Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Shizoid

Zamieszcza historie od: 19 stycznia 2015 - 20:53
Ostatnio: 1 maja 2016 - 20:32
  • Historii na głównej: 13 z 14
  • Punktów za historie: 6660
  • Komentarzy: 22
  • Punktów za komentarze: 30
 

#66888

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja pierwsza historia opowiadała o chęci czynienia dobra i jej fatalnych skutkach. Ta będzie podobna, a piekielnym jestem ja.

Zaplanowałem zrobić w mieszkaniu generalny remont, łącznie z wywaleniem ścian działowych i całkowitą przebudową pomieszczenia. Oczywistym było, że będzie to trwać, że będzie głośno, że będzie brudno. Poinformowałem wszystkich sąsiadów i w ramach przeprosin kupiłem każdemu butelkę wina. Sąsiad z góry (ok. 70 lat) nie chciał początkowo jej przyjąć, ale wziął. Ja na czas remontu się wyprowadziłem.

Remont się skończył, wróciłem do mieszkania. W pewnej przypadkowej rozmowie z sąsiadką dowiedziałem się, że ów sąsiad z góry był trzeźwiejącym alkoholikiem. Nie pił kilkanaście lat. Ostatnio zaczął pić ponownie, od czasu, gdy rozpoczął się remont... Mam pięknie wyremontowane mieszkanie i czuję się jak gnida.

Chcieć dobrze

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (184)

#66939

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest takie miejsce w nowych autobusach przeznaczone na wózki dziecięce i inwalidzkie. Gdy wchodziłem do autobusu, przepchnęła się baba. Starsza, energiczna kobieta z siatami bóg wie czego i zaczęła wypatrywać ofiary. Stanęła na młodym chłopakiem siedzącym tuż przy wózku inwalidzkim, na którym siedziała młoda dziewczyna.

Stara zaczęła sapać i szturchać chłopaka siatkami. Wreszcie wypaliła – „Może byś tak ustąpił starszej kobiecie?”. Chłopak wstał, baba się wgramoliła na jego miejsce.

Parę przystanków dalej...

Chłopak idzie do kierowcy i prosi o rozłożenie podjazdu dla inwalidów. Wyprowadza dziewczynę na wózku, odwraca się do baby, podwija spodnie, pokazuje jej dwie protezy zamiast nóg i mówi:

- Życzę pani miłego dnia.

Empatia

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 395 (501)

#66083

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałem poprzednio o smrodzie i wróciło wspomnienie.

Lata 80’.

Nasz pies, znaczy suka, rasy bokser (Gusia). Kochane wielkie bydlę, ale ze swoim psim niepojętym światem i odchyłami, których nie udało się moim rodzicom oduczyć (rodzice wzięli ją od ludzi, którzy zupełnie sobie z nią nie radzili). Sikanie na łóżko i masowa eksterminacja okolicznych kotów, to było jej hobby. Kolejnym było tarzanie się w padlinie i gdy tylko wyniuchała porządnie zgniłą padlinę, to dla niej były najlepsze perfumy. Piekielny, kochany pies.

Często z rodzicami i oczywiście z psem, gdy tylko przyszedł sezon, jeździliśmy na grzyby. Lasy Sobiborskie, pełne grzybów, niezbadanych do końca historii, a czasem i jakiegoś truchła. Na przykład takiej sarny – dla Gusi pełen wypas. Wysmarowała się tym gnijącym mięsem od czubka nosa do końca jej krótkiego ogona. Potem, zanim się ją zobaczyło między drzewami, najpierw było ją czuć.

Cóż, zaczynało się ściemniać, czas wracać do domu – kilkanaście kilometrów jazdy maluszkiem z psem walącym tak, że łzy płynęły. Do domu! Jak najszybciej! Wszystkie okna pootwierane na oścież, gaz do podłogi i jazda, jakoś wytrzymamy. No ale niestety, jak pech, to pech. Maluszek zapierdzielający 130 km/h, z moją szanowną rodzicielką za kółkiem, został zhaltowany przez panów z MO. Pan milicjant ładnie zasalutował i się przedstawił, spytał: „A co pani tak szarżuje” i wkładając łeb do auta już zaczyna prosić o prawo jazdy. Wystarczyły dwa wdechy. Nagle wyprostował się wyglądając dość niewyraźnie, odsalutował i stwierdza: „Proszę jechać”. No to pojechaliśmy.

