Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

TakaFrancuska

Zamieszcza historie od: 26 sierpnia 2011 - 2:04
Ostatnio: 6 sierpnia 2020 - 15:53
  • Historii na głównej: 6 z 19
  • Punktów za historie: 1502
  • Komentarzy: 430
  • Punktów za komentarze: 1166
 

#86879

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna byłam po części ja.. ale to przez to, że nie potrafię się odezwać kiedy trzeba... a wystarczyło nagrać telefonem.

W moim bloku mieszkają głownie starsi ludzie. W mojej klatce na 12 mieszkań chyba 4 tylko zamieszkałe są przez młodych, reszta to staruszkowie 80+. Jednakże, nie oni są piekielni, wręcz przeciwnie, tworzymy całkiem zgraną, chętną do wzajemnej pomocy społeczność.

Najlepszy kontakt mam z sąsiadką z piętra. Pani 89 lat, ze sporymi problemami z poruszaniem się. Od 3 lat czeka na miejsce w domu opieki i doczekać się nie może. Na co dzień chodzi o balkoniku ale ostatnio jest jej o wiele trudniej.

Pani w zeszłą środę upadła w mieszkaniu nabijając sobie guza wielkości pomarańczy. Karetka przyjechała, zabrali na badania odwieźli obolała z powrotem. W piątek upadła ponownie nabijając sobie guza z drugiej strony. Jednakże nikogo już tym razem nie wzywała. Cała obolała od tygodnia prawie nie śpi. ruszyć jej trudno, bo głowa bardzo boli. Do tego chyba sobie coś w szyi nadwyrężyła, bo ma bardzo ograniczone ruchy. No i tak starała się przetrwać weekend.

Widziałam Panią w sobotę no i poza guzami i lekkim zasinieniem w tym miejscu wyglądała ok.

Dziś o 4 w nocy zadzwoniła do mnie, że jej jednak gorzej i już nie wytrzyma. Boli, mdli, kręci w głowie na zmianę do tego ciężej się oddycha (to ostatnie to możliwe że atak paniki). Zadzwoniła sama po pogotowie, ale potrzebowała wsparcia. Jak ją zobaczyłam to się przeraziłam, Pani miała CAŁĄ twarz fioletową.. okolice oczu wręcz bordowe. Wyglądała jakby ją ktoś pobił.

I tu zaczyna się piekielność całej sytuacji.
Przyjechali sanitariusze, wyraźnie za karę. Jeden szczególnie niemiły, opryskliwy wręcz momentami chamski...
- No i teraz sobie teraz przypomniała że Panią boli?? Nie mogła Pani już czekać do rana?
- Niech się Pani zamknie.. ludzie śpią.. no niech się Pani zamknie.

Sąsiadka mówiła mu, że musi zabrać torbę do szpitala, bo nie będzie miał potem kto jej przywieźć. Cała rodzina pojechała na urlopy i jest sama. Komorki nie posiada, nie będzie miała nawet jak powiadomić.

- A to niech sobie pani to nosi jak musi.. ja nie jestem od tego (ostatecznie drugi sanitariusz pomógł).

[S] No to wstaje Pani i idziemy.
[B] Ale ja mam problemy z poruszaniem i o kuli chodzę, a teraz mi ciężej, wszystko mnie boli po tych upadkach.
[S] To kule niech sobie Pani weźmie.. idziemy... szybciej ...jest 5 rano...

Panowie zaparkowali karetkę tak w połowie bloku.
[B] Ojej jak daleko ja chyba nie dojdę.. Czy może Pan podjechać bliżej?
[S] Dojdzie Pani... niech się pani ruszy... To niedaleko.. no szybciej jest 5 rano.

Nie kwapił się aby zabrać panią pod ramie, ciągle popędzał, podnosił głos. W końcu zrobił to drugi sanitariusz, który do tej pory niósł torbę. Aby pomóc staruszce, poprosił kolegę aby to on te torbę wziął na chwilę. No wziął, ale jeszcze bardziej zaczął komentować, że on tragarzem nie jest.

Osobiście byłam zdegustowana. Ale tak jak mówię, za mało miałam jaj, do tego 4 w nocy, wyrwana z łóżka po nieprzespanym weekendzie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (156)

#85959

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio pojawiło się kilka postów dotyczących rodziców podcinających skrzydła... moja historia jest z tej drugiej strony.

Jako dziecko bardzo chętnie występowałam przed rodziną śpiewając piosenki. Chociaż zwykle na spotkaniach rodzinnych byłam dość nieśmiała, i pierwsze 2 godziny przesiadywałam na kolanach taty, wtulając się w niego, to jak tylko padało hasło, aby TakaFrancuska śpiewała, to wychodziłam na środek, i bujając się z lewej nogi na prawą śpiewałam cały repertuar jaki znałam. A piosenek znałam sporo ponieważ od najmłodszych lat, żłobek, przedszkole, a od 6 roku życia również kolonie.

Rodzina klaskała, uśmiechała się... zachwycała i podjudzała. A ja śpiewałam. Sama się wyrywałam, by śpiewać skoro wszyscy bili głośno brawo...

