Profil użytkownika
Tee_can_do_that
| Zamieszcza historie od: | 8 listopada 2021 - 13:51 |
| Ostatnio: | 28 grudnia 2025 - 15:19 |
- Historii na głównej: 41 z 49
- Punktów za historie: 4457
- Komentarzy: 36
- Punktów za komentarze: 133
Z powodów nieistotnych dla historii przebywałam na L4. W takich sytuacjach urząd ten przesyła korespondencję, w której informuje jakie wnioski należy im dostarczyć. I ja dostałam list od króla ZUSa, w którym poinformowano mnie, że przy kolejnym zwolnieniu muszę dostarczyć Z.... coś tam. Ok, ściągnęłam sobie ze strony, wydrukowałam. Ale jakoś nie wpływają mi pieniądze. Mślę, chyba mają 90 dni, więc grzecznie czekam i wracam do zdrowia. Aż pewnego dnia dostaję pismo, które znacząco podniosło mi ciśnienie. Otóż nie dostarczyłam na czas jakiegoś innego Z... coś tam. Lecę do pisma, które otrzymałam poprzednio i tam nigdzie ani słowem o tym. Dzwonię na infolinię, wiszę 30 min, aż trafia się wolny konsultant i pytam o co chodzi. Pani stwierdziła, że mam wypełnić ten właściwy druk i wysłać na wskazany adres. A musicie wiedzieć, że teraz zus przesyła sprawy po całej Polsce, żeby szło sprawniej. No więc moje pismo miało iść do bodaj Wałbrzycha, a ja mieszkam w centrum kraju. Więc nie czekając zebrałam papiery i pojechałam do najbliższego inspektoratu wyjaśnić sprawę. Pani na SOKu po przeczytaniu pisma nie miała żadnych pytań, a pieniądze wpłynęły niebawem.
O królu ZUSie
Ocena:
94
(108)
poczekalnia
Skomentuj
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Poszukuję wykonawcy pewnego przedmiotu, dosyć dużego. Ma być wykonany z kamienia. Żeby nie zgłaszać się do przypadkowego kamieniarza, który by mi tego nie zrobił, bo nie ma doświadczenia lub odpowiednich maszyn, najpierw przeszukałam internet, by wyłowić kogoś, kto robi dokładnie to, czego potrzebuję.
Namierzyłam dwie firmy, jedną z okolic Poznania, ale ich realizacje mnie nie przekonały; drugą firmę z okolic stolicy. Wedle informacji zawartych na ich stronie internetowej robią dokładnie to, czego ja oczekuję. Dzwonię, naświetlam sprawę, po rozmowie wysyłam maila z informacjami, które mają umożliwić sporządzenie kosztorysu. No i czekam... tydzień, dwa... Bez odpowiedzi. Olali mnie. Nie mieli 3 minut, żeby mi odpisać, że nie podejmą się realizacji. Nie oczekuję tłumaczenia, tylko informacji zwrotnej, że mam za nimi nie czakać. Niestety.
Trudno. Idę dalej z tematem. Znalazłam inną firmę, jakieś 50 kilometrów ode mnie. Dzwonię, bo mają w swojej galerii jeden przykład realizacji, który mi odpowiada. Owszem, może i mi zrobią, ale trzeba przyjechać na miejsce. Tę opcję zostawiam sobie na plan B.
Znajduję jeszcze firmę 15 km ode mnie, ale oni nie mają w swojej ofercie tego, czego ja chcę, więc jadę na miejsce i rozmawiam z synem właściciela, przesyłam mu zdjęcia interesujących mnie realiazacji. Mają mi odpowiedzieć, czy mają takie materiały. I znowu czekam tydzień, piszę sms z pytaniem, czy się zastanowili. Odpowiedzi brak.
Pozostaje mi pojechać te 50 km i mieć nadzieję, że przy 3 podejściu mi się uda skutecznie znaleźć wykonawcę. Albo zrezygnować.