Czasem w środkach komunikacji miejskiej można spotkać potwornie śmierdzącego menela, zazwyczaj ma dokoła siebie mnóstwo wolnego miejsca. Inkarnacja Gusi? A może totalny smród jest sposobem, by wszyscy Ci dali święty spokój?

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 271 (319)

#71859

(PW) ·
| Do ulubionych
Od gryzienia się w język mam już blizny a i tak wciąż mi się zdarza palnąć coś jak gupi i cham. Bo i czemu winna ta biedna panienka z pocztowego okienka? No, może gdyby była trochę mniej naburmuszona to nasza rozmowa potoczyłaby się inaczej, a tak?

Jak przystoi gupiemu chamowi, płacę rachunki w sposób zacofany i tym samym utrudniam ludziom życie. Nie płacę telefonem, nie płacę przez internet, nie płacę kartą. Jak neandertalczyk wypełniam polecenia przelewu, idę na pocztę i płacę gotówką. Druki dostaję na poczcie.

- Ten druk jest źle wypełniony.
- Ale... gdzieś się pomyliłem?
- To jest, proszę pana, zły druk.
- Zły?
- Tak, zły. Ten ma za dużo kartek.
- To proszę wyrzucić te niepotrzebne kartki.
- Nie mogę, bo tu są dane osobowe a ja nie mam niszczarki.
- ...
- Proszę wypełnić jeszcze raz i nie blokować kolejki. Można też płacić przez internet.
- ...²

Normalnie bym westchnął, wziął nowe druki, wrócił do domu, zapłacił następnego dnia. Ale akurat ten dzień nie był dniem na Zen. Zen poszedł się jeb*ć. Włączył się jad i ogólna pogarda dla świata. Gdybym miał w ręku coś ostrego lub ciężkiego to od razu bym to oddał lub wyrzucił, by nie zrobić komuś krzywdy.

- Czyli te druki są złe?
- No, mówiłam przecież.
- I mogę płacić przez internet?
- No, tak.
- Po pierwsze: dzięki ludziom, którzy nie płacą przez internet, ma pani pracę. Po drugie, druki dostałem na tej poczcie. Po trzecie, może pani oddać mi nadprogramowe druki i nie potrzebuje pani niszczarki. Po czwarte, to pani blokuje kolejkę tworząc bezsensowne problemy i zachowuje się tak jakby się jej okres spóźniał.

Najpierw się zapowietrzyła. Potem zacisnęła oczy. Poryczała się i uciekła na zaplecze.

Wziąłem nowe druki, wracam tam jutro. Może z taśmą na gębie...

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (448)

#68307

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność niezamierzona, ale jednak.

Pracowałem niegdyś w telewizji, w dziale zajmującym się scenariuszami. Gdy zacząłem tam pracować, dostałem biurko w pokoju dla sześciu osób, z czego, po moim pojawieniu się, cztery były wciąż puste. Dwie osoby, które w tym pokoju już pracowały, zajmowały się głównie ramówką, ale, nazwijmy go Paweł, miał również za zadanie sprawować kontrolę jakości tłumaczeń dla lektorów. Wiązało się to z kontaktami telefonicznymi z tłumaczami list dialogowych do wszelkiej maści zagranicznych filmów i seriali. Niby nic wielkiego, ale...

Powoli ogarniam nowe obowiązki, skupiam się na swojej robocie, gdy nagle słyszę Pawła rozmawiającego przez telefon. Normalnie nie zwraca się uwagi na cudze rozmowy, trudno jednak ich nie usłyszeć gdy wyglądają one mniej więcej tak:

- Zero osiem, dwadzieścia sześć – fiucie. Jedenaście, trzydzieści osiem – nie pie*dol. Dwadzieścia dwa, zero trzy – przy*ebię ci...
I tak, beznamiętnym głosem przez dobrych parę minut. Za pierwszym razem przeżyłem szok.

