Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tenzprzeciwkacomakotairower

Zamieszcza historie od: 16 czerwca 2015 - 15:46
Ostatnio: 14 września 2019 - 2:54
  • Historii na głównej: 36 z 44
  • Punktów za historie: 9645
  • Komentarzy: 250
  • Punktów za komentarze: 953
 
Dziś jadąc do pracy nadziałem się na wypadek - rowerzystka wpadła pod ciężarówkę. Samego wypadku nie widziałem, ale przyjechałem tuż po - ludzie dopiero biegli, kierowca wyskakiwał z kabiny, ktoś krzyczał, żeby dzwonić po karetkę. Byłem po drugiej stronie skrzyżowania, w samochodzie, więc skorzystałem z tego, że zamknąwszy okna mogłem się odciąć od hałasu ruchliwego skrzyżowania i zadzwoniłem na pogotowie.

Dyspozytorka wypytała mnie o miejsce, a potem zaczęła pytać o stan rannej - o to, czy oddycha, czy ma puls. Wyszedłem więc z samochodu i podszedłem do ofiary - powiem tylko tyle, że dziewczyna wyglądała bardzo źle.

Jacyś ludzie (pielęgniarka i starszy mężczyzna) zabrali się do reanimacji, wyglądało że wiedzą co robią, to nie chciałem im przeszkadzać, poinformowałem tylko dyspozytorkę, że próbują przeprowadzać masaż serca i sztuczne oddychanie. Z kolei inni spontanicznie zaczęli kierować ruchem. Bardzo podobała mi się reakcja Szkotów - nie było gapiów, na miejscu zostali tylko ci, którzy pomagali albo byli świadkami, akcja udzielania pierwszej pomocy była dobrze zorganizowana, ktoś z pobliskiego salonu Vauxhalla przyniósł nożyczki, ktoś inny apteczkę i zestaw pierwszej pomocy... Osoby postronne trzymały się z dala, czasami ktoś tylko podchodził zapytać, czy może pomóc...

Karetka nadjechała błyskawicznie, powiedziałem więc tylko jednemu ze świadków, że jakby kto pytał, to na pogotowie ja dzwoniłem, ale samego wypadku nie widziałem, więc nie będę tłoku robił, bo karetka już jest, a na świadka się nie nadaję, więc po prostu jadę dalej do pracy (tym bardziej, że mój samochód blokował pas do skrętu, którym teraz wszyscy chcieli jechać z racji zablokowanej przez wypadek ulicy prosto).

Przyjechałem do pracy, ludzie pytają czemu się spóźniłem, ponieważ byłem świadkiem dość drastycznych widoków, to musiałem to z siebie wylać i im opowiadam dokładnie co się stało, że dzwoniłem, że podszedłem... A kolega w tym momencie do mnie "i tak blisko stałeś, nie mogłeś chociaż paru fotek cyknąć? A nuż by ktoś kupił, albo przynajmniej nam byś pokazał".

Ręce opadają. Naprawdę, dziewczyna przemielona przez ciężarówkę wraz z rowerem to jest to, co chcesz oglądać do porannej kawy? :/

(a dziewczyny niestety nie udało się uratować: https://www.bbc.co.uk/news/uk-scotland-glasgow-west-48364973).

ruchliwe skrzyżowanie

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (127)
Z ostatniej chwili:

Siedzę na lotnisku, czekam na opóźniony samolot.

Jakaś stara purchawa siadła przy mnie, choć mnóstwo miejsc wokół było wolne i zaczęła puszczać jakieś słodkopierdzące kawałki świąteczne z komórki. Uprzejmie zapytałem czy nie ma słuchawek. Powiedziała, że nie ma, a co? Wyjaśniłem ,że że sklepu obok dobiega już muzyka i robi się trochę kakofonia. Powiedziała OK, uśmiechnęła się z wyższością i wróciła do swojej komórki...