Nie rozumiałam dlaczego w przedstawieniu w przedszkolu nie wybrali mnie na główną solistkę, byłam bardzo obrażona.

Na koloniach i we wczesnej podstawówce wygrywałam wszystkie szkolne konkursy piosenki... znaczy działało to tak, że wychodziłam na scenę i śpiewałam cały repertuar jaki znałam... Gdy strumyk płynie z wolna, Czerwona róża, płonie ognisko w lesie, Moja mama wszystko wie, Karawana jedzie... no trochę tego było. W zasadzie te pierwsze miejsca dostawałam tylko po to, abym w końcu zeszła ze sceny.

I nadszedł ten moment, w którym przestałam być tym małym słodkim szkrabem i w końcu ktoś bardzo brutalnie uświadomił mi, że ja w ogóle nie umiem śpiewać. I nie było to powiedziane złośliwie, tylko taka jest prawda. Nie mam i nigdy nie miałam słuchu muzycznego, a głos mam po prostu okropny ( Mandaryna przy mnie brzmi jak Pavarotti). Wyobraźcie sobie ten wstyd jaki czułam, gdy po tylu latach dowiedziałam się, że nie mam kompletnie żadnego talentu, a moje śpiewanie przyprawia ludzi tylko o ból głowy.

Rodzina nadal jeszcze podjudzała abym wyszła coś zaśpiewać, a ja właśnie wtedy dostrzegłam ich śmiech. Oni przez całe moje dotychczasowe życie mieli ze mnie polewkę.

Także nie róbcie tego swoim dzieciom, nie wmawiajcie im doskonałości i talentu jeśli go po prostu nie mają. W wieku nastoletnim w końcu przyjdzie ktoś, kto powie im prawdę, a ta prawda boli o wiele bardziej, niż gdyby od razu dziecko miało świadomość, że talentu żadnego nie posiada.

@Edit jeden z userów, zwrócił uwagę, że nie słyszał o konkursach, w których dziecko może śpiewać co chce i wygrywać... i jeszcze jury mu przyzna 1 miejsce. Już śpieszę z odpowiedzią. To nie były konkursy takie ogólnoszkolne (u nas z reszta takich nie organizowano) jak śpiewanie przed szerszą publicznością. Byłam dzieckiem świetlicowym i chodziłam na wiele półkolonii i innych zajęć organizowanych przez MDK lub szkole w czasie wolnym od szkoły. Te Konkursy to były na zasadzie... ok dzieciaki, to teraz urządzimy konkurs piosenki.. to kto pierwszy? Więc ja zawsze śpiewałam 3-4 razy... i kilka piosenek pod rząd i jakoś nie dałam sobie przerwać. Zawsze byłam też gadułą i w sumie nie wiem czemu w tych młodszych latach nikt nie usadził mnie silą...

dzieci

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (138)

#82696

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia dzisiaj to raczej o tym jak do piekielności nie doszło...

Postanowiłam sprzedać swojego ukochanego laptopa aby nabyć nowszy model. Cena nieco wysoka, bo wyjściowo ponad 7 tys, ale to w końcu MacBook Pro i nadal na gwarancji Apple Care (rozszerzona gwarancja Apple). Te laptopy chodzą w podobnych cenach, a mój ostatnio to został niemal wymieniony na nowy, ma całkowicie nową baterię. Wszystko opisane w ogłoszeniu.

Oczywiście wśród "kupujących" w większości brytyjskie przekręty. Ale trafił się też ktoś z bliska, bardzo zainteresowany, nawet cena pasuje i zgodził się na odbiór osobisty.

Pan gotów przyjechać z kolegą nawet już teraz zaraz, proszę podać tylko adres i już jedziemy.

Jako, że nie mam doświadczenia w sprzedaży internetowej, a sprzęt jest o sporej wartości, to zaproponowałam Panu opcje najbezpieczniejszą, zarówno dla mnie jak i dla niego. Spotykamy się w siedzibie mojego banku, tam pokażę mu laptopa i jeśli wszystko będzie odpowiadało, to podpisujemy umowę, podchodzimy do okienka i Pan wpłaca pieniądze na moje konto. (takie zabezpieczenie dla mnie przed fałszywymi pieniędzmi).

Na to Pan zaklął i się po prostu rozłączył... A mnie w głowie zaczęły przebiegać wszystkie możliwe scenariusze, co by było, jakbym do mieszkania wpuściła 2 nieznanych mi mężczyzn.... Bo tego, że to był wałek, to jestem pewna.

sprzedaz_internetowa.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (182)

#80593

(PW) ·
| Do ulubionych
Myślałam, że mnie ta historia nie spotka... a jednak, i ja dorzucę swoje trzy grosze o kurierach. Jest to pierwsza taka sytuacja, do tej pory wielokrotnie korzystałam z usług tego kuriera i nigdy nie było problemów, ale do rzeczy.

