Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

SecuritySoldier

Zamieszcza historie od: 1 grudnia 2010 - 18:00
Ostatnio: 3 lipca 2018 - 17:27
Gadu-gadu: 7659312
O sobie:

BYŁY ochroniarz.

--------------------------------
Forum piekielnych:
http://www.piekielni.pun.pl/forums.php
--------------------------------
Jeśli jeszcze dziś nie kliknąłeś/aś:
http://www.pajacyk.pl/zlicz.php

  • Historii na głównej: 241 z 303
  • Punktów za historie: 183232
  • Komentarzy: 4759
  • Punktów za komentarze: 29076
 

#70624

(PW) ·
| Do ulubionych
Klatka w której znajduje się moje mieszkanie, ma dość skomplikowaną strukturę wewnętrzną.

Część, w której znajdują się schody, jak również wyjście na podwórko oświetlają trzy lampy, jedna przy drzwiach od podwórza, jedna ogólna oświetlająca schody i jedna w przedsionku prowadzącym do bramy przelotowej, z której jest wyjście na ulicę. Taki układ ma tą zaletę, że nawet gdy padnie jedna żarówka, pozostałe dwie pozwalają się nie zabić wieczorami. No właśnie, o ile działają.

Przed wigilią przepaliły się żarówki w przedsionku i główna, drugiego dnia świąt dołączyła do nich ta przy drzwiach. Niestety, dwie pierwsze są na wysokości blisko czterech metrów, a trzecia, najpewniej z powodu licznych kradzieży, zamknięta jest w jakimś rodzaju drucianej klatki zamkniętej na kłódkę. No choćbym nie wiem jak kombinował, drabiny nie mam, klucza do kłódki też - sam nie wymienię.

Dzwoniłem do spółdzielni po świętach, rozmawiałem na ten temat z panią inspektor terenową, obiecała podesłać "techników". Uradowany dodałem, że drzwi od ulicy, jak i podwórza nie zawsze się zamykają - to też mieli poprawić.
W Nowy Rok wracałem do domu po ciemku.

Dzwoniłem przed świętem Trzech Króli, rozmawiałem z inną panią inspektor.
"Ktoś" miał podejść "niebawem". W święto rodzina wychodziła ode mnie po zmroku na czuja, bo światła na klatce nie było.

Dzwoniłem po 06.01, ponownie rozmawiałem z jakąś panią inspektor.
Dwadzieścia minut zajęło mi wyjaśnienie jej czemu nie mogę otworzyć ich instalacji zabezpieczającej lampę przy drzwiach, bo pani "nie rozumie takich technicznych zagadnień". "Technik właściwy dla miejsca mojego zamieszkania" miał się objawić "przed weekendem i załatwić sprawę". Wiecie jak ciężko trafić po ciemku nogą w stopnie, gdy w sobotę pracowało się 14 godzin?

Dzwoniłem w poniedziałek, wściekły jak osa.
Odebrał PAN inspektor terenowy. Najpierw ustawił mnie w szeregu, wyjaśniając, że nie mam prawa być zły, bo ich tam siedzi sześcioro i on nie wie do kogo ja kieruje pretensje, ale na bank nie mogę ich mieć do niego. Potem wyraził powątpiewanie w moje słowa, bo on sobie tego nie wyobraża. Wiecie co jednak mnie dobiło? Zdanie które wypowiedział, a które chyba zapamiętam do końca życia chyba.

- Ja od pana tego zgłoszenia nie przyjmę, bo to by znaczyło, że MY od dwóch tygodni nic z tym nie zrobiliśmy.

Dopiero dopytywanie o jego personalia, straszenie sądem w przypadku wypadku oraz techniki wschodnich mnichów, zwane "postawa wściekłego osła", ruszyły ten głaz niekompetencji.

Jeszcze tego samego dnia dwóch mocno podniszczonych przez życie panów, klnąc na cały świat, wymieniało żarówki na klatce. Ponoć nawet po piętrach przeszli sprawdzając czy wszystkie działają!

Boje się dzwonić z przypomnieniem o drzwiach...

Spółdzielnia usługi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 422 (436)

#69600

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiecie jak bronić się przed konsekwencjami własnych pomyłek? Najlepiej regulaminem. Nie ważne jakim, grunt by powoływać się na zasady.

