Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Szaaan

Zamieszcza historie od: 28 stycznia 2014 - 19:36
Ostatnio: 28 sierpnia 2019 - 15:53
  • Historii na głównej: 6 z 6
  • Punktów za historie: 1964
  • Komentarzy: 29
  • Punktów za komentarze: 153
 

#84941

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatni wysyp historii o traktowaniu obsługi w restauracji skłonił mnie, aby podzielić się piekielnościami z samolotu. Wiele osób już nie tylko uważa załogę pokładową za podniebne kelnerki, a wręcz za ich osobiste służące.

1. Śmieci.

Dla wyjaśnienia śmieci zbieramy raz/dwa w ciągu lotu (zależnie od jego długości) i dostępne są śmietniki w toaletach. Dla niektórych to jednak za mało, więc uważają za stosowne używać call bell (przycisk wezwania załogi) tylko po to, aby wręczyć nam opakowanie po chipsach, oczywiście odbywa się to bez słowa, czeka na nas po prostu wyciągnięta ręka ze śmieciami.

Jeżeli jednak chodzi o śmieci, to wygrywają osoby, które zaczepiają nas, gdy przechodzimy i próbują wcisnąć nam do ręki torebkę pełną wymiocin lub zużytą pieluchę (w takich przypadkach odmawiamy i odsyłamy daną osobę do toalety, co nierzadko kończy się awanturą).

2. Pieluchy.

Zostając w temacie pieluch, jak myślicie, gdzie jest najlepsze miejsce, aby ją zmienić? Dla wielu niestety nie jest to specjalnie do tego przeznaczona toaleta. Przebieranie dziecka na fotelu pasażerskim/stoliku (bardzo często podczas gdy inni jedzą posiłek) to jest norma. Niektórym zdarza się nawet podejść pod same drzwi toalety i zrezygnować - kończy się to próbą zmiany pieluchy na podłodze w bufecie lub przez niektórych odważnych na siedzeniu załogi.

3. Call bell.

Jeżeli ktoś wciska go bardzo natarczywie, dla załogi oznacza to sytuację awaryjną i że dana osoba potrzebuje pomocy. Niestety pasażerowie mają nieco odmienne zdanie.

Podczas ostatniego lotu turbulencje były na tyle silne, że my jako załoga również musieliśmy siedzieć. W tym samym czasie ktoś ciągle wciskał przycisk wezwania załogi. Odczekałam na tyle, aby mieć możliwość dojścia do pasażera bez obawy, że skończę na suficie. Osobą wciskającą call bell był (o)jciec z 4-5-letnim dzieckiem na kolanach.

(J) - Czy coś się stało?
(O) - Potrzebuję koca dla dziecka!!! Ile można czekać?!
(J) - Jesteśmy w strefie turbulencji, bezpieczeństwo jest najważniejsze, więc nie mogłam podejść wcześniej. Wcisnął pan call bell kilkanaście razy, dla nas oznacza to sytuację awaryjną.
(O) - Jest awaryjna! Mojemu dziecku jest zimno, to jest najważniejsze.
(J) - Najważniejsze jest bezpieczeństwo, a nie koc w trakcie silnych turbulencji.
(O) - Przynieś mi dwa.

Bardzo często zdarza się, że ludzie nadużywają call bella właśnie w takich przypadkach.

5. Posiłki/napoje.

Ludzie często mają przeświadczenie, że mam poukrywane w wózku specjalne posiłki, które dostaną, jak rzucą odpowiednie hasło. Przykład:

(J) - Dla pana będzie kurczak czy wegetariańskie?
(P) - Jagnięcina.
(J) - Mamy kurczaka albo opcję wegetariańską.
(P) - Ryba?

I tak rozmowa się będzie toczyć, a pasażer jeszcze będzie próbował włożyć ci głowę między nogi, aby zajrzeć, czy na pewno nie ukryłaś w wózku jakichś skarbów.

