Profil użytkownika
SmoczycaWawelska ♀
| Zamieszcza historie od: | 8 stycznia 2023 - 12:48 |
| Ostatnio: | 13 stycznia 2026 - 18:03 |
- Historii na głównej: 5 z 5
- Punktów za historie: 607
- Komentarzy: 611
- Punktów za komentarze: 2614
| Zamieszcza historie od: | 8 stycznia 2023 - 12:48 |
| Ostatnio: | 13 stycznia 2026 - 18:03 |
|
Zobacz też inne serwisy:
|
|||
| Pewex | Faktopedia | Stylowi | Moto Memy |
| Demotywatory | Mistrzowie | ||
@Zlociutki: Nic powyżej nie jest i nigdy nie miało być usprawiedliwieniem bandyctwa, wandalizmu ani zbydlęcenia. Miało być tylko wyjaśnieniem, czemu akurat ten sport przyciąga problematycznych ludzi i wydobywa na wierzch ich gorszą stronę. I tak, zdaję sobie sprawę, że pytanie BornToFeel było retoryczne, ale miałam chęć trzasnąć se elaborat i trafiła się okazja ;)
@SmoczycaWawelska: No ale hej, możemy przecież się zaśmiać, że hłe, hłe, socjologia to jest żart a nie nauka i tadam! nie musimy się tym przejmować. Te wszystkie czynniki łączą się ze sobą, tworząc żyzne poletko, na którym mogą rozrastać się rytuały, tradycje, z nich potem folklor i subkultury. Pojawia się to co zawsze przy takich okazjach, czyli rytuały przejścia, żeby być prawdziwym kibicem, potem sprawdzanie, kto jest tym prawdziwym kibicem, trzymanie się w kupie, bo wiadomo, zawsze to bezpieczniej, kupy nikt nie ruszy... Narastają konflikty między klubami, w które czasem zaplącze się polityka czy jakieś kwestie lokalne. W przypadku niektórych klubów już od wieku opowiada się legendy jak to oni napadli na nasz sektor (to wcale nie jacyś konkretni ludzie którzy dziś są już starzy albo wręcz nie żyją, nienienie, to byli przede wszystkim kibice tego złego klubu) albo jaki myśmy dali odwet (to wcale nie byli jacyś konkretni ludzie którzy dziś są już starzy albo wręcz nie żyją, nienienie, to byli przede wszystkim kibice NASZEGO klubu, czyli tak jakby my). W sportach indywidualnych takie rzeczy się dziać nie mogą - ludzie kończą kariery sportowe, ale kluby trwają. Dzięki temu kluby mogą stawać się ikonami, symbolem nas, biedych chłopaków z tych-a-tych blokowisk, bo my też tak sobie trwamy i nic się w naszej sytuacji nagle i znacząco nie zmienia. A potem jakoś tak po prostu lądujemy w dniu dzisiejszym. Od pół wieku śpiewa się wulgarne przyśpiewki obrażające rywala, na tyle proste, że wczepiają się w mózg i łatwo je wrzeszczeć po pijaku. Od kilkudziesięciu lat nosi się szaliki w konkretnych barwach, zajmuje się konkretne sektory, odpala się race i spuszcza się wπerdol tym frajerom, co chcą, żebyśmy MY przegrali (bo ONI to na 100% są skrajnie różni od nas, a poza tym wcale nie chcą wygranej swojego klubu, tylko chcą źle dla nas!) - no bo tak po prostu się kibicuje, no nie? Tak się robi, bo przecież zawsze tak było. W sensie jak byłem mały to tak było i ojciec mi mówił, że za jego czasów też, czyli zawsze, bo wiadomo, że czasy ojca to były jak mamuty po ziemi chodziły. No, a skoro zawsze się tak robiło, to niby jak ty to sobie w ogóle wyobrażasz, żeby teraz robić inaczej?