Będzie długo, może ciężko, ale uwierzcie mi, jeśli wytrwacie, dowiecie się wielu nowych, ciekawych rzeczy.

Zamówiłem ostatnio modliszkę z OLX od exo-factory. Płaciłem w piątek wieczorem, więc naturalnym było, że przesyłka pójdzie po poniedziałku, zresztą sprzedający mnie o tym poinformował. Ważnym jest, że nie wiedziałem z jakiej opcji wysyłki skorzysta, a jedynie zapłaciłem za to kwotę którą podał, a adres dyktowałem telefonicznie. Od ostatniej rozmowy telefonicznej zaczął się festiwal omyłek.

We wtorek po 18:00 awizo na przesyłkę dotarło... na adres mojego zameldowania, podany również w banku. Podawanie adresu przez telefon jak widać było mało wiążące. Niestety, poczta pod którą podlega mój rodzinny dom, jest obecnie w remoncie i przeniesiona została do innego lokalu, gdzie czynna jest jedynie do godziny 18:00. Zresztą, zakładałem, że nie może to być mój nowy pupil, przecież adres do wysyłki był całkiem inny - prawda?

w środę było święto, nie było szans na odbiór, nadal wierzyłem, że modliszka dopiero do mnie dotrze. Ja, a zdarza mi się nadawać przesyłki (z tym że nie pocztą...) ze zwierzętami, nigdy nie nadaję nic przed dniami ustawowo wolnymi, by odbiorca miał ponad dobę na odbiór.
W czwartek odebrałem. Po firmowej pieczątce na kopercie już wiedziałem, że będzie dramat. Pobiegłem do rodzinnego mieszkania z nadzieją... która okazała się płonna. Modliszka była martwa, ale za to jak opakowana! W kopertę zabezpieczoną folią bąbelkową wsadzony był pojemnik na mocz z nabitymi otworami wentylacyjnymi... który szczelnie owinięto gazetą i obwiązano taśmą. Cały pakunek był nieomal wodoodporny, a na pewno słabo wentylowany.

Po kilku próbach dodzwoniłem się do sprzedającego, ponieważ i tak już wyszło długo, przytoczę dialog tylko orientacyjnie, by zachować jego sens. Co bardziej zapadające w pamięć teksty przytoczę słowo w słowo.

- Proszę Pana, modliszka dotarła martwa. - zacząłem.
- No i?
- Mam zastrzeżenia do terminu wysyłki i sposobu pakowania.
- Dokładniej? - zgadza się, na dobry początek zostałem poddany przesłuchaniu...
- Nadał Pan paczkę w poniedziałek, wiedząc, że w środę jest święto państwowe. Do tego gazeta i taśma uniemożliwiły wentylacje pojemnika...
- A w czym ma Pan problem? Nadałem w poniedziałek, bo zawsze nadaje w poniedziałek, wtedy poczta ma największe pole do popisu! Czy to do Pana dociera?
- Nie wiem o jaki popis chodzi, ale chyba wiedział Pan, że 11.11 to dzień wolny od pracy? Czemu Pan nie poczekał? Czemu nadał przesyłkę pocztą i to na zły adres?
- Adres wziąłem jaki był w przelewie, a wysłałem taką opcją jaką Pan wybrał. Czy Pan to rozumie?
- Ja nie miałem żadnej możliwości wyboru, podał Pan wyłącznie kwotę...
- W trosce o portfel klienta wybieram najtańszą opcję, mógł Pan wybrać inną. Rozumie Pan?
- JAK skoro nie powiedział Pan jaka jest domyślna? - tu już zdębiałem, bo rozmowa zmierzała chyba w kierunku oskarżenia mnie o wysyłkę nadaną z Łodzi...
- Dostał Pan paczkę we wtorek, trzeba było ruszyć "cztery litery" i odebrać.
Tu wyjaśniłem Panu raz jeszcze, że nic nie informował o wyborze firmy przesyłkowej, że wybrał zły adres, że na poczcie remont, etc.
- To ja to panu WYJAŚNIĘ i PODSUMUJĘ jeszcze raz, bo Pan w ogóle mnie nie słucha i nie rozumie. - usłyszałem w odpowiedzi - Wysłałem Panu paczkę w poniedziałek, ZGODNIE Z REGULAMINEM, wszystko było opakowane jak należy, jakby Pan odebrał paczkę we wtorek, byłoby ok! To Panu nie chciało się chyba odebrać, modliszka leżała sobie na magazynie trzy dni to i zdechła!

