Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Strzyga

Zamieszcza historie od: 22 marca 2011 - 10:22
Ostatnio: 15 września 2017 - 14:17
O sobie:

Nie lubię ludzi.

  • Historii na głównej: 51 z 54
  • Punktów za historie: 40655
  • Komentarzy: 181
  • Punktów za komentarze: 941
 

#80005

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma właśnie wstawiła na fejsie pełen jadu i nienawiści post pod adresem pewnej lokalnej pizzerii.

Czym jej ta pizzeria zawiniła, pytacie?

Znajoma wstawiła na fejsowym funpagu pizzerii zdjęcie swoje i narzeczonego i napisała coś w rodzaju "Hejka, to ja i mój narzeczony. Dziś jest nasza 2. rocznica narzeczeństwa. Bardzo lubimy waszą pizzę. Czy dostaniemy darmową pizzę, żeby świętować nasze narzeczeństwo?"

Na co pizzeria uprzejmie im pogratulowała rocznicy i zaprosiła na swoją stronę internetową, by skorzystali z aktualnych promocji (w domyśle: by zapłacili za pizzę jak każdy).

Znajoma się wściekła i opluła pizzerię na swojej ścianie, nie szczędząc im wymówek, jacy to oni są skąpi i niewrażliwi.

No kurde.

Roszczeniowi ludzie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (226)

#76320

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z trzeciej ręki (znajomy znajomej), tak że nie wiem, na ile prawdziwa, ale w sumie chyba prawdopodobna.

Autobus jedzie, miasto, zbliża się do zebry, na której grupka pieszych czeka na zielone. Autobus jedzie prawidłowo, piesi stoją, wszystko okej.

Nagle od grupki odrywa się chłopaczek w wieku okołopodstawówkowym - kierowca podjeżdżając do przejścia widział, jak dzieciak kręci się nerwowo, ale chłoptaś nagle wyrywa z kopyta i rusza przez przejście. Przed rozmazaniem po froncie busa powstrzymała go jakaś kobieta, która złapała chłopaka za wszarz i wyciągnęła z powrotem na chodnik.

Kierowca oczywiście zdenerwowany - odruchowo zrobił sobie palcem kółko na czole, no ale że nic się nie stało, to pojechał dalej.

Kilka dni później wpłynęła do firmy przewozowej skarga: kierowca obraźliwym gestem zareagował na nieumyślny błąd biednego dziecka ze zdiagnozowanym ADHD, autyzmem czy czymś w tym rodzaju. Skarżyła kobita, która zareagowała - a która okazała się matką dzieciaka. Najwyraźniej to kółko na czole spowodowało u dzieciaka traumę, poczuł się wydrwiony i napiętnowany przez społeczeństwo, nie chce chodzić do szkoły, potrzebuje terapii itd. Kierowca się musiał gęsto tłumaczyć, dlaczego tak chamsko zareagował na błąd pacholęcia. To, że chłopak widział autobus, i był na tyle duży, by rozumieć konsekwencje potrącenia przez autobus, to nieistotne szczegóły.

Cóż.

zagranica autobus droga

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 279 (307)

#74784

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w korporacji za granicą.

Ogłosili nam w poniedziałek, że od stycznia 2017 zmieniają się godziny otwarcia. W dużym skrócie: dotąd otwarte pon-pt, 08:30-17:30. Przychodzisz i wychodzisz o której chcesz, byle odpracować zakontraktowane 7 godzin.

Od stycznia zasada mniej więcej ta sama, ale: raz na miesiąc dostajesz 1 zmianę w której musisz zostać do 20:30, raz w miesiącu dostajesz zmianę w której musisz przyjść na 08:00. Raz na 32 tygodnie pracujesz w sobotę, raz na 42 tygodnie pracujesz w niedzielę. Liczba godzin w umowie się nie zmienia, więc np. to co masz odwalić w weekend dostajesz wolne w tygodniu poprzedzającym.

