Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tenzprzeciwkacomakotairower

Zamieszcza historie od: 16 czerwca 2015 - 15:46
Ostatnio: 11 lipca 2020 - 7:57
  • Historii na głównej: 36 z 44
  • Punktów za historie: 9724
  • Komentarzy: 254
  • Punktów za komentarze: 955
 
Parę się tu przewinęło ostatnio o agencjach rozmaitych.

I powiem wam, że dla mnie agencje to są chyba największe pasożyty na rynku. A już szczególnie te, które nawet nie udają, że zależy im na czymkolwiek innym niż skasowaniu prowizji.

Przykład pierwszy:

Jakiś czas temu szukałem mieszkania. Wszystkie agencje (poza jedną) umożliwiały oglądanie mieszkania w godzinach od 9-17 (czyli w godzinach, w których wszyscy pracują). Dobrze, że wtedy jeszcze byłem freelancerem, to mogłem tych mieszkań sobie parę pooglądać i zaobserwowałem, że to jest pewna taktyka. Otóż pracownikom agencji nie raz i nie dwa wymsknęło się, że muszą siedzieć do wieczora w biurze i wypełniać jakieś papierki. Ale umówić się na oglądanie mieszkania po pracy - niemożliwe. Nawet umówienie terminu to droga przez mękę, bo nigdy im nie pasuje. W końcu umawiają np. trzy osoby naraz.

Podejrzewam, że to jest ich taktyka. Czekają specjalnie, aż im się nazbiera kilku chętnych na to mieszkanie i umawiają ich razem w godzinach pracy. A to dlatego, że jeśli ktoś bierze dzień wolny tylko po to, żeby obejrzeć mieszkanie, a do tego widzi, że inni też są zainteresowani, to łatwiej się zdecyduje, bo jak nie on, to ci inni mu sprzątną, i potem trzeba będzie znowu brać wolne z pracy.

A już najśmieszniejszą perfidią jest to, że agencje patrzyły na mnie krzywo, bo pracowałem kiedy chciałem, a oni potrzebują kogoś ze "stałym dochodem". Nieważne, że zarabiałem w porywach nawet dwa razy więcej niż moja partnerka na etacie...

Przykład drugi:

Freelancowanie się skończyło, bo skończyło się najbardziej dochodowe zlecenie. Poklepałem sobie biedę trochę robiąc jakieś ogony przez dwa miesiące i postanowiłem, że wezmę każdą robotę, nawet regularną i w korpo, bo się tak jakoś ciężko zaczęło płacić rachunki :)

Oczywiście rynek pracy zdominowany przez agencje. Co jedna to wymaga więcej papierologii, żeby w ogóle zgodzić się na rozmowę, niektóre jeszcze wymagają jakichś idiotycznych testów on-line, po pewnym czasie zacząłem olewać ogłoszenia przychodzące z niektórych agencji, bo szkoda mi było czasu - po prostu oni najwyraźniej uważają, że jeśli ktoś akurat nie ma pracy, to można marnować 2 godziny jego czasu, żeby mu powiedzieć wreszcie, że ta tajemnicza robota, o której nic nie chcieli wcześniej powiedzieć to call centre.

Z drugiej strony w tych poważniejszych agencjach też nie było łatwo - moje CV jest dość bogate, mam doświadczenie zawodowe w kilku branżach, do tego bywałem kierowcą (bo lubię tę robotę ;-)), ale wygląda chaotycznie. Bo np. przez kilka lat jednocześnie studiowałem dziennie, wykonywałem zlecenia w dwóch różnych branżach, a jak miałem trochę wolnego, to wsiadałem za kierownicę ciężarówki. Jedna panienka powiedziała mi wprost, że jak nie mam "porządnego CV", na którym jasno jest napisane po kolei:
Od 1 do 2 - Studia
Od 2 do 3 - praca X
Od 3 do 4 - praca Y
to "nie mam co liczyć, że dostanę dobrą pracę".

Inna z kolei przekonywała mnie, że moje wieloletnie doświadczenie w pewnej branży się nie liczy, bo pracę zawsze wykonywałem z domu, a najwyraźniej jeśli ktoś nie klikał po komputerze siedząc pod krawatem w tekturowej przegródce w open space po 8 godzin dziennie, tylko robił to w domu z kotem na kolanach to znaczy, że nie potrafi obsługiwać danego oprogramowania...

