Profil użytkownika
Swistak
| Zamieszcza historie od: | 5 września 2025 - 16:37 |
| Ostatnio: | 28 października 2025 - 16:58 |
- Historii na głównej: 6 z 8
- Punktów za historie: 706
- Komentarzy: 15
- Punktów za komentarze: 58
Mam rodzicielkę, bo matką, a tym bardziej mamą, tego nazwać nie można. Przez wiele lat żyłyśmy w stanie podobnym do zimnej wojny, aż pewnego dnia rodzicielka postanowiła okraść mnie z oszczędności odkładanych na studia za granicą. Był płacz, zgrzytanie zębami, dodatkowe dwa lata parszywej pracy z horrendalnymi nadgodzinami byle tylko uzbierać jak najszybciej na wymarzone studia.
Jak już odbiłam się od dna postanowiłam że tak tego nie zostawię i podałam rodzicielkę do sądu o alimenty i zwrot skradzionych pieniędzy. Pół roku oczekiwania na rozprawę, w międzyczasie zdążyłam zacząć studia i pech chciał że w dniu rozprawy wypadł ważny egzamin, którego nie dało się przełożyć. Pytam prawnika co możemy w związku z tym zrobić, a on zapewnia mnie że sprawa jasna jak słońce, mnie na rozprawie być nie musi i mogę spokojnie pisać egzamin. Super, to lecę na egzamin i czekam na wieści o wyniku rozprawy.
Wieczorem okazuje się że sąd jednak chciałby mnie widzieć i wyznaczyli następny termin rozprawy, parę miesięcy później. Tak się złożyło że poważnie się rozchorowałam i nie mogłam uczestniczyć w rozprawie, także została ona przełożona na parę miesięcy później. Tydzień przed nowym terminem dostałam praktyki, na które uczęszczanie było warunkiem ukończenia roku. Sprawa nie fajna bo nie było mnie stać na powtarzanie roku, pieniądze z alimentów bardzo by się przydały bo w tamtym czasie studiowałam dziennie i pracowałam wieczorami i weekendami, co było lekko mówiąc wykańczające. Wręcz zabiłabym za jedno wolne popołudnie w tygodniu. No i też już głupio przekładać rozprawę tyle razy. Skonsultowałam się z prawnikiem, kazał na praktyki jechać i nie przejmować się rozprawą. No to super, jadę.
Kiedy wróciłam okazało się że sąd jednak nie zgodził się na przełożenie poprzedniej rozprawy i wyznaczył mi ostateczny termin, prawie że półtora roku po złożeniu wniosku. Tym razem udało się, nic nie wyskoczyło i pojawiłam się na rozprawie planowo.
Smaczek? Pani sędzia upewniła się że ja to ja po czym powiedziała że ona w sumie nie wie po co ja tu jestem bo ona mnie do niczego nie potrzebuje :)
I na koniec smaczek numer dwa: od złożenia wniosku minęło przeszło 4 lata, ponad 2,5 od kiedy wyrok o przyznaniu mi alimentów jest prawomocny. Alimentów nie otrzymałam ani razu bo... Pani rodzicielka wyjechała za granicę i nie da się jej zlokalizować, mimo tego że mój prawnik posiada jej dokładne dane i adres zamieszkania.
A ja alimentów nie miałam kiedy musiałam pożyczać pieniądze po znajomych żeby nie głodować do końca miesiąca, mimo że się należały. Teraz to mi to już wisi, bo mam zapewnioną dobrze płatną pracę, ale dalej jestem ciekawa kiedy dostanę pierwsze alimenty, o ile ten dzień kiedykolwiek nadejdzie.
Jak już odbiłam się od dna postanowiłam że tak tego nie zostawię i podałam rodzicielkę do sądu o alimenty i zwrot skradzionych pieniędzy. Pół roku oczekiwania na rozprawę, w międzyczasie zdążyłam zacząć studia i pech chciał że w dniu rozprawy wypadł ważny egzamin, którego nie dało się przełożyć. Pytam prawnika co możemy w związku z tym zrobić, a on zapewnia mnie że sprawa jasna jak słońce, mnie na rozprawie być nie musi i mogę spokojnie pisać egzamin. Super, to lecę na egzamin i czekam na wieści o wyniku rozprawy.