Wojna? Ok. U mnie na facebookowym feedzie też są jakieś filmiki. Co by tu... Może Behemoth? Może sex pistols? E tam. Puściłem to: https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=2152272444818455&id=164916136887439&ref=bookmarks

Po 10 sekundach odwróciła sie do mnie i powiedziała, że jak mi się nie podoba jej muzyka to się mogę przesiąść. Powiedziałem OK i uśmiechnąłem się szeroko.

Wytrzymała kolejne 40 sekund, zabrała swoje manele i poszła.

Lotnisko

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (210)
Dodałem jako komentarz do innego wpisu, ale w sumie się nadaje na osobną historię:

Dawno temu, kiedy Polska jeszcze nie była w Schengen, a może nawet i nie w Unii jeszcze, w samochodzie, którym jechałem autostopem, wypadł mi z kieszeni portfel. Pan podwoziciel portfel znalazł i po dojeździe do siebie (do Czech) odwiózł do polskiego konsulatu w Ostravie.

Ja tymczasem o tym nie wiedziałem i próbowałem sobie wyrobić nowe prawo jazdy, do czego potrzebowałem najpierw dowodu, więc zacząłem wyrabiać sobie dowód aż w pewnym momencie proces został zatrzymany, bo urząd dostał informację, że mój dowód jest w Ostravie.

Okazało się jednak, że to nie może być tak, że oni mi ten portfel odeślą - albo nawet że odeślą go do urzędu w moim mieście. Ja muszę się osobiście pofatygować do tej Ostravy i podpisać.

No OK, jak kto nie pilnował swoich dokumentów to niech cierpi, rozumiem, trzeba pojechać. Tyle tylko, że to było za czasów, kiedy na granicy z Czechami były kontrole paszportowe, a ja w tym momencie nie miałem ani dowodu, ani paszportu. Paszportu wyrobić sobie nie mogłem nie mogąc pokazać dowodu. Nowego dowodu sobie nie mogłem wyrobić, bo stary istniał. Urzędniczki rozkładały ręce. Ostrava ostro twierdziła, że w żadnym razie nie da się tego wysłać, nawet jeśli opłacę paczkę.

Skończyło się na wycieczce w góry i przekroczeniu granicy jednym z przejść turystycznych na którym nikt turystów nie kontrolował.

Co ciekawe, w Ostravie, żeby odebrać portfel nic nie musiałem nikomu udowadniać kim jestem (choć wziąłem ze sobą wszystkie dokumenty jakie miałem - książeczkę harcerską, wojskową, honorowego dawcy krwi...). Po prostu przyszedłem i powiedziałem, że się nazywam tak i tak i że mają oni mój portfel a oni na to "oczywiście, tu jest, proszę sprawdzić czy wszystko jest i pokwitować".

Było wszystko, nawet pieniądze się zgadzały co do grosza. :)

urzędy polskie

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (216)
Czemu emigranci nie palą się do powrotu do kraju.

Historia z drugiej ręki, krążąca wśród moich znajomych.

Pewna dziewczyna zawsze chciała zostać policjantką. Po wylądowaniu na emigracji podjęła studia i z wyróżnieniem ukończyła kryminalistykę na jednej z lepszych uczelni w tej branży w Europie. Specjalizacja: przestępstwa gospodarcze.

W tym samym czasie przez ileś lat pracowała jako tłumaczka dla sądów i policji, a w wolnym czasie udzielała się jako special constable (to taki ochotniczy pomocnik policjanta, choć nie do końca to samo co komunistyczne ORMO, to taki ochotniczy umundurowany policjant, chodzący na patrole z zawodowym). Podczas którejś z wizyt w kraju ojczystym dowiedziała się, że podczas kolejnej zaplanowanej wizyty będzie jakaś akcja rekrutacyjna dla policji.

Owego dnia pojawiła się więc na owym festynie, gdzie umundurowanej pani Halince za biurkiem przedstawiła swoje doświadczenie oraz CV (po polsku) i dyplom z uczelni (po angielsku i po łacinie).

