Ciekawa jesteś, kto tu był piekielny, powiadasz? Moim zdaniem nikt. Ja tu piekielności nie widzę, widzę życie, ot, po prostu, jako-tako się układające.
"Rodzeństwo ma poczucie krzywdy, że Kalina ich naciągnęła." Niesłusznie. To, co się tam odbyło, nazywa się negocjacje, a nie naciąganie. Na tym polega kompromis: ja mam swoje racje, ty masz swoje, spotykamy się pośrodku i żadne z nas nie jest w pełni zadowolone. Ponadto zauważ, że rodzeństwo dopłaciło do proponowanej kwoty mniej niż Kalina odpuściła od proponowanej kwoty.
"Kalina ma im za złe, że wymienili bramę, zamki i ona już tam nie ma wstępu, nie jest zapraszana na rodzinne zjady, nawet gdy zapraszane są jej dzieci." Niesłusznie. Nie można rościć sobie pretensji do bycia częścią rodziny, jeśli samemu się tę rodzinę opuściło i jeszcze na dodatek występowało jako oponent w sprawie wykupu domu. Dzieci z Antkiem się nie rozwiodły* i ceny domu nie negocjowały.
Nie wiem, jak świeża jest ta sprawa. Teraz drogi Kaliny i rodzeństwa Antka naturalnie się rozejdą. Minie czas, opadną emocje. Obu stronom radzę nie hodować w sobie żalu, złości, poczucia krzywdy ect. Szkoda na to życia. Ot, było, minęło, nie wróci.
*Używam tego słowa jako skrótu od wyprowadzki i znalezienia nowego partnera, nawet jeśli formalnego rozwodu nie było.
Chyba najlepiej opis knajp z historii po prostu powtórzyć komuś, kto prosi o polecenie. Mając komplet informacji ludzie sami sobie zdecydują i ewentualne pretensje będą mogli mieć tylko do siebie. (Co nie znaczy, że przestaną marudzić, maruda zawsze powód sobie znajdzie.)
Ale się oberwało w komentarzach za sam nick. Ja nie zamierzam dochodzić, czy historia jest prawdziwa, bo i tak nie dojdę, autor (i tylko on) przecież doskonale wie czy zmyślił.
Ja tu widzę dwóch piekielnych bohaterów, w tym jednego zbiorowego.
Po pierwsze, kolega autora. Nie, nie dlatego, że postanowił* bawić się bez alkoholu. Nawet nie dlatego, że nie powiedział o tym gościom (może pomysł padł za późno, dawno po wysłaniu zaproszeń i potwierdzeniu przybycia; może panna młoda jako pomysłodawczyni wzięła informowanie gości na siebie i z jakichś względów nie dotarła do niektórych gości od strony pana młodego). Piekielna jest ta uwaga "jakbym wam powiedział wcześniej, to byście nie przyszli". Wiecie, ja za kołnierz nie wylewam, ale i w sytuacjach, gdzie o alkoholu mowy nie ma umiem się zachować. Gdyby mnie zaproszono na wesele nic nie mówiąc, że czegoś zwyczajowo podawanego na weselach (np. alkoholu czy ciast) nie będzie, to bym założyła, że będzie. I też bym pewnie zagadnęła do gospodarza, że "o, a co to, ciasta nie ma?" + uśmiech nr 5, bo może właśnie jest, tylko gdzieś na bocznym stoliku i nie zauważyłam? I w takiej sytuacji naprawdę wystarczy mi odpowiedź "ano nie ma, to był pomysł panny młodej/pana młodego/wujka Zbyszka", bez dodawania "jakbyś wiedziała, to byś nie przyszła". A teraz zamieńcie ciasto na alkohol. Rozumiecie, do czego piję? Taką uwagę naprawdę ciężko odczytać inaczej niż "mam cię za ochlejmordę, który szuka tylko okazji do umoczenia dzioba". I skoro kumpel tak postrzega dzikiegodzika (i trzech znajomych)... to w sumie czemu dzikidzik & friends mieliby mu udowadniać, że jest inaczej? W tym wyjściu do baru widzę takie "oczekujesz, że zachowamy się jak ochlejmordy? a proszę bardzo".
Po drugie bohater zbiorowy, czyli pozostali goście, którzy przyszli do baru, a do których opisana powyżej uwaga nie była skierowana. Ci faktycznie porzucili imprezę, że względu na brak alkoholu czy atmosferę stypy. A to już JEST zachowanie ochlejmordy. Nad którym rozwodzić się nie będę, jego piekielność wszyscy widzą.
*Nawet jeśli pomysł wyszedł od panny młodej/jej rodziców, to przecież pan młody w ten czy inny sposób musiał ów pomysł zaaprobować.
@szafa: Już tłumaczę: dla mnie osobiście zadanie pytania o niezobowiązujący seks nie jest piekielne, o ile pytający liczy się z faktem, że może otrzymać odpowiedź odmowną. Być może Damian ma podobne podejście i dla niego takie pytanie niczym nie różni się od propozycji dowolnej innej wspólnej aktywności typu, nie wiem, wyjście na gokarty czy partyjka szachów. Jednocześnie jednak zdaję sobie sprawę, że istnieje grupa ludzi, którzy takie pytanie uznaliby za osobistą obrazę. I ci mogą zareagować różnie, włącznie z fizycznym atakiem. Że nie mają logicznego powodu? Kibole też nie mają logicznego powodu do atakowania ludzi, a to właśnie robią. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby kibic Wisły Kraków* nie chciał się chwalić swym hobby przed kibolami z Cracovii*; analogicznie nie dziwi mnie i zachowanie Damiana. Moje stanowisko jest takie, że lepa się NIE NALEŻY ani Damianowi, ani kibicowi z mojego przykładu, co niestety nie oznacza, że się jej nie dostanie. Tak, czasem można w ryj dostać za powiedzenie czegoś, co obiektywnie NIE JEST piekielne.
*W zależności od preferencji sportowych możecie zamienić kluby, to tylko przykład.
@hrzo: Stety niestety muszę podkreślić pierwszą połowę ostatniego zdania. Znałam profesora, który postanowił ciąć studentów jak żyleta w odwecie za ich spóźnialstwo na wykładach (studenci co prawda akademickiego kwadransa nie przekraczali, no ale profesor cenił sobie punktualność i jej brak karał sadzaniem w oślej ławce). I też był przekonany, że może. Szczegółów nie znam, ale wskutek ankiet wykładać mu zabroniono.