Zamówiłam kawę, do mojego ekspresu. W poniedziałek, dostałam informację, ze kurier będzie we wtorek. Super. Czekam sobie spokojnie, gdy o 11 dostaje maila, że moja paczka nie zostanie mi dziś dostarczona, bo nie ma mnie w domu.

Zerknęłam, na telefon, faktycznie mam jedno nieodebrane połączenie z numeru XXX. Dziwne, nic nie było słychać, a z telefonem się nie rozstaje. No to dzwonię na ten numer.
Ja: Halo, dzwoniono do mnie z tego numeru.
XXX: A przepraszam to pomyłka była.
Ja: Ale chwilę, pan nie jest kurierem może?
XXX: Nie, nie jestem, to pomyłka, przepraszam.

Aha... no to dzwonię na infolinię, zapytać o co chodzi. Pani może mi jedynie podać numer do kuriera. Podała, zapisałam, zaczynam wybierać....

Noż kur... to właśnie był XXX. Ale trudno, lecę w głupa i dzwonię ponownie... odrzucono...

No to kolejny telefon na infolinię, tłumaczę sprawę. Konsultant ponownie informuje mnie, że jedyne co może zrobić to podać mi numer do kuriera, ma jeszcze jeden. No to biorę ten numer YYY.

W międzyczasie, napisałam reklamację z zaistniałą sytuacją.

Dzwonię, miły pan pod numerem YYY mówi, że kolega ma moją paczkę - ten z numeru XXX.
No ale on przecież udaje, że nie jest kurierem. Proszę zatem Pana YYY o kontakt z drugim Panem i dostarczenie mojej paczki...

Finalnie udało się, otrzymałam moją paczkę...

A teraz smaczek na koniec. Ja nie jestem jakoś specjalnie eko i nie mam zamiaru nigdy segregować śmieci. Ale jeśli jest mogę zrobić coś dla środowiska, co mnie nic nie kosztuje, to chętnie to zrobię. Dlatego kawę, zamówiłam z opcją recyklingu. Kurier miał odebrać ode mnie zużyte kapsułki.

- A to Pani to wyrzuci gdzieś, ze śmieciami... bo ja to też bym do pierwszego lepszego kosza wyrzucił.

Ot tak właśnie wygląda opcja recyklingu... jedynie co, to dostałam, ładną, nową, zieloną, FOLIOWĄ torbę na zużyte kapsułki...

kurierzy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (172)

#80374

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj o fachowcach... Niestety nadal bez finału...

Zastanawialiście się kiedyś ile może trwać remont kuchnio-pokoju 4x4?? No to czytajcie...
Na początku sierpnia załam sąsiada. Ciekło z dopływu wody w kuchni. U mnie w szafce pod zlewem było sucho. Woda znalazła ujście po dykcie z tyłu szafki i weszła pod linoleum. Po interwencji sąsiada ja jeszcze byłam przekonana, że to chyba jednak nie ja zalewam, bo u mnie sucho. Dopiero po zdarciu linoleum okazało się, że woda tam praktycznie stoi... Istny armagedon. Prawdopodobnie to sobie ciekło nawet rok (częstotliwość kapania naprawdę nie była duża, w końcu nic nie zauważyłam).

Telefon do właściciela i remont czas rozpocząć. Meble również nasiąkły wodą do dołu więc decyzja że i one będą wymienione. Właściciel miał przysłać ekipę. No i przysłał...

Jako, że praktycznie pół kuchni było zalane, to na niemalże 2 tygodnie zostawiliśmy do wyschnięcia. Linoleum zdarte, pod spodem czerwone deski.
Po 2 tygodniach, panowie postanowili dopiero zrywać. Tego dnia, okazało się, że piasek pod deskami jest nadal mokry (to nie mogli od razu tych desek zerwać ??). Więc kolejne 2 tygodnie czekania.

Plan działania miał być takowy. Położyć płyty OSB w miejsce desek. W miejscu pod meblami kuchennymi i w przejściu położyć kafle, a na resztę pomieszczenia linoleum. Co do mebli, to te stare nie były za ładne, więc uzgodniłam, że ja pokryję część kosztów mebli, ale żeby wymienili też górne szafki. Wpłaciłam więc szefowi tej akcji 500zł.

No i drugiej połowie września panowie przystąpili do pracy. Szef obiecywał że 3 dni i będzie cacy... A jak było naprawdę?

Pierwszego dnia (środa), zrywali stare deski i kładli płyty OSB, ale nie dokończyli i zostawili sobie na następny dzień.

W czwartek przyszli, położyli te brakujące płyty i widzę, że zawijają się do domu. No to się pytam o co kaman... A bo on wyjeżdża na weekend... i że braknie im jednego dnia... i coś tam... A w ogóle, to piasek pod płytami musi się ułożyć, więc mam skakać po nich. Tak ma być...
Oczy zrobiłam wielkie jak Lori... i jeszcze mi tak długą chwilę zostało. Było to dla mnie o tyle niewygodne, że w weekend miałam urodziny i nocowały koleżanki... a ja nie mam pralki, zlewu (zlewu to w zasadzie nie miałam już od początku sierpnia, a przypominam na ten moment było po 20 września). No trudno, jakoś przebolałam.