Tę specjalną zmianę wyznaczy losowo każdemu szefostwo, raz na kwartał publikując rozpiskę - więc każdy wie co najmniej 3 miesiące naprzód, kiedy ma dwa "sztywne" dni i ewentualnie pracujący dzień w weekend. Zasada jest prosta: jak ci zmiana nie pasuje, to znajdź kogoś, z kim się możesz zamienić. (Szefostwu wszystko jedno, kto pracuje, byle pracował). Jak ci nie pasuje, to masz pecha.

Tyle wstępu. Zmiany generalnie przyjęliśmy z małym zachwytem, no ale trudno się mówi. O nadchodzących zmianach wiedzieliśmy zresztą od zeszłego roku, pytanie było tylko: kiedy to startuje.

Niestety znalazło się kilka osób, które postanowiło zrobić dym, i to o nich jest ta historia. Oto trzy najcięższe przypadki. Które piekielne, sami oceńcie (a może to ze mną coś nie tak...)

Koleżanka nr 1 z góry się rzuciła, że ona w piątki nie będzie pracować dłużej niż do 16:00, bo odwozi i przywozi syna na popołudniowe treningi; treningi są w dzielnicy, w której stosunkowo łatwo wyłapać w ryja, więc lepiej poruszać się szybko i najlepiej samochodem. Laska po namyśle przyznała jednak, że syn ma 14 lat i naprawdę nie umrze, jeśli będzie raz na jakiś czas dojeżdżał na trening rowerem albo autobusem.
Przypadek chyba w sumie najlżejszy.

Koleżanka nr 2 się zbulwersowała, że każą jej zostawać po 17:30. Ona dziecko musi karmić piersią, a dziecko jest przyzwyczajone do dostawania piersi o konkretnych godzinach m.in. o 19:00. Niby ma rację, powiecie, ale dziecku niedawno stuknęły dwa lata. Już od jakiegoś czasu samodzielnie szamie kaszki czy wręcz bułeczki, jest ojciec dziecka i dalsza rodzina, więc nie jest tak, że niemowlę z głodu umrze w samotności. K2 strzeliła foszka ciężkiego kalibru, bo jeszcze zaraz jej ktoś zacznie sugerować że może by tak butelkę zacząć dziecku wprowadzać, a przecież wiadomo, że bez piersi dziecko nie ma życia. We wtorek zażądała urlopu do końca miesiąca.

Koleżanka nr 3, chyba najgorsza jęczybuła. Dzieci mają po 5 i 7 lat, piersi nie potrzebują, ale według koleżanki będą miały ciężką traumę na całe życie, jeśli raz w miesiącu otuli je do snu tatuś, a bajeczkę przeczyta babunia. Nie, one muszą przed snem dostać całuska od mamusi i już. K3 rozważa głośno zmianę pracy na taką która nie będzie fundować skrzywienia psychicznego jej pociechom.

Chodzą słuchy, że K3 wypaliła szefowi, że on nie rozumie jej tragedii, bo nie ma dzieci. Szef nie ma dzieci, bo jego żona jest bezpłodna. Żona szefa pracuje dział obok i się dowiedziała o tej rozkosznej uwadze. Wpadłam na nią potem w damskiej toalecie, bidulka płakała.

Od poniedziałku atmosfera w pracy trochę skisła...

PS. Gdyby ktoś się zastanawiał, czemu sami sobie nie ogarniemy zmian lub czemu szefostwo nas z góry nie spyta kiedy komu pasuje, to mu wyjaśnię w komentarzach, bo trochę przydługawo się tu robi.

zagranica korporacja madki

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (227)
zarchiwizowany

#63686

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w korporacji.

W połowie grudnia mój wydział miał imprezę bożonarodzeniową w knajpie na mieście. Część ludzi siedziała wewnątrz przy barze, część przy stole, część na dworze.
W pewnym momencie wieczoru znalazłam się na zewnątrz z grupką palących; tuż obok stała grupa niepalących. Z głośników leciały obciachowe piosenki bożonarodzeniowe, wszyscy byli mniej lub bardziej na gazie, więc jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, ludzie objęli się za ramiona i zaczęli drzeć wniebogłosy do wtóru "Oh I wish it could be Christmas' czy innego okołoświątecznego szlagieru.