Namierzyłam dwie firmy, jedną z okolic Poznania, ale ich realizacje mnie nie przekonały; drugą firmę z okolic stolicy. Wedle informacji zawartych na ich stronie internetowej robią dokładnie to, czego ja oczekuję. Dzwonię, naświetlam sprawę, po rozmowie wysyłam maila z informacjami, które mają umożliwić sporządzenie kosztorysu. No i czekam... tydzień, dwa... Bez odpowiedzi. Olali mnie. Nie mieli 3 minut, żeby mi odpisać, że nie podejmą się realizacji. Nie oczekuję tłumaczenia, tylko informacji zwrotnej, że mam za nimi nie czakać. Niestety.
Trudno. Idę dalej z tematem. Znalazłam inną firmę, jakieś 50 kilometrów ode mnie. Dzwonię, bo mają w swojej galerii jeden przykład realizacji, który mi odpowiada. Owszem, może i mi zrobią, ale trzeba przyjechać na miejsce. Tę opcję zostawiam sobie na plan B.
Znajduję jeszcze firmę 15 km ode mnie, ale oni nie mają w swojej ofercie tego, czego ja chcę, więc jadę na miejsce i rozmawiam z synem właściciela, przesyłam mu zdjęcia interesujących mnie realiazacji. Mają mi odpowiedzieć, czy mają takie materiały. I znowu czekam tydzień, piszę sms z pytaniem, czy się zastanowili. Odpowiedzi brak.
Pozostaje mi pojechać te 50 km i mieć nadzieję, że przy 3 podejściu mi się uda skutecznie znaleźć wykonawcę. Albo zrezygnować.
Brak odpowiedzi
Ocena:
49
(63)
poczekalnia
Skomentuj
(18)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Zanim wpis odsyłam tu:
https://biznes.interia.pl/firma/news-koktajl-pestycydow-w-rodzynkach-z-biedronki-i-lidla-tak-tlum,nId,7950984
Dwa plus rak gratis
Niebawem będziemy mieli na naszym rynku spożywczym towary z Ameryki Południowej. Już wiemy, że tam nikt nie kontroluje tego, czym i ile razy producent zabezpiecza ,,żywność" przed zbiorem. W artykule mamy małą próbkę tego, co nas czeka. Stara mądrość ludowa mówi, żeby jeść to, co jest produkowane w okolicy, bo nie trzeba tego zabezpieczać do transportu. Tak ,,optymistycznie" przed świętami.
https://biznes.interia.pl/firma/news-koktajl-pestycydow-w-rodzynkach-z-biedronki-i-lidla-tak-tlum,nId,7950984
Dwa plus rak gratis
Niebawem będziemy mieli na naszym rynku spożywczym towary z Ameryki Południowej. Już wiemy, że tam nikt nie kontroluje tego, czym i ile razy producent zabezpiecza ,,żywność" przed zbiorem. W artykule mamy małą próbkę tego, co nas czeka. Stara mądrość ludowa mówi, żeby jeść to, co jest produkowane w okolicy, bo nie trzeba tego zabezpieczać do transportu. Tak ,,optymistycznie" przed świętami.
Supermarkety
Ocena:
27
(61)
Historia zasłyszana
Pacjent przychodni onkologicznej, pod opieką lekarza prowadzącego. Pierwsza metoda leczenia nie zadziałała. Lekarz zmienił terapię. Jakiś czas pacjent przyjmował lek, ale miał dosyć mocną reakcję skórną. W pewnym momencie lekarz prowadzący poszedł na urlop i pacjent został przekierowany do innego lekarza tymczasowo. Na pierwszej wizycie zastępujący lekarz nr 1 powiedział, że skoro jest silna reakcja skórna, to znaczy, że lek jest dla pacjenta toksyczny i należy zaprzestać stosowania. Pacjent dostał tydzień na zastanowienie. Na kolejnej wizycie zastępujący lekarz nr 2 stwierdził z kolei, że jeśli jest reakcja organizmu to lek działa. Gdy lekarz prowadzący wrócił z urlopu i zlecił badania, okazało się, że lek jednak nie działa.