W poniedziałek miało nastąpić wznowienie robót. Niestety Majster trzeźwiał do wtorku i pojawił się dopiero w środę. Znów popracowali ze 2 godziny. Podobnie dnia następnego. Ułożyli niecałe 4 z 5 rzędów kafli. I.. od tamtej pory się więcej nie pojawili. Telefony przestały być odbierane, na sms nie odpisują. Właściciel nie może się z nimi skontaktować. Dostałam tylko lakonicznego sms 2 tygodnie temu, że majster jest w szpitalu (ale ma on przecież pracownika, który mógłby robić..).

Ostatecznie zrezygnowałam z ich usług po konsultacji z właścicielem ,ale to nie koniec historii.

Płyty OSB nie są stabilne... ja czuje pod stopami, że one się uginają, ba, ja to nawet widzę, szczególnie na łączeniach płyty. I oni do tych ruchomych płyt OSB przykleili na zwykły uniwersalny klej kafle. Efekt jest taki, że te kafle się nie przykleiły. Wszystko trzeba robić od nowa...

Ale to już zrobi ktoś inny...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (142)

#78810

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie nauczona doświadczeniem z tej historii: http://piekielni.pl/70545 dalej wołałam sąsiadkę do sprzątania.
Z bardzo prostej przyczyny. Nikogo innego nie znam, kto mógłby, chciałby przychodzić, a w syfie siedzieć nie chcę.
No i poznałam bliżej sąsiadeczkę.

Sprawa pierwsza... dość wielkiego kalibru..
Koleżanki z pracy zapowiedziały się, że przyjdą na kawę dnia następnego. To był wtorek. Więc po pracy poszłam do sąsiadki i tłumacze sytuację. Ona mówi, że wolałaby rano przyjść jak jestem w pracy bo się nie musi tak uwijać. Zgodziłam się, bo nie raz zostawiałam jej klucze, nigdy nic nie ginęło (nigdy nic nie zauważyłam). Mówię ok.. a ona, czy nie dałabym jej pieniędzy już teraz bo ona na chleb nie ma... Dałam.

Gdy następnego dnia wracam po pracy odebrać klucze, ona mnie informuje, że nie posprzątała, bo się bardzo źle czuła, że astma, że ona przyjdzie jutro, też jak będę w pracy. Tak się, złożyło, że i koleżanki przełożyły spotkanie, więc nic się nie stało. Następnego dnia, gdy wracałam po odbiór kluczy, ona znów, że nie posprzątała bo się bardzo źle czuła. Ale i koleżanki znów przełożyły spotkanie.

Kolejnego dnia... Poszłyśmy na kawę do kawiarni zamiast do mnie, a po powrocie... Właśnie. Ona znów się źle czuła.. Zapalenie oskrzeli. Życzyłam jej zdrowia no i cóż zrobić… Odrobi jak wyzdrowieje. A żebym nie zarosła brudem, wezwałam posiłki -> Tatę- stałam się przez to uboższa o 100 zł. :D
Pani chorowała chyba z miesiąc. W tym okresie nie widywałam jej za często. I po kilku dniach z rzędu, gdy nie widziałam aby paliło się u niej światło poszłam do innej sąsiadki zapytać czy ja widziała. Wiecie, jakby coś się stało. Ale ona potwierdziła mi, że widziała sąsiadkę, a i ja innego dnia, wracając z pracy widziałam u niej światło. Czyli wszystko jest ok. Więc jako sąsiedzi mieliśmy baczenie na sąsiadkę, która podczas swojej choroby, wychachmęciła jeszcze 10zł.

Pani wyzdrowiała o długu zapomniała. A do mnie przyjechała w odwiedziny mama. I tu następuje kulminacja całej historii. Sąsiadka złapała pod blokiem moja mamę:
[S] Bo wie Pani, Pani córka taka niby uczona, szkoły ma... a nie wie, że chorymi osobami, to się trzeba interesować, że trzeba pomagać chorej starszej osobie. Pani córki tego nie nauczyła, nie wychowała...
Sąsiadka miała wtedy jakoś 57 lat. Jest młodsza od mojego ojca... Nie pracowała od paru ładnych lat.


Sytuacja druga... nie moja, a przekazana mi przez sama sąsiadkę.
Pani mi od kilku miesięcy marudziła że nie ma telewizora. Ignorowałam ja, bo przecież nie oddam jej tego co stoi w mieszkaniu a nie używam, bo po pierwsze nie jest mój a po drugie, nie po jej zachowaniu. Więc tak marudziła.. Aż w końcu kiedyś przyszła posprzątać:
[S] No.. ale chociaż mom już co oglądać. Telewizor mi dała ta kur%%% z bloku obok. Taka kur%%%, jak byli mi go przynieść, bo jo go bych przecież nie uniosła, to taaaakk się kur%%% rozglądała po mieszkaniu.. Jak mom, co jej te gały nie wyszły z ryja. A potem mnie łobgodała, ze mom brudno. A jo mom czi (trzy) psy... i nie mom pomalowane, bo biedno żech jest. I co ona się lepszo czuje. Tak żech tej kur%%% wczoraj wygodała..