Wieczorem okazuje się że sąd jednak chciałby mnie widzieć i wyznaczyli następny termin rozprawy, parę miesięcy później. Tak się złożyło że poważnie się rozchorowałam i nie mogłam uczestniczyć w rozprawie, także została ona przełożona na parę miesięcy później. Tydzień przed nowym terminem dostałam praktyki, na które uczęszczanie było warunkiem ukończenia roku. Sprawa nie fajna bo nie było mnie stać na powtarzanie roku, pieniądze z alimentów bardzo by się przydały bo w tamtym czasie studiowałam dziennie i pracowałam wieczorami i weekendami, co było lekko mówiąc wykańczające. Wręcz zabiłabym za jedno wolne popołudnie w tygodniu. No i też już głupio przekładać rozprawę tyle razy. Skonsultowałam się z prawnikiem, kazał na praktyki jechać i nie przejmować się rozprawą. No to super, jadę.
Kiedy wróciłam okazało się że sąd jednak nie zgodził się na przełożenie poprzedniej rozprawy i wyznaczył mi ostateczny termin, prawie że półtora roku po złożeniu wniosku. Tym razem udało się, nic nie wyskoczyło i pojawiłam się na rozprawie planowo.
Smaczek? Pani sędzia upewniła się że ja to ja po czym powiedziała że ona w sumie nie wie po co ja tu jestem bo ona mnie do niczego nie potrzebuje :)
I na koniec smaczek numer dwa: od złożenia wniosku minęło przeszło 4 lata, ponad 2,5 od kiedy wyrok o przyznaniu mi alimentów jest prawomocny. Alimentów nie otrzymałam ani razu bo... Pani rodzicielka wyjechała za granicę i nie da się jej zlokalizować, mimo tego że mój prawnik posiada jej dokładne dane i adres zamieszkania.
A ja alimentów nie miałam kiedy musiałam pożyczać pieniądze po znajomych żeby nie głodować do końca miesiąca, mimo że się należały. Teraz to mi to już wisi, bo mam zapewnioną dobrze płatną pracę, ale dalej jestem ciekawa kiedy dostanę pierwsze alimenty, o ile ten dzień kiedykolwiek nadejdzie.
Ocena:
126
(136)
Piekielność systemowa.
Mam w pracy taki system, który pokazuje mi zadania do wykonania i termin do którego muszą być wykonane. Po wykonaniu zadania muszę zaznaczyć, że zostało ono wykonane, inaczej dostajemy nagany z biura.
W zeszłym tygodniu loguję się do systemu, sprawdzam co tam mam do zrobienia i wita mnie takie zadanie - wymiana filtra w instalacji X. Wszystko fajnie, tylko instalacja X to antena i w zasadzie niewiele więcej. W życiu nie widziałam filtra w tego typu antenach, ale dla pewności sprawdzam dokumentację. Śrubki takie i takie, tyle i tyle sztuk, panel taki i siaki, lampka taka i owaka, no i jak na złość nie ma żadnego filtra.
Siedzę i patrzę na nieszczęsna antenę, dumając co autor miał na myśli, kiedy do biura wchodzi mój przełożony. Na pytanie o filtry odpowiada tylko czy coś dzisiaj brałam, no bo gdzie w antenie filter? No ale racja, w systemie jak wół stoi, że ma być filter, to idziemy do szefa szefów zasugerować, żeby może olać zadanie i wysłać miłego maila do biura, żeby sami sobie tego filtra poszukali jeśli tak bardzo chcą.
Szef szefów duma, zastanawia się, przypatruje się podejrzliwie tej antenie. No i w końcu wydumał, że nie można tak po prostu zwrócić uwagi, że biuro wymaga głupot, a zadania też nie można nie wykonać. Więc postanowił, że antenę trzeba odkurzyć odkurzaczem i wtedy zadanie będzie wykonane.
Antenę. Stojącą na zewnątrz. Wysoką na 30 metrów. Odkurzaczem.
Zadzieram kiecę i lecę.
Mam w pracy taki system, który pokazuje mi zadania do wykonania i termin do którego muszą być wykonane. Po wykonaniu zadania muszę zaznaczyć, że zostało ono wykonane, inaczej dostajemy nagany z biura.
W zeszłym tygodniu loguję się do systemu, sprawdzam co tam mam do zrobienia i wita mnie takie zadanie - wymiana filtra w instalacji X. Wszystko fajnie, tylko instalacja X to antena i w zasadzie niewiele więcej. W życiu nie widziałam filtra w tego typu antenach, ale dla pewności sprawdzam dokumentację. Śrubki takie i takie, tyle i tyle sztuk, panel taki i siaki, lampka taka i owaka, no i jak na złość nie ma żadnego filtra.