Z napojami jest tak samo:

(J) - Podać coś do picia?
(P) - Tak.
(J) - Co podać? Mamy soki, napoje...
(P) - Sok.
(J) - Pomarańczowy czy jabłkowy?
(P) - Mango/truskawka/… (wstaw wszystkie smaki jakich nie proponowałam).

Co bardziej świadomi próbują mnie przekonać, że oni wiedzą, iż to, o co proszą dostępne jest w klasie biznes i czy nie mogłabym im tego stamtąd przynieść.

6. Bagaż.

Niestety bardzo często obsługa naziemna przepuszcza ludzi z nadmierną ilością bagażu, a my musimy próbować to jakoś „upchnąć”, bo na sugestie, że bagaż pójdzie do cargo, wybucha awantura.

Wielu ludzi ma mylne przekonanie, że miejsce w półce bagażowej jest przypisane do fotela. Codziennie więc zdarza się awantura, że „Nie włożę mojego bagażu tam, bo moje siedzenie jest tu. Czyj to bagaż zajmuje moje miejsce?!”, co odważniejsi próbują wyrzucić czyjś bagaż, aby zrobić miejsce na swój.

Moim hitem bagażowym był za to pan, około 30 lat, w pełni sprawny, który podszedł do mnie ze swoją walizką i rzekł:

- Zmęczony jestem, włóż mi to na górę.

Zmuszona byłam odmówić.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (178)

#83850

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam telefon komórkowy, z którym to wyjechałam za granicę. Niestety, mimo że oficjalnie sim locka nie posiadał, nie był w stanie współpracować z zagranicznymi kartami sim (pokazywało brak sieci). Po złożonej w salonie reklamacji od ręki dostałam nowy model.

Gwarancja była ważna przez kolejny rok. Po niecałych dwóch latach postanowiłam telefon sprzedać i w tym celu zrestartowałam go do ustawień fabrycznych. Niespodzianka - nie czyta karty sim, na której pracował przed restartem.

Mimo braku gwarancji, wybrałam się do salonu, szukając rady. Miły pan był w równym szoku, co ja, bo w telefonie włączył się sim lock, ale według jego systemów telefon sim locka nie miał prawa mieć. Poradził mi, aby zadzwonić na infolinię, ponieważ on już więcej nie był w stanie zrobić.

Po pierwszym kontakcie z infolinią dostałam szybką informację, że sim lock się jednak w systemie pojawia, ale został nałożony przez angielską sieć, więc oni nic z tym zrobić nie mogą - mam się kontaktować z siecią.

Niestety, jako że do Polski wróciłam już dawno, został kontakt przez infolinię. Pani, mimo że bardzo miła, co chwila wrzucała mnie na ‚hold’, więc czas rozmowy wynosił ponad godzinę.

Po tym czasie dowiedziałam się, że rozmawiała z kierownikiem i to nie oni są odpowiedzialni za tego sim locka, tylko producent, ale żeby nie robić mi kłopotu, to już się z nim skontaktowali i w ciągu 24 godzin sim lock ma być zdjęty.

Gdyby tak było, byłoby zdecydowanie za prosto. Chciałam najpierw oddzwonić do pani z infolinii, ale kiedy okazało się, że ta rozmowa kosztowała mnie ponad 100 zł, postanowiłam zadzwonić z powrotem na infolinię producenta.

I tym razem już nie miałam szczęścia do miłych konsultantów:

[K] - Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
[J] - (Opowiadam wszystko od początku).
[K] - Proszę w tej sprawie kontaktować się z siecią.
[J] - Pani z sieci poinformowała mnie, że problem leży po państwa stronie.
[K] - Niech pani zapamięta, nasza firma nie jest odpowiedzialna za zakładanie lub zdejmowanie sim locka!!!
[J] - Czy mógłby pan mi chociaż sprawdzić, czy zmieniło się cokolwiek w systemie? Podam panu imei.
[K] - Nie mam możliwości sprawdzenia takich rzeczy!!!
[J] - Ostatnio, jak dzwoniłam na infolinię, sprawdzono mi to bez problemu.
[K] - Coś się pani pomyliło!!! Nie ma takiej możliwości!!
[J] - Czyli według pana nic się nie da zrobić z tym telefonem i jest do wyrzucenia?
[K] - Mogę panią przełączyć wyżej, jak jest pani niezadowolona, ale trzeba będzie czekać!!!
[J] - Poproszę w takim razie.
(Czekałam około 15 minut, aby ponownie usłyszeć tego samego piekielnego konsultanta).
[K] - Jednak znalazłem dla pani rozwiązanie i telefon nie będzie do wyrzucenia (to zostało wypowiedziane z wyraźnym zaznaczeniem ironii).
[J] - Tak?
[K] - Proszę spróbować zadzwonić ponownie na infolinię sieci, a następnie spróbować uruchomić telefon, korzystając z angielskiej karty sim, ponieważ jako że telefon był wydany w Anglii, to musiała być niedokładnie zdjęta blokada i uaktywniła się ponownie podczas restartu.
[J] - Czyli przyznaje pan w tym momencie, że od początku wydano mi telefon z wadą i to była kwestia czasu, kiedy się uaktywni? Nie widzę podstaw, aby ponownie dzwonić na infolinię sieci, kiedy oni twierdzą, że błąd wystąpił po państwa stronie, a do tego nie wiem, skąd miałabym wziąć angielską kartę sim.
[K] - Niech pani zapamięta raz na zawsze, nasza firma nie zdejmuje i nie nakłada blokady sim lock!!!

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że dalsza rozmowa z panem jest bezcelowa i się po prostu rozłączyłam.

(Przytoczyłam ją w dużym skrócie, pan wielokrotnie podnosił głos i zirytowany powtarzał, że on nic nie może zrobić).

W ramach zwieńczenia tej historii dodam, że po kolejnym telefonie do producenta trafiłam w końcu na kompetentnego pana, który zdjął mi sim locka zdalnie w przeciągu 3 godzin, wiec da się.

Apple store

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (123)

#66341

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z wczoraj z 'kulturalnych' imprez dla studentów.
Leję piwo na koncertach, więc nie dziwią mnie już pijani, agresywni ludzie. Dlatego też pominę 'małe' piekielności przy pracy, a skupię się na ogóle.

1. Sikanie gdzie popadnie. To już był ten etap dla większości, że wstyd zniknął. Krzaki? Po co komu? Można przecież odlać się na środku, w tłumie, niezależnie od płci.

2. Alkohol? To za mało, trzeba było sięgnąć po 'mocniejszą artylerię'. Tak właśnie zrobiła jedna dziewczyna, którą najpierw widziałam zamkniętą w toi-toiu, a następnie jak pogotowie zabierało ją nieprzytomną, zawiniętą w tę folię do utrzymania temperatury ciała (nie pamiętam jak ona się nazywa).

3. Bójki? Oczywiście, wystarczy, że komuś się nie spodoba twój wyraz twarzy. Pogotowie wiozło również Pana, któremu dość obficie ciekła krew z głowy.

4. Rozwalenie barierki mającej 1,5 m, która przy ziemi trzymały ogromne betonowe obciążniki, to też dla niektórych nie był problem. Na imprezę zrobiło się dzięki temu dodatkowe wejście, kto by liczył poszkodowanych. Jakieś 5 minut później podeszła do mnie pani, pytając czy wiem, gdzie znajdzie medyków. Zapytana o to co się stało stwierdziła, że przygniotła ją barierka. Nie ją jedną.

5. Gaz pieprzowy w tłumie? Wszyscy za to obwiniają ochronę, która wypiera się jego użycia. Jednak ktoś wpadł na ten genialny pomysł, dzięki temu, następne trzydzieści minut mojej pracy umilał mi dławiący kaszel.

6. Koncert również udało im się przerwać. Pijani i naćpani 'ludzie' (bo to za dużo jak na nich powiedziane) rzucili się na scenę ze wszystkich stron. Artysta nie mógł zejść do czasu, aż całe towarzystwo się rozejdzie, ponieważ ochrona zmuszona była otoczyć scenę (tylko tak mogła ochronić wokalistę, przed napadem bydła). Tam rozgrywały się naprawdę iście dantejskie sceny. Przykładem może być dziewczyna, która wpełzła pod estradę i trzy razy większy ochroniarz nie mógł jej wyciągnąć, tak bardzo kopała i drapała go w szale.