Studenci nad wykładowcą mają przewagę liczbną. Jak napiszą w ankietach nieprawdę, to dziekanat czy rektor prędzej uwierzą, że prowadzący faktycznie postępował jak opisano w ankietach, teraz zaś nieudolnie się broni, niż że cała grupa się zmówiła (zwłaszcza jak ludzi w niej dużo).
Ja już dzięki byciu starostką samej tylko grupy ćwiczeniowej doszłam do wniosku, że jak chcemy cokolwiek odrabiać, to termin odrabiania ma być WCZEŚNIEJ niż pierwotny termin zajęć odrabianych. Dzięki temu nie ma takich właśnie sytuacji jak opisana w historii (a jeśliby się zdarzyła, to prowadzący na 99% przymusiłby nas do przyjścia w pierwotnym terminie) - ludzie pomarudzą, ale przyjdą. A jacy zadowoleni potem, jak już mają odrobione to, co właśnie przepada :D No ale fakt faktem, że w moim przypadku mowa o stacjonarnych i termin łatwiej znaleźć.
@elendu: Przykro mi z powodu Twojej astmy alergicznej. Naprawdę. Chciałabym, żebyś jej nie miała i szkoda, że moje "chcenie" nie ma na nią żadnego wpływu.
Ale Twoja astma alergiczna nie jest powodem do wprowadzenia zakazu palenia.
Astma alergiczna mojego znajomego uczulonego na sieść nie jest powodem do wprowadzenia zakazu posiadania psów domowych.
Moja własna alergia (słabsza od Twojej, dziękować Bogu) na pyłki brzozy nie jest powodem do wycinki tych drzew.
A przecież w każdym przypadku mowa o zwykłej fanaberii. Palacze mogą rzucić nałóg, psiarze mogą się pozbyć zwierzaków, właściciele brzóz mogą je wyciąć i wylać beton. W każdym przypadku wymaga to czasu i zachodu. Ale czy poparłabyś zakaz posiadania psów i obowiązek wycinki drzew?
Z ciekawości: dawno się ta historia wydarzyła? W sensie w czasach przedinternetowych czy już później?
Damianowi się nie dziwię: jakby zapytał Ciebie wprost, to być może dostałby z tzw. liścia. Pytając Magdy prawdopodobnie zakładał, że ta odpowiedzi na pytanie znać nie będzie (no bo jakie były szanse, że zawczasu uzgodnisz z koleżanką, co ma odpowiadać na propozycje niezobowiązującego seksu ze znajomymi składane za jej pośrednictwem?), zatem uda się do Ciebie i pytanie przekaże. Będziesz chętna, to sama przyjdziesz; nie będziesz, to najpewniej całą sytuację zignorujesz. Szanse, że mu się oberwie niewielkie.
Swoją drogą jak dla mnie niezbyt piekielna ta historia. Ot, chłopak zapytał, dostał odpowiedź odmowną i tyle. Piekielne byłoby strzelanie fochów, zabawy w stalkera czy nieprzyjmowanie odmowy do wiadomości, ale o tym słowa w historii nie ma.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 3 maja 2024 o 9:55
@Brzeginka: Przepraszam, faktycznie niepotrzebnie "wywołałam Cię do tablicy", bo też i nie chodziło mi o rozpowszechnianie bzdury, jakoby palenie było nieszkodliwe, tylko ogólnie o sprzeciwienie się tezie, że palenie powinno być zakazane z powodu szkodliwości.
@Brzeginka: Jak już chcesz wliczać koszty społeczne, to może doliczysz też, że jak palacz umrze na raka, to państwo nie będzie musiało mu emerytury wypłacać? Poza tym – serio? Chcesz zakaz palenia opierać na argumencie generowania niepotrzebnych kosztów dla państwa? To ja – rozwijając tę ideę – postuluję:
a) zakaz sprzedaży fast foodów osobom ważącym więcej niż ustawa przewiduje, ot kasjer w jadłodajni pod złotymi łukami będzie prosił o wejście na wagę tak jak sprzedawca w owadzie w kropki o pokazanie dowodu przy zakupie energetyków – bo niby czemu podatnik ma potem płacić na leczenie zawałowca, który miał fanaberię odżywiać się smacznie a niezdrowo?
b) zakaz sprzedaży słodyczy osobom poniżej 18 roku życia – jak wyżej, podatnik ma płacić za leczenie próchnicy, bo dzieciak miał fanaberię zjeść lody czy tam inną czekoladę?
c) zakaz uprawiania sportów grożących kontuzją typu narty, piłka nożna czy sztuki walki; zamknięcie boisk, klubów, stoków – czemu podatnik ma płacić za leczenie urazów, które powstały, bo ktoś miał fanaberię się boksować lub szusować po stoku? Jeszcze przy okazji problem kiboli robiących rozróby bo któryśtam klub przegrał zniknie, popatrz.
d) obowiązek badań prenatalnych i obowiązkową aborcję przy najmniejszej szansie wystąpienia wad u płodu – w końcu jest ryzyko, że takie dziecko będzie tylko niepotrzebnym kosztem dla państwa, a co podatnika obchodzi, że ktoś ma fanaberię zostać rodzicem? W końcu niektórzy dzieci nie mają i żyją, nie?
Zmodyfikowano 2 razy Ostatnia modyfikacja: 27 kwietnia 2024 o 11:42
@aikido: E? Co to za argument niby? A jak na „moją” alejkę osiedlową dzieci, młodzież i ciężarne nie zaglądają, bo upodobały ją sobie około trzydziestoletnie Sebixy, to tam już można palić? Innych można truć, bo tylko kwiat młodzieży oraz narodzone i nie „dzieciomtka” to jakiś lepszy rodzaj człowieka? No bo jeśli tak nie uważasz, to skąd to wyszczególnienie?
„Co Wam w tych papierosach tak imponuje? To nie ma absolutnie ŻADNYCH korzyści” – no cóż, jeśli nie było to pytanie ironiczne i naprawdę chcesz wiedzieć, czemu ludzie palą, to wyjaśniam:
– część ma nadal takie myślenie, że palenie jest fajne, że palący facet jest męski ect. Prawdopodobnie większość z nich nie umiałaby nawet powiedzieć, skąd u nich to przekonanie. Ot, jeden facet uważa, że prawdziwy macho powinien zapuścić brodę, a inny, że powinien palić;
– część chce mieć w robocie dodatkową przerwę (tzw. „na dymka”). Tak, w niektórych miejscach nadal ten zwyczaj funkcjonuje. (Można się zżymać, ale równie dobrze można się zżymać na inne zwyczaje typu napiwki dla kelnerów czy kwiatki na Dzień Nauczyciela.);
– część jest nieśmiała, albo wręcz przeciwnie – towarzyska, a dzięki paleniu łatwiej jest zawrzeć nową znajomość. Od razu wiadomo, że ma się ze sobą coś wspólnego (nałóg; miejsce pracy – w końcu mało który palacz gania pod sąsiedni zakład na dymka, no chyba że właśnie do innych znajomych-palaczy); łatwo o wzajemne przysługi (pożyczenie fajka czy zapalniczki), co sprzyja zawiązaniu relacji zgodnie z regułą wzajemności; wspólne palenie to idealna sytuacja do pogadania, a tematem może być choćby narzekanie, że palaczom to zawsze dym w oczy, tępi ich ustawodawca, zarząd PKP i użytkowniczka Piekielnych;
– niektórzy chcą w ten sposób pomóc sobie w diecie – palenie osłabia apetyt.