Siedzę i patrzę na nieszczęsna antenę, dumając co autor miał na myśli, kiedy do biura wchodzi mój przełożony. Na pytanie o filtry odpowiada tylko czy coś dzisiaj brałam, no bo gdzie w antenie filter? No ale racja, w systemie jak wół stoi, że ma być filter, to idziemy do szefa szefów zasugerować, żeby może olać zadanie i wysłać miłego maila do biura, żeby sami sobie tego filtra poszukali jeśli tak bardzo chcą.
Szef szefów duma, zastanawia się, przypatruje się podejrzliwie tej antenie. No i w końcu wydumał, że nie można tak po prostu zwrócić uwagi, że biuro wymaga głupot, a zadania też nie można nie wykonać. Więc postanowił, że antenę trzeba odkurzyć odkurzaczem i wtedy zadanie będzie wykonane.
Antenę. Stojącą na zewnątrz. Wysoką na 30 metrów. Odkurzaczem.
Zadzieram kiecę i lecę.
praca
Ocena:
161
(169)
Mój dziadek uwielbia prowadzić samochód. Do tego stopnia, że nie przyjmuje do wiadomości, że wzrok już powoli nie ten i zaczyna sprawiać coraz to większe zagrożenie na drodze.
Zaczęło się od małych przewinień: tu przegapił znak stopu, nie zauważył zmiany limitu prędkości, tam wjechał w słupek na parkingu, gdzieś indziej nie zauważył gdzie prowadzi jego pas i zjechał na sąsiedni, zajeżdżając komuś drogę. Wtedy jeszcze nie miałam za bardzo oporów, żeby z nim jeździć, o ile siedziałam z przodu i miałam możliwość na bieżąco informować go o wszystkich zagrożeniach.
Po jakimś czasie okazało się, że dziadek ledwo co widzi po ciemku i zupełnie nie jest w stanie rozróżnić czy ma zielone czy czerwone światło i gdzie się kończy droga a gdzie zaczyna chodnik. Chwilę zajęło zanim się zorientowałam, że dziadek aż tak niedowidzi, bo jeździł na pamięć tą samą drogą i nie musiał widzieć znaków żeby wiedzieć co robić. Na dobrą sprawę wyszło to dopiero kiedy się przeprowadziłam i dziadek pierwszy raz musiał dojechać do mojego nowego mieszkania - nikomu nie życzę usłyszenia na drodze szybkiego ruchu, poruszając się 100 kilometrów na godzinę, że kierowca w zasadzie nie jest pewien czy widzi drogę.
Od tego momentu kategorycznie odmówiłam wsiadania do samochodu dziadka i zaczęłam gorąco przekonywać rodzinę, żeby przemówili mu do rozsądku i przekonali, żeby przestał prowadzić. Co na to rodzina? "A nie rób z dziadka kaleki, przecież dobrze jeździ póki zna drogę. Całe życie za kółkiem i teraz mu każesz przestać bo kilka świateł przegapił? Nie odbieraj człowiekowi radości z życia. W ogóle to przesadzasz, co złego może się stać jeśli dziadek będzie ostrożny i ty go będziesz pilotować?" Taki stan rzeczy utrzymuje się od kilku lat.
Parę dni temu rozmawiałam z babcią, która pochwaliła mi się, że z dziadkiem brali udział w wypadku samochodowym. Dziadek nie zauważył rowu przy drodze i próbował zaparkować na poboczu, oczywiście kończąc w tym rowie. Jakiś lokalny rolnik zauważył wypadek, pomógł wyjść z samochodu i zwołał sąsiadów do pomocy. Wspólnym wysiłkiem udało się samochód wyciągnąć z rowu i dziadkowie mogli kontynuować wycieczkę.
Po upewnieniu się, że wszyscy wyszli z tego w jednym kawałku spytałam czy wypadek przekonał dziadka do zaprzestania jazdy i sprzedaży samochodu. Co na to babcia? "A nie wydziwiaj, przecież skąd miał wiedzieć że tam był rów jak tam nigdy wcześniej nie byliśmy? Teraz już będzie wiedział to drugi raz nie wjedzie, a poza tym dobrze jeździ. No już czasami świateł nie widzi, ale jak mu powiem że jest czerwone to się zawsze zatrzyma, to czemu miałby nie jeździć?"
Aha.
Zaczęło się od małych przewinień: tu przegapił znak stopu, nie zauważył zmiany limitu prędkości, tam wjechał w słupek na parkingu, gdzieś indziej nie zauważył gdzie prowadzi jego pas i zjechał na sąsiedni, zajeżdżając komuś drogę. Wtedy jeszcze nie miałam za bardzo oporów, żeby z nim jeździć, o ile siedziałam z przodu i miałam możliwość na bieżąco informować go o wszystkich zagrożeniach.