- Przede wszystkim - starałem się mówić spokojnie, chociaż mną miotało - niech Pan nie mówi do mnie jak do idioty. Ja to Panu wyjaśnię z mojej strony, bo akurat na wysyłce zwierząt się znam. Zgodnie z regulaminem Poczty Polskiej, nie wolno nadawać zwierząt innych niż pszczoły i ptaki gospodarskie, a i to po uprzednim zadeklarowaniu. Druga sprawa, skoro już zdecydował się Pan na tą firmę, wiedział Pan, że idzie święto i paczka może gdzieś utknąć. Ryzykował Pan już na starcie. Wystarczyło nadać paczkę we wtorek popołudniu, wtedy dotarłaby na czwartek rano i spokojnie mógłbym ją odebrać bez szkody dla zwierzaka.

Słyszałem jak przestawia rzeczy wkoło siebie, jak chodzi po pokoju w nerwach i chyba w końcu pękł. Gdzie się nie obrócił, z tyłu ciągle była... pupa.

- Co Ty pieprzysz człowieku?! - puściły mu nerwy.
- Jak Pan się do mnie odzywa? To jakieś żarty? Czy ja się do Pana odnoszę w taki sposób? - nie ukrywam, cieszyło mnie, że stracił nad sobą panowanie. Dzięki temu wiedziałem, że rozumie, że to nie on ma rację, a ze mną kłóci się dla zasady.
- Ja wszędzie pisze, że daję tylko dobę gwarancji na przeżycie owadów przy wysyłce. Było myśleć.
- Było Pana sprawdzić wcześniej, na terrarium.pl opisują Pana jako oszusta, szkoda, że znalazłem to dopiero przed tym telefonem. Inna sprawa, właśnie patrzę w Pana ogłoszenie na OLX i nie ma tam nic takiego. Przeczytać Panu czy sam Pan sprawdzi?
- Jak tam nie ma, to jest na pewno na allegro. Na allegro pisałem.
- Ale ja nie kupiłem przez allegro tylko przez OLX, a tam nic takiego Pan nie pisze.
- Ile Pan zapłacił za tą modliszkę? Trzydzieści złotych? Nie szkoda Panu pieniędzy na telefony? - tu już zapytał kpiąco, i znów nie udało mu się mnie sprowokować.
- Spokojnie, mam darmowe do wszystkich. Jeśli jednak dla Pana ta kwota jest tak mała, to może niech mi Pan ją odda?
Tutaj on się oburzył, dość komicznie.
- Nie ma takiej opcji! Ja poniosłem koszta wysyłki!
- Za moje pieniądze człowieku. - tu już włączyła mi się rozpacz. Rzecz jasna nad jego nieuleczalnym przypadkiem.
- Nie jesteśmy "na Ty" proszę Pana! I ja nie będę dokładał od siebie. Ja zrobiłem w wszystko w zgodzie z regulaminem! Pan nie zna zasad gwarancji!
- Znam prawo konsumenckie...
- Rzecznik Praw Konsumenta nic tu Panu nie pomoże, jak mam już z tym doświadczenia.
- Rzecznik nie, ale jest jeszcze prawo konsumenckie, cywilne. Prawnik dobierze paragrafy.
- Mogę Panu wysłać druga modliszkę jeśli wyśle mi Pan jeszcze raz 12 złotych na wysyłkę. Tylko tyle mogę zaoferować, bo nie będę dokładał.

- A jak Pan to zamierza zapakować...? - już od połowy dania mi przerwał, monologiem o tym, że wszystko jest moją winą. Dosłownie, bitą minutę nawijał o tym, że cała sytuacja to tylko moje gapiostwo i lenistwo, a on jeszcze musi mnie wysłuchiwać, chociaż wszystko było zgodnie z REGULAMINEM, a on na allegro pisze wszystko.
- Jeszcze raz, jak zamierza Pan ja zapakować? - powtarzałem pytanie cztery razy, zanim dotarło.
- Tak jak zawsze, poczta ma w regulaminie, że może dostarczyć od doby do trzech, ja pakuje zawsze tak, żeby dojechało żywe.
- No to już Pan tak spakował, że po trzech dobach jest martwa.
- Dobra, będzie Pan chciał, to proszę mi przelać pieniądze. Ta rozmowa nie ma sensu.