Tak... sąsiadkę, która podarowała jej telewizor (bo robiła remont i starego nie potrzebowała), i która jej ten telewizor przyniosła do domu i zamontowała (no nie osobiście, ale maż, syn albo ktokolwiek...) zwyzywała od kur pod blokiem przed wszystkimi sąsiadami....


I na koniec... coś co mnie aż skręca...
Mówiłam kiedyś, ze nie kradnie ?? No to trochę się to zmieniło. Kradnie.. ale nie bezpośrednio, nie pieniądze. Gina mi szmatki, ręczniki skarpetki, majtki (wyciąga z kosza na pranie.. serio? Opierdziane badole? :/), czasem tabletki przeciwbólowe (raz kupiłam na zapas 5 opakowań apapu, trzymałam w jednej reklamówce, próbowała wynieść 3 paczki), jakieś przyprawy. Czyli coś czego nie jestem w stanie za bardzo kontrolować.

Zaczęłam coś podejrzewać, gdy zobaczyłam na niej mój ręcznik (używała jak narzutki na ramiona). Potem jak razem z nią opuszczałam moje mieszkanie, widziałam przez reklamówkę ( w której miała zupę, której wiedziałam, że już nie zjem, a nie chciałam wyrzucać) prześwitywał znajomy wzór majtek. Ale myślałam, że może się jeszcze przewidziałam. Aż w końcu spotkałam ja na chodniku w klapkach i moich skarpetkach...

sasiadka pomaganie

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (174)
zarchiwizowany
Czytając o infoliniach to przypomniała mi się własna praca w tym zawodzie... A szczególnie Mareczek. Mareczek był osobą specyficzną. W zasadzie, nie wiem czy jego zachowanie nie podchodziło już pod jakąś socjopatię czy psychopatie.. no był trochę dziwny, a do tego jeszcze ta jego nieco ciemniejsza twarz.. no dziś pierwsze moje skojarzenie byłoby - Ahmed... ale nie, Mareczek był 100% Polakiem. No i Mareczek pracował z nami na słuchawkach.

Tyle, że do pracy na słuchawkach to trzeba umieć rozmawiać z ludźmi, a Mareczek tego nie potrafił do tego wymyslał niestworzone historie.

[M] : blabla ... blabla... proszę o podanie numeru dowodu osobistego
[K] : Ale jak to nr dowodu ?? Ja nie chce...
[M] : Żeby móc aktywować usługę musi Pan podać nr dowodu.. wtedy wyślę do Pana kuriera z umową
[K] : A to ja mam jeszcze coś podpisać ?? A to nie.. to wie Pan to ja nie chce...
[M] Ale ja już zaznaczyłem w systemie, te usługę dla Pana.
[K] .: Ale ja jednak nie chcę..
[M]: Ale teraz Pan nie może.. .Ja dostanę kary 5 milionów !...

I tak... Mareczek klientom pitolił, że jak się nie zgodza to on dostanie 5 milionów kary....

Mareczek był bardzo ambitny.. i chciał mieć jak najwięcej tych umów.. a klienci nie chcieli podawać ani peseli, ani numerów dowodu osobistego. My jednakże mieliśmy te numery w bazie danych, ale jako, że rozmowy były nagrywane, klient musiał nam to podac... no to Mareczek miał na to sposób..
-Prosze podać 2 ostatnie cyfry..
-Proszę podać drugą i czwartą cyfrę...
I na tej podstawie potwierdzał tożsamość Kowalskiego... od tamtej pory dostawał bazę danych bez numerów pesel i dowodów....


Jeszcze o obyciu Mareczka z klientami..
[M]: blablabka ... czy mogę do Pani wysłać umowę ??
[K] Wie Pan co.. ja nie wiem.. to mąż się zajmuje..
[M] : Ale Pani za to nic nie płaci.. usługa jest darmowa...
[K] : Ale ja się nie znam.. ja nie wiem... to mąż..
[M]: (już poirytowany) Ale powtarzam Pani, że usługa jest całkowicie bezpłatna, a pozwoli Pani w przyszłości na .... .
[K] : Tylko, że to maż zawsze się tym zjamuje.. ja się nie znam.. nie wiem... no nie wiem..
[M] (na cały głos) .. NO TO JAK PANI NIEEE WIE CZEGO CHCE, NO TO DOBRZE NOOOOO !!! ( jeb słuchawką)


Ciezko pisząc oddać słowami ten ton :)

call_center

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (67)

#78627

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali otyłości to i ja dodam swoje trzy grosze.
Też jest mnie nieco za dużo. Wiem o tym, źle mi z tym. Na dwóch dietach, na których byłam... przytyłam...

Jestem leniwa... nie uprawiam sportu. No trudno, taka już jestem i muszę z tym żyć.