Po jakimś czasie okazało się, że dziadek ledwo co widzi po ciemku i zupełnie nie jest w stanie rozróżnić czy ma zielone czy czerwone światło i gdzie się kończy droga a gdzie zaczyna chodnik. Chwilę zajęło zanim się zorientowałam, że dziadek aż tak niedowidzi, bo jeździł na pamięć tą samą drogą i nie musiał widzieć znaków żeby wiedzieć co robić. Na dobrą sprawę wyszło to dopiero kiedy się przeprowadziłam i dziadek pierwszy raz musiał dojechać do mojego nowego mieszkania - nikomu nie życzę usłyszenia na drodze szybkiego ruchu, poruszając się 100 kilometrów na godzinę, że kierowca w zasadzie nie jest pewien czy widzi drogę.
Od tego momentu kategorycznie odmówiłam wsiadania do samochodu dziadka i zaczęłam gorąco przekonywać rodzinę, żeby przemówili mu do rozsądku i przekonali, żeby przestał prowadzić. Co na to rodzina? "A nie rób z dziadka kaleki, przecież dobrze jeździ póki zna drogę. Całe życie za kółkiem i teraz mu każesz przestać bo kilka świateł przegapił? Nie odbieraj człowiekowi radości z życia. W ogóle to przesadzasz, co złego może się stać jeśli dziadek będzie ostrożny i ty go będziesz pilotować?" Taki stan rzeczy utrzymuje się od kilku lat.
Parę dni temu rozmawiałam z babcią, która pochwaliła mi się, że z dziadkiem brali udział w wypadku samochodowym. Dziadek nie zauważył rowu przy drodze i próbował zaparkować na poboczu, oczywiście kończąc w tym rowie. Jakiś lokalny rolnik zauważył wypadek, pomógł wyjść z samochodu i zwołał sąsiadów do pomocy. Wspólnym wysiłkiem udało się samochód wyciągnąć z rowu i dziadkowie mogli kontynuować wycieczkę.
Po upewnieniu się, że wszyscy wyszli z tego w jednym kawałku spytałam czy wypadek przekonał dziadka do zaprzestania jazdy i sprzedaży samochodu. Co na to babcia? "A nie wydziwiaj, przecież skąd miał wiedzieć że tam był rów jak tam nigdy wcześniej nie byliśmy? Teraz już będzie wiedział to drugi raz nie wjedzie, a poza tym dobrze jeździ. No już czasami świateł nie widzi, ale jak mu powiem że jest czerwone to się zawsze zatrzyma, to czemu miałby nie jeździć?"
Aha.
Ocena:
124
(130)
Mam nową współlokatorkę i po tygodniu wspólnego mieszkania zauważyłam, że nasz kosz na śmieci prawie co drugi dzień schnie w łazience i non stop ma jakieś cieknące resztki jedzenia na dnie. Zauważyłam też, że worki na śmieci, które wkładałam do środka, jakoś znikają zanim pojawią się w nich jakiekolwiek śmieci. Zagadałam do współlokatorki na ten temat i co usłyszałam?
- A bo ja nie wierzę w worki na śmieci i nie używam, nie potrzeba.
Pal licho wiarę w Boga, tu się okazuję że najwyraźniej najpopularniejsza religią świata są worki na śmieci.
- A bo ja nie wierzę w worki na śmieci i nie używam, nie potrzeba.
Pal licho wiarę w Boga, tu się okazuję że najwyraźniej najpopularniejsza religią świata są worki na śmieci.
śmieci worek
Ocena:
134
(142)
Z natury jestem cierpliwa jak mało kto, ale w tej sytuacji myślę, że nawet święty już by się wściekł...
Moja uczelnia ma umowę z paroma dużymi firmami na następujących zasadach: firmy zgłaszają raz do roku ilu praktykantów by chcieli, zainteresowani studenci składają aplikacje, kilku zostaje wybranych i wyjeżdża na półroczny staż za przysłowiowe psie pieniądze - w najgorszym wypadku wpada fajny staż do CV, w najlepszym firma oferuje stałe zatrudnienie za normalną stawkę, jeśli delikwent im się spodoba.