Cóż było robić? Mogłem się tylko zgodzić i rozłączyć.
Niestety, już nie chcę. Nie od tego Pana. Dodatkowo, nie dam mu zarobić na przesyłce (12 zł za przesyłkę listu priorytetowego z Łodzi do Wrocławia?) i nie pozwolę, by zamęczył kolejne stworzenie swoim hipsterskim podejściem do wysyłek.
Co mi pozostało? Ano, upowszechnić opinię o nim - nie pierwszą negatywną zresztą.

Exo-factory

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 270 (424)

#69587

(PW) ·
| Do ulubionych
W kwestii przeprowadzek...
Zdarza mi się koordynować tego rodzaju akcje. Bywają sytuacje śmieszne, bywają straszne i... takie, których nawet nazwać się nie da w cywilizowanych językach.

Przeprowadzaliśmy domostwo pewnej Pani. Pisze "domostwo", bo "dom" to za krótkie słowo by pomieścić ten metraż.
Domostwo było pełne WIELKICH mebli, drewnianych, kamiennych - ciężkich jak cholera. Noszenie ich było ciężkie, ale układanie było katorgą. Rzeczy przewożone w czasie przeprowadzek układa się jak klocki w Tetrisie, wykorzystuje się wszystkie trzy wymiary, celem jak najdokładniejszego spasowania elementów, by zaparły się o siebie i zajmowały jak najmniej przestrzeni.
Gdy załadowaliśmy połowę samochodu (duży dostawczak, z windą, ale średnio sprawną) przybiega do mnie Pani.

- Ale nie tak! Nie tak ładujcie! Wszystko źle!
Szybko sprawdziłem czy nie obtłukliśmy czegoś czy też nie zmarnowaliśmy cennej przestrzeni kładąc coś niewłaściwie.
- Co się dzieje? - zapytałem świadom, że wszystko co widziałem było ok.
- No układajcie KOLORAMI!
- Jak to, "kolorami"?
- No normalnie, czerwone z czerwonym, zielone z zielonym... No, żebym ja wiedziała co ja mam!

Kompletnie bezsensowne życzenie, dokładające nam wiele niepotrzebnej pracy.

- Wie Pani, to bez sensu. Układając tak jak teraz oszczędzamy sporo miejsca, przez to samochód będzie mniej jeździł i skończymy szybciej...
- Ale tak to ja nic nie wiem, co ja mam. Układajcie jak mówię.
- A zapłaci Pani za dodatkowe kursy?
- YYYyyy? Niby czemu? Już wszystko jest uzgodnione i wycenione przecież.
- Było do momentu gdy nie zaczęła Pani ingerować w naszą pracę...

Pojedynek na spojrzenia trwał dłuższa chwilę.

- No to układajcie jak mówię, albo was pogonię. - zadecydowała w końcu.
- Nie ma problemu. - odparłem i kazałem reszcie rozładować samochód.

Konsensus znaleźliśmy dziesięć minut później. My robiliśmy po swojemu, a Pani pojechała na dłuższe zakupy, by dojechać dopiero na koniec pracy.

Przeprowadzki

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 419 (461)

#69703

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłem na allegro sprzęt survivalowy, pierdołe za sto złotych.
Sprzedający zwlekał dość długo z wysyłką, potem coś na poczcie mu nie wyszło i paczka doń wróciła... Ogólnie straciłem zainteresowanie tematem, sprzęt przestał mi być potrzebny.
Zadzwoniłem do sprzedającego, wyłuszczyłem sprawę i zrezygnowałem z zakupu. Umówiliśmy się na zwrot pieniędzy na konto następnego dnia.
Gdy pieniądze nie dotarły do mnie przez kolejne trzy dni, znów zadzwoniłem. Dialog streszczę do clou.
- Czy wykonał Pan przelew? Nic do mnie nie dotarło.
- A no tak, bo wie Pan, ja już Pana pieniędzy nie mam. - nie słyszałem u niego zmieszania, bardziej irytację faktem, że dzwonie - Miałem wydatki.
- Słucham? Jak to Pan wydał? Nie mógł Pan wydać moich pieniędzy!
- No mogłem, byłem pod ścianą i wydałem.
- Przecież to kradzież.
- Niech Pan to potraktuje jako pożyczkę. - tu ton zmienił mu się na odkrywczo- olśniony.