To, co jest piekielne w całej tej sytuacji to moja mama.
Mieszka za granicą, dzwoni zdecydowanie za często... a każda, dosłownie KAŻDA rozmowa, kończy się u mnie palpitacjami i chęcią mordu.

Bo każda rozmowa dotyczy mojej wagi....

.......

[J] Eh.. nie było taksówki idę pieszo...
[M] A do to dobrze! Schudniesz.. A kiedyś byłaś taka chuda... taka chuda...

....

[J] Idę z E. na pizzę.
[M] Coo?? Chyba E na pizzę... Ty to korzonki wdupiać, bo jesteś taka gruba... A kiedyś byłaś taka chuda...

.......

[J] Kurczę... muszę iść do sklepu, młyn w pracy, nic jeszcze dziś nie jadłam..
[M] Aaa nic ci nie będzie... miesiąc byś musiała nie jeść, aby było widać.

.......

[J] Nie, nie dzwoń wieczorem. Poznałam pewnego mężczyznę, idziemy na kaw
[M] A nie przeszkadza mu, że jesteś gruba?? On lubi takie ??

......

[J] Aaaa zła jestem, nie dostałam awansu...
[M] Nooo tak, tak, bo jesteś taka gruba. Jakbyś była chuda, to byś dostała, bo tylko chude dostają...

.......

[J] Słyszałaś o zamachach w Paryżu??
[M] Taaak, taak... bo ty jesteś taka gruba...

....

A po tym wszystkim, zdziwienie dlaczego ja nie chce z nią rozmawiać o PLANIE SCHUDNIĘCIA dla mnie. O tym dlaczego jestem gruba itd...

Nie, w taki sposób jak powyżej na pewno mnie nie zmobilizuje. Wręcz odwrotnie, powoduje BETON i chęć na pizzę i czekoladę.

Ach i zapomniałam wspomnieć... To są rozmowy z osobą, która sama przez całe życie jest otyła.

jestem_gruba

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (259)
zarchiwizowany
Dzisiaj będzie o pomaganiu.

Generalnie nie wspieram, żadnych akcji zbierajcych tu i ówdzie pieniędzy. Wolę pomagać w sposób świadomy, konkretnym jednostkom. Przy czym, nie jest tez tak, że daje na ślepo. Wychodze z założenia, że każdy powinien na siebie zapracować. Kto jedynie czeka aż mu dadza, bo on taki biedny (ojoj), nie jest dla mnie osob godna pomocy.

Tak więc mam ja sasiadkę, kobietę biedna, wręcz skrajnie biedna utrzymujaca się z około 700 zł renty rodzinnej. Kobietę wyniszczon przez życie, która mimo 58 lat na karku wyglada na minimum 70 lat. Co zrobiła by się do takiego stanu doprowadzić ?? Nie wiem.. Mimo wygldu jednoznacznie wzkazujcego, nigdy nie widziałam jej pijanej, a widuje ja zarówno wieczorami jak i rano. Zawsze jest trzeźwa. Pewnego dnia pożaliła mi się na swój los i na to, że jej nie wystarcza do pierwszego. Od słowa do słowa, zaproponowała, że mogłaby pomagać mi w sprzataniu. To lubie ! Jako, że sama sprzatać nie cierpie, a moja sytuacja finansowa pozwala mi na to aby zapłacić za tę usługę umówiłyśmy się, że Pani będzie do mnie przychodzić.

Do tej pory piekielności nie ma.
Poczatkowo Pani była nadgorliwa. Nie dość, że musiałam wciskać w nia pieniadze, to gdy uważała, że zapłaciłam jej za dużo, przychodziła jeszcze po paru dniach sama od siebie w gratisie. Było mi trochę głupio z tego powodu, więc gdy Pani coraz kilka razy odmówiła wzięcia zapłaty, zaczęłam jej dodawać rzeczy w naturze. A to po drodze ze sklepu zrobiłam dodatkowe zakupy dla niej, a to dostała ode mnie jakieś ubrania. Zaangażowałam również ojca, któremu został towar po nieudanym biznesie mojej mamy, w postaci podkoszulek, piżam itp. Przyszykowaliśmy więc również paczkę dla tej Pani.
Z pracy tej Pani byłam ( i po części nadal jestem) zadowolona.
Pani jest uczciwa, nigdy nie zagarneła dla siebie ani złotówki ( a u mnie nieraz można na podłodze lub stołach znaleźć pieniadze, o czym ja uprzedziłam i z góry za taka sytuacje przeprosiłam)