Niemniej jednak wysyłałem wciąż ogłoszenia, to tu, to tam. Na jedno nawet dostałem odpowiedź od agencji, że niestety, ale "nie spełniam kwalifikacji, żeby przesłać moje CV do klienta". Podzieliłem się tym newsem ze znajomą, która zajrzała w ogłoszenie i mówi "hej, ale to na 99% do nas do firmy jest, oni tam od pół roku szukają kogoś na to stanowisko, agencje im ciągle przysyłają jakichś debili, albo sami z siebie znikali bez słowa, albo firma im dziękowała po trzech tygodniach, złóż bezpośrednio".

Troszkę mi mina zrzedła, bo firma jest z branży, o której nie mam pojęcia, a poza tym jednak liczyłem na to, że uda mi się załapać na coś w mojej branży, nie w sztywnej krawaciarskiej korporacji, ale rachunki trzeba z czegoś zapłacić, więc niech tam. Złożyłem bezpośrednio.

Firma zaprosiła mnie na rozmowę. Na rozmowę poszedłem całkowicie wyluzowany, pogawędziliśmy sobie sympatycznie. Prowadzący rozmowę w pewnym momencie zamiast dalej mnie testować zapytali po prostu "dlaczego skoro robiłem takie rzeczy składam podanie do nich, przecież u nich praca jest nudna". Odpowiedziałem, bez namysłu, ale szczerze, że dla mnie nie będzie nudna, bo będzie nowa, a ja lubię się uczyć nowych rzeczy. A potem się zobaczy - może faktycznie praca mi się nie spodoba, ale może też ja im się nie spodobam". Jak palnąłem, to sobie zdałem sprawę, że to być może nie jest najlepszy pomysł na dobre wypadnięcie na rozmowie, ale poszło.

Zadzwonili do mnie parę dni później z ofertą, że uznali że mam za dobre kwalifikacje na to, żeby iść do roboty, która mnie nudzi. No cóż, miło, że chociaż dzwonią pomyślałem, ale okazało się, że akurat mnie chcą. Tylko zaproponowali inną pracę, ciekawszą, w innym dziale, do której muszą mnie przyuczyć praktycznie do zera, bo, jak mówiłem, nie mam zielonego pojęcia o branży. Od strony finansowej - zaproponowali cyfrę równą górnej granicy widełek, które im podałem kiedy zapytali, ile bym chciał zarabiać, przy czym powiedzieli, że to jest kasa na umowę trwającą pierwsze trzy miesiące, ponieważ mają taki zwyczaj, że wziętym na przyuczenie na początku płacą mniej. Ach, no i warto wspomnieć, że jest to jakieś 10% więcej, niż stało w tym pierwotnym ogłoszeniu z agencji...

Podsumujmy:

Przypadek pierwszy: przez blisko miesiąc przekopywałem się przez oferty agencji wynajmujących mieszkania (często nawet nieaktualizowane) i umawiałem na wizyty, organizując całe życie swoje życie zawodowe tak, żeby być w stanie oglądać mieszkanie wtedy, kiedy agencji wygodnie. Agencje robiły wszystko, żeby mnie zniechęcić, czy to wymyślając sobie ceny z dupy, czy to żądając jakichś opłat rejestracyjnych albo za sprawdzenie zdolności kredytowej (co jest zresztą nawet chyba nielegalne). W końcu wynająłem sobie mieszkanie, które znalazłem na lokalnym portalu ogłoszeniowym, bezpośrednio od właścicielki, dla której nie było problemu spotkać się o 19:00.

Przypadek drugi: zmarnowałem około miesiąca na wypełnianie idiotycznych kwitów w agencjach, które nawet nie były zainteresowane puszczaniem mojego CV gdziekolwiek dalej, bo jest nietypowe. Na pierwszej rozmowie bezpośrednio w firmie dostałem od razu pracę i to lepszą niż ta, o którą aplikowałem.

Faktycznie, agencje są niezbędne. Bez nich ludzie nie byliby w stanie zorganizować sobie życia. Jak dobrze, że tyle ułatwiają. Te drobne opłaty, którymi się z nimi dzielimy to zasłużone, ciężko zarobione pieniądze...