"Dlaczego fani innych sportów potrafią się zachować przyzwoicie?" Po pierwsze człowiek prędzej zainteresuje się danym sportem, jeśli będzie miał okazję go spróbować. Piłka nożna ma niski próg wejścia. Wyobraź sobie, że jesteś znów małym dzieckiem, ale żyjesz w patologii, w domu się nie przelewa, rodzice chleją, leją Cię pasem. Uciekasz na odrapane podwórko i szukasz sobie zajęcia. Najlepiej takiego, w które można się wciągnąć z kumplami, no bo fajnie by było mieć chociaż paczkę kumpli, skoro już za rodzinę masz patoli. Nie macie zabawek, ale wygrzebaliście pustą puszkę że śmietnika. Kozłować się nią nie da, odbijać rękami też nie za bardzo, ale kopać by się nawet w miarę dało... z tych kamieni co tam leżą też można by coś zrobić... ciekawe jakiego sportu dałoby się spróbować? Może umiesz ułożyć z kamieni kosz? A może siatkę? Kurde, no to może chociaż dwa słupki? Oprócz dostępności ważne jest też to poczucie wspólnoty, które daje sport drużynowy. W sportach drużynowych nie kibicujesz Radwańskiej, nie kibicujesz Małyszowi, nie kibicujesz konkretnemu celebrycie, tylko kibicujesz NASZYM. A to jest zupełnie co innego. W sportach indywidualnych porażkę może ponieść co najwyżej jakiś obcy w gruncie rzeczy człowiek. Miałeś nadzieję, że jej nie poniesie, no ale trudno, zdarza się, jesteś w stanie racjonalnie sobie wytłumaczyć, że ktoś musiał przegrać, aby wygrać mógł ktoś. A w sportach drużynowych porażkę ponosimy MY. Kluby są symbolami miast (albo, w tych większych kilku-kilkunastu dzielnic, ale i tak stają się symbolem całego miasta grając z drużyną z innego miasta) więc to nasze miasto pobite przez to inne miasto. Nasze barwy przegrały. To już jest sprawa osobista. W tym momencie Hipotetyczny Czytelnik tego komentarza zapewne zwróci uwagę na istnienie takiej siatkówki czy koszykówki - sportów drużynowych bez rzeszy agresywnych fanów. W odpowiedzi ja zwrócę uwagę owego Czytelnika na system punktacji w tych sportach. Typowa drużyna koszykówki zwycięża z wynikiem między 80 a 110 punktów, podczas gdy jedną akcją na boisku zdobywa się 2 czy 3 punkty. W siatkówce trzeba zdobyć 25 punktów i mieć jednocześnie co najmniej 2 punkty przewagi - żeby wygrać sobie jeden set, a takich setów jest od 3 do 5 jednym meczu, czyli zwycięska drużyna zdobywa w całym meczu między 75 a 100 punktów. To sprawia, że te punkty są... "tanie" - jeden więcej, jeden mniej nie robi nikomu dużej różnicy. Tymczasem w piłce nożnej typowa drużyna zwycięża zdobywszy 1, 2 albo 3 gole (4 bramki w jednym meczu strzelić to już jest dużo). Efekt? Każdy punkt jest na wagę złota, każdy może przesądzić o wyniku, ergo jest powodem, żeby z nerwów obgryzać paznokcie aż do łokci. W każdej chwili może nastąpić dramatyczny zwrot akcji. Sędziowie też mają mniej dokładne wytyczne, więc muszą sędziować bardziej subiektywnie - przez co w kibicach narasta frustracja, bo czemu ten **** nie odgwizdał faula, jak ja przecież widziałem, że był faul, co on kürwa ślepy czy przekupiony?! Innymi słowy, w piłce nożnej emocje buzują na znacznie wyższym poziomie. I do tych buzujących emocji dorzućcie fakt, że, jak wspomniałam wcześniej, rzesza dzieciaków z odrapanych podwórek zainteresowała się piłką nożną właśnie, a nie koszykówką czy siatkówką. Więc gdy te dzieciaki dorastają, to mamy więcej dorosłych zainteresowanych meczem piłki nożnej niż koszykówki - więc na ten pierwszy przyjdzie o rząd wielkości więcej ludzi. Gigantyczny tłum, w którym łatwo "zginąć", więc każdy czuje się anonimowo. A co się stanie, jeśli nawet inteligentne i dobrze wychowane jednostki (a już ustaliliśmy, że wkręcenie się w piłkę nożną nie wymaga pochodzenia z dobrego domu i bycia dobrze wychowanym w tymże) zgrupujemy w tłum dający pozorną anonimowość i rozgrzejemy emocje tegoż tłumu do czerwoności? Socjologia twierdzi, że każda jedna jednostka będzie się czuła mniej odpowiedzialna za wszystko, co dzieje się wokół, sama będzie się jeszcze bardziej nakręcać emocjonalnie i na dodatek stanie się bardziej skłonna do agresji.