Jednak z czasem, sasiadka zaczęła wyraźnie grac mi na nerwach
1. Ciagle słysze, że ona nie ma tego czy owego. Nie ma kurtki, nie ma butów, nie ma papci oj jaka ona biedna, nic nie ma, nic sobie kupić nie może. Oj kiedy to ona w tej jeb.. polsce ludowej coś będzie miała. Pani dostała ode mnie w zeszłym roku 3 kurtki. Kurtki ładnie, niezniszczone. Do tego paczkę z blizkami i piżamami co mój ojciec przygotował, poza tym, jak robiłam czyszczenie szafy, to również z tego wybrała sobie 2 worki rzeczy. Skad inad wiem, że inni sasiedzi też jej co nieco daja.
2. Poczatkowo niewinnie zaczęły się prośby o kupno kawy. I o ile w pierwszym okresie, za nadprogramowe zakupy przyszła odrobić, później stało się to jakby tak norma. Wiem i widziałam, że ssiedzi donosza jej a to chleb, a to jajka, maslo albo ryż itd. Jednak Pani kiedys pożaliła się że ona tak bardzo mieso by chciała zjeść, bo tyle lat juz nie jadła. Przykro mi się zrobiło, więc podczas zakupów kupiłam jej wędline, kiełbasę, kabanosa nawet i paczkę mięsa mielonego. Kilka dni później, dosłownie 3, siedziałam przed blokiem z inna sasiadka, podczas gdy ta Pani podeszła do nas i mówi..
[S] O jak ja bym miesa zjadla. Jo już nie wiem jak smakuje. Od trzech lat nie jadłażech mięsa
Zagotowało się nieco we mnie. Zapytałam się jej wprost, jak to przecież dostała. To najpierw jakby sie pomyliła i powiedziała, ze psom dała, a potem, że nie , że to kiełbasy od innego sasiada zjadły psy, a te moje to zjadła itd..
Podobne akcje zaczęły się powtarzać. Pani była u mnie w środę, dostała pieniadze, a w piatek przychodziła czy nie mam może chleba bo ona od 4 dni nic nie jadła...
3. Sytuacja która zabolała mnie najbardziej. Już powoli nauczona, że sasiadka mija się z prawda, przy kolejnej wizycie, jakos po swietach, powiedziałam jej wprost, że nic nie mam, bo jeszcze zakupów nie zrobiłam i będę robiła dnia następnego. Pani postała, pobiadoliła, liczac że może zmieknę i sobie poszła. Usłyszałam jak na sieni z kimś rozmawia, więc uchyliłam drzwi aby posłuchać i usłyszałam...
[S] (..) Bogacze pier... (...) dupe jak szafa ma a niby nie ma co dać...
To musiało być o mnie, o aktualnie sporo mi się przytyło.
4. Nawiazujac jeszcze do sytuacji trzeciej. To, że nie chciałam jej dać, było spowodowane głownie tym, że dzień przed wigilia była u mnie i za sprzatanie dostala 60 zl.
Zdziwiona tym, ze przyszła znow wysępić jedzenie zapytałam wprost
[J] Ale przecież dałam Pani 2 dni temu pienidze, nie kupila nic sobie Pani ??
[S] Ale co to jee.... aa tak tak kupiłam, ale mam na kupuste ochotę, bym sobie pojadła. Już na kaszę patrzeć nie mogę..
Jak na osobe samotna, przyzwyczajona do skromnego zycia i nie obchodzaca swiat te 60 zł chyba powinno wystarczyc aby kupic sobie cos do jedzenia prawda ??
5. Generalnie wyznaje zasadę, że nie sponsoruje papierosów i alkoholu. O ile o alkohol nigdy nie prosiła, o tyle o papierosy, zdażyło się. Ja nie kupię, ale gdy przyjechała do mnie mama, która na codzień mieszka w Szkocji, to ona ma dużo bardziej miękkie serce i zgodziła się kupić tę paczkę fajek. Papierosy kosztowały około 12 zł ( chyba Strike to były ale głowy nie dam). Gdy je dawaliśmy mama rzuciła tylko hasłem
[M] A Pani wie,ze te fajki takie drogie 12 zł, za to by było tyle jedzienia...
[S] Oj Pani, wiem wiem.. wszyscy mi to mówi.. Ale co to ja palę, tyle co nic. Ja t paczkę to NA CAŁE 2 DNI MAM...

Podsumowujac
W takich sytuacjach odechciewa mi się pomagania. Jak tak podliczylam, to ta Pani wcale tak źle nie przędzie..owszem ma marna rentke, 700 zl z groszami, za to do mieszkania doplaca miasto, ona placi tylko za media, dodatkowo sasiedzi regularnie pomagaja przynoszac jedzenie, ode mnie dostaje jeszcze pieniadze + jedzenie, ale jej ciagle mało... I jeszcze bezczelnie człowieka obgada.

Jedyne co jej zostało, to to, że nigdy nic nie ukradła i nie boję się jej zostawic kluczy wychodzac z domu..

p.S jeszcze jakby kogos interesowalo jaki zakres prac obejmowalo to 50 zl. Otoz, byly to co prawda porzadki swiateczne, ale bez okien, bo zastrzegla ze zle sie czuje ( astma), wiec tak,to co robi standardowo : zmycie naczyn, blatow w kuchni, podłog, biurka; umycie nieco dokładniejsze łazienki ( chociaz, tego akurat zbytnio nie zrobiła, kafelek nawet nie ruszyła), parapety, lodówka. Z całości uwineła się w około 30 - 40 min. Zwykle za 30 min ogarniecie mieszkania 40m, ( naczynia, podlogi, zebranie rzeczy do kosza na pranie, poscielenie lozka) place 20 zl. Gdy dochodzi mycie lodowki, lub okien lub szafek to place do 50 zl. Oczywiscie czasu jej nie licze, podaje wedlug tego co widze ile jej to zajmuje.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (178)
zarchiwizowany
Swieta, dla niektorych czas radosci, dla nas smutku... Ktos wyrzadzil nam wielka krzywde, a moze to my z zalu szukamy winnych. Ocene pozostawiam wam, mam tez nadzieje, ze moze jakis weterynarz przeczyta te historie i sie wypowie w temacie...

