolinii w czasie dziesięciominutowej rozmowy, że to forma ochrony danych osobowych (!) klienta?
Jak pisałem, szczerze gratuluję konsekwencji. Zawsze podziwiałem ludzi potrafiących działać po swojemu, nawet wbrew prawom logiki i ekonomii.

Dostawca:
Witaj. Uprzejmie Cię informuję, iż oczywiście każdy użytkownik może zgłosić awarię. Jeśli jednak korzystasz z usługi w wynajmowanym lokalu, właścicielem umowy jest osoba, od której lokal jest wynajęty, to standardem jest aby to właściciel zgłaszał problem gdyż z właścicielem możemy wyjaśnić formę jego rozwiązania satysfakcjonującą strony.
Jeśli taka osoba(właściciel lokalu/umowy) nie wnosi zastrzeżeń do tematu zgłaszania/weryfikacji problemów na linii użytkownik-sieć, powinna Ci udzielić podstawowych informacji jakimi posługujemy się do identyfikacji każdego użytkownika.
Istotnie, jest to spowodowane ochroną danych osobowych i uniknięciem fałszywych zgłoszeń.
Pozdrawiamy

Ja:
Słowem, nie przewidujecie sytuacji gdy klient jest niedostępny, a użytkownik jest ofiarą awarii.
To jakaś pokrętna polityka zdobywania klientów czy tylko zwykła krótkowzroczność?

Dostawca:
Przykro nam, że Twoja interpretacja jest tak nieprzychylna. Z naszej strony wygląda to trochę inaczej, mamy jednak nadzieję, iż w przyszłości nasz kontakt nie będzie już stanowił przeszkody, gdy już masz świadomość jakich danych potrzebujesz, aby otrzymać pełną pomoc.
Pozdrawiamy

Ja:
W takim razie, proszę, przedstawcie mi swoją wizję rozwiązania mojego problemu wiedząc, że osoba na którą zarejestrowana jest umowa dostępna będzie dopiero po weekendzie, a pieniądze jakie otrzymujecie za świadczone usługi pochodzą ode mnie. Jestem otwarty na propozycje.

Dostawca:
Skoro opłacasz rachunki za usługi to na rachunku znajdziesz właśnie numer identyfikacyjny użytkownika który w pełni wystarczy aby Cię zidentyfikować.
Pozdrawiamy

Ja:
Jak pisałem, pieniądze pochodzą ode mnie, bo przekazuje je osobie na którą jest umowa. Gdybym osobiście opłacał rachunki, napisałbym to.
Nadal czekam na propozycje rozwiązania mojego problemu. Jeśli nie uzyskam jej tu, może pomogą internauci lub RPK?

Dostawca:
Jest jeszcze jedno wyjście z sytuacji. Podaj nam, na kogo usługa jest zarejestrowana, na jakim adresie i jeśli korzystasz z internetu lub telefonu podaj numer modemu zczytując go z naklejki na urządzeniu.

Dostawca internetu

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (127)
zarchiwizowany
„Wielka Księga Piekielnych Przypadków”, tom II.

Podejmuje się obecnie prac dorywczych na umowę o dzieło, załatwiam też podobne zlecenia znajomym, za prowizję (10% każdej dniówki z danego zlecenia).
Niedawno załatwiłem zlecenie swojej dziewczynie i trzem jej koleżankom. Zleceniodawca wiedział, że pobiorę od nich prowizję i, że jedna z nich jest ze mną w związku, co więc zrobił? Powiedział, że weźmie od nich numery, żeby "ominąć" mnie na przyszłość. Wszystkie są uczciwe, każda mi o tym powiedziała, mimo, że proponował im to osobno i w zasadzie nie wiedziały, że ja sie dowiem. Z ruszeniem sprawy czekałem, aż moi znajomi przestaną u niego pracować, bo po co robić im problemy?
Święta mamy obecnie, czas nostalgii i życzeń, więc i ja wysłałem temu panu życzenia sms'em. Sms'a, wraz z rozmową telefoniczną i ostatnim sms'em zapisze w formie dialogu, tak będzie czytelniej.
- Wesołych świat i więcej zasad w nowym roku, żeby pan już nie namawiał ludzi do oszukiwania kogoś, kto załatwia im prace. - napisałem, a on oddzwonił kilka minut później.
- O co Ci chłopcze chodzi? - zapytał z marszu.
- "O co panu chodzi", troche szacunku, dzieckiem od kilku lat już nie jestem.
- Jak ja niby Cie oszukałem?
- "Wezmę wasze numery, to nie będziecie płacić prowizji", co Pan myślał, że się nie do wiem? A może ja pójdę do pana zleceniodawcy i powiem, że ja ze znajomymi zrobimy to za co panu płaci, a pana pominiemy?
Tu pan trochę się strapił, ale tylko trochę. Zaraz wrócił do wojowniczego tonu.
- Przysłałeś mi ludzi, ja im zapłaciłem!
- Ale do oszustwa ich pan namawiał, tak?
- Nie życze sobie takich bezczelnych i kretyńskich wiadomości! - i tu się rozłączył.
Bezczelne ze mnie bydle, nie lubie być nieszanowany.
- To do listy życzeń dorzucam szacunek dla innych i umiejętność przyznania sie do błędu, Tupetu nie życzę, ma pan go pod dostatkiem.

Ciekawe, czy to go czegoś nauczy?

usługi

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (154)