(a że mam nową pracę, pierwszy raz w życiu chodzę do biura, żeby klikać w komputer dla korpo, to jak chcecie to też mogę parę historii opisać)

zagranica agencje

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (243)
Zacznijmy od zarysowania tła:

Należę do ludzi, którzy uważają, że samochód ma się po to, żeby nim jeździć, a nie żeby go pucować. OK, jak ktoś lubi, proszę bardzo, ale ja, o ile w środku mam zwykle bardzo czysto, to nie lecę na myjnię za każdym razem, kiedy znajdę na samochodzie jakiś pyłek.

Auto mam takie, jakie potrzeby - niewielkie, zwrotne, podobno niemęskie - ale żwawe. Od nowości to samo, ma już 6 lat, mechanicznie stan idealny.

Wizualnie - no cóż. Ostatnio odpadł mi/ktoś zajumał kołpak, zdjąłem więc też pozostałe i powolutku szukam sobie oryginałów na e-bayu, bo mi się inne akurat nie podobają, a auto dość rzadkie. Jak będę miał znowu komplet, to założę z powrotem. Tymczasem jednak auto straszy gołymi stalowymi podrdzewiałymi felgami.

Jakiś czas temu ktoś parkując "po parysku" dość ostro przywalił mi w zderzak. Zderzak się odkształcił, ale powrócił do założonego kształtu, niestety na lakierze nie wygląda to już tak pięknie. Dodatkowo zaczęła wypadać zaślepka haka holowniczego, a że nie zamierzam w najbliższym czasie nikogo holować, zalepiłem ją po prostu śmieszną nalepką, które tu sprzedają w sklepach dla turystów. Naprawa zderzaka nie należy do moich priorytetów w tej chwili - uważam, że zderzak, jak sama nazwa wskazuje, służy do zderzania, więc nie dziwne, że widać na nim jego efekty. Jak będzie odstawał, pęknie albo odpadnie, to się będę martwił.

Ostatnio pracuję głównie z domu, więc auto czasem i cały tydzień stoi w jednym miejscu. W ten weekend jednak musiałem pojechać do sąsiedniego miasta w czasie śnieżycy, więc auto zmieniło ubarwienie, głównie od soli. Wczoraj zaś wybrałem się na wycieczkę w piękne okoliczności przyrody, gdzie musiałem przejechać przez błotko na jakiejś farmie - więc za błotnikami kół pędnych z boku auto pochlapane jest błotem.

Ale naprawdę nie jest to nic w rodzaju rajdu Camel Trophy - po prostu auto nie ma kołpaków, ma brzydkie znaki na rogu na tylnym zderzaku, jest nieco poszarzałe i nieco przybrudzone błotem na progach i dole drzwi. Wciąż można rozpoznać markę, kolor, wiadomo, gdzie jest przód, a gdzie tył. Poza tym auto jest w dobrym stanie, nie ma na nim rdzy, farba się nie łuszczy, nic nie jest poprzyklejane taśmą klejącą, szyby całe itd. Normalny, raczej zadbany sześcioletni samochód.

Teraz piekielność:

Właśnie musiałem do niego na chwilę zajrzeć, bo zorientowałem się, że coś w nim zostawiłem. Auto zaparkowane jest na naszej wąskiej ulicy zabudowanej kamienicami. Na dole nie ma żadnych sklepów, już na poziomie ulicy są mieszkania. Kiedy otwierałem bagażnik, z mieszkania, pod którym stoi moje auto wyleciała kobieta w szlafroku i zaczęła mi robić awanturę.

Otóż ona sobie nie życzy, żebym ja tam parkował, bo auto znowu będzie stało cały tydzień w jednym miejscu, a nie dość, że nie należy do najpiękniejszych (cóż, różne są gusta), to jeszcze jest brudne tak, że "ona nie może na to patrzeć". A stoi akurat za jej oknem tak, że jak ona siedzi na kanapie w salonie i patrzy w okno, to je widzi...


Chyba też jestem piekielny, bo powiedziałem jej, żeby się nie martwiła, bo ma takie brudne okna, że niedługo nic przez nie nie będzie widzieć... Ale sam pomysł żądania przeparkowania auta, bo nie jest wypucowanym bentleyem dość mnie zadziwił.

ulica

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 265 (301)
Moja była pochodziła z rodziny świadków Jehowy. Kiedyś nawet sama była w to wkręcona, ale wyjechała na studia, zobaczyła świat, nie było nikogo, żeby ją pilnować, czy chodzi trzy razy w tygodniu na sesje prania mózgu i się od religii oddaliła.