W tym roku padło na mnie - Duża Europejska Firma zaprasza na staż. Europejskie firmy w tej branży zazwyczaj nie wymagają za dużo papierologii, ale jako, że Duża Europejska Firma jest w części własnością Większej Amerykańskiej Firmy, jest narzucone pełno dodatkowych wymagań. Między innymi europejski certyfikat zdrowia na zawrotne 2 strony A4 im nie wystarcza - potrzebny jest taki dokładniejszy, na 8 stron plus załączniki. Oczywiście można go zrobić tylko prywatnie i oni oddadzą pieniądze jak już będą mieli papiery w ręce.
Jako że już posiadam europejski certyfikat zdrowia, wiem że nie mam żadnych przeciwskazań do pracy w zawodzie, także bez obaw zrobiłam ten rozszerzony. Po półtora miesiąca badań w końcu jest, 18 stron szczegółowego opisu, że jestem okazem zdrowia i nic tylko zatrudniać. Rachunek opiewa na okrągłą kwotę 3000 euro. No nic, zapożyczam się u znajomych, płacę i od razu wysyłam wszystko do centrali Większej Amerykańskiej Firmy. Zgodnie z wytycznymi, które dostałam od Dużej Europejskiej Firmy, teraz zostało już tylko się spakować i czekać na przelew za certyfikat zdrowia i bilety na samolot.
Po trzech dniach przychodzi odpowiedź od Większej Amerykańskiej Firmy - odmowa zatrudnienia i informacja o wykreśleniu z listy praktykantów. Przepraszam, czemu? Z jakiej racji?
Niezbyt miły pan z obsługi wyjaśnia jakby to była najoczywistsza oczywistość, że no przecież w certyfikacie zdrowia jest wpisana diagnoza nerwicy i depresji w tym roku, także jestem niebezpieczna, na pewno się nie nadaję do pracy i według międzynarodowego prawa nie mam wogóle czego szukać w zawodzie przynajmniej rok od poprawy stanu zdrowia bo nikt mnie nigdzie nie zatrudni. Pan powołuje się na międzynarodową konwencję i grzecznie każe mi się odstosunkować i już głowy nie zawracać.
Tak się składa, że powyższą konwencję znam praktycznie na pamięć i rękę bym sobie dała uciąć, że nic takiego w niej nie ma. Ale dla pewności jeszcze sprawdzam dokładnie - no jak wół stoi, że w przypadku jakichkolwiek dolegliwości natury psychiatrycznej *zaleca się* regularną kontrolę stanu pacjenta przez rok od czasu poprawy, jednak ostatecznie decyzja odnośnie zdolności do pracy zawsze należy do lekarza prowadzącego. Mój piękny 18 stronicowy certyfikat zdrowia zawiera po pierwsze obszerny opis przebiegu mojego leczenia od psychiatry prowadzącego, po drugie opis zaleceń - zalecenie kontynuowania pracy w zawodzie podczas leczenia, potwierdzenie, że diagnoza i leczenie w żaden sposób nie kolidują ze zdolnością do pracy oraz informacja, że na żadnym etapie leczenia nie byłam w na tyle złym stanie żeby stanowić jakiekolwiek zagrożenie w miejscu pracy. Wszystko pięknie podpisane nie dość, że przez psychiatrę to jeszcze potwierdzone jako zgodne ze stanem rzeczywistym i z międzynarodowym prawem przez lekarza wydającego certyfikat zdrowia.
Próbowałam jeszcze polemizować z panem z Większej Amerykańskiej Firmy ale uparł się, że nie bo nie, on wie lepiej i tyle. Spadać i najwyżej odezwać się za rok, jeśli mi się nie pogorszy. Nosz... wszystko opada.
Skontaktowałam się z Dużą Europejską Firmą, żeby spytać co z tym fantem zrobić. No bo teoretycznie mam już nie jeden, ale dwa certyfikaty zdrowia potwierdzające, że mogę pracować w zawodzie, ale praktycznie nie mogę bo nie? No i jakby tego było mało, to już pracowałam w tym roku w zawodzie i nie było z tym żadnego problemu, to co oni próbują powiedzieć, że tamte firmy złamały prawo kiedy mnie zatrudniły? No nie trzyma się to kupy w żadnym stopniu.
Co najlepsze, pani z Dużej Europejskiej Firmy była tak samo zaskoczona jak ja. Też nie rozumiała, z jakiej racji Większa Amerykańska Firma ma problem - Europejska Firma chce mnie zatrudnić, ja chcę być przez nich zatrudniona, certyfikaty medyczne zezwalają na zatrudnienie, no ale nie można bo... nie?
No cyrk na kółkach.