Jakoś tak się zdarzyło, że koledze, powiedzmy L., omsknęło się ramię i zamiast na łopatkach wylądowało na wysokości krzyża koleżanki, powiedzmy D. Tutaj muszę uczciwie podkreślić, że sytuacji nie widziałam, bo stałam twarzą w inną stronę, ale znajoma wszystko widziała (bujała się w rzędzie tuż za L. i D.) i przysięga, że nie było to w kalibrze obmacywania po tyłku; ot, nieco niżej niż wypadałoby objąć się po przyjacielsku, ale jeszcze bez kontekstu seksualnego).
D. zresztą bez gniewu, ze śmiechem przykazała L. przywołać rękę do porządku, na co L. przeprosił i zabrał łapę. Niedługo później do grupki podbił inny kolega, mniejsza o inicjał, i na wieść o incydencie opierniczył L. dość surowo; L. się cholernie przejął i zaczął prawie na kolanach przepraszać D. za swoje zachowanie. D., wyglądając na nieco zażenowaną całą sytuacją powiedziała, że naprawdę nic się nie stało, i widać było, że chce już o wszystkim zapomnieć.

I na tym by się pewnie to wszystko skończyło, gdyby wieść o tym zdarzeniu nie dotarła do uszu wydziałowej feministki. W poniedziałek następujący po imprezie firmowa feministka (typ bojowniczki o wolność wszystkich niewiast, dopatrująca się ucisku płciowego nawet w zwyczaju dawania kobietom kwiatów i kurtuazyjnym przepuszczaniu przez drzwi) postanowiła rozpocząć kampanię o sprawiedliwość dla D. W jej oczach D. to biedna, zastraszona ofiara męskiej chuci, którą samiec zbrukał w podły sposób. Feministki przy incydencie nie było, bo siedziała z grupą przybarową, ale z jej opowieści można wnioskować, że L. przyłapano w ciemnym zaułku, z jedną ręką zaciśniętą na gardle D. a drugą gmerającą w jej majtkach.

Feministka zażądała specjalnego spotkania menadżerów, zwołania świadków, niemal domagała się wyznaczenia sędziego i powołania ławy przysięgłych... Na nic zdały się tłumaczenia D., że według niej nic się nie stało. Na nic zeznania świadków, że oczywistym było, że incydent był bez znaczenia dla D. Feministka chyba rozkoszowała się myślą, że występuje w roli żeńskiej wersji Świętego Jerzego, który dzielnie szarżuje na podłego smoka męskiego szowinizmu. Co złośliwsi szeptali, że feministka skrycie kocha się w koledze, który obsobaczył L., i zazdrość nią szarpie, że obiekt jej uczuć wstawił się za D.

Przez kilka dni cały wydział żył rabanem robionym przez feministkę. L. był załamany i pełen wyrzutów sumienia, a D. zażenowana i zasmucona, że znalazła się w centrum tego zamieszania. Bodaj tydzień zajęło menadżerom przytłumienie całej sprawy - oczywiście zależało im na jak najszybszym wyjaśnieniu incydentu, i byli gotowi zamknąć sprawę już pierwszego dnia, ale feministka wierzgała jak znarowiona kobyła, kiedy tylko wyczuwała, że sprawa zaczyna przysychać. Tuż przed Świętami wpadłam na D. - wyglądała na wyczerpaną i na skraju załamania nerwowego.

Puenty nie będzie, bo i nie wydarzyło się nic spektakularnego, co podsumowałoby tę historię. Niemniej ilekroć w pracy widzę feministkę, mam ochotę wbić jej ostry przedmiot w oko. I sądząc po komentarzach latających bo biurze, takie zapędy ma pozostałe osiemdziesiąt współpracowników...

Praca

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (391)

#62400

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w sporej korporacji.
Moja filia zajmuje kilka pięter wielkiego budynku. Filia podzielona jest na działy, z których każdy zajmuje własny poziom. Każde piętro ma swoją kuchnię, łazienkę, część 'wypoczynkową' itd. Poszczególne piętra nie mają do siebie wejścia, bo wstęp jest na karty magnetyczne z ograniczonym dostępem.