Rodzina nie mogła tego przeboleć. Kiedy do nas przyjeżdżali. były oczywiście gadki umoralniające, które po byłej spływały, natomiast ja bardzo chętnie wdawałem się w dyskusję. Bo tak już mam, jak Szwejk, że bardzo lubię, jak tak ludzie bałwanieją do kwadratu. A świadka Jehowy wystarczy "nadziać" na jakąś sprzeczność w jego rozumowaniu i tak fajnie się wtedy zaczyna gotować, bo widzi na własne oczy, że nie ma racji, ale ma tak wdrukowane, że nie wolno mu samodzielnie myśleć, że para mu zaczyna iść uszami, a na czole wyświetla się DOES NOT COMPUTE albo SYNTAX ERROR...

No, ale nie o tym miało być. Relacje jakieś tam sobie były, myśmy ich odwiedzali (choć tolerowani chyba byliśmy dlatego, że nie śmieli odmówić dziewczynie kontaktów z matką, to jednak traktowani byliśmy uprzejmie i życzliwie, szczególnie ja jako człowiek z boku). Kiedy do nas przyjeżdżali (na czym lubej bardzo zależało, bo walczyła o to, żeby utrzymać z rodziną dobre relacje), przyjeżdżali jak do hotelu. Wszystko miało być zrobione i podane, nigdy groszem się nie dołożyli czy jednego kubka nie umyli. Potrafili także przyjechać do nas, a potem wracać tylko na noclegi, szlajając się cały dzień z lokalnymi ŚJ po mieszkaniach...

Ale w końcu rodzina wzięła się zebrała do kupy i kazała się lubej zdeklarować: albo jest świadkiem Jehowy, albo nie.

Luba wtedy zdeklarowała się, że nie, i przeprowadziła Jehowicki odpowiednik apostazji. Tak się złożyło, że wkrótce w rodzinie było jakieś wesele... Zostaliśmy zaproszeni. Warunki były postawione jasno: na samą ceremonię możemy przyjść, potem ja mogę iść na wesele jak chcę, ale luba nie może, bo oni z apostatami przy jednym stole bawić się nie będą. Ale bardzo dobrze, bo będzie pilnować matki, która cierpiała na jakąś tam odmianę demencji. Więc wszystko super się składa, bezbożnica zajmie się mamą,, to się zaoszczędzi na pielęgniarce... Prezent oczywiście mamy przywieźć, tu jest lista...

Nie pojechaliśmy.

A jaka jest piekielność? Mieszkamy w atrakcyjnym turystycznie miejscu. Im, nawet po akcie apostazji, nie przeszkadzało nic w tym, żeby przyjeżdżać do nas na wakacje i jakoś jak my stawialiśmy żarcie na stół, to także nikomu nie przeszkadzało siedzenie z apostatami przy jednym stole....

No ale to jeszcze nie wszystko. Po tym, jak się rozstaliśmy, bo była wymieniła mnie na "lepszy model", model okazał się wadliwy i wylądowała w dość popularnej w swoim czasie na piekielnych roli kobiety w ciąży, a potem młodej matki, zdominowanej przez agresywnego, bijącego ją faceta.

Jak było naprawdę źle, to dzwoniła do mnie po pomoc, a ja, jeśli było trzeba, pomagałem. Na niewiele się to jednak zdawało, bo, jak to często w takich sytuacjach bywa, wracała do tego kolesia jak bumerang i za kilka tygodni cała jazda zaczynała się od nowa.

Kiedy zaczęło być naprawdę ostro, postanowiłem zadzwonić do jej siostry i po prostu przekonać ją, żeby przyjechały po dziewczynę i wzięły ją z niemowlakiem do kraju, zanim kochany tatuś wybije jej wszystkie zęby.

Zostałem wysłuchany, usłyszałem, że to bardzo miłe, że się troszczę, i że zawsze wiedzieli, że jestem wporzo, ale niestety nie mogą mi pomóc. Myślałem, że się przesłyszałem, więc poprosiłem o uściślenie. Tak. Dla nich to była sprawa moja, czyli tego kolesia, który się kiedyś przewinął przez ich rodzinę i którego lubią, bo jest wporzo, a który ma jakieś problemy i prosi ich o pomoc. W ogóle nie było tematu pomagania własnej rodzonej siostrze. Ona się wyrzekła religii, a że nie nadawała się już na wakacyjną miejscówkę, klepiąc biedę w socjalnym mieszkaniu z niemowlęciem i agresywnym narkomanem, przestała już być w kręgu ich zainteresowania. Nie mogłem w to uwierzyć i zadzwoniłem do drugiej siostry, potem do jednej z siostrzenic - analogiczna odpowiedź.