Moja uczelnia ma umowę z paroma dużymi firmami na następujących zasadach: firmy zgłaszają raz do roku ilu praktykantów by chcieli, zainteresowani studenci składają aplikacje, kilku zostaje wybranych i wyjeżdża na półroczny staż za przysłowiowe psie pieniądze - w najgorszym wypadku wpada fajny staż do CV, w najlepszym firma oferuje stałe zatrudnienie za normalną stawkę, jeśli delikwent im się spodoba.
W tym roku padło na mnie - Duża Europejska Firma zaprasza na staż. Europejskie firmy w tej branży zazwyczaj nie wymagają za dużo papierologii, ale jako, że Duża Europejska Firma jest w części własnością Większej Amerykańskiej Firmy, jest narzucone pełno dodatkowych wymagań. Między innymi europejski certyfikat zdrowia na zawrotne 2 strony A4 im nie wystarcza - potrzebny jest taki dokładniejszy, na 8 stron plus załączniki. Oczywiście można go zrobić tylko prywatnie i oni oddadzą pieniądze jak już będą mieli papiery w ręce.
Jako że już posiadam europejski certyfikat zdrowia, wiem że nie mam żadnych przeciwskazań do pracy w zawodzie, także bez obaw zrobiłam ten rozszerzony. Po półtora miesiąca badań w końcu jest, 18 stron szczegółowego opisu, że jestem okazem zdrowia i nic tylko zatrudniać. Rachunek opiewa na okrągłą kwotę 3000 euro. No nic, zapożyczam się u znajomych, płacę i od razu wysyłam wszystko do centrali Większej Amerykańskiej Firmy. Zgodnie z wytycznymi, które dostałam od Dużej Europejskiej Firmy, teraz zostało już tylko się spakować i czekać na przelew za certyfikat zdrowia i bilety na samolot.
Po trzech dniach przychodzi odpowiedź od Większej Amerykańskiej Firmy - odmowa zatrudnienia i informacja o wykreśleniu z listy praktykantów. Przepraszam, czemu? Z jakiej racji?
Niezbyt miły pan z obsługi wyjaśnia jakby to była najoczywistsza oczywistość, że no przecież w certyfikacie zdrowia jest wpisana diagnoza nerwicy i depresji w tym roku, także jestem niebezpieczna, na pewno się nie nadaję do pracy i według międzynarodowego prawa nie mam wogóle czego szukać w zawodzie przynajmniej rok od poprawy stanu zdrowia bo nikt mnie nigdzie nie zatrudni. Pan powołuje się na międzynarodową konwencję i grzecznie każe mi się odstosunkować i już głowy nie zawracać.
Tak się składa, że powyższą konwencję znam praktycznie na pamięć i rękę bym sobie dała uciąć, że nic takiego w niej nie ma. Ale dla pewności jeszcze sprawdzam dokładnie - no jak wół stoi, że w przypadku jakichkolwiek dolegliwości natury psychiatrycznej *zaleca się* regularną kontrolę stanu pacjenta przez rok od czasu poprawy, jednak ostatecznie decyzja odnośnie zdolności do pracy zawsze należy do lekarza prowadzącego. Mój piękny 18 stronicowy certyfikat zdrowia zawiera po pierwsze obszerny opis przebiegu mojego leczenia od psychiatry prowadzącego, po drugie opis zaleceń - zalecenie kontynuowania pracy w zawodzie podczas leczenia, potwierdzenie, że diagnoza i leczenie w żaden sposób nie kolidują ze zdolnością do pracy oraz informacja, że na żadnym etapie leczenia nie byłam w na tyle złym stanie żeby stanowić jakiekolwiek zagrożenie w miejscu pracy. Wszystko pięknie podpisane nie dość, że przez psychiatrę to jeszcze potwierdzone jako zgodne ze stanem rzeczywistym i z międzynarodowym prawem przez lekarza wydającego certyfikat zdrowia.
Próbowałam jeszcze polemizować z panem z Większej Amerykańskiej Firmy ale uparł się, że nie bo nie, on wie lepiej i tyle. Spadać i najwyżej odezwać się za rok, jeśli mi się nie pogorszy. Nosz... wszystko opada.
Skontaktowałam się z Dużą Europejską Firmą, żeby spytać co z tym fantem zrobić. No bo teoretycznie mam już nie jeden, ale dwa certyfikaty zdrowia potwierdzające, że mogę pracować w zawodzie, ale praktycznie nie mogę bo nie? No i jakby tego było mało, to już pracowałam w tym roku w zawodzie i nie było z tym żadnego problemu, to co oni próbują powiedzieć, że tamte firmy złamały prawo kiedy mnie zatrudniły? No nie trzyma się to kupy w żadnym stopniu.
