Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tee_can_do_that

Zamieszcza historie od: 8 listopada 2021 - 13:51
Ostatnio: 29 listopada 2022 - 16:52
  • Historii na głównej: 29 z 33
  • Punktów za historie: 3146
  • Komentarzy: 28
  • Punktów za komentarze: 95
 

#89890

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mamy taką rodzinę na osiedlu. Kiedyś małżeństwo z 9 dzieci. Dziś ojciec rodziny mieszka z kilkorgiem z nich, żona od ponad dekady mieszka z ojcem jednego z dzieci (ponieważ niektóre mają innego ojca, niż mąż). Kobieta na sto procent jest opóźniona w rozwoju, mężczyzna chyba też. Dzieci w większości są też w jakiś sposób ograniczone intelektualnie. Najstarsza córka została matką w gimnazjum, teraz najmłodsza jest w drugiej ciąży. Tyle informacji pozwala wyobrazić sobie sytuację.

Jeden z chłopców był do pełnoletności w zakładzie psychiatrycznym, po tym jak matka odeszła i ich zostawiła. Inny jest jeszcze w domu dziecka, ale przyjeżdża na wszystkie dni wolne od szkoły. Jedna z pań mieszkających w sąsiedztwie dawała mu czasem (gdy był dzieckiem) jakieś słodycze czy drobne pieniądze. Chłopak wyrósł, raczej niewiele rozumie z otaczającego go świata, a już na pewno nie wie, że pieniądze biorą się z pracy.

Dlaczego piszę tą historię. Widziałam dzisiaj, jak ten chłopak próbował wejść do tej pani do domu. Furtka była zamknięta, więc pozbierał żołędzi i rzucał nimi w jej okno. Nie wydaje się być agresywny, ale jest mówiąc krótko namolny jak 5 letnie dziecko i nikt go niczego nie nauczył. Często przychodzi do tej kobiety. Raz próbowała go nauczyć, że trzeba zapracować na słodycze, ale nie umiał nawet grabić liści.

Czytałam ostatnio, że w jakimś kraju (chyba to była Dania, ale nie jestem pewna) do lat 70-tych lub 80-tych kobiety pokroju matki tych 9 dzieci przymusowo sterylizowano. A tej kobiecie w czasach, gdy była bardzo czynna reprodukcyjnie, a bieda wyzierała z ich domu, panie w lokalnym mopsie zaproponowały, że złożą się z prywatnych pieniędzy na jakąś formę stałej antykoncepcji. Odmówiła. Wolna wola, ale dzisiaj te dzieci żyją w większości w podobnych warunkach z swoimi rodzinami, a część nadal w domu rodzinnym, choć to określenie jest mocno na wyrost. Byli i już chyba zawsze będą w mojej okolicy synonimem skrajnej biedy materialnej i intelektualnej.

Ulica

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (186)

#89857

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nie umieraj, bo to za drogi interes...
Koleżance zmarł dziadek. Zanosiło się na to od jakiegoś czasu. Jakiś czas po pogrzebie spotkałyśmy się na popołudniowej herbacie. Znamy sytuację dziadków, nie przelewało się. Pytamy ile teraz to wszystko kosztuje, to znaczy godne pożegnanie zmarłego. I spadliśmy z krzesła...

Zasiłek pogrzebowy to 4000,-...

Zakład pogrzebowy 3950,-. (być może jest jakiś tańszy zakład w okolicy, ale różnica może być zapewne w setkach złotych, ale nie w tysiącach).

Msza żałobna 1400,-. (pisałam kiedyś tutaj o proboszczu, ale teraz to już jest takie przegięcie, że widać je z kosmosu).
Grabarz 900,- (bo głębszy dołek, żeby babcia się później zmieściła...)

Organista 400,-.

Nie było konsolacji. Pogrzeb kosztował 6650,-.

I jeszcze o nagrobku nie wspomniałam, będzie kosztował 6000,-.

Za postawienie go na grobie trzeba będzie zapłacić proboszczowi haracz w wysokości 10% wartości nagrobka.
Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że jeszcze nikt nie zrobił z tym porządku. Bo to jest zwykłe wyłudzanie pieniędzy.