@Shido: "Miał opuścić własne mieszkanie żeby nie przebywać w jednym miejscu z zwierzęciem którego nie chciał i smrodem który produkuje?" No... na przykład... dokładnie tak? W sensie, dzięki niesprzątaniu po psie cała sytuacja rozwiązała się dość szybko, zatem to nie było tak, że autor musiałby się na stałe wynieść z domu. Jeśli dla kogoś świadomość, że w danej chwili siedzi na własnym kawałku podłogi jest ważniejsza niż smród psich szczyn i guana, to ten człowiek ma - przynajmniej moim zdaniem - mocno zwichrowane priorytety, bo o ile posiadanie własności jest ważne, o tyle nadal jest to kwestia naszej międzyludzkiej umowy społecznej, podczas gdy dbałość o higienę może być dosłownie kwestią życia i śmierci.
https://motofakty.pl/zle-ustawiony-znak-drogowy-sprawdz-jak-go-zglosic/ar/c4-16220345 Dajesz!
@KatzenKratzen: Można trzymać węża w sławojce, pająki będą się bały w niej mieszkać, a i wypróżnić się niektórym gościom tegoż przybytku będzie łatwiej.
@Dominik: Patyczaki, modliszki, ptasznik, ślimaki czy krab pustelnik - obojętne, byle było to zwierzę, do którego żona będzie przywiązana i które jednocześnie można trzymać na wydzielonej dla niego przestrzeni.
@gawronek: Jeśli uważają się za katolików, to owszem, powinni przestrzegać. Natomiast anonimowa smoczyca z internetów jeśli wie, że deklarują się jako katolicy i zarazem nie ma dowodów, że nie przestrzegają zasad swojej wiary, to nie powinna im zarzucać nieprzestrzegania owych zasad, bo to jakby nie patrzeć jednak zarzut dość poważny.
@gawronek: Nie wiem, skąd to zdziwienie, przecież według ostatniego spisu nieco ponad 70% obywateli naszego kraju wyznaje wiarę, która zabrania wspólnego mieszkania narzeczonym przed ślubem.
@Shido: Zaczęłam ten wątek, więc pozwolę sobie odpowiedzieć. "no i co z tego że siedział w zasikanym mieszkaniu?" To, że kurde siedział w nim z własnej woli, bo raczej nikt go nie przykuł za nogę do kaloryfera. I najwyraźniej nie przeszkadzało mu to, a przynajmniej nie na tyle, żeby z tym zrobić cokolwiek (zauważ, że nie mówię "posprzątać"). Co jest... dziwne. Mnie by na przykład brzydziło siedzenie w takim miejscu i gdyby mnie nikt do tego nie zmuszał, to nie siedziałabym w nim.
@Armagedon: Swoją drogą, może w tej sytacji (jeśli nie jest tak, jak napisała aja123) lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu jakieś inne zwierzę - zamiast psa czy kota żyjącego po prostu z ludźmi w mieszkaniu takie zwierzę, które można trzymać na wydzielonej dla niego przestrzeni, np. jakiś gryzoń, rybka czy gad. Żona by miała stworzenie do kochania, a mąż spokój i czysty dom.
@janhalb: @Kat_Buckby: Tak, sytuacji winna jest żona. Nie, nadal nie rozumiem Autora. Pies nie miał innej opcji, nie mógł sam wyjść się załatwić na polu (choć pewnie by wolał). Za to Autor miał dużo opcji, mógł na przykład: 1) niekonsekwentnie ulec zachciance żony i wyjść z psem na 5 minut zapobiegając całej sytuacji; 2) niekonsekwentnie posprzątać po psie, gdy ten napaskudził i dzięki temu mieć porządek w chałupie; 3) wyjść z domu z laptopem i przez te kilka dni popracować w parku/kawiarni/bibliotece/gdziekolwiek, zachowując się konsekwentnie i jednocześnie nie wąchając psich odchodów. I tak, będę się upierać, że najbardziej poszkodowany w tej historii był pies, chociażby dlatego, że jako jedyny nie mógł zrobić absolutnie nic, co zmieniłoby bieg wydarzeń na lepsze.