Oczywiście, łatwo się domyślić, że była to tylko korekta dialogów do filmu, który ma być emitowany przed godziną 23.00. Z czasem się przyzwyczaiłem. W naszym pokoju jednak, z racji kilku wolnych biurek, pojawiały się różne osoby zaproszone z zewnątrz (gdy wszystkie sale konferencyjne były zajęte). Min tych nieświadomych gości nigdy nie zapomnę, zwłaszcza tych, którzy właśnie wchodzili do pokoju w trakcie litanii naszego Pawła.

Taka praca

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 337 (451)

#68208

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyjechałem kiedyś z grupą znajomych na wakacyjny wypad na działkę mojego przyjaciela. Odludzie nad Bugiem, ładny i wygodny dom, piękna pogoda, normalnie sielanka. Było nas z dziesięć osób, wśród nich – nazwijmy go Maciuś. Młody, piękny pseudometal z włosami do pasa. Byłby spoko koleś, gdyby nie to, że non stop podpijał mi piwo, wystarczyło odłożyć gdzieś na chwilę butelkę, by ta magicznie znikała. Po krótkim śledztwie szybko rozgryzłem na czym polega ta magia.

Może bym się nawet specjalnie nie wkurzył, gdyby nie to, że najbliższy sklep znajdował się dwa kilometry dalej, przez pola w linii prostej, a Maciuś jakoś nigdy nie kwapił się do brania udziału w uzupełnianiu zaopatrzenia. Poza tym kilka osób też zwróciło uwagę na zbyt szybko parujące napoje. Naturalnie powstał plan, oczywisty plan...

Tej nocy, w czwórkę, nasikaliśmy do butelki po piwie i postawiliśmy ją na półce z książkami – w dość bezpiecznym i „prywatnym” miejscu. Nadszedł ranek, wszyscy się powoli budzą, wstaje też Maciuś. Dość szybko zlokalizował nasze „piwko”, zauważył że nikt się nim nie interesuje i jak gdyby nigdy nic, wziął porządnego grzdyla. Zrobił cierpką minę i patrząc na butelkę wybąknął: „Jakieś zwietrzałe...”. Potem zobaczył kilka par wlepionych w niego oczu, oczu pełnych powagi, oczu ludzi, którzy za wszelką cenę próbują nie wybuchnąć śmiechem. Do Maciusia w końcu dotarło. Jego rzyganie słychać było dobrych paręnaście minut.

Jeszcze tego samego dnia Maciuś sam targał kratę piwa, dwa kilometry, przez pola, z własnej woli.

Młodości ty nad poziomy...

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 647 (745)

#66986

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponoć dobry sex jest wtedy, gdy to sąsiedzi wychodzą po wszystkim na papierosa. Ostatnio palę więcej...

Nie no, cieszę się z dobrego pożycia moich sąsiadów. Są młodzi, niech płodzą. Wolę orgazmiczne krzyki niż płacz dziecka, które się wkrótce urodzi. Brzuszek mamy już jest okrągły i już poczułem jak dzieciak kopie. Lubię tych ludzi, nawet jeśli zdarza im się w nocy hałasować.

Wczoraj na każdym piętrze mojego bloku, na drzwiach windy, na drzwiach wejściowych i na drzwiach owych sąsiadów (przybite gwoździem) pojawiły się kartki. Krótko mówiąc – oskarżenia o orgie, dziwkarstwo i ogólne wyrazy braku szacunku. Wywiesił je mój sąsiad, mieszkający tuż obok mnie. Miłośnik odpalania wiertarki udarowej o szóstej rano. Ot. To tyle. Idę po papierosy.

Życie w bloku

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 322 (452)
zarchiwizowany

#66885

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Końcówka zeszłego stulecia. Pierwsza klasa liceum. Nowi ludzie, nowi nauczyciele, nowe środowisko i powolna adaptacja. Dla mnie niestety dość niefortunna.