Wiecie ile przekleństw zmlołem w ustach? Udało mi się jednak uspokoić.
- Ja to jednak wolę potraktować to, jako kradzież i zgłosić na policję...
- Noooo rany boskie, ale Pan robi problemy...
Pieniądze jeszcze tego samego dnia trafiły do mnie na konto.

sklepy_internetowe allegro

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 482 (518)

#67923

(PW) ·
| Do ulubionych
Hoduję gekony, wszelkiej maści i rozmiarów.
Przed sprowadzeniem do domu kolejnego gatunku, zawsze z narzeczoną czytamy o jego potrzebach, wymaganiach i specyficznych cechach. Staramy się by zwierzęta były szczęśliwe i zdrowe - to podstawa.
Dziwię się, że mimo dość wysokich cen (80 do nawet 300 zł za jednego) ludzie nie wyznają podobnych zasad. Wiele z naszych podopiecznych ma za sobą bardzo ciężkie przeżycia. Opiszę trzy przypadki najpopularniejszego gatunku, gekona lamparciego.

Jedna samiczka, Victoria, mimo przebywania u poprzedniego właściciela blisko pięć lat trafiła do nas wygłodzona i z brakującymi końcówkami palców. Gekony tracą je gdy nie dają rady, z braku witamin, wilgotności i sił, ściągnąć wylinki. Gnijąca skóra powoduje martwice tkanek. Gekony takie jak Victoria kosztują, o ile są zdrowe, ok 100-120 zł.
Dwie kolejne samiczki, Sara i Saba, ledwo przeżyły. Wygłodzone, z gnijącą wylinką na ciele i przeszło 4 mm warstwą ropy na oczach, która nie pozwalała im nawet zamknąć powiek. Sara i Saba są gekonami z rodzaju odmian barwnych, więc facet który je tak zaniedbał najpierw wydał na nie co najmniej 300 zł.

Nie mieści mi się w głowie, że ktoś może być tak bezmyślny jak ci ludzie. Jak widać ani dobro zwierząt, ani nawet ich własny interes nic dla nich nie znaczy.

Życie codzienne

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 329 (435)

#67770

(PW) ·
| Do ulubionych
Wykonałem dla pewnej firmy usługę.
Nic wielkiego, dwie godziny pracy we dwóch, dwieście złotych. Rzecz w tym, że umowa pierwotnie obowiązywała na mniejszy zakres robót i, oczywiście, mniejszą stawkę. Dodatkowe atrakcje wyszły "przy okazji" - nie pasowało to ani mnie, ani klientce ale co poradzić?
Wycenione, przyklepane przez klientkę, wykonane.

Przychodzi do rozliczeń i podpisania drugiej umowy, jako że klientka jest w Katowicach, papiery przekazuje mi jej pracownica.
- Proszę sprawdzić czy wszystko się zgadza. - mówi mi.
Sprawdzam więc i od razu znajduje błąd.
- Kwota brutto powinna być kwotą netto.
- Tak? No to dzwonimy do szefowej.
Zadzwoniła, wyłuszczyła sprawę i podała mi słuchawkę.
- No co to ma znaczyć?! - usłyszałem zanim zdążyłem się przywitać.
- Dzień dobry Pani. - odparłem - Też chciałbym wiedzieć.
- Nie mówił Pan, że to są wyceny netto!
- Mówiłem, że to kwota "na rękę".
- No! Czyli z podatkiem!
- Nie, bez podatku. To znaczy tyle samo co netto.
- Bzdury.
- Zresztą, w pierwszej wersji umowy wszystko było ok. Od czterech lat robię takie rzeczy i zawsze podaje kwoty netto.
- Ja wiem lepiej jak Pan mówi. Nic takiego nie było, zawsze i wszędzie są kwoty brutto.
- Gdybym miał tak podawać kwotę, to wyszłyby jakieś ułamki...
- To się zaokrągla w dół! Trzeba być konkurencyjnym.
Westchnąłem.
- Ok, to ja wezmę te pieniądze już jak Pani woli. Tylko proszę szukać sobie kogo innego do współpracy, bo ja rezygnuję.
- Że co?!

Na tym zakończyliśmy rozmowę. Rozłączyłem się, odebrałem kwotę uszczuploną o podatek i wyszedłem - bogatszy o kolejne przeżycie rodem z kabaretu. W sumie, bilet na kabaret podobnych lotów wyszedł by mi drożej.