Się zastanawiam… Szczeniak przez 8 godzin produkował „kilka kałuż i minimum 2 kupy”, raczej nie sądzę, żeby wszystkie na 5min przed powrotem właścicielki, bo organizm szczenięcia tak nie działa. Czyli co, jak żona pracowała powiedzmy od 7:00 do 15:00, a pies po porannym spacerze z nią załatwił się powiedzmy koło 9:00, to przez następne 6 godzin kupa sobie leżała i śmierdziała, a Ty sobie przy niej siedziałeś, wąchałeś jej cudowny zapewne aromat i nie przeszkadzał Ci on na tyle, żeby posprzątać? „Słyszałem już od jej rodziny komentarze, że widać, że byłby ze mnie marny ojciec” Chłopie, z Ciebie jest marny człowiek-dbający-o-higienę, tak ogólnie. Współczuję temu psu. Biedny nie dość, że siedział godzinami bez właścicielki, w klatce albo w towarzystwie człowieka traktującego go jak wrzód na dupie, to jeszcze się rozchorował… Mam nadzieję, że mu lepiej u tej koleżanki z pracy.
@SlawkaMira: Jeśli pierniczę głupoty poniżej, to niech mnie ktoś poprawi. Test DNA opiera się na porównywaniu zestawów markerów genetycznych. Zatem jeśli test wykluczy ojcostwo, to na 100% oznacza, że dany mężczyzna nie jest ojcem danego dziecka – ponieważ to oznacza, że dziecko ma w DNA jakiś marker, którego nie odziedziczyło po matce i którego jednocześnie wskazany mężczyzna nie ma, ergo po nim dziecko też odziedziczyć go nie mogło. No a skoro go ma, to po kimś jednak odziedziczyć go musiało. Innymi słowy można by zrobić testy na ojcostwo z wykorzystaniem materiału genetycznego Ukraińca, żeby ojcostwo na 100% wykluczyć – tylko do tego trzeba, no… pobrać ów materiał genetyczny od Ukraińca, o którym wiemy tyle, że 20 lat temu był w miejscu ogarniętym obecnie wojną. Powodzenia w szukaniu chłopa. Natomiast najlepszy nawet test może potwierdzić ojcostwo z prawdopodobieństwem bliskim, ale niższym niż 100%. Dlaczego? Bo jeśli test potwierdza ojcostwo, to znaczy tyle, że markery genetyczne się zgadzają. Potwierdzenie to kwestia statystycznego dopasowania – im więcej zgodnych markerów, tym wyższe prawdopodobieństwo, że testowany mężczyzna faktycznie jest ojcem zadanego dziecka. Ale jeśli zrobilibyśmy testy na ojcostwo sprawdzając męża Autorki, a potem jego brata bliźniaka (zakładając na potrzeby tłumaczenia, że mąż Autorki ma brata bliźniaka), to niemal na pewno w obu przypadkach wyszłoby, że córka Autorki jest dzieckiem testowanego mężczyzny. To oczywiście nie znaczy, że dziewczynka ma dwóch ojców, bo to jest fizycznie niemożliwe. To znaczy tyle tylko, że zarówno jeden, jak i drugi mężczyna ma takie geny, jakie ktoś inny niż matka temu dziecku przekazał – czyli że jej ojcem równie dobrze może być jeden, jak i drugi. Co więcej, nawet jeśli mąż autorki nie ma brata bliźniaka, to zawsze istnieje szansa, że gdzieś na świecie istnieje jakiś mężczyzna o takim DNA, że w jego przypadku test również wykaże, że jest ojcem córki Autorki. Szansa na to jest mała, ale jest. (W internecie krążą historie ludzi, którzy przypadkiem natknęli się na swoje przynajmniej fenotypowe sobowtóry – podejrzewam, że przynajmniej część z nich może być przynajmniej do pewnego stopnia sobowtórami genetycznymi.) Niestety podejrzewam, że jak urząd dostanie papier stwierdzający „ten mężczyzna na 99,99% jest ojcem tej dziewczynki”, to będzie kręcił nosem, że czemu nie na 100%. Ogólnie bardzo współczuję Autorce i jej dziecku tego galimatiasu urzędowego, w którym się znalazły. Może tutaj przydałaby się jakaś bardziej profesjonalna porada prawna? Bo nie wygląda mi to na sprawę, którą zdołają poukładać anonimy z internetu…