- A co mi pani tu daje? CV bez zdjęcia? I co to za papiery, nieprzetłumaczone? To nie wie, że w Polsce się po polsku mówi? Że co? Że dla policji pracowała w Szkocji? No tak, tylko tego nam potrzeba, jakichś mądrali, co to sobie wymyślili, że chcą być policjantem. Że co, że studia skończyła? I co, i pewnie myśli, że wszystkie rozumy zjadła? Proszę pani, policja to nie są żarty. Tu jak wszyscy trzeba zaczynać od szlifowania bruku, a jak uznamy, że się ktoś nadaje, to wtedy my go wyślemy na zaoczne studia, żeby mieć pewność, że jest wykształcony tak, jak tego wymagają nasze standardy.

No cóż, koleżanka stwierdziła, że skoro standardy polskiej policji wymagają wykształcenia na zaocznych studiach na prowincjonalnej uczelni zamiast dyplomu z renomowanej w świecie uczelni, a wieloletnie doświadczenie we współpracy z brytyjską policją traktowane jest jako wada, "bo jeszcze sobie pomyśli, że u nas ma być jak na Zachodzie”, to ona dziękuje.

Dziś dziewczyna robi karierę w firmie prawniczej w Irlandii. A Policja na pewno jest zadowolona, że nie muszą się użerać z kimś, kto jest dobrze wykształcony i naoglądał się, jak wygląda praca jednej z najlepszych policji na świecie. Jeszcze by chciał wprowadzać swoje standardy, że to niby policja to jest służba, a nie władza...

policja

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 298 (440)
Opowiadanie o mamuśce w porcie przypomniało mi sytuację sprzed lat.

Szedłem z koleżanką i jej psem na spacer. Przechodziliśmy nieopodal placu zabaw. Ogrodzony, droga, kępa krzaków. Pies się załatwiał, mamuśka przyleciała z ryjem, że "tu się dzieci bawią!".

Awantura na całego, że psa trzeba nauczyć, że tu nie można itd. Wziąłem patyka, śmignąłem gówno w dal w stronę rzeki jak Tiger Woods, to trochę rozładowało atmosferę i poszliśmy dalej (to jeszcze nie były te czasy, kiedy się sprzątało po swoim psie).

Wracamy godzinę później i co widzimy? Mama w tej samym niemal miejscu wysrywa swoje dziecko. Moja piekielna koleżanka z przekąsem: "już pani nie przeszkadza, że tu się dzieci bawią?". Mamuśka tłumaczy, że dziecku trzeba wybaczyć, bo to dziecko, nie zrozumie. Moja koleżanka na to „cóż, psa miałam nauczyć, a od dziecka (na oko czterolatka) nie można wymagać? Znaczy uważa pani, że mój pies jest mądrzejszy niż pani dziecko"?

Morału nie będzie, taka mała piekielność a propos. :l

Park

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (161)
Pracowałem kiedyś w firmie transportowej latającej po całej Europie. Parę drobnych piekielności to szefostwo mylące Słowenię ze Słowacją czy zdziwienie, że jadąc 100 km za Bergen nie będę u celu w godzinę po odprawieniu się na granicy ze Szwecją.

Ale najbardziej ubawił mnie moment, kiedy jeden z szefów pojechał po odbiór nowego busa - fabrycznie nowego Vito. Prosto z salonu mercedesa pojechał obkleić go w barwy firmy, po czym przyjechał i z dumą mi oznajmił, że mam szczęście, bo będę pierwszy, więc żebym załadował dwie palety czekające w magazynie i w drogę.

Trochę się zdziwił, kiedy mu wyjaśniliśmy, że to będzie dość trudne, bo kupił auto z klapą tylną otwieraną do góry a nie z drzwiami otwieranymi na boki, więc nie ma jak podjechać wózkiem widłowym.

Auto wymienili z dość dużą stratą.