7. Po skończeniu pracy odczekałam trochę czasu, aż tłum się rozejdzie, aby móc przejechać samochodem. Zaparkowałam przy samym wejściu (licząc, że dzięki temu ochrona zauważy jak ktoś się przyczepi do mojego samochodu), więc wyjeżdżałam drogą, którą wszyscy wychodzili. Całą drogę modliłam się o swoje opony, gdyż pokryta była puszkami/butelkami/kubkami, ogólnie wszystkim w czym można było dostać alkohol. Oprócz tego przejeżdżałam obok jakiejś pary, gdzie chłopak dał swojej dziewczynie w twarz, a ona 'zniosła to z godnością' i się obraziła (sądząc po minie). Poza drogą pełną śmieci po bokach mogłam dojrzeć niedobitków odpoczywających po koncercie w rowach. Tak więc sam wyjazd zdradzał charakter tej 'imprezy'.

Od razu napiszę, że tej historii niestety nie trzeba było ubarwiać, bo wiem, że niektórzy mogą wątpić w tak wielki zanik szarych komórek u ludzi.
Poza tym osoby opisane w podpunktach 2 i 3, to tylko przykłady reprezentujące znacznie większą grupę osób.

koncerty

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (392)

#64831

(PW) ·
| Do ulubionych
Losując historie natrafiłam na jedną o oszustach, która skojarzyła mi się z ostatnimi wydarzeniami.
Dla odmiany nie będzie o Polakach, a o Balijczykach.
Starają się oni oszukać turystę na każdym kroku.

Sytuacja pierwsza:
Kantor.
Zaskakujące różnice widać w kursie w kantorach oficjalnych i ulicznych. Skuszona tym bardziej korzystnym, poszłam wymienić pieniądze do tego ulicznego. Jednak jako osoba dość podejrzliwa, banknot który chciałam wymienić trzymałam cały czas w ręku. I to się opłaciło. Sprzedawca starał się kantować na każdy możliwy sposób. (Na Bali nie było denominacji, dzięki czemu turyście łatwiej się pogubić). Przykładowo zamiast 90 tysięcy chciał dać 9 tysięcy. Ostatecznie za trzecim podejściem chciał mnie okantować już tylko o 10 tysięcy, mimo tej świetnej oferty wyszłam i pieniądze bez problemu wymieniłam w oficjalnym kantorze.

Sytuacja druga:
Szokiem dla mnie było, że próby oszustwa zdarzają się też w miejscach takich jak Pizza Hut. Mój błąd polegał na tym, że się spieszyłam i pieniądze przekazałam już przy wyjściu. Po chwili biegnie za mną pracownica i pokazuje, że za mało. Przy mnie przelicza pieniądze i brakuje 50 tysięcy. Głowę bym sobie dała uciąć, że dałam dobrą kwotę, ale obca waluta, może jednak mój błąd, dopłaciłam, bo z ich 'znajomością' angielskiego to nie bardzo szło by się nawet dogadać.

Po powrocie przeliczyłam pieniądze, gdyż miałam ze sobą wyliczoną kwotę. Jak się okazało byłam stratna 50 tysięcy. Od tamtej pory pieniądze liczę dwa razy zanim zapłacę.

Wakacje

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (379)

#58800

(PW) ·
| Do ulubionych
Jedna niedziela w pracy może zaskoczyć dużą dawką piekielności.
W roli wstępu: Pracowałam jako hostessa przy otwarciu nowego Smyka. Przeprowadzałyśmy z koleżanką konkursy, gdzie za zaśpiewanie piosenki lub powiedzenie wierszyka dziecko mogło wygrać jakąś nagrodę.