PS: Zanim ktoś z tym wyskoczy – ja nie palę, bo uważam, że wady palenia przeważają nad zaletami, ale wad palenia wypisywać nie będę, jak kto ich ciekaw, to niech w powyższą historię spojrzy.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 24 kwietnia 2024 o 19:56
Znam to, miałam w klasie taką jedną Amelkę. Ile razy przyniosłam sobie nowy długopis, zaraz słyszałam "Ojej, jaki fajny, pożyczysz? Mogę nim dzisiaj pisać? Po zajęciach ci oddam". Pożyczałam, no bo to w końcu tylko długopis. Po zajęciach słyszałam "Ale on jest fajny, może być mój? Jutro dam ci inny". No i zgadzałam się, bo przecież to uczciwa propozycja, a poza tym kto to widział skąpić koleżance długopisu. Żeby nie było - Amelka istotnie długopisy na zamianę przynosiła (szkoda tylko, że takie, które przestawały pisać po kilku dniach). Jak raz nie chciałam się wymienić, to nastąpił foch z przytupem i obraza majestatu.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 21 kwietnia 2024 o 18:57
@Ohboy: Też możliwe, przecież nie upieram się, że psu na 100% stawy poszły, wskazałam tylko taką możliwość. Rozstrzygnąć powinien właśnie weterynarz, nie zaś anony z internetów, które psa nawet na oczy nie widziały. Jak sama zauważyłaś, nie ma informacji czy właścicielka u niego była, zatem zakładam, że nie była, do momentu, gdy zostanie wskazane inaczej.
Ok, to będzie typowa Złota Rada Z Internetów, ale może warto byłoby zabrać tego psa do weterynarza? Możliwe, że na starość psa stawy bolą, albo mięśnie mu osłabły, przez co ciężko mu przykucnąć czy podnieść łapę celem oddania moczu. Boli go, to unika tej czynności jak może – aż wreszcie nie może, bo pęcherz ma określoną pojemność. W takim wypadku może dałoby radę psu lek(i) dobrać, co by mógł dbać o swą higienę jak dotychczas? I psu, i sąsiadce żyłoby się wówczas, jak myślę, nieco wygodniej.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 8 kwietnia 2024 o 23:07
@Wilczyca: "Przecież robią sobie syf pod własnym oknem" - no... nie? Jak z np. dziewiątego piętra wyrzucisz przez okno resztki jedzenia, to spadną one pod okno sąsiada z parteru. Ty z tej wysokości ledwo je będziesz widzieć, nie doleci do Ciebie smród (gdy zaczną się rozkładać), nie do Twojego okna zlecą się muchy, ect.
@Imnotarobot: No, skoro rozsmarował, to nie powinien się wykoleić, więc owszem. Trupowi jest już wszystko jedno, czy pociąg pojedzie dalej, zaś pasażerom tego pociągu nie.
@siderius93: Skoro nie wiem, to się pytam grzecznie, wprost pisząc, że "nie wiem, czy dobrze rozumiem". Do tego, między innymi służą komentarze.
@odpowiedź_zbiorcza_do_pozostałych:
Dzięki za odpowiedź, czyli problem faktycznie leży w procedurze. Wyżej 78FS stwierdził(a), że "powinno być to jakoś załatwione, skoro to się zdarza regularnie" - może dobrym rozwiązaniem byłaby zmiana przepisów tak, aby kierownikowi pociągu nadać wyższe uprawnienia? Żeby mógł stwierdzić zgon w oczywistym przypadku, a w nieoczywistym wezwać karetkę na najbliższą stację, zapakować delikwenta do pociągu i grzać ile fabryka dała? (Dobra, dobra, tak tylko sobie gdybam. Sensownym wyjściem byłby dostęp do eutanazji, wtedy by się ludzie nie rzucali pod pociągi.)
@Xynthia: Hejt hejtem, ale co do meritum komentujący mieli rację.
Na pordzewiały plac zabaw serio lepiej nie chodzić, bo już pal sześć ubrania, ale jak dziecko zrobi sobie krzywdę, bo przerdzewiała zabawka się pod nim urwie, to dopiero będzie "wesoło". Analogicznie na zardzewiałych sprzętach na siłowni lepiej nie ćwiczyć.
Co do obiadów na stołówce szkolnej czy pracowniczej (IMO bardziej adekwatna analogia) to najpierw trzeba się zorientować jaka jest, że tak to ujmę, opinia publiczna na ich temat - czy pozostałe dzieci/inni pracownicy jedzą je ze smakiem? Jeśli nie, to faktycznie można się zebrać i razem spróbować coś zmienić (na przykład kucharkę). Natomiast jeśli tylko jeden dzieciak/pracownik (bądź niewielka grupka) ma problem, to sorry, ale faktycznie pozostaje mu albo zmienić źródło aprowizacji albo jeść mniej obfite drugie śniadanie (ewentualnie całkiem je sobie odpuścić) - w końcu, jak mówi przysłowie, głód to najlepsza przyprawa. Co do restauracji (wracając do Twojej analogii), to w zasadzie pomijamy tylko jakąkolwiek możliwość zmiany: albo jesteś na tyle głodny, że Ci smakuje (wtedy nie wybrzydzasz), albo nie (wtedy rezygnujesz z tej restauracji na rzecz innej lub samodzielnie przygotowanego obiadu). Jak w danej restauracji dania będą niesmaczne, to albo splajtuje, albo ewentualnie utrzyma się dzięki głodnym studentom, jeśli będzie tanio.