W końcu udało mi się załatwić dziewczynie wsparcie w postaci chłopaka, z którym była jeszcze przed tym, zanim myśmy zaczęli być razem, a który jej nie widział od lat. Ten praktycznie obcy już dla niej człowiek był w stanie rzucić wszystko i przyjechać pomóc dawnej sympatii, a rodzone siostry nie były niczym zainteresowane.

Ponieważ dziewczyna z samobójczym uporem wciąż wracała do tego agresywnego kolesia, nawet pomimo wystawienia mu przez sąd zakazu zbliżania się do niej, podobnie jak ów drugi były postanowiłem dać sobie spokój z pomaganiem, zapewniwszy ją, że jak kiedyś zmądrzeje, to wie gdzie mnie znaleźć. Kontaktu nie utrzymujemy, więc nie wiem, jak się w końcu ułożyły stosunki z jej rodziną. Ale to, co widziałem przez te parę lat nauczyło mnie więcej o chrześcijańskiej miłości świadków Jehowy niż czterdzieści roczników Strażnicy i Przebudźcie Się razem wziętych...

świadkowie jehowy

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 371 (405)
Tak mi się dzisiaj przypomniało, stara historia. O "sztuce sprzedaży".

Otóż zawitałem do brytyjskiego salonu Renault. Od wejścia dopadło mnie dwóch sprzedawców i nie dając mi dojść do słowa, rzucili się na mnie jak w kiepskim amerykańskim filmie. Wszystkie sztuczki były chyba opisane w "nauka sprzedaży na weekend", takie to wszystko grubymi nićmi szyte było. Nawet specjalnie nie pytali jakiego samochodu szukam i czy w ogóle (ale że akurat miałem w planach zakup, to postanowiłem posłuchać co mają do powiedzenia). A mieli dużo ciekawych rzeczy.

Powiedzieli, że tylko dla mnie i tylko dzisiaj świetna okazja, sprzedadzą mi clio o 4000 mniej niż ono jest warte!

Stało sobie to clio, na szybie był cały rządek cen 13000 skreślone, 11000, skreślone, sale 10000, skreślone today only 9000. Wiecie, jak to w salonie.

Koleś zachwalał jak mógł, super, że ma okna na korbkę, to się elektryka nie popsuje, klimy nie ma, ale po co w Szkocji klima, ważne że ogrzewanie dobre, co prawda są tylko białe, ale zawsze przecież może pan sobie okleić folią na swój ulubiony kolor, a auto zyska na wartości przy odsprzedaży bo się lakier nie będzie niszczył, szczególnie że zderzaki czarne plastikowe i tak dalej. Generalnie gadane miał, przedstawił podstawową biedawersję jako najlepszy samochód na świecie.

W końcu posadził mnie przy stoliku, podał kawkę i ignorując pytania, które miałem zamiar zadać, poleciał drukować umowy mówiąc, że z umowy wszystko będzie wynikać i wtedy mi wyjaśni.

Wtedy przysiadł się drugi, powiedział, że to jest wbrew jego interesom, bo to jego kolega dostanie prowizję a nie on, ale to jest taka świetna oferta, że byłby świnią, gdyby mi nie powiedział, tak prywatnie, między nami, że warto.

W końcu wrócił ten pierwszy i daje mi umowę sprzedaży, a do tego umowę jakiegoś ubezpieczenia, że "jak mi ukradną auto albo coś, to mi wypłacą całą sumę, tyle, ile ono było warte jak było nowe". I wreszcie z uśmiechem jak z żurnala cichnie, proponując, żebym zadał pytanie jeśli mam jakieś wątpliwości.