Pacjent przychodni onkologicznej, pod opieką lekarza prowadzącego. Pierwsza metoda leczenia nie zadziałała. Lekarz zmienił terapię. Jakiś czas pacjent przyjmował lek, ale miał dosyć mocną reakcję skórną. W pewnym momencie lekarz prowadzący poszedł na urlop i pacjent został przekierowany do innego lekarza tymczasowo. Na pierwszej wizycie zastępujący lekarz nr 1 powiedział, że skoro jest silna reakcja skórna, to znaczy, że lek jest dla pacjenta toksyczny i należy zaprzestać stosowania. Pacjent dostał tydzień na zastanowienie. Na kolejnej wizycie zastępujący lekarz nr 2 stwierdził z kolei, że jeśli jest reakcja organizmu to lek działa. Gdy lekarz prowadzący wrócił z urlopu i zlecił badania, okazało się, że lek jednak nie działa.
Przychodnia lekarska
Ocena:
85
(91)
Przygoda wakacyjna.
Kierunek wakacyjnej podróży w tym roku spowodował, że miałam przesiadkę na dworcu autobusowym w stolicy Małopolski.
Jak jest przesiadka, to się idzie zazwyczaj w najbliższe "miejsce ustronne" i się korzysta. Pech chciał, że akurat na dolnej płycie dworca autobusowego było z tym trochę gorzej.
Wchodzę, standardowa bramka, wrzucam 4 zł, bramka mnie przepuszcza, idę i tuż za zakrętem nagle wchodzę w wodę, jakieś 1,5 cm wysokości. Stanęłam jak wryta, bądź co bądź sytuacja niecodzienna. Ale patrzę na tą wodę, czysta, jakby rura pękła. Nie byłam ani w klapkach, ani w sandałach tylko w butach sportowych, myślę, dam radę. I poszłam dalej.
Będąc już w kabinie usłyszałam krzyk pani, czyli najwyraźniej jednak ktoś tam był z obsługi. Pani krzyczała na jakiegoś pana, który podobnie jak ja wszedł nieświadomy sytuacji, zapłacił i potrzebował tej wizyty. Pani miała pretensje, że pan nie ma nad nią litości, cokolwiek to znaczy.
I teraz nie wiem, czy pani nie mogła zwyczajnie zamknąć drzwi wejściowych na klucz, bo ma nie zamykać choćby się waliło, paliło czy też lało... czy nie miała na stanie długopisu i kartki, żeby wyjaśnić chętnym do skorzystania, że jest awaria... nie wiem, nie pytałam. Zapłaciłam, skorzystałam, wyszłam, a co tam się stało i dlaczego, tego się już nie dowiem.
Kierunek wakacyjnej podróży w tym roku spowodował, że miałam przesiadkę na dworcu autobusowym w stolicy Małopolski.
Jak jest przesiadka, to się idzie zazwyczaj w najbliższe "miejsce ustronne" i się korzysta. Pech chciał, że akurat na dolnej płycie dworca autobusowego było z tym trochę gorzej.
Wchodzę, standardowa bramka, wrzucam 4 zł, bramka mnie przepuszcza, idę i tuż za zakrętem nagle wchodzę w wodę, jakieś 1,5 cm wysokości. Stanęłam jak wryta, bądź co bądź sytuacja niecodzienna. Ale patrzę na tą wodę, czysta, jakby rura pękła. Nie byłam ani w klapkach, ani w sandałach tylko w butach sportowych, myślę, dam radę. I poszłam dalej.
Będąc już w kabinie usłyszałam krzyk pani, czyli najwyraźniej jednak ktoś tam był z obsługi. Pani krzyczała na jakiegoś pana, który podobnie jak ja wszedł nieświadomy sytuacji, zapłacił i potrzebował tej wizyty. Pani miała pretensje, że pan nie ma nad nią litości, cokolwiek to znaczy.
I teraz nie wiem, czy pani nie mogła zwyczajnie zamknąć drzwi wejściowych na klucz, bo ma nie zamykać choćby się waliło, paliło czy też lało... czy nie miała na stanie długopisu i kartki, żeby wyjaśnić chętnym do skorzystania, że jest awaria... nie wiem, nie pytałam. Zapłaciłam, skorzystałam, wyszłam, a co tam się stało i dlaczego, tego się już nie dowiem.
Toaleta publiczna
Ocena:
79
(91)
Wykańczanie domu. Kto przeżył, temu wiele dopowiadać nie trzeba.
W roli głównej tzw. projektanci. Dwie historie.