@78FS: "Jak masz sprawdzian z lektury, to możesz ją przeczytać, niekoniecznie w komfortowych warunkach, ale możesz. I jak to zrobisz, to dostaniesz stosowną ocenę" - no... niekoniecznie. Przynajmniej kiedy ja chodziłam do szkoły, nikt nie dostawał ocen za samo przeczytanie lektury, za to owszem, dawano je za znajomość treści danej lektury. I tu znów mają znaczenie indywidualne predyspozycje: jeden uczeń po przeczytaniu "Lalki" wyrecytuje rozmiar rękawiczek Izabeli Łęckiej oraz imię i rasę psa Rzeckiego (bo ma na tyle dobrą pamięć do tego typu szczegółów), a inny ze zdziwieniem zapyta "to te informacje były w ogóle gdzieś podane?". Inny przykład z życia: moja klasa w podstawówce dostała tydzień na przeczytanie "Quo vadis". Ja się wyrobiłam, bo byłam małym pożeraczem książek, ale wielu kolegów i koleżanek miało wolniejsze tempo czytania (zwłaszcza tekstu naszpikowanego łacińskimi wtrąceniami czy rzadko używanymi określeniami charakterystycznymi dla starożytnego Rzymu). Nie wspominając o tym, że ja książkę miałam w domu na półce, a wielu z nich zapewne musiało ją najpierw znaleźć w jakiejś bibliotece lub księgarni (bo biblioteka szkolna aż tylu egzemplarzy nie miała, a nie były ci to czasy wszechobecnych Wolnych Lektur czy inszych Legimi).
„ups, przyjmowali tylko chłopców, a mi czegoś brakowało między nogami” – brakowało Ci oczywistego słabego punktu, w który można kopnąć, by przynajmniej chwilowo wyłączyć Cię z gry, a który każdy z pozostałych miał, więc przyjęcie Cię byłoby nie fair, nie sądzisz? ;)
Ale tak na poważnie, to z historii wynika, że miałaś lekcje życia w ramach lekcji WFu:
7 i 4: No tak to już jest w życiu, że jedne umiejętności są bardziej wynagradzane przez otoczenie, a inne mniej. Jednemu się wylosowała intuicja do inwestycji i dzięki temu zbije majątek, a innemu umiejętność ułożenia kostki Rubika w 10 sekund i dzięki temu dostanie parę lajków na YouTube.
1: Jak to mówią, wyżej tyłka nie podskoczysz. Tu nawet dosłownie. No i jeśli nauczyciel ustalił, że na dwóję trzeba spełnić niezbędne minimum (tj. wskoczyć na kozła), to nie bardzo miał jak się z tego później wycofać, choćby i chciał Ci naciągnąć ocenę. A prawdopodobnie ustalił, bo inaczej większość uczniów nawet by nie próbowała skakać, bo po co, skoro i bez tego ćwiczenie jest odgórnie uznawane za zaliczone?
2: Piekielne jest, że wuefiście nie chciało się zmieniać wysokości kosza przed każdymi zajęciami, ale to kategoria „upierdliwość dnia codziennego”, skoro nawet uczeń mający „150 w kapeluszu” był w stanie uzyskać ocenę pozytywną.
3: No… z opisu wynika, że wybierając drużyny znajomi z klasy kierowali się obiektywnie (powiedzmy) ocenianymi umiejętnościami/predyspozycjami, a nie osobistymi sympatiami i antypatiami. Gdzie tu piekielność? Logiczne, że w zależności od gry byłaś mniej lub bardziej pożądanym w drużynie zawodnikiem. Inni zapewne mieli tak samo, bo nikt nie jest dobry we wszystkim.
5 i 6: Piekielne, acz 6 wynikało zapewne z braku funduszy na inne rozwiązanie.
Zmodyfikowano 2 razy Ostatnia modyfikacja: 24 marca 2024 o 12:00
O tym, że reprezentowanie przewoźnika polega między innymi na zbieraniu ochrzanu za jego błędy, już Ci inni ludzie napisali, więc nie będę powtarzać. Za to nie wiem, czy dobrze rozumiem przedostatni akapit: w sensie ludzie od razu założyli (zapewne na podstawie dotychczasowych doświadczeń z koleją), że będziecie stać 3 godziny i zaczęli na to narzekać, mimo że w istocie staliście znacznie krócej? No bo co mielibyście przez te 3 godziny robić? Jeśli samobójca wpadł pod w pełni rozpędzony pociąg, to przecież nie było co zbierać. Jasne, że trzeba wyjść „w celu, ewentualnego, udzielenia pierwszej pomocy”, ale stwierdziwszy gołym okiem, że z delikwenta zostało pół kilometra mielonki, pozostaje już tylko zawiadomić policję (żeby ustaliła kto to i czy na pewno sam wpadł pod pociąg oraz powiadomiła rodzinę) oraz najbliższą stację (żeby mogła ostrzegać kolejne wyjeżdżające pociągi) i zapewne wypełnić dokumentację zdarzenia. Jeśli dwa telefony i wypełnianie papierków zajmuje 3 godziny, to produkujecie o wiele za dużo tej makulatury (to tak do przekazania kierownictwu). Na policję nie ma sensu czekać, bo przecież ewentualne dotarcie do pracownika kolei, który dzwonił, powinno być banalnie proste. Jeśli zaś pociąg zwalniał już przed stacją/rozpędzał się wyjeżdżając ze stacji i niedoszły samobójca przeżył, to powinien trafić do szpitala. Ale przecież karetka do tak poważnego wypadku przyjedzie szybciej niż w 3 godziny, zwłaszcza, że jeśli jest blisko do stacji, to do szpitala zapewne też (w sensie stacje kolejowe są najczęściej jednak „blisko cywilizacji”, że tak to ujmę).
@Ohboy: No cóż, obrzydzenie to emocja, którą się czuje albo nie i która nie musi wpływać na poczucie moralności. Podejrzewam, że statystycznego obywatela bardziej brzydzi zapchlony, zarobaczony bezdomny pies niż wyfiołkowani ludzie, którzy wyrzucili go do lasu, co nie znaczy, że wspomniani ludzie stanowią wzór właściwego postępowania (już prędzej ten pies mógłby go stanowić ze względu na wolę przetrwania - jakby się uprzeć).