Otruto nam psa ( tak przypuszczamy).
Piesek, a wlasciwie suczka to bylo nasze oczko w glowie. Traktowana jak czlonek rodziny, jak dziecko. To wlasnie ona rzadzila domem, jak tylko wpropwadzilam sie na swoje to bylam szczesliwa, gdy podczas dluzszego wolnego w pracy, moglam ja zabrac do siebie chociazby na tydzien. Na stale nie moglam jej zabrac, ze wzgledu na jej dolegliwosc ( nietrzymanie moczu.. wymagala wychodzenia co 2 - 3 godziny na spacer - nawet w nocy, a ja pracuje po 12 godzin).

I tak sobie zyla z nami. Miala juz swoje lata, to prawda. W listopadzie skonczyla 10 lat. Podobno jak na boxera to duzo, ale jednak byla wesola, biegala, skakala niczym koza, bawila sie z nami, dokazywala. W pelni zdrowy piesek. No poza tym sikaniem, ale i to udalo sie w koncu opanowac, zmieniajac jej sposob podawania leku.

I tak bylo do wczoraj. Jeszcze wieczorem 23 grudnia, biegala wesolo na spacerze. Podobno wziela wtedy jaka kosc do pyska. Ale czesto jej sie to zdarzalo, nie zawsze udalo sie ja upilnowac, szczegolnie, ze wieczorami puszczalismy ja bez smyczy by mogla troche pobiegac i nigdy nie bylo problemu.
Podczas nocnego spaceru, juz byla cos osowiala, spokojna, nie chciala za bardzo chodzic. Wyszla na chwile i potem chciala wrocic do domu.

Do taty przyjechalam 24 grudnia rano, okolo 7. Nawet sie nie przywitala, szla smetnie do kuchni. Ledwo sie zdarzylam rozebrac, a ona idac do mnie do pokoju zaczela sie przewracac. Widok byl straszny, nie wiedzialam co sie z nia dzieje. Caly dzien byla bardzo slaba, jak probowala wstac na nogi, to chodzila jakby byla pijana. Po wypicu wody, wymiotowala. Ale nie byly to tresciwe wymioty. Tylko woda, troszeczke piany, ale raczej woda. I cos co wygladem przypominalo orzeszki ziemne.

Najgorsze bylo jak za drugim razem, po zwymiotowaniu, chciala odejsc od tego, ale chyba zaczelo jej sie w glowie krecic, bo sie obrocila i przewrocila sie, wpadajac cala we wlasne wymioty ( w zasadzie wode). Kolejne torsje, juz miala na lezaco bo nie mogla sie podniesc.

I tak przelezala pol dnia w zasadzie, wstajac tylko na chwileczke. Na dwor wogole nie chciala wychodzic. Probowalam kilka razy ja zachecic, ale wtedy kladla sie na butach i tak ciezko oddychala, wiec nie meczylam jej.

Wieczorem wydawalo sie, ze dolegliwosci przechodza. Jak wrocilam z odwiedzic swiatecznych to wstala, przywitala mnie. Moze nie tak zywiolowo jak zwykle, ale przynajmniej ogonem merdala i chodzila lepiej. W nocy nawet probowala do lozka wskoczyc, ale dopoki calkiem jej nie przejdzie, nie moglam jej na to pozwolic.

Nad ranem, przyszla do mnie na chwile, polozyla glowe na lozku, pomiziala sie chwile i poszla w kat miedzy lozkiem a sciana. Oddychala ciezko i bardzo glosno, a po 20 min po prostu zrobilo sie cicho.


Moze ktos zapytac, dlaczego nie zabralismy jej do weterynarza.
Po prostu, nasze poprzednie 2 pieski zabrane do weterynarza w czasie choroby juz do nas nie wracaly. Jeden z nich mial pol roku, dostal jakis zastrzyk co niby mial pomoc, a po 3 godzinach pieska nie bylo. Ja nawet chcialam isc, ale tata byl przeciwny, pamietajac tamte doswiadczenia. Caly czas mielismy nadzieje ze to tylko niestrawnosc. To byl taki delikatny piesek...


I tu moje pytanie do was. Czy uwazacie, ze sluszne moga byc nasze przypuszczenia o otruciu naszego pieska ( myslimy ze kosc byla zatruta )? czy moze to starosc tak nagle przyszla ?

zwierzeta

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -21 (25)