1. Znajoma podpisała umowę z projektantem na wykonanie takiego projektu pokoju, gdzie poza wizualizacją, jak to po wykończeniu miało wyglądać, jeszcze miała być lista tego, co trzeba kupić, żeby osiągnąć taki efekt. Tak było w podpisanej umowie. Po otrzymaniu projektu okazało się, że sam projekt jest dosyć słaby, a listy zakupów brak. Pan na pytanie, czemu najpierw naopowiadał, że będzie cud, miód i orzeszki, a teraz są tylko orzeszki do zgryzienia, stwierdził, że znajoma to by nie wiadomo co chciała za projekt liczony za 50 zł/m2 projektowanej powierzchni. A to, co ona sobie wymaga, to kosztuje 120 zł/ m2. Szkoda, że prawdziwe informacje podał dopiero po fakcie. Sprawa chyba trafi do sądu, bo to nie są małe pieniądze.
2. Projekt łazienki. Pewien sieciowy salon łazienek zaoferował projekt za 1 zł, jeśli kupi się u nich materiały za 3 000. Tym razem pani, ojej co ja tu wam nie zrobię za projekt...ba! nawet dwa! Już teraz, zaraz. Najpierw tydzień opóźnienia. Bo się nie wyrabia... To po co obiecuje? Obydwa projekty nadają się do utylizacji, wybrała chyba najbrzydsze możliwe wzory kafelków. Ale umowa podpisana. I teraz nie wiadomo co z tym fantem zrobić. Bo opowieści też były jakie to wszystko będzie piękne, a projekt kompletnie nie oddaje ani przestrzeni łazienki, mimo podawanych wymiarów, ani nie jest dostosowany do niego, a łazienka mała, wąska i stąd pomysł na projektanta, żeby jakoś to pomyślał logicznie.
Zaufaj mi, jestem projektantem...będzie pani zadowolona, maż będzie zadowolony... Akurat żadne z powyższych się nie spełniło. Czas leci, kredyt trzeba spłacać, a mieszkać nie można.
W roli głównej tzw. projektanci. Dwie historie.
1. Znajoma podpisała umowę z projektantem na wykonanie takiego projektu pokoju, gdzie poza wizualizacją, jak to po wykończeniu miało wyglądać, jeszcze miała być lista tego, co trzeba kupić, żeby osiągnąć taki efekt. Tak było w podpisanej umowie. Po otrzymaniu projektu okazało się, że sam projekt jest dosyć słaby, a listy zakupów brak. Pan na pytanie, czemu najpierw naopowiadał, że będzie cud, miód i orzeszki, a teraz są tylko orzeszki do zgryzienia, stwierdził, że znajoma to by nie wiadomo co chciała za projekt liczony za 50 zł/m2 projektowanej powierzchni. A to, co ona sobie wymaga, to kosztuje 120 zł/ m2. Szkoda, że prawdziwe informacje podał dopiero po fakcie. Sprawa chyba trafi do sądu, bo to nie są małe pieniądze.
2. Projekt łazienki. Pewien sieciowy salon łazienek zaoferował projekt za 1 zł, jeśli kupi się u nich materiały za 3 000. Tym razem pani, ojej co ja tu wam nie zrobię za projekt...ba! nawet dwa! Już teraz, zaraz. Najpierw tydzień opóźnienia. Bo się nie wyrabia... To po co obiecuje? Obydwa projekty nadają się do utylizacji, wybrała chyba najbrzydsze możliwe wzory kafelków. Ale umowa podpisana. I teraz nie wiadomo co z tym fantem zrobić. Bo opowieści też były jakie to wszystko będzie piękne, a projekt kompletnie nie oddaje ani przestrzeni łazienki, mimo podawanych wymiarów, ani nie jest dostosowany do niego, a łazienka mała, wąska i stąd pomysł na projektanta, żeby jakoś to pomyślał logicznie.
Zaufaj mi, jestem projektantem...będzie pani zadowolona, maż będzie zadowolony... Akurat żadne z powyższych się nie spełniło. Czas leci, kredyt trzeba spłacać, a mieszkać nie można.