Ciekawa jesteś, kto tu był piekielny, powiadasz? Moim zdaniem nikt. Ja tu piekielności nie widzę, widzę życie, ot, po prostu, jako-tako się układające. "Rodzeństwo ma poczucie krzywdy, że Kalina ich naciągnęła." Niesłusznie. To, co się tam odbyło, nazywa się negocjacje, a nie naciąganie. Na tym polega kompromis: ja mam swoje racje, ty masz swoje, spotykamy się pośrodku i żadne z nas nie jest w pełni zadowolone. Ponadto zauważ, że rodzeństwo dopłaciło do proponowanej kwoty mniej niż Kalina odpuściła od proponowanej kwoty. "Kalina ma im za złe, że wymienili bramę, zamki i ona już tam nie ma wstępu, nie jest zapraszana na rodzinne zjady, nawet gdy zapraszane są jej dzieci." Niesłusznie. Nie można rościć sobie pretensji do bycia częścią rodziny, jeśli samemu się tę rodzinę opuściło i jeszcze na dodatek występowało jako oponent w sprawie wykupu domu. Dzieci z Antkiem się nie rozwiodły* i ceny domu nie negocjowały. Nie wiem, jak świeża jest ta sprawa. Teraz drogi Kaliny i rodzeństwa Antka naturalnie się rozejdą. Minie czas, opadną emocje. Obu stronom radzę nie hodować w sobie żalu, złości, poczucia krzywdy ect. Szkoda na to życia. Ot, było, minęło, nie wróci. *Używam tego słowa jako skrótu od wyprowadzki i znalezienia nowego partnera, nawet jeśli formalnego rozwodu nie było.
Chyba najlepiej opis knajp z historii po prostu powtórzyć komuś, kto prosi o polecenie. Mając komplet informacji ludzie sami sobie zdecydują i ewentualne pretensje będą mogli mieć tylko do siebie. (Co nie znaczy, że przestaną marudzić, maruda zawsze powód sobie znajdzie.)
@digi51: No... nie? Cytat z historii: "Przyszlibyśmy, choćby przez wzgląd na szacunek do niego i wieloletnią znajomość.".
Ale się oberwało w komentarzach za sam nick. Ja nie zamierzam dochodzić, czy historia jest prawdziwa, bo i tak nie dojdę, autor (i tylko on) przecież doskonale wie czy zmyślił. Ja tu widzę dwóch piekielnych bohaterów, w tym jednego zbiorowego. Po pierwsze, kolega autora. Nie, nie dlatego, że postanowił* bawić się bez alkoholu. Nawet nie dlatego, że nie powiedział o tym gościom (może pomysł padł za późno, dawno po wysłaniu zaproszeń i potwierdzeniu przybycia; może panna młoda jako pomysłodawczyni wzięła informowanie gości na siebie i z jakichś względów nie dotarła do niektórych gości od strony pana młodego). Piekielna jest ta uwaga "jakbym wam powiedział wcześniej, to byście nie przyszli". Wiecie, ja za kołnierz nie wylewam, ale i w sytuacjach, gdzie o alkoholu mowy nie ma umiem się zachować. Gdyby mnie zaproszono na wesele nic nie mówiąc, że czegoś zwyczajowo podawanego na weselach (np. alkoholu czy ciast) nie będzie, to bym założyła, że będzie. I też bym pewnie zagadnęła do gospodarza, że "o, a co to, ciasta nie ma?" + uśmiech nr 5, bo może właśnie jest, tylko gdzieś na bocznym stoliku i nie zauważyłam? I w takiej sytuacji naprawdę wystarczy mi odpowiedź "ano nie ma, to był pomysł panny młodej/pana młodego/wujka Zbyszka", bez dodawania "jakbyś wiedziała, to byś nie przyszła". A teraz zamieńcie ciasto na alkohol. Rozumiecie, do czego piję? Taką uwagę naprawdę ciężko odczytać inaczej niż "mam cię za ochlejmordę, który szuka tylko okazji do umoczenia dzioba". I skoro kumpel tak postrzega dzikiegodzika (i trzech znajomych)... to w sumie czemu dzikidzik & friends mieliby mu udowadniać, że jest inaczej? W tym wyjściu do baru widzę takie "oczekujesz, że zachowamy się jak ochlejmordy? a proszę bardzo". Po drugie bohater zbiorowy, czyli pozostali goście, którzy przyszli do baru, a do których opisana powyżej uwaga nie była skierowana. Ci faktycznie porzucili imprezę, że względu na brak alkoholu czy atmosferę stypy. A to już JEST zachowanie ochlejmordy. Nad którym rozwodzić się nie będę, jego piekielność wszyscy widzą. *Nawet jeśli pomysł wyszedł od panny młodej/jej rodziców, to przecież pan młody w ten czy inny sposób musiał ów pomysł zaaprobować.
@szafa: Już tłumaczę: dla mnie osobiście zadanie pytania o niezobowiązujący seks nie jest piekielne, o ile pytający liczy się z faktem, że może otrzymać odpowiedź odmowną. Być może Damian ma podobne podejście i dla niego takie pytanie niczym nie różni się od propozycji dowolnej innej wspólnej aktywności typu, nie wiem, wyjście na gokarty czy partyjka szachów. Jednocześnie jednak zdaję sobie sprawę, że istnieje grupa ludzi, którzy takie pytanie uznaliby za osobistą obrazę. I ci mogą zareagować różnie, włącznie z fizycznym atakiem. Że nie mają logicznego powodu? Kibole też nie mają logicznego powodu do atakowania ludzi, a to właśnie robią. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby kibic Wisły Kraków* nie chciał się chwalić swym hobby przed kibolami z Cracovii*; analogicznie nie dziwi mnie i zachowanie Damiana. Moje stanowisko jest takie, że lepa się NIE NALEŻY ani Damianowi, ani kibicowi z mojego przykładu, co niestety nie oznacza, że się jej nie dostanie. Tak, czasem można w ryj dostać za powiedzenie czegoś, co obiektywnie NIE JEST piekielne. *W zależności od preferencji sportowych możecie zamienić kluby, to tylko przykład.
@hrzo: Stety niestety muszę podkreślić pierwszą połowę ostatniego zdania. Znałam profesora, który postanowił ciąć studentów jak żyleta w odwecie za ich spóźnialstwo na wykładach (studenci co prawda akademickiego kwadransa nie przekraczali, no ale profesor cenił sobie punktualność i jej brak karał sadzaniem w oślej ławce). I też był przekonany, że może. Szczegółów nie znam, ale wskutek ankiet wykładać mu zabroniono. Studenci nad wykładowcą mają przewagę liczbną. Jak napiszą w ankietach nieprawdę, to dziekanat czy rektor prędzej uwierzą, że prowadzący faktycznie postępował jak opisano w ankietach, teraz zaś nieudolnie się broni, niż że cała grupa się zmówiła (zwłaszcza jak ludzi w niej dużo).