A dalej, ostrzegam, będzie raczej niesmacznie.

Od pewnego czasu męska część mojego działu skarżyła się, że w ich toalecie ktoś okropnie świni. Świnienie objawiało się smugami krwi rozmazanymi na wewnętrznej stronie kabiny. Tak jakby ktoś wycierał zakrwawioną dłoń o powierzchnię drzwi.

Zdarzyło się raz, wszyscy żartowali. Zdarzyło się drugi, koledzy byli już trochę zniesmaczeni. Zdarzyło się trzeci. Zirytowani sprzątacze zgłosili, menadżerowie udzielili ustnej nagany w nieokreślonym kierunku. Dzień czy dwa później smugi znów się pojawiły. Menadżerowie udzielili ponownej nagany, tym razem w ostrzejszym tonie. Smugi pojawiły się znowu.
Zaczajanie się na rzezimieszka nie wchodziło w rachubę, bo nikt nie miał na to czasu. Wzajemna obserwacja, co radziło szefostwo, też miała mizerne skutki - ktokolwiek był sprawcą, przyłapany na wychodzeniu z zaświnionej kabiny mógł przecież powiedzieć, że to już tak było kiedy wszedł do łazienki. Założenie kamer menadżerowie uznali za niepoważne, bo raz że koszty, a dwa że no bez jaj, poważni ludzie tu pracują (hyh). No więc ostrzeżenia i apele o zaprzestanie krwawienia na mienie firmowe były bezskuteczne.

W piątek rano kumpel z zespołu wrócił z toalety z informacją, że szefostwo wywiesiło w męskiej ogłoszenie mniej więcej takiej treści:
"Do osoby brudzącej krwią toaletę. Uprzejmie prosimy o zaprzestanie tej działalności. Szczerze radzimy udać się do lekarza w sprawie twoich krwawień, bo to wygląda na poważne problemy zdrowotne. Jeśli się zgłosisz do swojego GP, obiecujemy że nie wyciągniemy konsekwencji z twojego dotychczasowego zachowania."

Ogłoszenie wisiało sobie do dzisiaj. Koło południa rozeszła się po biurze wieść, że pod ogłoszeniem ktoś wypisał krwią: "Nic mi nie możecie zrobić".

Śledztwo w toku.