Salon z materiałami wykończeniowymi
Ocena:
110
(118)
poczekalnia
Skomentuj
(4)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Mam (nie)szczęście do starszych panów z problemami
Wczoraj inny starszy pan, tym razem w przychodni lekarskiej, gdzie byłam z kimś jako osoba wspierająca, zaczepił mnie najpierw zabierając mi mój telefon(!!!), który położyłam sobie na udzie i odwróciłam głowę do towarzysza. Że niby chciał się zamienić (*_*)ale śmieszne!
Siedział na krześle obok. Następnie zaczął mnie zagadywać i pokazywać dziwne filmiki (trafił się pornograficzny, czym pan nie był nawet specjalnie zażenowany!). Nie chciałam być chamska w przychodni pełnej ludzi, nie miałam gdzie się przesiąść... A gdy weszłam z pacjentem do gabinetu miałam nadzieję, że to koniec...
Niestety nie. Gdy pacjent, z którym byłam, czekał już pod gabinetem zabiegowym, ja poszłam po wodę do pobliskiego sklepu, bo okazało się, że będziemy dłużej, niż przypuszczaliśmy. I co? Pod sklepem spotkałam tego namolnego gościa... Nie odpuścił!
- O pani idzie, to ja pójdę z panią! Ale pani szybko idzie!
- Bo tak chodzę - odpowiedziałam.
I jeszcze jakieś dziwne teksty, których już nie dosłyszałam. Szłam z powrotem tak szybko, jak potrafiłam i gość został w tyle.
Narzeczony twierdzi, że jestem za miła i czasem powinnam komuś takiemu odpowiedzieć krótko ,,spier....". Problem polega na tym, że mi to nie chce przejść przez gardło. Ale chyba zacznę ćwiczyć wymowę...
Na ewentualne pytanie, czemu mój towarzysz nie zwrócił mu uwagi dodam, że sytuacja nie wydawała się z początku bardzo piekielna. A ogólnie to trzeba było pilnować kolejki, więc go niezbyt uważnie słuchaliśmy tylko patrzaliśmy, czy nam ktoś nie wślizgnie się w kolejkę do gabinetu, a facet dalej swoje w tym czasie. Następnemu chyba naprawdę wypalę łaciną.
Wczoraj inny starszy pan, tym razem w przychodni lekarskiej, gdzie byłam z kimś jako osoba wspierająca, zaczepił mnie najpierw zabierając mi mój telefon(!!!), który położyłam sobie na udzie i odwróciłam głowę do towarzysza. Że niby chciał się zamienić (*_*)ale śmieszne!
Siedział na krześle obok. Następnie zaczął mnie zagadywać i pokazywać dziwne filmiki (trafił się pornograficzny, czym pan nie był nawet specjalnie zażenowany!). Nie chciałam być chamska w przychodni pełnej ludzi, nie miałam gdzie się przesiąść... A gdy weszłam z pacjentem do gabinetu miałam nadzieję, że to koniec...
Niestety nie. Gdy pacjent, z którym byłam, czekał już pod gabinetem zabiegowym, ja poszłam po wodę do pobliskiego sklepu, bo okazało się, że będziemy dłużej, niż przypuszczaliśmy. I co? Pod sklepem spotkałam tego namolnego gościa... Nie odpuścił!
- O pani idzie, to ja pójdę z panią! Ale pani szybko idzie!
- Bo tak chodzę - odpowiedziałam.
I jeszcze jakieś dziwne teksty, których już nie dosłyszałam. Szłam z powrotem tak szybko, jak potrafiłam i gość został w tyle.
Narzeczony twierdzi, że jestem za miła i czasem powinnam komuś takiemu odpowiedzieć krótko ,,spier....". Problem polega na tym, że mi to nie chce przejść przez gardło. Ale chyba zacznę ćwiczyć wymowę...
Na ewentualne pytanie, czemu mój towarzysz nie zwrócił mu uwagi dodam, że sytuacja nie wydawała się z początku bardzo piekielna. A ogólnie to trzeba było pilnować kolejki, więc go niezbyt uważnie słuchaliśmy tylko patrzaliśmy, czy nam ktoś nie wślizgnie się w kolejkę do gabinetu, a facet dalej swoje w tym czasie. Następnemu chyba naprawdę wypalę łaciną.