Wrzesień był wyjątkowo ciepły, tak że t-shirty i koszule z krótkim rękawem były na porządku dziennym. Tego dnia, przed lekcjami, miałem robione badanie stężenia glukozy – mój ojciec był cukrzykiem, więc i ja co kilka lat robię sobie kontrolę. Teraz pobierają krew z palca, ale w tamtych czasach była igła, strzykawka i krew ze zgięcia łokciowego. Polegało to na tym, że wypijało się szklankę rozpuszczonej glukozy i co piętnaście minut oddawało próbkę krwi. Sześć razy.

Po badaniu pojechałem do szkoły z pięknie pokłutymi rękami. Podczas jednej z lekcji zwróciła na to uwagę moja polonistka (wredna suka) i zaczęła mnie przy klasie wyzywać od narkomanów. Moje tłumaczenia na nic się nie zdały. Zanim dojechali do szkoły wezwani rodzice, zostałem skreślony przez dyrektorkę z listy uczniów i praktycznie wywalony ze szkoły. Dopiero po kilku dniach, gdy przyniosłem wyniki badania jako dowód, że to nie zabawa w „kompot”, po ogromnej awanturze, dyrektorka zrobiła łaskę i przywróciła mi prawa ucznia, ba, nawet burknęła przepraszam!

Niestety, łatka „narkomana” przylgnęła na stałe. Z ludźmi z mojej klasy, po jakimś czasie, zacząłem się nieźle dogadywać, choć zawsze byłem dla nich frikiem, ale czego bym nie zrobił, przez trzy lata nauczania przez wspomnianą polonistkę (na czwartym roku została zastąpiona), co semestr pisałem egzamin komisyjny z polskiego.

Gdy zdałem maturę, na której owa polonistka starała się mnie za wszelką cenę uwalić, wysłałem jej ciasto i kartkę z życzeniami. Życzenia były tak bardzo miłe, że nie wierzę żeby nie mogła dostrzec sarkazmu, a ciasto... To był makowiec.

Liceum XX wieku

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (219)

#66168

(PW) ·
| Do ulubionych
Na początku studiów zamarzył mi się rower, taki trochę lepszy niż Wigry 3 czy Jubilat, które miałem w dużo wcześniejszej młodości. Udało mi się nazbierać trochę złociszy i kupiłem od znajomego używanego „górala”. Jak na tamte czasy – cudo. Śmigałem nim na uczelnię, jeździłem po lesie i do znajomych, miło, fajnie, przyjemnie. No i dbałem o niego, czyściłem, naciągałem hamulce. Problem był tylko z przechowywaniem moich dwóch kółek. Jedyne miejsce, gdzie mógł stać, to tak zwana „wózkarnia” – zamykane na klucz pomieszczenie w mojej czteropiętrowej klatce.

Pewnego dnia jechałem do kumpla. Droga przez las, potem willowe osiedle. Gdy dotarłem do tegoż osiedla zaczęły się chodniki, krawężniki... Żeby nie pędzić po chodniku, postanowiłem zeskoczyć na praktycznie nieuczęszczany asfalt. Podrywam rower i czas zwalnia jak w grze „Max Payne”. Widzę siebie na lecącym kilkanaście centymetrów nad ziemią rowerze, widzę odpadające przednie koło odbijające się od asfaltu pół metra przede mną, widzę widelce wbijające się w asfalt, potem niewiele widzę, ale słyszę... śmiech...

Pierwsza piekielność: ktoś z mojej klatki poluzował mi śruby w kołach, nie ukradł, nie poprzecinał opon, tyko poluzował... Domyślałem się kto, ale nie złapałem za rękę, zatem sprawy nie było.