Cmentarz

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (206)

#89810

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pasażer z piekła rodem.

Podróż pociągiem. Z braku miejsc w klasie 2, odżałowaliśmy i pojechaliśmy klasą 1, bo jakoś wrócić trzeba. I luksusy były, bo 4 siedzenia ze wspólnym stolikiem.
Gdzieś za Gdańskiem, jednemu z pasażerów na siedzeniach za nami coś mówiąc krótko odbiło. Młody chłopak poprosił o zabranie spod stolika walizki, bo najwyraźniej miał za mało miejsca. Swoją drogą od tego są półki, żeby tam bagaże umieszczać.
Panu bardzo się nie spodobało, że musiał walizkę swoją lub partnerki włożyć na górę. Zaczął chamsko do tego chłopaka, że jak chce miejsca leżące, to gdzie indziej, zaczął czepiać się jego wyglądu (nie wiem jak wyglądał, ale co to ma do rzeczy). Partnerka próbowała go uspokoić, więc jej też się dostało.
Pomarudził i gdzieś poszedł, może do Warsa. Nie było go z pół godziny. Wrócił w bojowym nastroju i jeszcze bardziej zaczepiał tego chłopaka, nawet mu groził pobiciem po wyjściu z pociągu, partnerkę nazwał "gów**m", pytał, czy może ten młody jej się podoba...

Zaczepiany chłopak nie odpowiadał na zaczepki. Jedna z pasażerek wezwała konduktorkę. Pani przyszła, poprosiła awanturującego pana na stronę. Najpierw mówiła cicho, kończyła już krzykiem. Facet miał ultimatum, albo się uspokoi, albo wysiądzie na najbliższej stacji. Usiadł i dalej swoje, więc następna osoba poszła po konduktorkę i pan wysiadł, bo akurat dojechaliśmy na jakąś stację. Partnerka mogła zostać, ale wysiadła z nim. O dziwo nie stawiał oporu. Może dlatego, że został poinformowany, że wezwanie policji będzie go kosztować 2000 zł mandatu. Komentarz jest tu chyba zbędny.

Pociąg

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (190)

#89665

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zacznę od apelu. Jeśli czyta to ktoś związany z Tatrzańskim Parkiem Narodowym, lub ktoś zna pracownika tegoż parku, niech podpowie im, żeby wprowadzili obowiązkowe przenośne popielniczki dla palaczy wchodzących na szlaki TPN-u. A na miejscach postojowych od czasu do czasu ktoś mógłby takie osoby kontrolować, czy nie zaśmiecają parku petami. Wiem, że przy takim ruchu jest to trudne, ale w naszym kraju niektórym trzeba tłumaczyć kijem oczywiste sprawy.

Zapewne pod tym wpisem posypią się gromy pod moim adresem, ale trudno. Może choć jedna osoba pomyśli, zanim zrobi to, co widziałam kilka dni temu na szlaku w Dolinie Kościeliskiej.
Otóż dwie panie najpierw wypaliły papierosy nad brzegiem strumienia, a potem jakby nigdy nic wrzuciły pety w jego nurt.
Zgotowałam się, bo nie były to nastolatki, ale kobiety 40+, a może nawet i 50+. Powiedziałam do moich towarzyszy na głos, że takiego chamstwa dawno nie widziałam, żeby pety do strumienia wrzucać, a "damy" zadowolone z siebie poszły sobie dalej.
Wiem, że kijem Wisły nie zawrócę (nawet teraz przy niskim stanie wody), ale czy to taki wielki problem zabrać ze sobą na szlak słoiczek po małym ketchupie czy innym sosie i zbierać w niego popiół i pety?

Tatrzański Park Narodowy to dobro wspólne, ale niektórzy chyba sobie w domu wrzucają pety do herbaty i potem nawyki są silniejsze niż wstyd.

Dolina Kościeliska

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (167)
zarchiwizowany

#89564

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Tragedia autokaru z pielgrzymami przypomniała mi mój szok i niedowierzanie, którego doznałam jadąc kilka lat temu autobusem rejsowym z Warszawy do Zamościa.