Sytuacja I.
Kończą się nam nagrody więc informujemy, że tym razem z uczestników wybierzemy zwycięską trójkę i dostaną kolejno za pierwsze miejsce dużą lalkę, za drugie film, a za trzecie małą laleczkę.
Zgłosiły się dzieci, zaśpiewały, idziemy się naradzić. Czas rozdania nagród - dziewczynka, która zajęła drugie miejsce podchodzi, praktycznie wyrywa koleżance film z ręki i odchodzi w stronę rodziców. Koleżanka mówi, że jakieś dziękuje by się przydało no, ale trudno. Ja zasiadam przy stoliku (tam dzieci mogły robić własną biżuterie itp.) i po chwili podchodzi do mnie ta sama dziewczynka. Myślę - zreflektuje się i podziękuje. O ja naiwna. Pełna pretensji prawie rzuca we mnie tym filmem i tak o to rzecze:

[D]-Chce lalkę zamiast filmu!
[J]-Przykro mi, ale lalka była za pierwsze miejsce.
[D]-Ale ja chcę lalkę!
[J]-Nie mogę dać ci lalki ,nagrody zostały już rozdane.

Nie powiem, podniosła mi ciśnienie, poszłam ochłonąć. Wracam i przechodzimy z koleżanką obok jej rodziców gdzie wywiązał się taki oto dialog:

[Mama D]-Przepraszam, czy moja córka może wymienić film na lalkę?
[Moja koleżanka]-Przykro mi, ale pani córka zajęła drugie miejsce, za które był film.
[M]-Ale jak to?! Moja córka zaśpiewała po włosku, a nie po polsku (tu pogarda). Powinna zająć pierwsze miejsce! Nikt nie śpiewa po włosku.

Wspomnę od razu, że piosenka opierała się na refrenie złożonym z trzech banalnych włoskich słów.

[MK]-No dobrze, ale według nas tamta dziewczyna zaśpiewała lepiej i otrzymała lalkę.
[M]-Moja córka nie jest za filmami, ona woli lalki! Poza tym ma już wszystkie filmy.

Skoro nie jest za filmami, to po co ma wszystkie?

[MK]-Proszę pani, to była darmowa nagroda, za którą nawet nie usłyszałyśmy dziękuję. Ja bym się cieszyła, że dostałam cokolwiek.
[M]-Cieszyłabym się jakby to nie był film!
[MK]-No dobrze, jeżeli się pani nie podoba, to może pani nam go zwrócić. Jestem pewna, że jakieś dziecko się z niego ucieszy.
[M]-A dlaczego moja córka nie zajęła trzeciego miejsca? Ona chciała zająć trzecie.
[J]-Przed chwilą pani mówiła, że pani córka powinna zająć pierwsze miejsce.

Tu się kobieta zapowietrzyła.
W końcu ucichła (wbrew pozorom to jest i tak skrót tej rozmowy) i mogłyśmy odejść.

Sytuacja II.
Koleżanka zaraz po konkursie karaoke przeprowadzała interaktywną grę planszową. Nie mówiła nic o nagrodach, bo nie wiedziała jeszcze jakie będą. Szefostwo dla dzieci biorących udział przeznaczyło lizaki jako słodki upominek za grę.
To nie spodobało się jednemu tatusiowi, który podszedł do naszego stolika:

[Tatuś]-Przepraszam, a gdzie moja nagroda?
[MK]- Przecież pana syn dostał lizaczka.
[T]-I to ma być nagroda?
[MK]-Owszem.
[T]-Jeszcze pani zobaczy...

Po chwili rzeczywiście zobaczyłyśmy, zmierzającego w naszą stronę kierownika.

[Kierownik]-Dziewczyny macie jakieś nagrody dla chłopców?
[J]-Mamy, ale tylko za karaoke.
[K]-Dajcie temu facetowi, bo się awanturuje. Dałem mu już słonika, ale ciągle uważa, że to za mało, bo on ma dwójkę dzieci.
[MK]-Ale jedno brało udział w konkursie.
[K]-No wiem, ale lepiej mu dać, niech się już po prostu odczepi.

Dałyśmy facetowi film, który zadowolony z łupów odszedł w siną dal.