call_center

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 765 (817)
zarchiwizowany
Niedawno poszłam na piwo z paczką znajomych.
Tak się złożyło, że wszyscy w grupie byli w podobnej sytuacji życiowej: w przedziale wiekowym 26-35, z wyższym wykształceniem, z dobrze (lub bardzo dobrze) płatną pracą, w stałym związku, i takie tam.
Wszyscy z wyjątkiem jednego typa. Nazwijmy go Oleś.
Oleś, jeśli chodzi o powyższe standardy, pobijał nas tylko wykształceniem - wyrobił jak dotąd przynajmniej 500% normy. Studował co najmniej 5 kierunków (studiował, podkreślam - nie skończył). W chwili obecnej, z tego co wiem, drapie doktorat o życiu codziennym jakiegoś plemienia z Papui-Nowej Gwinei, które wyginęło w I połowie XVII wieku (czy coś równie mało przydatnego).
O reszcie Olesia będzie dalej.
Między mną a kolegą rozmowa zeszła akurat na podróże: kolega, powiedzmy Grześ, wybiera się za jakiś czas w podróż po dalekiej Azji i Australii. W pewnym momencie do rozmowy dołączył się Oleś.
[O.:] Ooo, Grzesiu, dobrze słyszę że lecisz do X?
[G.:] No tak, a także do Y i Z. Strzyga była w zeszłym roku, mówiła że fajnie tam.
[O.:] Ooo, to ja też pojadę.
[Ja.:] A ty nie masz czasem trzeciego roku doktoratu na głowie?
[O.:] No tak, ale rzucam. Nudne to. Ile można dzikusów studiować. W przyszłym roku składam na religioznawstwo, powinno być ciekawiej.
[G.:] Yyy, no dobra. Tylko żebyś miał jakiś realistyczny obraz tej podróży do X, wiesz, bilety samolotowe kosztują tyle-i-tyle, hotele tyle-i...
[O.:] A co mnie ceny. Starzy mi za wszystko zapłacą.
[G.:] Że co? A zapracować sam nie możesz?
[O.:] Co ty, pogięło cię? Moi starzy bez komentarza bulą na wszystko, co im podyktuję! Mam jak jakiś palant wstawać codziennie i zapychać od 9:00 do 17:00? To dla takich idiotów jak w... eee.. dla idiotów! [tu krzywy uśmieszek i szybki rzut oka na mnie i na Grzesia.]
[G., spokojnie, chociaż żyła mu pulsowała:] Ja i Strzyga wstajemy codziennie i zapychamy jak, jak to ująłeś, idioci, a dzięki temu stać nas na wygodne, samodzielne życie, i jeszcze coś zostanie na podróże na drugi koniec świata.
[O.:] No tak, ale jakbyście byli mądrzy, to byście doili swoich starych. Moi płacą za wszystko. Jak powiedziałem kiedyś, że chyba pójdę pracować do kawiarni, to matka się popłakała i zapłaciła mi 2000 funtów, żebym tylko tam się nie zatrudnił.
[G.:] Olesiu, masz 29 lat. Strzyga ma 27, ja 30. Naprawdę uważasz, że w naszym wieku wypada prosić rodziców o pieniądze na papier toaletowy, jak ty to robisz co miesiąc?
[O., z oburzeniem:] Tym bardziej. To oznacza, że sobie umiem w życiu radzić, co nie?
[G., uroczyście:] Olesiu, jesteś kretynem.

Oleś zabulgotał w piwo i się zamknął. Potem gdzieś zniknął na resztę wieczoru. Kiedy zapytałam później koleżankę, gdzie polazł, powiedziała, że poszedł do domu. Była bardzo zdziwiona i zdezorientowana, bo na odchodne podobno ze złością rzucił, że z frajerami nie pije.

zagranica życie

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (79)
zarchiwizowany

#56242

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znajoma z pracy mojego faceta, powiedzmy K., postanowiła z mężem zaadoptować dziecko.
Papiery złożyli, wstępne eliminacje przeszli śpiewająco. Wszelkie testy psychologiczne ok, zarobki niezłe, dom w porządku, nawet pies zyskał aprobatę.
Potem ludzie z machiny adopcyjnej zaczęli przeglądać przyjaciół K.
K. wezwano na spotkanie.

[Pańcia z machiny:] Za mało ma pani wśród znajomych par homoseksualnych oraz ludzi innego pochodzenia etnicznego.
K. zdębiała.
[P.:] Jak pani chce wychowywać dziecko na dobrego człowieka, skoro zna pani tylko... [szelest papierów] ...trzech gejów i jedną parę lesbijską? A tylko ośmiu pani znajomych ma inny kolor skóry.
K. nadal milczy, nie ogarniając rozmiaru swojego dotąd nieodkrytego rasizmu oraz homofobii.
[P.:] Proszę pani, tak nie można. Przecież dziecko nigdy nie będzie miało szzansy zdrowo dorastać w środowisku różnorodności seksualnej oraz etnicznej.
K., pedagog z ponad piętnastoletnim doświadczeniem, nie umie znaleźc słów.
[P.:] Stanowczo rekomendujemy, żeby przemyślała pani to, co powiedziałam.
K. odzyskuje język.
[K.:] Ale ja nie dobieram sobie znajomych po kolorze skóry czy orientacji, tylko po tym, jakimi są ludźmi!
[P., z naganą:] No właśnie dlatego ma pani tak mało homoseksualistów i obcokrajowców wśród przyjaciół! Proszę to zmienić.
[K., ze złością:] A co z X?
(X - jej najlepsza przyjaciółka; wspaniała kobieta, która urodziła się meżczyzną).
[P.:] Ojoj, nie, osoby transseksualne to dla dziecka za dużo, za dużo... Może mieć problemy ze zrozumieniem. Niech pani poszuka zwykłych gejów i lesbijek. I dużo, dużo osób innego pochodzenia.