Wybierałam się z koleżanką z roku na zwiedzanie. Startowałyśmy z różnych miejsc, więc umówiłyśmy się w Wawie, że wsiądziemy do jednego środka transportu.

Gdy zajmowałyśmy miejsca na końcowych siedzeniach w autobusie zauważyłam, że rząd 5 miejsc na tyle jest odgrodzony kocem czy jakąś płachtą. Był środek nocy, byłyśmy zaspane, ale nieco mnie otrzeźwiło, gdy zorientowałam się, że kierowca, który przed chwilą sprzedawał nam bilety, zniknął za wspomnianą zasłoną. Miał ,,luksusowe'' miejsce do odpoczynku. Autobus jechał z jakiegoś miasta na północy kraju, już nie pamiętam skąd. Ale przecież kierowca, który zmienił tego, zapewne do tej pory zajmował to samo miejsce na tyle. Szczęśliwie dojechałyśmy do celu. Ale myśl, że ludzi wożą kierowcy śpiący na tyle autobusu przeraża mnie do dzisiaj.

Inna rzecz, wyjazdy organizowane samozwańczo, przez osoby bez właściwego doświadczenia. Znajoma pojechała niedawno, niestety służbowo, do Grecji. Autokar pełen, połowa pasażerów to były dzieci, i brak noclegu po drodze. Domyślam się tylko, że kierowcy nie mieli odpowiednich warunków do odpoczynku. Dojechali, wrócili, na szczęście bez problemów. Szacun dla kierowców, że dali radę.

Ja wiem, że zorganizowanie siatki zmienników na długiej trasie to wyzwanie, ale bezpieczeństwo i życie ludzkie nie ma ceny. Niestety czasem jednak oszczędność wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.

Autobus

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (32)

#89504

przez (PW) ·
| Do ulubionych
,,Pani kierowniczko jest zima, to musi być zimno". Skąd to znamy? Z filmu. Kiedy to będzie znowu aktualne? W najbliższym sezonie grzewczym.

Jeszcze o tym nie myślimy, bo za oknem 35'C, ale już warto zacząć (jeśli są dostępne) kupować maseczki przeciwpyłowe, bo w powietrzu zimą będzie wszystko, tylko nie powietrze. Warto też zadbać o szczelność okien. Raz dla zatrzymania cennego ciepła, dwa dla ograniczenia napływu zapylenia z zewnątrz.

Poza tym, kto ma ogrzewanie z ciepłowni, nich kupuje czapki, rękawiczki, swetry i koce, żeby się potem nie zastanawiać, czy odkręcać kaloryfer czy kupić chleb. Bo można przetrwać w pomieszczeniu, gdzie jest kilkanaście stopni będąc dobrze ubranym i przykrytym, ale na głodnego będzie ciężko.

To się teraz może wydawać abstrakcyjne, ale takie przygotowania w październiku mogą być już potrzebne. W moim mieście prezes ciepłowni zapowiedział już od sierpnia podwyżki o 100%, a do zimy pewnie ogłosi ich jeszcze kilka. Będzie piekielnie, ale nie gorąco, tylko piekielnie zimno.

sezon grzewczy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (208)
poczekalnia

#89517

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Anty-ekologia

Weszłam na szybkie zakupy ,,śniadaniowe'' przed pracą do popularnego dyskontu. Wpakowałam do jednej torebki foliowej (dla ekologii) bułkę słodką i wytrawną, i pędzę do kas. Kasy z obsługą oblężone jak Kamieniec Podolski w znanym filmie, ale samoobsługowe mrugają do mnie zachęcająco ekranem.
Kasuję pierwszą bułkę, to znaczy wyszukuję ją w liście, i odruchowo odkładam na właściwą stronę kasy, ale przecież w folii jest jeszcze ta druga. I zaraz kasa krzyczy o niewłaściwej wadze produktu. I każe czekać na pomoc, która i tak by nie nadeszła. Chciała nie chciała, idę po drugą folię, przekładam, nabijam drugą bułkę, odkładam na właściwe miejsce. Żeby nie było niedomówień, przy stoisku z pieczywem nie było papierowych torebek.
I tak się teraz zastanawiam jedząc tą bułkę, gdzie ta ekologia, skoro i tak zaraz wyrzucę obie te foliówki do kosza... A przecież można (bo widziałam takie cuda, ale w markecie budowlanym) zrobić kawałek blatu, rolkę papieru pakowego z nożykiem do łatwego odrywania potrzebnego kawałka. Ludzie by sobie zapakowali, bez zbędnej folii. Ale ekologiczne rozwiązania to u nas nadal puste hasła.