No to biorę w dłoń tą umowę i co widzę, w przypadku utraty pojazdu lub szkody całkowitej wypłacą mi pełną wartość pojazdu czyli... 9000 funtów. I pytam:
- I to prawda, że pan mi sprzeda to auto o 4000 mniej, NIŻ ONO JEST WARTE?
- Oczywiście że tak odpowiada koleś.
No to ja mu pokazuję tą kwotę i mówię:
- To super, według waszego ubezpieczenia to auto jest warte 9000, minus 4000 to będzie 5000, super, za tyle to ja nawet gotówką mogę zapłacić jak zrobię debet, gdzie mam podpisać?"

Koleś się trochę zmieszał, powiedział, że musi coś dopytać, bo jest chyba jakiś błąd, że musi pogadać z managerem i że zaraz wróci, i zniknął. A ja sobie spokojnie dopiłem kawę, i poszedłem, bo oczywiście nie wrócił.

Ale w sumie się nie dziwię, że ludzie potrafią się ugiąć i kupić pod presją takiego zmasowanego ataku technik sprzedażowych...

A Renault i tak nie kupiłem, bo już w sumie na oku miałem inny samochód. Do salonu wszedłem z ciekawości, bo akurat wtedy weszło nowe Twingo i chciałem zobaczyć jak wygląda ;-)

salony_samochodowe

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 318 (332)
Dorabiam sobie sporadycznie jako kierowca ciężarówki.

Dziś trafiłem do firmy dystrybucyjnej, rozwożącej po okolicy palety. Zwykle są to produkty do sklepów czy fabryk, ale zdarzają się także dostawy pod prywatne adresy - zwykle są to materiały budowlane czy na przykład urządzenia gospodarstwa domowego. Istotne jest to, że firma zapewnia jedynie tzw. "curbside delivery", czyli dostawę pod wskazany adres "do krawężnika". Oczywiście, jeśli się da to podwieziemy paletę jak najbliżej drzwi, ale nie zawsze się da. Wnosić, nawet jak bym chciał, mi nie wolno - raz że zwyczajnie na to nie ma czasu, dwa, że jestem sam, trzy, że jakby coś się stało to firma jest nieubezpieczona - a niech wnosząc coś komuś do domu np. niechcący wybiję szybę? Ludzie jednak oczekują ze płacąc za podstawowy serwis dostaną wersję lux. No cóż, wobec takich ludzi trzeba być trochę piekielnym.

Dziś miałem trzy takie dostawy.

1. Dostawa kafelków. Paleta 600 kg. Zajeżdżam pod podany adres, dom okazuje się być skryty za innymi, prowadzi do niego długa na ok. 30 metrów droga taka, że nie jestem pewien, czy furgonetka by się zmieściła. Oczywiście 18-tonowa ciężarówka nie wjedzie. Parkuję więc na ulicy i idę zapukać do drzwi.

Otwiera dobrze umięśniony pan, po którym widać że lubi spędzać dużo czasu na siłowni. Mówię z czym przyjechałem. Pan "o, to super, kafelki idą do łazienki na piętrze". Tłumaczę, na czym polega "curbside delivery". Pan ze śmiechem "oj tam oj tam, to 20 minut Ci zajmie". Tłumaczę, że jedyną opcją jest pozostawienie palety przy początku prowadzącej do niego drogi, bo paleciak niezbyt dobrze jeździ po żwirowej drodze. Pan na to "hehe, to weźmiesz na wózeczek po pudełeczku i przywieziesz pod drzwi, a potem to już bliziutko". Informuję pana, że nie mamy wózeczków tylko paleciaki. Pan na to "oj tam oj tam, duży chłop, silny jesteś, a widzę, że dobrze ci się powodzi, nie zaszkodzi ci spalić parę kalorii". Informuję, że ma do wyboru dwie opcje: podpisuje, ja zrzucam paletę na chodnik przy początku drogi i sam sobie wnosi, albo nie podpisuje, a ja zabieram kafelki z powrotem. Pan się trochę zapowietrzył, bo dopiero wtedy dotarło do niego, że nie zamierzam spędzać następnej godziny wnosząc mu kafelków do łazienki. "Ale ja zaraz muszę jechać na siłownię" - wydukał wreszcie. "Dzięki tej dostawie nie musi pan nigdzie jeździć, przerzuci pan parę kilo w domu"...

Skwaśniał, ale podpisał.