Ja już dzięki byciu starostką samej tylko grupy ćwiczeniowej doszłam do wniosku, że jak chcemy cokolwiek odrabiać, to termin odrabiania ma być WCZEŚNIEJ niż pierwotny termin zajęć odrabianych. Dzięki temu nie ma takich właśnie sytuacji jak opisana w historii (a jeśliby się zdarzyła, to prowadzący na 99% przymusiłby nas do przyjścia w pierwotnym terminie) - ludzie pomarudzą, ale przyjdą. A jacy zadowoleni potem, jak już mają odrobione to, co właśnie przepada :D No ale fakt faktem, że w moim przypadku mowa o stacjonarnych i termin łatwiej znaleźć.
@elendu: Przykro mi z powodu Twojej astmy alergicznej. Naprawdę. Chciałabym, żebyś jej nie miała i szkoda, że moje "chcenie" nie ma na nią żadnego wpływu. Ale Twoja astma alergiczna nie jest powodem do wprowadzenia zakazu palenia. Astma alergiczna mojego znajomego uczulonego na sieść nie jest powodem do wprowadzenia zakazu posiadania psów domowych. Moja własna alergia (słabsza od Twojej, dziękować Bogu) na pyłki brzozy nie jest powodem do wycinki tych drzew. A przecież w każdym przypadku mowa o zwykłej fanaberii. Palacze mogą rzucić nałóg, psiarze mogą się pozbyć zwierzaków, właściciele brzóz mogą je wyciąć i wylać beton. W każdym przypadku wymaga to czasu i zachodu. Ale czy poparłabyś zakaz posiadania psów i obowiązek wycinki drzew?
Z ciekawości: dawno się ta historia wydarzyła? W sensie w czasach przedinternetowych czy już później? Damianowi się nie dziwię: jakby zapytał Ciebie wprost, to być może dostałby z tzw. liścia. Pytając Magdy prawdopodobnie zakładał, że ta odpowiedzi na pytanie znać nie będzie (no bo jakie były szanse, że zawczasu uzgodnisz z koleżanką, co ma odpowiadać na propozycje niezobowiązującego seksu ze znajomymi składane za jej pośrednictwem?), zatem uda się do Ciebie i pytanie przekaże. Będziesz chętna, to sama przyjdziesz; nie będziesz, to najpewniej całą sytuację zignorujesz. Szanse, że mu się oberwie niewielkie. Swoją drogą jak dla mnie niezbyt piekielna ta historia. Ot, chłopak zapytał, dostał odpowiedź odmowną i tyle. Piekielne byłoby strzelanie fochów, zabawy w stalkera czy nieprzyjmowanie odmowy do wiadomości, ale o tym słowa w historii nie ma.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 3 maja 2024 o 9:55
@Brzeginka: Przepraszam, faktycznie niepotrzebnie "wywołałam Cię do tablicy", bo też i nie chodziło mi o rozpowszechnianie bzdury, jakoby palenie było nieszkodliwe, tylko ogólnie o sprzeciwienie się tezie, że palenie powinno być zakazane z powodu szkodliwości.
@Brzeginka: Jak już chcesz wliczać koszty społeczne, to może doliczysz też, że jak palacz umrze na raka, to państwo nie będzie musiało mu emerytury wypłacać? Poza tym – serio? Chcesz zakaz palenia opierać na argumencie generowania niepotrzebnych kosztów dla państwa? To ja – rozwijając tę ideę – postuluję: a) zakaz sprzedaży fast foodów osobom ważącym więcej niż ustawa przewiduje, ot kasjer w jadłodajni pod złotymi łukami będzie prosił o wejście na wagę tak jak sprzedawca w owadzie w kropki o pokazanie dowodu przy zakupie energetyków – bo niby czemu podatnik ma potem płacić na leczenie zawałowca, który miał fanaberię odżywiać się smacznie a niezdrowo? b) zakaz sprzedaży słodyczy osobom poniżej 18 roku życia – jak wyżej, podatnik ma płacić za leczenie próchnicy, bo dzieciak miał fanaberię zjeść lody czy tam inną czekoladę? c) zakaz uprawiania sportów grożących kontuzją typu narty, piłka nożna czy sztuki walki; zamknięcie boisk, klubów, stoków – czemu podatnik ma płacić za leczenie urazów, które powstały, bo ktoś miał fanaberię się boksować lub szusować po stoku? Jeszcze przy okazji problem kiboli robiących rozróby bo któryśtam klub przegrał zniknie, popatrz. d) obowiązek badań prenatalnych i obowiązkową aborcję przy najmniejszej szansie wystąpienia wad u płodu – w końcu jest ryzyko, że takie dziecko będzie tylko niepotrzebnym kosztem dla państwa, a co podatnika obchodzi, że ktoś ma fanaberię zostać rodzicem? W końcu niektórzy dzieci nie mają i żyją, nie?
Zmodyfikowano 2 razy Ostatnia modyfikacja: 27 kwietnia 2024 o 11:42
@aikido: E? Co to za argument niby? A jak na „moją” alejkę osiedlową dzieci, młodzież i ciężarne nie zaglądają, bo upodobały ją sobie około trzydziestoletnie Sebixy, to tam już można palić? Innych można truć, bo tylko kwiat młodzieży oraz narodzone i nie „dzieciomtka” to jakiś lepszy rodzaj człowieka? No bo jeśli tak nie uważasz, to skąd to wyszczególnienie?