Życie codzienne

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 310 (444)

#67736

(PW) ·
| Do ulubionych
Wynajęliśmy z narzeczoną mieszkanie.
Okolica trochę parszywa, wystrój wskazujący, że wnętrze nawiedza duch Gierka, ale cena przystępna i jednak w centrum. Gdy się wprowadzaliśmy, właściciel zapewniał, że mieszkanie jest po generalnym przeglądzie. Tak, nie remoncie ale przeglądzie.

Zaraz po przeprowadzce sam wziąłem się za robotę i naprawiłem/wymieniłem wszystko co uznałem za konieczne. Jak to mawiają, atak przyszedł z najmniej spodziewanej strony.

W głównym pokoju wisiał sobie żyrandol-wiatrak. Wisiał przez zimę, wisiał przez wiosnę, w czasie ostatnich upałów włączyliśmy go (nie pierwszy raz, zaznaczam) i wtedy przestał wisieć. Konkretnie rzecz ujmując, spadł, na szczęście nie raniąc ani nas, ani zwierząt.
Zadzwoniłem do właściciela i poinformowałem go o samoczynnej zmianie wystroju. Wiecie co usłyszałem?

- No, to takie jest życie, w końcu spaść musiał. Już rok temu widziałem, że się hak poluzował...

Życie codzienne

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 575 (649)
zarchiwizowany
Koleżanka problem.
Wraz ze znajomymi pracowała na budowie, sprzątając po wykonanych robotach. Umowę mieli ustną, o dzieło. Pracowali pod nadzorem zleceniodawcy Swoją drogą, facet jak na szefa firmy ma ciekawe podejście do tematu, "nic nie wie, nie ma pomysłu, kombinujcie". Wtedy wszystko co robili było "pierwsza klasa".
Gdy przyszło do odbioru obiektu (po którym mieli dostać pieniądze), inwestor stwierdził, że nie jest dobrze posprzątane. Czort wie na jakiej zasadzie i jakim prawem, ale zażądał od zleceniodawcy zmiany metod jakie wykorzystywali w pracy. Zleceniodawca położył uszy po sobie, obdzwonił ludzi żądając ponownego przyjścia do pracy i dokonania zmian. Żadne z nich nie mogło - takie uroki zatrudniania studentów.
Przy wypłacie dowiedzieli się, że "on musiał wziąć innych ludzi do poprawek i im zapłacić, dlatego z pensji urywa po 90 zł, żeby nie być stratnym, bo jego nie stać na takie rzeczy". Potem jawnie przyznał, że przerzuca koszta poprawek na nich, choć prace wykonali dobrze, wedle jego zaleceń. By dodać smaczku, pracowało ich tam czworo, koleżanka jeszcze swoich pieniędzy nie odebrała, jeden z kolegów też, ale zleceniodawca wypłacił jego pensje pozostałej dwójce, najwyraźniej fałszując jego podpis.

uslugi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (154)

#56294

(PW) ·
| Do ulubionych
Tramwaj we Wrocławiu.
Stałem przy biletomacie, opierając się o jego boczną ściankę, zaś przy jego panelu dotykowym stał bardzo dystyngowany Pan.

Wygląd i zachowanie Pana kojarzyły się z najlepszymi, międzywojennymi tradycjami polskiej inteligencji - skórzana teczka, szyty na miarę garnitur, buty na wysoki połysk...
- "Tylko we Lwowie"... - zanuciłem będąc pod wrażeniem aury jaką roztaczał.
Pan najwyraźniej nie tylko wyglądem, ale i duchem, pozostawał w minionej epoce. Usilnie próbował on bowiem kupić bilet przytykając do czytnika karty bankomatowej jakiś biały plastik, w którym rozpoznałem kartę magnetyczną. Takie karty to elektroniczne "klucze" do drzwi np w biurowcach.
- Tą kartą Pan raczej biletu nie kupi. - zauważyłem, mam nadzieje, przyjaźnie.
- Że niby co?! - odparł, wyraźnie sfrustrowany - Niby, k***a, czemu?! To jest karta dostępu do NAJBARDZIEJ LUKSUSOWEGO budynku w mieście!
- Ale opcji kupowania biletu chyba nie ma...
- Pytał cię kto szczeniaku o zdanie? - no i resztki czaru prysły, jak kwas zalany wodą...