K. wyszła i przeżuwała zasłyszane rewelacje przez kilka dni. Ostatnio z ironią poinformowała TŻ, że co prawda ja jestem obcokrajowcem, ale niestety jestem za bardzo biała, więc na razie psujemy jej punkty adopcyjne. Ale jak już zdecydujemy się zachować rozsądnie i zmienić orientację oraz zostać Murzynami, to mamy się do niej natychmiast zgłosić.
Spoko.

zagranica adopcja

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (102)

#48654

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w korporacji zajmującej się obrotem finansami różnej maści.

Był sobie pan, który wraz z żoną miał u nas inwestycję. Pan wdał się w romans, postanowił wycofać inwestycję bez wiedzy żony i wraz z kochanką oraz pieniędzmi nawiać na Karaiby.

Pan do planu podszedł profesjonalnie. Skontaktował się z nami pytając o metody podejmowania pieniędzy, upewnił się, co na pewno musi zrobić, żeby wszystko poszło gładko, wypytał o przeciętny czas upływający od poinformowania nas o wycofaniu inwestycji do momentu przelewu na konto, uprzedził że wyśle formularze, tak, żona wie, żona stoi obok i wszystko słyszy, żona jak najbardziej się zgadza, już podpisuje zgodę na wycofanie. ("Żoną" była kochanka poinstruowana o wszystkich potrzebnych danych osobowych małżonki i odpowiadająca bezbłędnie na wszelkie pytania konsultanta.)

Pan poczekał, aż żona wyjedzie na urlop, mistrzowsko podrobił podpis żony na formularzu i wysłał go w odpowiednim czasie tak, że pieniądze miały zostać przelane na konto gdy żona nie będzie akurat miała dostępu do banku.

I wszystko byłoby piękne dla męża i kochanki gdyby nie jeden mały, malusieńki błąd, który pan popełnił.
Pan mąż, wyobraźcie sobie, przećwiczył podpis małżonki na odwrocie formularza. Tego samego, który wysłał nam. A który wypadł z koperty grzbietem do góry, kiedy otworzyli go w sortowni.
Kolega z działu przestępstw finansowych prawie się posiusiał ze śmiechu, kiedy dzwonił do pana z informacją, że zawiadomił odpowiednie organy ścigania.

Geniusz zbrodni normalnie.

Zagranica call_center

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1089 (1149)

#40460

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w kinie.

Co roku w sezonie letnim centrala wyznacza serię kosmicznie wysokich targetów sprzedaży. Kino, które jakimś cudem je spotka, wygrywa apetyczną nagrodę pieniężną, którą może dowolnie wydać na pracowników. Przewidziane są również nagrody za miejsce drugie i trzecie w wynikach.

W zeszłym roku byliśmy pierwsi. Menadżerka odpowiedzialna za uskutecznienie nagrody, nie raczyła nas zapytać co chcemy z nią zrobić - po prostu wiedziała, że trzydzieści kilka osób jak jeden mąż chce iść na ckliwy musical.
Nie chciało.
W tym roku zajęliśmy miejsce drugie. Po zbiorowym buncie przeciwko wciskaniu nam w gardła kolejnego ckliwego musicalu, Szef Główny obiecał, że sami zdecydujemy na co chcemy wydać pieniądze. Więcej! Nie musimy wszyscy robić tego samego!

W pokoju socjalnym wywieszono kartkę, na której mieliśmy wpisywać propozycje.
Po zbiorowych naradach i dyskusjach podzieliliśmy się na trzy grupy. Jedna chciała iść do teatru, druga na gokarty, trzecia na posiłek do pewnej restauracji.
Zadowoleni byliśmy przez może dwa dni.
Potem Główny zdarł kartkę i oznajmił, że trzy grupy to bez sensu, bo przecież wiadomo, że ci od restauracji będą mieć za złe gokartowcom, że ich rozrywka kosztowała więcej, a teatralni będą narzekać, że teatr jest gorszy niż restauracja i gokarty razem wzięte.
Nic to, że przecież sami wybraliśmy, co chcemy robić. Szef wiedział lepiej.