2. Dostawa - na wyjątkowo długiej palecie blisko trzymetrowej wysokości drzwi do starej kamienicy. Przed wejściem - wąziutka furtka. Standardowo - parkowanie, dzwonek, ucieszony adresat przesyłki, żądanie dostarczenia drzwi pod, ehm, pod drzwi. Tłumaczę, że się nie da, furtka za wąska, ścieżka zresztą też. Drzwi cholernie ciężkie, w dwie osoby może dałoby radę, ale pan na propozycję, że pomogę mu wnieść te drzwi przez ogródek zapałał świętym oburzeniem - on nie jest od tego, żeby nosić!. Nonszalanckim gestem podpisał dokument przewozowy, po czym oświadczył, że jego nic nie obchodzi, mam zrobić to, "za co mi płacą" i zatrzasnął mi drzwi przed nosem.

Kiedy odjeżdżałem, zostawiając paletę z drzwiami na deszczu na chodniku pod jego furtką, widziałem jak wybiegł z domu wygrażając mi pięściami. Nie wiem o co mu chodzi - zrobiłem, jak kazał.

3. Dostawa. 4 piętrowa kamienica. Na palecie pralka. Dzwonię domofonem, mówię, że pralka przyjechała i proszę, żeby zeszli na dół. Mówią "już schodzą". Otwieram ciężarówkę, windą zrzucam paletę na dół. Nikt nie zszedł. Dzwonię jeszcze raz. Oburzenie "no przecież czekam na górze". Mówię, że trzeba zejść. Oburzenie. Schodzi ok 25-letnia kobieta.

Widzi tylko mnie i zdumiona pyta
- A gdzie pana kolega?
- Nie ma kolegi, ja sam jeżdżę.
- To jak pan mi chce wnieść tą pralkę?
- Nie chcę.
- Ale przecież mi pan wniesie, musi pan, to pana praca!
- Nie wniosę. Jestem kierowcą, nie tragarzem.
- Ale jak to? Pan powinien dostarczyć mi do domu!
- Niestety, ale ciężarówka się nie zmieści na klatce schodowej.
- Jak to tak? To wy nie robicie dostaw?
- Robimy. Pod drzwi podanego adresu. Na tym właśnie polega curbside delivery.
- Ale skąd ja to miałam wiedzieć? Jak się kupuje w John Lewis to wnoszą!
- To czemu pani nie kupiła w John Lewis?
- Bo na eBay było taniej.
- No to teraz pani wie, czemu było taniej. Akceptuje pani, czy nie?

Tu nastąpiła zmiana taktyki, z agresywnego żądania pojawiła się akcja w stylu "ja biedna słabowita kobieta i trzepanie rzęsami".

- A co ja mam biedna zrobić? Ja taka słaba, co ja sama mogę, pan taki silny... Coś Pan wymyśli... Ta pralka mi tu zmoknie, zanim ja kogoś znajdę, żeby mi wniósł... Albo wie Pan co? Pan tu poczeka, a ja zadzwonię po szwagra, on za godzinę kończy pracę i przyjedzie to mi wniesiecie".
- Nie mogę czekać.

I tyle było zmiany taktyki:

- Jak to pan nie może! Pan tu jest usługodawcą, ja jestem klientem, klient ma zawsze rację.
- Bardzo mi przykro, ale ja nie mogę czekać godzinę. Poza tym pani nie jest klientem, klientem jest ten, kto nam zapłacił za przewóz pralki czyli sprzedający. Więc albo pani podpisuje i pani sama poczeka na szwagra - pralka jest zapakowana szczelnie w folię, nic jej nie będzie - albo jadę.
- Ja panu nic nie podpiszę!
- No to do widzenia.

Ładowanie pralki odbyło się przy towarzyszeniu okrzyków, w których najłagodniejszym było skandal, a co bardziej soczyste sugerowały moje nieprawe pochodzenie z imigranckiego łoża, ale olałem.

* * *

Takie rozmowy zdarzają się notorycznie. Z ludźmi niepiekielnymi zwykle udaje się dojść do porozumienia - proponuję że jeśli będę mógł wrócę później, dając im czas na zorganizowanie ekipy do noszenia... Ci uprzejmiejsi nawet jak odmawiają dostawy to przepraszają za kłopot. A tych, którzy nie chcą słuchać tylko stawiają żądania - po prostu, tak leciutko, jak na przykładach powyżej, trolluję. To nawet mnie, szczerze mówiąc, bawi. No ale bawi mnie, bo ja taką ciężarówką jeżdżę od czasu do czasu, po kilka dni co parę miesięcy. Jakbym tak miał na co dzień, to bym się chyba pokroił. Czy naprawdę ludzie, którzy zamawiają rzeczy na eBayu oczekują, że one do nich przyjadą w pozłacanej furgonetce w asyście czterech tragarzy w białych rękawiczkach?