Sytuacja III.
Najbardziej piekielne wychowanie zostawiłam na koniec.
Jako, że cały dzień na nogach, to należała nam się jakaś przerwa. Wybraliśmy się wszyscy aby zjeść coś w popularnym fast foodzie i po ok.20 minutach wróciliśmy na stanowiska. Podeszła do mnie pracownica sklepu i pyta się czy te lizaki to mamy dla dzieci, bo grzebały nam w torbie.
Tu mi się zapaliła czerwona lampka, bo w tej torbie były wszystkie nasze nagrody. Tu muszę zaznaczyć, że torba stała tuż przy stanowisku ochroniarza. I co? I nagród nie ma.
Na monitoringu udało nam się zobaczyć taką oto sytuację:

Przyszła mamusia z dwoma córkami, jedna ok.15 lat, druga max 6. Dziewczynki na zmianę podchodziły do naszej torby (czekały aż bramki zapiszczą i ochrona odejdzie - a to zdarzało się często) i brały nagrody, które podawały mamusi, a ona chowała je do torebki. Na koniec naradziły się we trzy i wyszły...

Nie ma to jak wychowanie.

smyk

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 778 (842)

#57930

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem spróbuję opisać swoją drogę przez mękę z pomarańczowymi (sieć telefoniczna).

Sytuacja pierwsza:
Tak więc w abonamencie mam do wyboru jedno z trzech 'udogodnień'. Postanowiłam od następnego okresu rozliczeniowego zmienić pakiet i pełna nadziei dzwonię na infolinię. Odbiera lekko znudzona [P]racownica.

[P]-Pomarańczowi, w czym mogę pomóc?
[J]-Witam, nazywam się szaaan, numer telefonu to 123456789. Chciałabym zmienić pakiet z abonamentu.
[P]-Tak, już chwila, już patrze.
...
[P]-Co dokładnie chciałaby Pani zmienić?
[J]-Obecnie mam aktywny pakiet na internet, a chciałabym aktywować zamiast niego darmowe trzy numery do smsowania.
[P]-Ale to tak nie można, ja nie mogę tego zmienić!
[J]-Jak to? Według umowy jest to możliwe.
[P]-No, ale ja nie mogę tego zmienić. Mogę Pani zaproponować za 5 zł pakiet 500 smsów do wszystkich.
[J]-To ja podziękuję. Do widzenia.
Do trzech razy sztuka, dzwonię po raz drugi. Tym razem odebrał facet, który... zrobił mi to od ręki.(a przynajmniej tak powiedział), ale przecież się nie da.

Sytuacja druga:
Dostaję rachunek wynoszący ponad 600 zł, co jak co, ale nie wiem co musiałabym z tym telefonem robić, przy wykupionych różnych pakietach, aby to 600 zł wydać. No to zwróciłam się po bilingi. Patrze, smsy do tych trzech numerów naliczone. Ba! Nawet cena rośnie, tak od 10 gr do 25 za sms'a. Siup, piszemy reklamacje i 2 tygodnie na rozpatrzenie. Po dwóch tygodniach list w którym pomarańczowi przyznają, że nie słusznie naliczyli mi opłaty.. za internet. Ale zaraz zaraz, jaki internet skoro ja reklamowałam opłatę za smsy? Cóż gdyby nie oni to bym się nie zorientowała, że na internecie też mnie okantowali. Kolejny telefon na infolinie skończył się informacją 'ja nic nie wiem, proszę czekać'. To czekamy. Przyszedł kolejny list 'przepraszają, pakiet już został włączony, opłata zostanie odliczona od rachunku'. A co z rosnącymi cenami za inne smsy? Cóż.. Trzeba pisać kolejną reklamacje. Zeszło się ze dwa miesiące aby umorzyli dodatkowe opłaty.

A no koniec wisienka.

Miesiąc później rachunek znowu powiększony, pakiet dalej nieaktywny. I znowu baw się człowieku w pisanie reklamacji. 'A nuż się nie będzie chciało i zapłaci'.

Pomarańczowi

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 406 (454)

1