Zawsze mi się wydawało, że pacjenci w sanatorium mają wypoczywać, co im pomoże podratować zdrowie. No nie wiem, czy emerytom aby na pewno tak świetnie się wypoczywa, wstając najpóźniej o 7:00. (No bo o 7:20 śniadanie, a 20 minut dla starszej osoby to tak akurat żeby się zebrać z łóżka, ubrać, uczesać, pościelić łóżko, zabrać sobie jakieś leki, które trzeba zażyć przy śniadaniu, może umyć zęby, jak ktoś myje i przed i po jedzeniu itd.) Piekielny dla emerytów jest ten, kto taki system wymyślił. A pchanie się do windy piekielne. Zawsze, obojętnie czy to winda, tramwaj czy budynek – najpierw się wychodzi z miejsca o mniejszej przestrzeni (udostępniając tą niewielką przestrzeń w środku), a potem się tamże wchodzi (wykorzystując wspomnianą niewielką przestrzeń).
@Michail: Oj, może... Członkowie bliskiej rodziny mają yorka, zwanego pieszczotliwie La Petite Durnota. Biorę go na spacer od czasu do czasu, ponieważ ów zwierz lubi mnie z jakichś sobie tylko znanych powodów. Oto sytuacja, która spotkała mnie na tych spacerach około milion pięćset sto dziewięćset razy: Idę z Durnotą na smyczy. Z naprzeciwka nadchodzi inny człowiek z psem niebędącym yorkiem ani cziłałą, ergo większym od Durnoty. Ów pies zbliża się do durnoty. Ja: Wie Pan(i), może lepiej niech oni się miną. Opiekun Drugiego Psa: Ale spokojnie, mój nie gryzie. Ja: Ale mój tak. Tu Opiekun Drugiego Psa spogląda na Durnotę - na 2,5kg szczęśliwych kudełków przyozdobionych kokardą, merdającym ogonem i, jak to nazywają psiarze, "uśmiechniętym" pyskiem. Najczęściej decyduje zaryzykować kontakt. Psy zbliżają się, Durnota nadal zachowuje się jak wcielenie radości. Opiekun Drugiego Psa mruga. Gdy otwiera oczy, wiedzi jak jego pies cofa się w popłochu - z Durnotą wgryzioną w gardło. Wówczas Opiekun Drugiego Psa robi najczęściej minę łudząco podobną do zdziwionego Pikachu. PS: Nie lękajcie się Durnoty, spacerowicze! Ludzi nie atakuje, kotów nie atakuje, wiewiórek nie atakuje, zajęcy nie atakuje. On ma po prostu problem z faktem, iż na świecie bytują inni przedstawiciele jego gatunku.
Sytuacja 1: winna babka na hulajnodze. Kierujący dowolnym pojazdem 1) powinien zakładać obecność innych uczestników ruchu drogowego i 2) ma obowiązek poruszać się z prędkością bezpieczną, czyli pozwalającą zareagować na wydarzenia na drodze. Czyli jeździć hulajnogą po parku - ok, ale na tyle wolno, żeby wyminąć innych ludzi, którzy w parku będą i nie ma sensu udawać zdziwienia, że tam są. Sytuacja 2: winny basen, który wpuścił za dużo ludzi, przez co był tłok. Na normalnych basenach jest limit osób, wynikający właśnie ze skończoności pola powierzchni obiektu. I jak przyjdzie ktoś jeszcze, to może sobie poczekać aż inni wyjdą, wcześniej wejścia sobie nie wykupi.