Tak mi się przypomniało, bo gadałem z kolegą, który wciąż tam pracuje. Firma ostatnio ma dużo zleceń na przewożenie trumien (pustych). Szefostwo stwierdziło, że zaoszczędzi, bo po co wozić trumny sprinterem czy vito, skoro można kupić coś mniejszego. I kupili. Citana. Bardzo byli z siebie zadowoleni. Do momentu, w którym kierowcy uzmysłowili im, że do wersji z krótkim rozstawem osi standardowa trumna się nie zmieści.

Ale oczywiście za to, że biznes idzie źle odpowiedzialna jest zaniżająca ceny konkurencja...

transport

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (188)
Jestem w Polsce. Przyjechałem tu swoim samochodem z kierownicą po prawej stronie. Wbrew pokutującym mitom nie jest problemem bezpieczne wyprzedzanie takim pojazdem, chyba, że trafi się na pana Piekielnego.

Pan piekielny jechał sobotę przez las Zafira z prędkością 70-80 km/h. Nie spieszę się, ale bez przesady. Postanowiłem więc po dłuższym czasie jazdy za nim wyprzedzić. Pierwsze podejście - pan pe*al w podłogę i rozpędza sie. Przy 120 km/h odpuściłem, pan wrócił do swojej prędkości podróżnej. Drugie podejscie skończyło się tak samo, podobnie jak trzecie, które dodatkowo ubarwiłem klaksonem. Postanowiłem wykorzystać fakt, że siedzę z drugiej strony i wziąć go z zaskoczenia - wyprzedziłem go na długim, prawym łuku upewniwszy się wcześniej, że jest bezpiecznie wyglądając, jego prawej strony.

Tym razem Pan piekielny uwiesi się na klaksonie, co ostatecznie obudziło śpiąca pasażerkę, która zapytała czy możemy zjechać na jakąś stacje do toalety. Okazja nadarzyła się jakieś 10 km dalej, postanowiłem skorzystać i ja.

Kiedy wróciłem do auta, stała koło niego znajoma zafira. Pan specjalnie się zatrzymał żeby mi wytłumaczyć mi jaki jestem głupi. Otóż on specjalnie przyspieszał, żeby mi u uniemożliwić wyprzedzanie, bo autem z kierownicą po prawej nie wolno w Polsce wyprzedzać, bo to jest niebezpieczne. Ciapa ze mnie, nie zrozumiałem przekazu :(

Polskie drogi

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (138)
Kupiłem na e-bay kocyk w kształcie ogona syrenki. Miał być w wersji dla dorosłych, długość 180 cm...

Przyszedł długi na 133 cm z ogonem. Dziewczyna chciała kocyk w kształcie ogona syrenki a nie monopończochę, więc oczywiście wystąpiłem o zwrot.

Sprzedający najpierw mi wciskał, że źle mierzę, potem, że mam za grubą dziewczynę (nie-wprost, no ale jednak :D) i dlatego się źle układa i nie starcza, a na końcu stwierdził, że skoro kocyk jest krótszy o 1/4 to mi obniży cenę 25% i uważa sprawę za zakończoną...

Oczywiście będę eskalował, ale dość mnie to rozbawiło nawet :)

ebay

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (162)
Skoro moda na bierzmowanie, to się dopiszę w temacie i ja :)

Tylko że tym razem to ja bylem piekielny.

Bierzmowania żadnego nie chciałem, ale rodzice kazali. Wielkie dyskusje skończyły się na tym, że matka oznajmiła, że dopiero jak będę miał bierzmowanie, będę "dorosły duchowo" i będę mógł sam decydować o swoim życiu religijnym.

Postanowiłem więc dostać do niego niedopuszczonym, niestety ksiądz akurat był bardzo dobrym duszpasterzem i dbał o to, aby łaski sakramentu doświadczyli wszyscy - innymi słowy nic nie wymagał, nawet notoryczne wagarowanie z religii nie było przeszkodą.