„Co Wam w tych papierosach tak imponuje? To nie ma absolutnie ŻADNYCH korzyści” – no cóż, jeśli nie było to pytanie ironiczne i naprawdę chcesz wiedzieć, czemu ludzie palą, to wyjaśniam: – część ma nadal takie myślenie, że palenie jest fajne, że palący facet jest męski ect. Prawdopodobnie większość z nich nie umiałaby nawet powiedzieć, skąd u nich to przekonanie. Ot, jeden facet uważa, że prawdziwy macho powinien zapuścić brodę, a inny, że powinien palić; – część chce mieć w robocie dodatkową przerwę (tzw. „na dymka”). Tak, w niektórych miejscach nadal ten zwyczaj funkcjonuje. (Można się zżymać, ale równie dobrze można się zżymać na inne zwyczaje typu napiwki dla kelnerów czy kwiatki na Dzień Nauczyciela.); – część jest nieśmiała, albo wręcz przeciwnie – towarzyska, a dzięki paleniu łatwiej jest zawrzeć nową znajomość. Od razu wiadomo, że ma się ze sobą coś wspólnego (nałóg; miejsce pracy – w końcu mało który palacz gania pod sąsiedni zakład na dymka, no chyba że właśnie do innych znajomych-palaczy); łatwo o wzajemne przysługi (pożyczenie fajka czy zapalniczki), co sprzyja zawiązaniu relacji zgodnie z regułą wzajemności; wspólne palenie to idealna sytuacja do pogadania, a tematem może być choćby narzekanie, że palaczom to zawsze dym w oczy, tępi ich ustawodawca, zarząd PKP i użytkowniczka Piekielnych; – niektórzy chcą w ten sposób pomóc sobie w diecie – palenie osłabia apetyt. PS: Zanim ktoś z tym wyskoczy – ja nie palę, bo uważam, że wady palenia przeważają nad zaletami, ale wad palenia wypisywać nie będę, jak kto ich ciekaw, to niech w powyższą historię spojrzy.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 24 kwietnia 2024 o 19:56
Znam to, miałam w klasie taką jedną Amelkę. Ile razy przyniosłam sobie nowy długopis, zaraz słyszałam "Ojej, jaki fajny, pożyczysz? Mogę nim dzisiaj pisać? Po zajęciach ci oddam". Pożyczałam, no bo to w końcu tylko długopis. Po zajęciach słyszałam "Ale on jest fajny, może być mój? Jutro dam ci inny". No i zgadzałam się, bo przecież to uczciwa propozycja, a poza tym kto to widział skąpić koleżance długopisu. Żeby nie było - Amelka istotnie długopisy na zamianę przynosiła (szkoda tylko, że takie, które przestawały pisać po kilku dniach). Jak raz nie chciałam się wymienić, to nastąpił foch z przytupem i obraza majestatu.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 21 kwietnia 2024 o 18:57
@Ohboy: Też możliwe, przecież nie upieram się, że psu na 100% stawy poszły, wskazałam tylko taką możliwość. Rozstrzygnąć powinien właśnie weterynarz, nie zaś anony z internetów, które psa nawet na oczy nie widziały. Jak sama zauważyłaś, nie ma informacji czy właścicielka u niego była, zatem zakładam, że nie była, do momentu, gdy zostanie wskazane inaczej.
Ok, to będzie typowa Złota Rada Z Internetów, ale może warto byłoby zabrać tego psa do weterynarza? Możliwe, że na starość psa stawy bolą, albo mięśnie mu osłabły, przez co ciężko mu przykucnąć czy podnieść łapę celem oddania moczu. Boli go, to unika tej czynności jak może – aż wreszcie nie może, bo pęcherz ma określoną pojemność. W takim wypadku może dałoby radę psu lek(i) dobrać, co by mógł dbać o swą higienę jak dotychczas? I psu, i sąsiadce żyłoby się wówczas, jak myślę, nieco wygodniej.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 8 kwietnia 2024 o 23:07
Wiecie jak się kończy reklama oparta na pracownikach? Tak się kończy reklama oparta na pracownikach: https://www.google.com/url?sa=t&source=web&rct=j&opi=89978449&url=https://m.facebook.com/studia.marketing/videos/drutex/365614088075138/&ved=2ahUKEwjlia7W1KWFAxXRc_EDHU1YAW0QwqsBegQIDRAF&usg=AOvVaw2zC6FwLSWQTapRdin3DwM6 Napisałabym "pokażcie szefowi w ramach ostrzeżenia", ale boję się, że mogłoby mu się to spodobać.
Zmodyfikowano 2 razy Ostatnia modyfikacja: 3 kwietnia 2024 o 10:56
@Wilczyca: "Przecież robią sobie syf pod własnym oknem" - no... nie? Jak z np. dziewiątego piętra wyrzucisz przez okno resztki jedzenia, to spadną one pod okno sąsiada z parteru. Ty z tej wysokości ledwo je będziesz widzieć, nie doleci do Ciebie smród (gdy zaczną się rozkładać), nie do Twojego okna zlecą się muchy, ect.
@Imnotarobot: No, skoro rozsmarował, to nie powinien się wykoleić, więc owszem. Trupowi jest już wszystko jedno, czy pociąg pojedzie dalej, zaś pasażerom tego pociągu nie. @siderius93: Skoro nie wiem, to się pytam grzecznie, wprost pisząc, że "nie wiem, czy dobrze rozumiem". Do tego, między innymi służą komentarze. @odpowiedź_zbiorcza_do_pozostałych: Dzięki za odpowiedź, czyli problem faktycznie leży w procedurze. Wyżej 78FS stwierdził(a), że "powinno być to jakoś załatwione, skoro to się zdarza regularnie" - może dobrym rozwiązaniem byłaby zmiana przepisów tak, aby kierownikowi pociągu nadać wyższe uprawnienia? Żeby mógł stwierdzić zgon w oczywistym przypadku, a w nieoczywistym wezwać karetkę na najbliższą stację, zapakować delikwenta do pociągu i grzać ile fabryka dała? (Dobra, dobra, tak tylko sobie gdybam. Sensownym wyjściem byłby dostęp do eutanazji, wtedy by się ludzie nie rzucali pod pociągi.)
@Xynthia: Hejt hejtem, ale co do meritum komentujący mieli rację. Na pordzewiały plac zabaw serio lepiej nie chodzić, bo już pal sześć ubrania, ale jak dziecko zrobi sobie krzywdę, bo przerdzewiała zabawka się pod nim urwie, to dopiero będzie "wesoło". Analogicznie na zardzewiałych sprzętach na siłowni lepiej nie ćwiczyć. Co do obiadów na stołówce szkolnej czy pracowniczej (IMO bardziej adekwatna analogia) to najpierw trzeba się zorientować jaka jest, że tak to ujmę, opinia publiczna na ich temat - czy pozostałe dzieci/inni pracownicy jedzą je ze smakiem? Jeśli nie, to faktycznie można się zebrać i razem spróbować coś zmienić (na przykład kucharkę). Natomiast jeśli tylko jeden dzieciak/pracownik (bądź niewielka grupka) ma problem, to sorry, ale faktycznie pozostaje mu albo zmienić źródło aprowizacji albo jeść mniej obfite drugie śniadanie (ewentualnie całkiem je sobie odpuścić) - w końcu, jak mówi przysłowie, głód to najlepsza przyprawa. Co do restauracji (wracając do Twojej analogii), to w zasadzie pomijamy tylko jakąkolwiek możliwość zmiany: albo jesteś na tyle głodny, że Ci smakuje (wtedy nie wybrzydzasz), albo nie (wtedy rezygnujesz z tej restauracji na rzecz innej lub samodzielnie przygotowanego obiadu). Jak w danej restauracji dania będą niesmaczne, to albo splajtuje, albo ewentualnie utrzyma się dzięki głodnym studentom, jeśli będzie tanio.