Co najlepsze, pani z Dużej Europejskiej Firmy była tak samo zaskoczona jak ja. Też nie rozumiała, z jakiej racji Większa Amerykańska Firma ma problem - Europejska Firma chce mnie zatrudnić, ja chcę być przez nich zatrudniona, certyfikaty medyczne zezwalają na zatrudnienie, no ale nie można bo... nie?
No cyrk na kółkach.
Ocena:
74
(78)
Studiuję w Skandynawii i mam znajomego z roku, rodowitego Amerykanina. Znajomy ma kumpla, który od jakiegoś czasu mieszka w naszym państwie i postanowił rozpocząć studia na naszej uczelni. Wiadomo, w tym celu musi dostarczyć stertę dokumentów, między innymi dyplom ukończenia szkoły średniej z pewnym poziomem języka angielskiego.
Kumpel dokumenty dostarczył, odczekał swoje i usłyszał, że... niestety nie zostanie przyjęty, bo... nie zna angielskiego na wymaganym przez uczelnie poziomie.
Kumpel zrobił szybki rachunek sumienia, doszedł do wniosku że no jakby nie patrzeć on w żadnym innym języku nie mówi, a jakoś ze światem się komunikował przez całe życie. No to dzwoni do władz uczelni, żeby wyjaśnić o co im się właściwie rozchodzi.
Rozchodzi się o to, że na jego dyplomie nie ma przedmiotu o nazwie "język angielski", jest zamiast tego "literatura amerykańska". Ergo, nie ma żadnych dowodów na to, że kumpel mówi po angielsku i tyle.
Ach, jakby tylko były jakieś metody zweryfikowania jego umiejętności językowych... Chociażby ta rozmowa telefoniczna, która odbyła się w pełni po angielsku :)
Kumpel dokumenty dostarczył, odczekał swoje i usłyszał, że... niestety nie zostanie przyjęty, bo... nie zna angielskiego na wymaganym przez uczelnie poziomie.
Kumpel zrobił szybki rachunek sumienia, doszedł do wniosku że no jakby nie patrzeć on w żadnym innym języku nie mówi, a jakoś ze światem się komunikował przez całe życie. No to dzwoni do władz uczelni, żeby wyjaśnić o co im się właściwie rozchodzi.
Rozchodzi się o to, że na jego dyplomie nie ma przedmiotu o nazwie "język angielski", jest zamiast tego "literatura amerykańska". Ergo, nie ma żadnych dowodów na to, że kumpel mówi po angielsku i tyle.
Ach, jakby tylko były jakieś metody zweryfikowania jego umiejętności językowych... Chociażby ta rozmowa telefoniczna, która odbyła się w pełni po angielsku :)
Ocena:
169
(177)
zarchiwizowany
Skomentuj
(17)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Wredny i niedobry Świstak oczernia Bogu ducha winnych ludzi w internecie!
Okazało się że Pan Łojciec też lubi sobie poczytać piekielnych i rozpoznał w opowieściach Świstaka swoją paskudną córkę. I on się absolutnie nie zgadza na publikowanie takich historii bo one nic z prawdą nie mają wspólnego! Bo może i Świstak nie był ani chciany ani kochany, ale na pewno nie miał złego życia a nawet jeśli miał, to inni mają gorzej!
No bo w końcu Świstak miał tylko depresję i nerwicę, był tylko głodzony i szczuty, krzyczano na niego tylko pół dnia (a można było cały!), bity to już w ogóle był zupełnie okazjonalnie, a okradziony z oszczędności życia to już tylko raz! A ta cała przemoc psychiczna to wymysły są i tyle, za jego czasów czegoś takiego nie było i było dobrze. No takie szczęśliwe życie a tak ten Świstak narzeka, kto to widział!
Wzięło mnie ostatnio na pisanie w ramach prokrastynacji pracy licencjackiej, ale teraz to aż łapki swędzą żeby biografię życia tutaj opisać. A Pana Łojca serdecznie zapraszam się odstosunkować i zająć swoim nosem, jak to miał w zwyczaju przez swoją całą rodzicielską karierę.
Okazało się że Pan Łojciec też lubi sobie poczytać piekielnych i rozpoznał w opowieściach Świstaka swoją paskudną córkę. I on się absolutnie nie zgadza na publikowanie takich historii bo one nic z prawdą nie mają wspólnego! Bo może i Świstak nie był ani chciany ani kochany, ale na pewno nie miał złego życia a nawet jeśli miał, to inni mają gorzej!