komunikacja_miejska

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 685 (881)

#55829

(PW) ·
| Do ulubionych
20 września poszedłem z narzeczoną do sklepu. Mieliśmy już zakupy z innego marketu, dlatego ona weszła na sklep, a ja czekałem przed kasami z siatkami. W czasie gdy ona robiła zakupy, ja zacząłem rozmawiać przez telefon, ze słów pracowników sklepu wiem też, że wtedy ujęto złodzieja.
Gdy narzeczona stała już w kolejce przy kasie, ja zauważyłem, że przeciwległe stanowisko jest wolne, nie kończąc rozmowy zawołałem ją i pokazałem palcem by i ona to zauważyła.
Po chwili, między mną a przechodzącą obok mnie KIEROWNICZKĄ sklepu wywiązał się następujący dialog:

- A Pan niech pamięta, że nawet próba kradzieży jest przestępstwem!
- Słucham?!
- Dobrze Pan wie o czym mówię! Kradzież to przestępstwo!
Po czym weszła na sklep i zniknęła na zapleczu.

Całą rozmowę słyszało sporo osób będących dookoła, w tym moja sąsiadka.
Gdy moja narzeczona skończyła zakupy, zostawiłem ją z siatkami i poprosiłem o wywołanie kierowniczki. W krótkiej rozmowie wyjaśniła co następuje:

- jestem podobny do złodzieja, więc to na pewno mój brat,
- rozmowa przez telefon i wskazywanie palcem jest oznaką „dawania cynku” złodziejowi gdzie ma uciekać,

Na moje wzburzenie powiedziała tylko „no to ja Pana przepraszam, ale też mam prawo się zdenerwować”.
Przez następne dni plotka o moim rzekomym złodziejstwie rozeszła się po okolicy. W sąsiedztwie mieszka sporo emerytów, dla wielu z nich stałem się synonimem zła.

22 września zgłosiłem sprawę na infolinię.
Przeproszono mnie firmową regułką, obiecano zbadać sprawę i odnieść się do mojej prośby o pisemne wyjaśnienie sprawy i powieszenie kopii w feralnym sklepie. Dodatkowo poinformowano mnie, że mają dwa tygodnie na wymyślenie co z tym fantem zrobić
Mimo moich monitów, przypominania się i informowania, że cała ta sytuacja zszargała moja dobrą opinię, w sprawie nie zrobiono nic przez prawie dwa tygodnie.

03 października dostałem odpowiedź... że sieć zgadza się, że takie zdarzenie miało miejsce!
Przez cały czas czekania na tą niezwykle odkrywczą wiadomość, moje grzechy urosły na nawozie z plotek tak bardzo, że niektórzy nie mieli problemu by prosto w oczy powiedzieć mi, za kogo mnie mają i co powinno się ze mną zrobić.
Ponownie zażądałem pisemnych przeprosin, to co usłyszałem sprowadzało się do „przekaże sprawę dalej, mamy 14 dni by ustosunkować się do Pana zgłoszenia”.

14 października, po kolejnej scysji z obcą dla mnie osobą, która "lepiej" wiedziała z czego się utrzymuję (w domyśle, z kradzieży, rozboju i gwałtów zapewne) nie wytrzymałem i ponownie zadzwoniłem. Okazało się, że… jest już dla mnie odpowiedź, a brzmi ona „Wyślemy Panu ten papierek”.
Na pytanie o wywieszenie kopi w sklepie Pani z infolinii powiedziała tylko „w sumie nie wiem czemu do tego nikt się nie odniósł, przekażę tą sprawę dalej.”

DZIŚ znów dzwoniłem na infolinię. Okazuje się, że pismo wysłano do mnie 14.10, ale ono do mnie nie dotarło. O odpowiedzi na temat wywieszki nikt nic nie wie. Co prawda konsultant proponował kolejne zgłoszenie, ale na cholerę mi to już teraz?
Po takim czasie mogliby przysłać mi tu całą radę nadzorczą w pokutnych workach i na kolanach, to już i tak niczego nie zmieni. Wychodzi na to, że w firmie nie ma nikogo kto by wziął odpowiedzialność za ten bajzel.
Okopali się ludźmi z callcenter, każą im klepać wyświechtane formułki, zbierać baty które im się należą i mają gdzieś te skargi.

Biedronka

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 335 (679)