Stonka

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (93)

#89481

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Żeby chorować, trzeba mieć zdrowie. Droga pacjenta do wyzdrowienia.

Coś mocno zaniemogło mi kolano. Dzwonię więc do mojego lekarza POZ. Schodek pierwszy - nadal teleporada, czyli leczenie telepatyczne. Super, skaczę ze szczęścia na zdrowej nodze. Lekarz decyduje co robić na podstawie mojego mało fachowego opisu. Dostałam od ręki (albo od ucha, bo przez telefon) skierowanie na rtg i do ortopedy. Prosty odcinek drogi, nawet bez zakrętów... coś łatwo z tym poszło.

Prześwietlenie zrobiłam następnego dnia, ale już na jego opis czekałam 9 dni. Pani radiolog uprzedziła mnie jeszcze, że odbiór po 13:00, bo wcześniej nie będzie zrobione. Odbierając wynik postanowiłam sprawdzić, jak kształtuje się sytuacja w przychodni ortopedycznej, bo szczęśliwie obie jednostki są w jednym kompleksie medycznym. I cóż odkryłam. Otóż rejestracja np. we wtorek działa w godzinach 8:00 - 8:30 oraz 11:00 - 12:00. W pozostałe dni podobny rozstrzał godzinowy. Czyli schodek drugi na drodze do podjęcia leczenia.

I weź człowieku mieszkaj na przykład na drugim końcu miasta, miej chorą kończynę dolną, przemieszczaj się z trudnością i zarejestruj się do lekarza przy takich wybiórczych godzinach otwarcia rejestracji. Na stronie znalazłam informację, że średni czas oczekiwania na wizytę to 111 dni.

Ponieważ nie było mi dane trafić na godziny, kiedy rejestracja była czynna, postanowiłam zapisać się telefonicznie. Ciekawe jak mi pójdzie...i ile jeszcze schodków przede mną...

Przychodnia specjalistyczna

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (132)

#89020

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kto nie był nigdy na SOR-ze, ten nie może dostać się do raju. Musiałam zawieźć członka rodziny na sor, bo dostał skierowanie na oddział chirurgii od lekarza rodzinnego. Rzecz się działa w tym samym wspaniałym mieście powiatowym, co i historia z urzędem pracy, chyba taki klimat.

SOR kojarzy się z tłumem ludzi w różnym stanie ,,technicznym". Mieliśmy szczęście, bo za pierwszym, jak i za drugim podejściem było tylko  kilka osób oczekujących.

Podejście 1.
Podchodzę do rejestracji ok. godziny 8:00. Podaję wypełnioną ankietę covidową z dopisanym numerem e-skierowania, pani rejestratorka (nazywana przez współpracownice sekretarką) przyjmuje papier i zamyka okienko. I siedzimy sobie tak z godzinę. Aż przychodzi jakaś pani i pyta rejestratorkę, czy oddział chirurgii jest otwarty, bo ona ma planowe przyjęcie, ale ktoś jej powiedział, że chirurgia zamknięta. (wtf?!)

Pani sekretarka odpowiada, że dzwoni tam od 7:00 i nikt nie odbiera. Więc ona nic nie wie. Ciekawe rozwiązanie, żeby SOR nie wiedział takich podstawowych rzeczy... Pacjent, którego przywiozłam stwierdził, że nie ma sensu czekać, więc zabrałam ankietę i wyszliśmy. Z dolegliwością musiał jakoś wytrzymać. Tego samego dnia na stronie lokalnego portalu informacyjnego pojawiła się informacja, że kilka oddziałów zostało zamkniętych. Życie...