No bo w końcu Świstak miał tylko depresję i nerwicę, był tylko głodzony i szczuty, krzyczano na niego tylko pół dnia (a można było cały!), bity to już w ogóle był zupełnie okazjonalnie, a okradziony z oszczędności życia to już tylko raz! A ta cała przemoc psychiczna to wymysły są i tyle, za jego czasów czegoś takiego nie było i było dobrze. No takie szczęśliwe życie a tak ten Świstak narzeka, kto to widział!
Wzięło mnie ostatnio na pisanie w ramach prokrastynacji pracy licencjackiej, ale teraz to aż łapki swędzą żeby biografię życia tutaj opisać. A Pana Łojca serdecznie zapraszam się odstosunkować i zająć swoim nosem, jak to miał w zwyczaju przez swoją całą rodzicielską karierę.
Ocena:
27
(57)
zarchiwizowany
Skomentuj
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Moi rodzice w sumie nigdy się jakoś specjalnie nie dogadywali, ale trafiła się wpadka w postaci Świstaka to postanowili spróbować małżeństwa. Jak się okazało że jednak dziecko nie sprawia że lubią się bardziej, postanowili załatać związek kolejnym dzieckiem. I dopiero kiedy to nie pomogło, doszło do burzliwego rozwodu, który ciągnął się przeszło 10 lat. Chociaż na dobrą sprawę nie jestem pewna czy koniec końców dostali ten rozwód czy prawnie coś ich jeszcze łączy.
Jako że państwo dba o dobro dzieci, Świstak dostał przydziałowego psychologa już w podstawówce. I następnego w gimnazjum. No i jeszcze jednego w liceum. Potem już tak z rozpędu trafił się jeszcze jeden po ukończeniu liceum. Wszyscy zgodnie twierdzili że wielka tragedia spotkała Świstaka ale dzielna bestia dobrze sobie radzi i jakoś to będzie.
Świstak wyjechał studiować za granicę, studia dzienne, dorabianie w weekendy i wieczorami, praktyki, cały wir obowiązków i wszystko jakoś szło, aż... Pewnego dnia przestało. W sumie to wszystko przestało Świstaka obchodzić.
Sprawą zainteresował się uczelniany psycholog. Wysłał do psychiatry, psychiatra porozmawiał, porobił testy, pomyślał i doszedł do wniosku, że Świstak cierpi na ciężka depresję i nerwicę od wczesnego dzieciństwa. I niby sobie radzi, ale czemu miałby tylko sobie radzić skoro mógłby być szczęśliwy.
Po roku intensywnej terapii i farmakologii stosowanej ciężka depresja i nerwica dostały awans na lekkie odmiany. Świstak po raz pierwszy czuje się faktycznie szczęśliwy.
I tylko smutno się robi na myśl o tych wszystkich latach przez które "dzielny Świstak jakoś sobie poradził". Bo co mogłoby być gdyby którykolwiek z licznych psychologów zauważył problem wcześniej?
Jako że państwo dba o dobro dzieci, Świstak dostał przydziałowego psychologa już w podstawówce. I następnego w gimnazjum. No i jeszcze jednego w liceum. Potem już tak z rozpędu trafił się jeszcze jeden po ukończeniu liceum. Wszyscy zgodnie twierdzili że wielka tragedia spotkała Świstaka ale dzielna bestia dobrze sobie radzi i jakoś to będzie.
Świstak wyjechał studiować za granicę, studia dzienne, dorabianie w weekendy i wieczorami, praktyki, cały wir obowiązków i wszystko jakoś szło, aż... Pewnego dnia przestało. W sumie to wszystko przestało Świstaka obchodzić.
Sprawą zainteresował się uczelniany psycholog. Wysłał do psychiatry, psychiatra porozmawiał, porobił testy, pomyślał i doszedł do wniosku, że Świstak cierpi na ciężka depresję i nerwicę od wczesnego dzieciństwa. I niby sobie radzi, ale czemu miałby tylko sobie radzić skoro mógłby być szczęśliwy.
Po roku intensywnej terapii i farmakologii stosowanej ciężka depresja i nerwica dostały awans na lekkie odmiany. Świstak po raz pierwszy czuje się faktycznie szczęśliwy.
I tylko smutno się robi na myśl o tych wszystkich latach przez które "dzielny Świstak jakoś sobie poradził". Bo co mogłoby być gdyby którykolwiek z licznych psychologów zauważył problem wcześniej?
Ocena:
38
(52)
1
« poprzednia 1 następna »
Swistak