@Ohboy: Jeśli mieszkają na wsi (w okolicy rów na poboczu, przypadkowo spotkany rolnik, do mieszkania wnuczki trzeba dojechać drogą szybkiego ruchu), to nie nazywałabym tego "obsesją", no chyba że równolegle będziemy mówić o człowieku bez nóg, że ma obsesję inwalidzkowózkową.
@Lucik: Dobra, inaczej - co w tej historii jest piekielne? "Komórkoza"? Szkoła wprowadziła zakaz, żeby przeciwdziałać tejże - a Ty i Twoja Córka ten zakaz naginacie. Chcesz walczyć ze zjawiskiem? Zacznij od siebie. Ty akurat jesteś w wyjątkowej sytuacji? Inni też mają prawo być, nie znasz ich życia. Niezrozumienie Twojej sytuacji ze strony reszty rodziców na zebraniu? No dobra, zgoda, nie rozumieją sytuacji, w której nigdy nie byli. Ty rozumiesz sytuację każdego z nich? Hipokryzja reszty rodziców, polegająca na narzekaniu na "komórkozę" przy jednoczesnym pozwalaniu na nią dzieciom? No dobra, piekielna. Tylko po co sobie nią głowę zaprzątać? I po co był cały ten opis Twojej Córki i jej zegarka?
Podaj pytanie i odpowiedzi - zlecą się eksperci i Ci wytłumaczą, że to bardzo proste - a o to chyba chodzi, no nie? ;)
"Janusz w poważaniu miał konflikt Edisona i Tesli" Imć Janusz Patryjotą był najzwyczajniej. Chwała Łukasiewiczowi! :D
@Pantagruel: O ile mi wiadomo, to na takim "smart-zegarku" również da się odpalić media społecznościowe (tak, autorka napisała, że akurat jej córka na swoim egzemplarzu zrobić tego nie może, ale ponieważ ogólnie da się, to zakładam, że to autorka z premedytacją zablokowała tę możliwość/nie wgrała jakiejś potrzebnej funkcji/kupiła dziecku nietypowy model robiący minimalną liczbę rzeczy/wstaw sposób wedle własnej fantazji), zatem komentować i pisać ze znajomymi też się da. Jeśli jest przeglądarka, a pobieżne przejrzenie internetów pokazuje, że jak najbardziej może być, to i przeglądanie Vinteda oraz oglądanie filmików nie powinno stanowić problemu. Podtrzymuję zatem, że ten zakaz bardzo dziwnie wygląda - najwyraźniej Jędrzej nie może sobie używać telefonu, a Basia już może używać telefonu zawieszonego na nadgarstku, tfu, to znaczy zegarka. Rozumiem, że jakby rodzice Jędrzeja dokupili mu do telefonu taką małą klawiaturę na USB czy Bluetooth i nazwali taki zestaw laptopem, to Jędrzej też by mógł używać swojego telefonu, tfu, laptopa?
@Pantagruel: Skoro na tym polega potencjalny problem, to nie sensowniej byłoby zakazać używania na terenie szkoły aparatów fotograficznych, kamer oraz innych videorejestratorów, zarówno stanowiących samodzielne urządzenie jak również i wbudowanych urządzenie o innym przeznaczeniu? Bo na razie to ten zakaz wygląda, jakby go napisał ktoś, kto się pierwszy raz w życiu pisaniem czegoś podobnego zajmował. Chociaż to w zasadzie uwaga nie do autorki historii, tylko do autorów statutu szkolnego/regulaminu/gdziekolwiek ten zakaz został zapisany.
Zaraz, zaraz, skoro w szkole jest zakaz używania telefonów, to na jakiej zasadzie twoja córka może używać w niej zegarka, który od telefonu różni się w zasadzie tylko możliwością noszenia go na ręce?
Na wypadek gdyby ktokolwiek to kiedykolwiek przeczytał: gruszka. Testujcie to na gruszce, a nie na żarówce. Kształt ten sam, ale jakby się okazało, że wyjąć się nie da to zamiast jeździć po SORach po prostu zjecie sobie gruszkę w mało elegancki sposób. No i gruszki są pyszne :)