Kiedy przyszła pora wyboru imienia, z kolegą w podobnej sytuacji wymyśliliśmy sobie, że chcemy przyjąć trzecie imię Adolf. Ksiądz powiedział, że nie można, i nawet przywoływanie świętego Adolfa z Osnabruck nie pomagało. Ksiądz tłumaczył, że to ważny sakrament, że to ważna decyzja i położył przed nami jakąś książkę o świętych. Moda wtedy była na Miliard w Rozumie, więc tak, jak Weiss z encyklopedii losował hasła, tak my wylosowaliśmy sobie imiona (chociaż koledze wyszła jakaś Kinga czy Katarzyna i musiał losować dwa razy). Ksiądz westchnął ciężko, zapytał, czy na pewno, i zapisał sobie w kajeciku. I tak zostałem Wiktorem.

Na świadka wybrałem sobie kolegę o rok starszego, ale znowu interweniowała mama, powiedziała, że to niepoważne, że świadek do bierzmowania ma być przewodnikiem duchowym i narzuciła mi wujka, męża chrzestnej. Mi to w sumie i tak wisiało, więc się zgodziłem. Wujek się przejął, więc mu lojalnie wyświetliłem sprawę, że jak dla mnie to jest pic i żadnego bierzmowania nie potrzebuję. Wujek jednak przyjął, że jest to przypadek młodzieńczego buntu i wciąż poważnie podszedł do sprawy, mając nadzieję, że kiedyś mnie naprostuje.

No i tak zostałem bierzmowany. Po powrocie z kościoła zasiedliśmy z rodziną przy uroczystym obiedzie przygotowanym przez mamę, która na początek walnęła przemowę o tym, jak to teraz jestem dorosły duchowo, sam mogę kierować swoim rozwojem religijnym i zapytała, co zamierzam robić w tym temacie dalej. Odpowiedziałem, że zdecydowałem, że dzisiaj był ostatni dzień, kiedy byłem w kościele. Atmosfera się trochę skwasiła, ale obiad i tak był dobry :)

Powziętego podówczas wydarzenia twardo się trzymałem, w kościele od tego czasu (nie licząc zwiedzania) byłem może z 10 razy, parę razy jako opiekun drużyny harcerskiej, ze dwa razy na pogrzebach, ze dwa na ślubach i raz z babcią, bo zamówiła mszę za dziadka i bardzo prosiła.

Aż tu niedawno chrzestna, z którą nie utrzymuję kontaktu od dłuższego czasu (jest fanatyczną PiSówą, dla której jedynym tematem dyskusji było to, że będąc grubo po 30-tce i mając magisterkę ze studiów powiązanych z politologią naszego regionu jestem wciąż głupim gówniarzem nie rozumiejącym polityki i tylko dlatego nie rozumiem, że Jarosław Kaczyński Największym Mężem Stanu Jest i że powinienem dlatego z pokorą słuchać starszych (czyli jej i męża) - ale to temat na inną historię).

No więc owa ciotka zaczęła mnie e-mailowo molestować o to, że oni z wujkiem nie mogą przeżyć mojego odejścia od kościoła, że wujek świadkiem był do bierzmowania, a ja teraz nie chodzę i on się czuje odpowiedzialny i że jak ja tak mogę.

Odpowiedziałem, że wiedział jak jest, że mu szczerze powiedziałem, a poza tym jak się tak czuł odpowiedzialny, to gdzie był przez ostatnie dwadzieścia parę lat, skoro się czuł takim moim przewodnikiem.

Ciotka się wkurzyła i powiedziała mi, że najwyraźniej jestem gówniarzem, bo nie potrafię sprawy załatwić po męsku, że jak ktoś podejmuje jakieś decyzje, to powinien być konsekwentny. Miała na myśli, że jak się dałem bierzmować, to powinienem teraz być katolikiem do końca życia. Ale się przeliczyła, bo odpisałem jej, że skoro tak, to faktycznie, już wtedy zdecydowałem, że z kościołem nie chcę mieć nic wspólnego, to sprawę dokończę.