Przychodnia lekarska
Ocena:
34
(52)
poczekalnia
Skomentuj
(7)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Nie wiem, co skłoniło dzisiaj rano nieznanego mi starszego pana, żeby podejść do mnie na przystanku autobusowym.
Ale podszedł i zaczął się nieprzerwany słowotok. On ma 77 lat, a nie wygląda! Na przystanku siedzą pewnie młodsi od niego, a on by ich 5 razy przeskoczył! On jest emerytowanym lekarzem, co on się naćpanych naoglądał. A te stare baby pogarbione, z wózkami łażą! Nawet nie dało się wtrącić słowa... Wszystkiego tu nie piszę, trwało to z 3-4 minuty, ale w tym czasie poznałam zdecydowanie za dużo jego poglądów na świat i życie.
Pierwszy raz człowieka spotkałam. Powiedział, że mieszka na osiedlu od pół roku. Oby to był pierwszy i ostatni raz... a najciekawsze jest, że ten emerytowany Adonis z bożej łaski ma 3 zęby. Wybaczcie dosłowność wpisu, ale facet mnie rozwalił. Krytykował wszystkich, ale jak się spojrzało na jego twarz, to brał pusty śmiech. Do autobusu wsiadłam innymi drzwiami i przeczepił się do jakiejś innej osoby.
Małe (albo i nie) dopowiedzenie.
Nie mam nic przeciwko pogawędkom z nieznajomymi. Pracuję w miejscu, gdzie często rozmawiam z kimś obcym, o życiu, o chorobach, o czymkolwiek i jest ok. Problem z tym panem polegał na tym, że my nie rozmawialiśmy. On mówił do mnie tonem kategorycznym i niestety stanął zdecydowanie za blisko, a nawet próbował się zbliżyć jeszcze bardziej. Ja rozumiem, że może i jest samotny (wspomniał, że żona zmarła, a córka gdzieś za granicą), ale jednak jechał gdzieś do pracy... i są granice, których inteligentny człowiek nie powinien przekraczać. A ja poczułam się bardzo niekomfortowo w tej sytuacji i z ulgą pożegnałam pana.
Ale podszedł i zaczął się nieprzerwany słowotok. On ma 77 lat, a nie wygląda! Na przystanku siedzą pewnie młodsi od niego, a on by ich 5 razy przeskoczył! On jest emerytowanym lekarzem, co on się naćpanych naoglądał. A te stare baby pogarbione, z wózkami łażą! Nawet nie dało się wtrącić słowa... Wszystkiego tu nie piszę, trwało to z 3-4 minuty, ale w tym czasie poznałam zdecydowanie za dużo jego poglądów na świat i życie.
Pierwszy raz człowieka spotkałam. Powiedział, że mieszka na osiedlu od pół roku. Oby to był pierwszy i ostatni raz... a najciekawsze jest, że ten emerytowany Adonis z bożej łaski ma 3 zęby. Wybaczcie dosłowność wpisu, ale facet mnie rozwalił. Krytykował wszystkich, ale jak się spojrzało na jego twarz, to brał pusty śmiech. Do autobusu wsiadłam innymi drzwiami i przeczepił się do jakiejś innej osoby.
Małe (albo i nie) dopowiedzenie.
Nie mam nic przeciwko pogawędkom z nieznajomymi. Pracuję w miejscu, gdzie często rozmawiam z kimś obcym, o życiu, o chorobach, o czymkolwiek i jest ok. Problem z tym panem polegał na tym, że my nie rozmawialiśmy. On mówił do mnie tonem kategorycznym i niestety stanął zdecydowanie za blisko, a nawet próbował się zbliżyć jeszcze bardziej. Ja rozumiem, że może i jest samotny (wspomniał, że żona zmarła, a córka gdzieś za granicą), ale jednak jechał gdzieś do pracy... i są granice, których inteligentny człowiek nie powinien przekraczać. A ja poczułam się bardzo niekomfortowo w tej sytuacji i z ulgą pożegnałam pana.
Przystanek autobusowy
Ocena:
32
(66)
Krótko o tym, jak młoda dziewczyna, może ze stresu lub braku doświadczenia, jest piekielna sama dla siebie.