Minął jeden dzień. Ponieważ stan pacjenta się nie poprawiał zadzwoniłam do szpitala w sąsiednim powiecie. Tam niestety oddział chirurgii zamieniono na covidowy, ale polecali szpital w ich sąsiednim powiecie, czyli jeszcze dalej. W zasadzie z ciekawości zadzwoniłam na ten zamknięty i okazało się, że eureka działa. Był już późny wieczór, ale co było robić, jedziemy, bo boli.

Podejście 2.
Wypełniłam nową ankietę, podałam w rejestracji. Pani mówi, że czemu dopiero dzisiaj, skoro skierowanie wystawione wczoraj. Mówię, że oddział był zamknięty, a ona, że wczoraj wieczorem otworzyli. Miałam to chyba w gwiazdach wyczytać... Tym razem oczekiwanie nie trwało długo, ruch nieduży, pacjent wszedł na sor po 20 min. Ale tam czekał kolejną godzinę na lekarza, bo tamten robił operację. Tu pauza w mojej historii, cdn.

W tzw. międzyczasie w poczekalni pojawiła trzyosobowa rodzina - rodzice z córką, na oko 16-17 lat. Dziewczyna zapłakana, miałam wrażenie, że ma problem z oczami, ale nie wiem dokładnie.
Podali papier, za kilkanaście minut weszła na sor. Po jakimś czasie dziewczyna dzwoni z otchłani szpitala, że gdzieś jej kazali iść, wskazówki typu: pani zjedzie winą, w prawo, w lewo. Dziewczyna nie wyglądała na jakiś ciężki stan, jedyne, co było widoczne, to roztrzęsienie i płacz. Nie jestem lekarzem, więc nie wiem czy była w stanie to zapamiętać i trafić.

Weszła sama, bo miała skończone 18 lat. Matka podeszła do rejestracji z pytaniem czemu nikt jej córki nie zaprowadził do gabinetu, tylko kazali samemu trafić. Pani rejestratorka twierdziła, że na pewno ktoś zaprowadził. W trakcie słownej przepychanki przy okienku zza drzwi wyłoniła się sama zainteresowana i kłótnia rozgorzała jeszcze bardziej, matka żądała wskazania osoby, która niby zaprowadziła, przy okazji pomstując, że tak traktują matkę 2-miesięcznego niemowlaka (ale tego chyba w skierowaniu nie było...). Dziewczyna chciała wyjść, ale matka nie dawała za wygraną.
Ciąg dalszy następuje. Nie było mi dane obserwować tej scenki rodzajowej do końca, bo pacjent, którego przywiozłam wyszedł. Wiele mu nie pomogli. Dowiedział się tyle, ile sam już wiedział.

Była tam jeszcze jedna pani, która kilka razy powtórzyła w rozmowie z rejestratorką, że tamta jest bardzo niemiła. I w sumie trudno stwierdzić, kto jest bardziej piekielny, pacjenci czy obsługa szpitala, bo jedni i drudzy bardzo się starali zasłużyć na to miano.

Szpitalny Oddział Ratunkowy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (133)
poczekalnia

#89432

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia #89423 przypomniała mi coś z czasów liceum.
Realiów polskich szkół nikomu przedstawiać nie trzeba. Szatnie od wf-u w mojej szkole były dosyć obskurne, o indywidualnych szafkach nie było co marzyć. W pierwszej klasie co jakiś czas zdarzały się kradzieże w damskiej szatni, ale nikt nikogo za rękę nie złapał. Były podejrzenia wobec jednej koleżanki, ale dowodów nie było. W drugiej klasie nie odliczyły się 3 dziewczyny, w tym ta podejrzewana.
Więcej kradzieży nie było. Ale to, co zginęło, to przepadło. A piekielna była nasza wychowawczyni, która nic nie zrobiła w tej sprawie, przez cały rok szkolny, a była właśnie od wfu...

Szkolna szatnia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (57)