Poszedłem do kościoła, złożyłem oświadczenie woli i po pewnych perturbacjach, będących materiałem na jeszcze inną historię uzyskałem odpowiedni papier zaświadczający o moim wystąpieniu z Kościoła, więc mogłem wysłać ciotce odpis świadectwa chrztu z odpowiednią adnotacją, informując że niniejszym zarówno moja chrzestna jako i świadek do bierzmowania mogą się czuć zwolnieni z odpowiedzialności za mój "rozwój duchowy".

Nie odpisała już więcej.

Piekielny jestem i dobrze mi z tym.

bierzmowanie

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (251)
To taki spin-off mojej poprzedniej historii czyli o tym, jak występowałem z szeregów Kościoła Katolickiego.

Poczytawszy w mądrych internetach strasznych historii o tym, jak to katabasy robią trudności trochę mi mina zrzedła, ale religijni znajomi powiedzieli, że akurat w naszej parafii ksiądz jest bardzo fajny, nowoczesny i otwarty - taki bardziej z kościoła księdza Tischnera niż z kościoła księdza Rydzyka.

Postanowiłem więc zrobić to urzędowo. Napisałem oficjalne pismo - oświadczenie woli - że z takich to a takich powodów nie jestem zainteresowany tym, aby dłużej pozostawiać członkiem tego związku wyznaniowego i zgodnie z takim a takim tam paragrafem z dniem takim a takim, występuję.

Napisałem też, że zezwalam Kościołowi na dalsze przetwarzanie moich danych osobowych w zakresie historycznym (a niech sobie tam mają kiedy byłem ochrzczony, kiedy u komunii, kiedy u bierzmowania i ile kasy wyciągnąłem jak chodziłem po kolędzie jako ministrant, co mi szkodzi, to nie Orwell, nie będę zmieniał historii), ale proszę o dokonanie stosownego wpisu w księgach parafialnych.

Pismo podpisane zostało przez dwoje świadków, po czym z jednym z nich udałem się do kancelarii parafialnej. Akurat tak się złożyło, że nie było proboszcza, był tylko jakiś starszy ksiądz, jak się potem dowiedziałem, taki "emeryt na pół etatu" czy jak to tam się w Kościele nazywa. On trochę nie kumał o co biega, trzeba mu było tłumaczyć trzy razy - chyba w pale mu się nie mieściło, że ktoś się może chcieć wypisać, ale w końcu papier przyjął i obiecał przekazać proboszczowi.

Tymczasem moja babcia. Kobieta pobożna, ale o otwartym umyśle, ma problemy z chodzeniem, dlatego praktycznie nie wychodzi z domu i raz w miesiącu przychodzi do niej ksiądz z sakramentami. No i tak się składało, że parę dni później przyszedł właśnie ten starszy księżulo i wyskoczył do babci z tekstem o tym, że ja się wypisuję i że jak ona mnie wychowała, i że ma mnie ratować.

Babcia szału dostała, ale nie bójcie się, nie na mnie, tylko na księdza. Pojechała mu, że to jest naruszenie mojej prywatności, że może ja jej nie chciałem nic mówić (akurat jeszcze jej nie mówiłem, ale zamierzałem ją poinformować po fakcie), że ja jestem dorosły i mam prawo do swoich decyzji i że księdzu nic do tego. Ja potem podobnie potraktowałem proboszcza, który faktycznie okazał się człowiekiem wyjątkowo jak na księdza otwartym i tolerancyjnym, strasznie przepraszał, starszego księdza przy mnie zbeształ i w ogóle zachował się w porządku, dlatego stwierdziłem, że nie będę afery ciągnął, tym bardziej że papier od proboszcza dostałem prawie od ręki.

No ale ksiądz dziadzio piekielny był zdrowo. Gdyby moja babcia była moherem, to przecież na taką wieść mogłaby mu na miejscu na zawał zejść...

kościół

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (209)