Sezon komunijny, ja matka chrzestna, chcę wyglądać na imprezie jak człowiek. Idę po nowe buty. Wyboru wielkiego nie mam, idę do sieciówki, przymierzam, pasują, biorę! Idę do kasy, na pudełku cena 89,99 zł. Zaglądam do portfela, z ulgą stwierdzam, że mam 90 zł w drobnych banknotach, a nie 100 czy 200; daję ekspedientce 50 zł, 20 zł i dwa razy 10 zł. Prosty rachunek, należy mi się 1 grosz reszty.
Młodziutka ekspedientka przeliczyła kilka razy te pieniądze i wydała mi 10 zł i 1 grosz. Zapytałam dla pewności, czy cena to 89,99, bo przecież mogłam dostać magicznie jakiś rabat, ale nie, potwierdza, że 89,99 i patrzy na mnie dziwnie, czego od niej chcę. W końcu zauważyła swój błąd i 10 zł zabrała, a ja swój grosik.
Mnie tam nie kręci takie "zdobyczne" 10 zł, ale wiem z obserwacji, że nie jedna osoba wzięłaby tą resztę bez słowa i wyszła. Miałam już podobną sytuację z większą kwotą i osoba, która stała następna w kolejce powiedziała: trzeba było brać! Dziewczyna z twarzy wyglądała na jakieś 20 lat i stres na poziomie sapera przy bombie. Może to był jej pierwszy dzień w pracy, może ma piekielną kierowniczkę. Jeśli myliła się tak wcześniej, to z wypłaty może jej wiele nie zostać.
Bądźcie wyrozumiali dla kasjerów.
Sezon komunijny, ja matka chrzestna, chcę wyglądać na imprezie jak człowiek. Idę po nowe buty. Wyboru wielkiego nie mam, idę do sieciówki, przymierzam, pasują, biorę! Idę do kasy, na pudełku cena 89,99 zł. Zaglądam do portfela, z ulgą stwierdzam, że mam 90 zł w drobnych banknotach, a nie 100 czy 200; daję ekspedientce 50 zł, 20 zł i dwa razy 10 zł. Prosty rachunek, należy mi się 1 grosz reszty.
Młodziutka ekspedientka przeliczyła kilka razy te pieniądze i wydała mi 10 zł i 1 grosz. Zapytałam dla pewności, czy cena to 89,99, bo przecież mogłam dostać magicznie jakiś rabat, ale nie, potwierdza, że 89,99 i patrzy na mnie dziwnie, czego od niej chcę. W końcu zauważyła swój błąd i 10 zł zabrała, a ja swój grosik.
Mnie tam nie kręci takie "zdobyczne" 10 zł, ale wiem z obserwacji, że nie jedna osoba wzięłaby tą resztę bez słowa i wyszła. Miałam już podobną sytuację z większą kwotą i osoba, która stała następna w kolejce powiedziała: trzeba było brać! Dziewczyna z twarzy wyglądała na jakieś 20 lat i stres na poziomie sapera przy bombie. Może to był jej pierwszy dzień w pracy, może ma piekielną kierowniczkę. Jeśli myliła się tak wcześniej, to z wypłaty może jej wiele nie zostać.
Bądźcie wyrozumiali dla kasjerów.
Sklep obuwniczy
Ocena:
132
(162)
poczekalnia
Skomentuj
(39)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
To jest w zasadzie apel. Do pieszych.
Ja jestem i kierowcą i pieszym. Ale mam takie wrażenie, że część pieszych, która nie ma prawa jazdy, ma zupełnie błędne wyobrażenie i o prowadzeniu pojazdu i o nadludzkich możliwościach innych ludzi. W ostatnich dniach miałam dwie sytuacje z pieszymi na pasach, które przekonały mnie, że ludzie czują się nieśmiertelni.