@78FS: "Jak masz sprawdzian z lektury, to możesz ją przeczytać, niekoniecznie w komfortowych warunkach, ale możesz. I jak to zrobisz, to dostaniesz stosowną ocenę" - no... niekoniecznie. Przynajmniej kiedy ja chodziłam do szkoły, nikt nie dostawał ocen za samo przeczytanie lektury, za to owszem, dawano je za znajomość treści danej lektury. I tu znów mają znaczenie indywidualne predyspozycje: jeden uczeń po przeczytaniu "Lalki" wyrecytuje rozmiar rękawiczek Izabeli Łęckiej oraz imię i rasę psa Rzeckiego (bo ma na tyle dobrą pamięć do tego typu szczegółów), a inny ze zdziwieniem zapyta "to te informacje były w ogóle gdzieś podane?". Inny przykład z życia: moja klasa w podstawówce dostała tydzień na przeczytanie "Quo vadis". Ja się wyrobiłam, bo byłam małym pożeraczem książek, ale wielu kolegów i koleżanek miało wolniejsze tempo czytania (zwłaszcza tekstu naszpikowanego łacińskimi wtrąceniami czy rzadko używanymi określeniami charakterystycznymi dla starożytnego Rzymu). Nie wspominając o tym, że ja książkę miałam w domu na półce, a wielu z nich zapewne musiało ją najpierw znaleźć w jakiejś bibliotece lub księgarni (bo biblioteka szkolna aż tylu egzemplarzy nie miała, a nie były ci to czasy wszechobecnych Wolnych Lektur czy inszych Legimi).
„ups, przyjmowali tylko chłopców, a mi czegoś brakowało między nogami” – brakowało Ci oczywistego słabego punktu, w który można kopnąć, by przynajmniej chwilowo wyłączyć Cię z gry, a który każdy z pozostałych miał, więc przyjęcie Cię byłoby nie fair, nie sądzisz? ;) Ale tak na poważnie, to z historii wynika, że miałaś lekcje życia w ramach lekcji WFu: 7 i 4: No tak to już jest w życiu, że jedne umiejętności są bardziej wynagradzane przez otoczenie, a inne mniej. Jednemu się wylosowała intuicja do inwestycji i dzięki temu zbije majątek, a innemu umiejętność ułożenia kostki Rubika w 10 sekund i dzięki temu dostanie parę lajków na YouTube. 1: Jak to mówią, wyżej tyłka nie podskoczysz. Tu nawet dosłownie. No i jeśli nauczyciel ustalił, że na dwóję trzeba spełnić niezbędne minimum (tj. wskoczyć na kozła), to nie bardzo miał jak się z tego później wycofać, choćby i chciał Ci naciągnąć ocenę. A prawdopodobnie ustalił, bo inaczej większość uczniów nawet by nie próbowała skakać, bo po co, skoro i bez tego ćwiczenie jest odgórnie uznawane za zaliczone? 2: Piekielne jest, że wuefiście nie chciało się zmieniać wysokości kosza przed każdymi zajęciami, ale to kategoria „upierdliwość dnia codziennego”, skoro nawet uczeń mający „150 w kapeluszu” był w stanie uzyskać ocenę pozytywną. 3: No… z opisu wynika, że wybierając drużyny znajomi z klasy kierowali się obiektywnie (powiedzmy) ocenianymi umiejętnościami/predyspozycjami, a nie osobistymi sympatiami i antypatiami. Gdzie tu piekielność? Logiczne, że w zależności od gry byłaś mniej lub bardziej pożądanym w drużynie zawodnikiem. Inni zapewne mieli tak samo, bo nikt nie jest dobry we wszystkim. 5 i 6: Piekielne, acz 6 wynikało zapewne z braku funduszy na inne rozwiązanie.
Zmodyfikowano 2 razy Ostatnia modyfikacja: 24 marca 2024 o 12:00
O tym, że reprezentowanie przewoźnika polega między innymi na zbieraniu ochrzanu za jego błędy, już Ci inni ludzie napisali, więc nie będę powtarzać. Za to nie wiem, czy dobrze rozumiem przedostatni akapit: w sensie ludzie od razu założyli (zapewne na podstawie dotychczasowych doświadczeń z koleją), że będziecie stać 3 godziny i zaczęli na to narzekać, mimo że w istocie staliście znacznie krócej? No bo co mielibyście przez te 3 godziny robić? Jeśli samobójca wpadł pod w pełni rozpędzony pociąg, to przecież nie było co zbierać. Jasne, że trzeba wyjść „w celu, ewentualnego, udzielenia pierwszej pomocy”, ale stwierdziwszy gołym okiem, że z delikwenta zostało pół kilometra mielonki, pozostaje już tylko zawiadomić policję (żeby ustaliła kto to i czy na pewno sam wpadł pod pociąg oraz powiadomiła rodzinę) oraz najbliższą stację (żeby mogła ostrzegać kolejne wyjeżdżające pociągi) i zapewne wypełnić dokumentację zdarzenia. Jeśli dwa telefony i wypełnianie papierków zajmuje 3 godziny, to produkujecie o wiele za dużo tej makulatury (to tak do przekazania kierownictwu). Na policję nie ma sensu czekać, bo przecież ewentualne dotarcie do pracownika kolei, który dzwonił, powinno być banalnie proste. Jeśli zaś pociąg zwalniał już przed stacją/rozpędzał się wyjeżdżając ze stacji i niedoszły samobójca przeżył, to powinien trafić do szpitala. Ale przecież karetka do tak poważnego wypadku przyjedzie szybciej niż w 3 godziny, zwłaszcza, że jeśli jest blisko do stacji, to do szpitala zapewne też (w sensie stacje kolejowe są najczęściej jednak „blisko cywilizacji”, że tak to ujmę).
@Ohboy: No cóż, obrzydzenie to emocja, którą się czuje albo nie i która nie musi wpływać na poczucie moralności. Podejrzewam, że statystycznego obywatela bardziej brzydzi zapchlony, zarobaczony bezdomny pies niż wyfiołkowani ludzie, którzy wyrzucili go do lasu, co nie znaczy, że wspomniani ludzie stanowią wzór właściwego postępowania (już prędzej ten pies mógłby go stanowić ze względu na wolę przetrwania - jakby się uprzeć).
Mądrość życiowa na dziś: jeśli ktoś nie chce pomocy, nie pomożesz mu. Albo, jak to mawiał znajomy, "komu nie dasz zdechnąć, ten ci nie da żyć".