Pojawiła się druga kartka. Tym razem dwie propozycje z góry ustalone przez menadżerów: kręgle lub teatr.
Pozgrzytaliśmy zębami i znów podzieliliśmy się na grupy.
Kartka wkrótce zniknęła. Wytłumaczenie: teatr wystawia akurat szekspirowskiego "Juliusza Cezara", A TO PRZECIEŻ DLA NAS ZA TRUDNE.

Kartka trzecia: kręgle lub restauracja proponowana na kartce pierwszej.
Nie, bo dwie pracownice, które są prawie na emeryturze, nie mogą iść na kręgle z powodów zdrowotnych. Obie od początku chciały iść do restauracji? Ale przecież będzie im przykro, że sobie nie poturlają!
Zresztą jeden z menadżerów był w tej restauracji i mu nie smakowało, to bez sensu, żeby tam iść.

Kartka czwarta i ostateczna, bez możliwości wyboru: idziemy do najgorszej restauracji w mieście, a potem do klubu na noc komedii typu stand-up. Restauracja nie ma prawie opcji wegetariańskich (kilka koleżanek najwyżej przetrwa wieczór na sałacie i pomidorach), a o komikach przewidzianych w programie nikt nie słyszał.
Bonus: jeśli akurat tego dnia miał pracować, ma dylemat: stracić dniówkę i brać udział w czymś, na co zapieprzał od połowy maja do końca sierpnia, czy pluć na fakt że nikt go nie pytał o zdanie i pracować.
Menadżerowie od tygodnia zapewniają, że się nie mogą doczekać pysznej kolacji w miłym towarzystwie pracowników.

Oczywiście nie obędzie się bez smaczku na koniec. Otóż nagroda jest przyznawana wyłącznie pracownikom na niższych poziomach, natomiast menadżerowie dostają osobne, soczyste bonusy finansowe. Nasi postanowili, że ich obecność tylko uświetni wieczór kmiotków. Tak więc piątka naszych szefów cudownych będzie się bawić za nasze pieniądze, a niemal trzydzieści osób - średnia wieku lat dwadzieścia pięć - czuje się jak grupa niesfornych przedszkolaków.

Życie i moi szefowie są niesprawiedliwi, no.

Kino zagranica

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 746 (834)

#39805

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w kinie.

Przychodzi facet, chce siedem biletów na coś tam. Pytam czy ma jakieś zniżki albo kupony. Ma. Wyciąga vouchera typu "Funt pięćdziesiąt mniej za bilet". Nabijam sześć normalnych i jeden ze zniżką, mówię mu total.

[Facet:] ILE?
[Ja:] Tyle i Tyle, proszę pana.
[F.:] Przecież tu jest napisane "Funt pięćdziesiąt mniej za bilet"! Czemu nie policzyłaś wszystkich ze zniżką?!
[J.:] Jeden voucher, jeden bilet.
[F.:] Kłamiesz! Skąd wiesz?
[J.:] Jest napisane drobnym druczkiem na voucherze w Warunkach Promocji.
[F.:] A skąd ja niby miałem to wiedzieć?!
[J.:] Wie pan, wystarczy przeczytać drobny druczek...
[F.:] A CZEMU NIE NAPISALI, ŻEBY PRZECZYTAĆ DROBNY DRUCZEK?
[J.:] Proszę pana, trzeba zawsze czytać drobny druczek...
[F.:] ALE JA NIE PRZECZYTAŁEM I NIE WIEM, ŻE JEDEN VOUCHER TO JEDEN BILET! ZRÓB MI WSZYSTKIE ZE ZNIŻKĄ!

Niestety ani ja, ani menadżer zawołany wkrótce na konsultację nie ugięliśmy się pod żelazną logiką pana. Zapłacił Tyle i Tyle i odszedł. Może się nauczy, że nie należy lekceważyć potęgi drobnego druczku.

Kino zagranica

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 798 (916)