Pierwsza sytuacja. Teren zabudowany, więc już zapobiegawczo jadę jakieś 40 km/godz., zbliżam się do pasów przy markecie z czerwonym owadem. Na drugim pasie w przeciwnym kierunku jedzie ciągnik siodłowy zwany tirem, a za nim sznurek osobówek. Geniusz wszedł na pasy, gdy minął je ten tir. Kierowca z osobówki za tirem go widział, ja nie. Dobrze, że miałam małą prędkość, pedał w podłogę, zachrobotało w kołach, ale stanęłam. To nie pierwsza taka sytuacja, dlatego jeżdżę jakbym jajka woziła. Ale gdyby na moim miejscu był jakiś mniej ostrożny? Pan najwyraźniej ma kilka żyć.
Druga syutacja. Inne miasto. Jadę główną, też w zabudowanym, dużo bocznych uliczek, pasów, światła co kawałek. Przejechałam przez pasy, gdy piesi byli już na nich. Powiecie moja wina. Problem polega na tym, że idealnie schowali mi się za słupkiem oddzielającym przednią szybę od drzwi kierowcy. Nie miałam szans ich wcześniej zobaczyć. A oni, tak myślę, uznali, że ich widzę i weszli sobie bez zastanowienia, czy jest bezpiecznie.
Prawo dające pieszym pierwszeństwo powinno zostać zmienione, bo ludzie nie potrafią z niego korzystać właściwie. Nadal należy upewnić się, że jest bezpiecznie zanim wkroczymy na pasy. Ja idąc pieszo i przechodząc przez pasy, gdzie nie ma świateł, zawsze czekam aż kierowca przynajmniej mocno zwolni. Osoby wchodzące na pasy bez choćby rozejrzenia się prawo-lewo to dla mnie przestępcy. Kierowca nawet jeśli na czas zauważy, to jeszcze jest czas reakcji i jeszcze pojazd musi zareagować. Dbajmy wszyscy o wspólne bezpieczeństwo i zachowujmy się ostrożnie.
Ja jestem i kierowcą i pieszym. Ale mam takie wrażenie, że część pieszych, która nie ma prawa jazdy, ma zupełnie błędne wyobrażenie i o prowadzeniu pojazdu i o nadludzkich możliwościach innych ludzi. W ostatnich dniach miałam dwie sytuacje z pieszymi na pasach, które przekonały mnie, że ludzie czują się nieśmiertelni.
Pierwsza sytuacja. Teren zabudowany, więc już zapobiegawczo jadę jakieś 40 km/godz., zbliżam się do pasów przy markecie z czerwonym owadem. Na drugim pasie w przeciwnym kierunku jedzie ciągnik siodłowy zwany tirem, a za nim sznurek osobówek. Geniusz wszedł na pasy, gdy minął je ten tir. Kierowca z osobówki za tirem go widział, ja nie. Dobrze, że miałam małą prędkość, pedał w podłogę, zachrobotało w kołach, ale stanęłam. To nie pierwsza taka sytuacja, dlatego jeżdżę jakbym jajka woziła. Ale gdyby na moim miejscu był jakiś mniej ostrożny? Pan najwyraźniej ma kilka żyć.
Druga syutacja. Inne miasto. Jadę główną, też w zabudowanym, dużo bocznych uliczek, pasów, światła co kawałek. Przejechałam przez pasy, gdy piesi byli już na nich. Powiecie moja wina. Problem polega na tym, że idealnie schowali mi się za słupkiem oddzielającym przednią szybę od drzwi kierowcy. Nie miałam szans ich wcześniej zobaczyć. A oni, tak myślę, uznali, że ich widzę i weszli sobie bez zastanowienia, czy jest bezpiecznie.
Prawo dające pieszym pierwszeństwo powinno zostać zmienione, bo ludzie nie potrafią z niego korzystać właściwie. Nadal należy upewnić się, że jest bezpiecznie zanim wkroczymy na pasy. Ja idąc pieszo i przechodząc przez pasy, gdzie nie ma świateł, zawsze czekam aż kierowca przynajmniej mocno zwolni. Osoby wchodzące na pasy bez choćby rozejrzenia się prawo-lewo to dla mnie przestępcy. Kierowca nawet jeśli na czas zauważy, to jeszcze jest czas reakcji i jeszcze pojazd musi zareagować. Dbajmy wszyscy o wspólne bezpieczeństwo i zachowujmy się ostrożnie.
Przejścia dla pieszych
Ocena:
40
(98)
« poprzednia 1 2 3 4 5 następna »