Dużo piekielniejsze było to, że gdy wygrzmociłem w asfalt i powoli dochodziłem do siebie, jakieś pięć metrów ode mnie stali ludzie i pękali ze śmiechu. A stali tuż przy wejściu do apteki! Załatwienie kawałka bandaża i trochę spirytusu nie byłoby dla nich żadnym problemem, ale nie! „Bu ha ha ha, ale się wy**bał!”... Na szczęście nic poważnego mi się nie stało. Wybity palec, rozcięta dłoń i niewielkie obtarcie na głowie. I gorycz.

Do kumpla miałem już tylko jakieś sto metrów. Doczłapałem się upokorzony, obolały, z kołem w krwawiącej dłoni, z resztą roweru w drugiej i z cichnącym za moimi plecami, nieustającym śmiechem.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 659 (763)

#66082

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z jajem.

Na moim osiedlu znajduje się niewielki sklepik, pół-samoobsługowy. Większość produktów podają ekspedientki, ale jest też chłodziarka, z której bierze się do koszyka rzeczy samemu. Są tam różne serki, twarożki, mleko, soki „jednodniowe” i różne takie. Są też jajka.

Robię tam zakupy praktycznie codziennie, zawsze wszystko świeże, w miłej atmosferze, z dziewczynami za ladą jesteśmy praktycznie na „ty”, z właścicielem też nieraz udało mi się pogadać. Miło, przyjemnie, wygodnie, bo blisko z siatami do domu. A ostatnio w tych siatach, między innymi pół tuzina jajek w kartonowym pudełku, coby sobie jajecznicę na śniadanie zrobić.

Następnego dnia zabieram się za robienie jajecznicy. Boczek pokrojony, szczypiorek pokrojony, patelnia się grzeje – czas wbić jajka do szklanki i śniadanie zaraz będzie „podano”. Biorę jajko, uderzam w nie nożem i... jajo eksploduje. Eksploduje na wszystkie strony zielonkawą galaretą, fragmentami skorupki i niesamowitym smrodem. Ja w szlamie, kuchnia w szlamie, fetor taki, że ledwo powstrzymałem wymioty. Po pierwszym szoku – szybka akcja ratunkowa: ściągnąć ciuchy i cisnąć je na balkon, pootwierać wszystkie możliwe drzwi i okna, a potem, na golasa, na wdechu, zacząć zmywać tę przypominającą smarki, śmierdzącą maź. Jak najszybciej, bo gdy zaschnie, to będę miał poważniejszy problem.

Uff... Posprzątane. Ciuchy w pralce, ja w wannie. Wietrzenie trwało dobrych kilka godzin.

Jeszcze tego samego dnia skoczyłem z resztą jajek do mojego sklepiku, trzymając pudełko jakby to była nitrogliceryna (wydrukowany na pudełku okres przydatności do spożycia twierdził, że jajka są ok) i opowiedziałem ekspedientce, co się wydarzyło, że może powinni sprawdzić partię, czy coś. Ta zrobiła wielkie oczy i skoczyła po właściciela, który akurat był na zapleczu. Szef szybko przyszedł, wysłuchał, oddał pieniądze i w głębokiej zadumie powiedział: „Dziwne, to już drugi taki przypadek w tym tygodniu”...

Minął jakiś czas. Robiłem kolejne zakupy, gdy zagadnęła mnie ekspedientka: „A pamięta Pan tę historię z jajkami? Jeszcze kilka osób przyszło z identycznym problemem. Szef przejrzał monitoring. I co zauważył? Jakiś gnojek podmieniał jajka, wyjmował jedno z kieszeni i wkładał do pudełka!”.

Wszyscy w sklepie zaczaili się na chłopaczka (15 lat) i w końcu go dorwali. Była policja, szybkie zapoznanie się ze sprawą, chłopaczek przyznał się na miejscu rzucając w pewnym momencie (obrona doskonała), „Bo te k***y nie chciały mi sprzedać piwa!”

Wróżę dzieciakowi świetlaną przyszłość: ambitny, zawzięty i przede wszystkim cierpliwy. Kupił jajka, odczekał, aż się popsują i przeprowadził swój „Mały Sabotaż”. Szacun. A ja wciąż czuję lekki dreszczyk emocji, gdy rozbijam jajko.

sklepy

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 820 (842)