P.S. Czasem zdarza się, że ktoś został oszukany - zapłacił za "pełną" dostawę, a wysyłający wysłał towar zwykłym frachtem. Ale nawet wtedy - co ja mogę sam zrobić? Nie zamierzam brać ważącej ze 100 kilo pralki na plecy i zasuwać po schodach stuletniej kamienicy. Zwykle jednak ludzie, których sprzedający zrobił w bambuko po wyjaśnieniu sytuacji nie wyżywają się na kierowcy.

uslugi

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 383 (409)
Jakby mi ktoś powiedział to tez bym nie uwierzył, ale na własne oczy widziałem...

Rzecz się dzieje w Anglii. Piątek. Nagły przypadek, trzeba towar dowieźć do innego miasta, bo inaczej cała fabryka stanie. Wskakuję w auto i jadę. Po drodze wypadek na autostradzie, więc dodatkowe opóźnienie. Klient wisi na telefonie i desperacko pyta kiedy będę... Zostało mi 20 mil. I wtedy utykam w korku. Dość dziwnym, bo porusza się z prędkością 3mph, od czasu do czasu przyspieszając na chwilę. Na horyzoncie coś dymi. W końcu po ponad 15 minutach docieram do początku korku i co się okazuje?

Ktoś się wybrał w piątkowe popołudnie w godzinach szczytu, na przejażdżkę najważniejsza drogą w okolicy... stuletnim walcem parowym!!!

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 342 (452)
Tak a propos jeszcze rodaków na emigracji, którzy nie czują potrzeby nauki lokalnego języka.

Jako tłumacz dostałem zlecenie do dentysty. W sumie łatwa robota, po potwierdzeniu tożsamości klienta i ustaleniu co będzie robione, siedziałem sobie w poczekalni za uchylonymi drzwiami do gabinetu i czytałem sobie gazetę, co jakiś czas powtarzając "proszę otworzyć usta", "proszę zacisnąć", "proszę przepłukać i wypluć" i takie tam.

Po zakończeniu zlecenia uprzejmy klient bardzo mi dziękował, mówiąc, że jest w UK od 2004 roku i jestem najsympatyczniejszym tłumaczem jaki mu się trafił.

Zapytałem go, czy mieszkając tyle lat w UK nie pora by była nauczyć się lokalnego języka...
"A po co?" - odpowiedział - "W pracy tylko sprzątam biura, więc język mi niepotrzebny, a jak coś ważnego wypadnie, to mi mają obowiązek zapewnić tłumacza za darmo. Należy mi się, bo płacę tu podatki!"

Po czym zaproponował, że postawi mi kawę jeśli zgodzę się poświęcić mu pięć minut i przetłumaczyć mu list, który do niego przyszedł, a którego on nie rozumie. "To ważne" - mówi - "bo może mi chcą odebrać working tax credit*".

*) Dla nieznających brytyjskich realiów: working tax credit to jest taki zasiłek, kiedy ktoś zarabia zbyt mało, żeby płacić podatki, to zamiast tego on dostaje pieniądze od państwa :)

zagranica

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 385 (413)
zarchiwizowany
Wybito tylną boczną szybę w dość nietypowym w Polsce aucie.

Właściciel troche sie zezłościł, no ale trudno. Idzie na internet, szuka, na allegro. Jest, jedna w całej Polsce. Na szrocie za rogiem.

Przypadek?

Teraz sie właściciel trochę cyka, bo oni tam na szrocie całe takie auto jak jego rozbierali na części...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (57)
zarchiwizowany
Z dzisiaj.

Wracam do domu, mijając poprzednie miejsce zamieszkania i widzę że jadący przede mną Focus nie ma świateł stopu - tylko górne, trzecie. Mam wrażenie deja vu.

Kobieta zjeżdża na miejsce parkingowe, równam się z nią i wtedy ją poznaję... Puszysta blondyna z tipsami

- Proszę pani, nie ma pani świateł stopu - mówię
- Och dziękuję bardzo, nie wiedziałam.
- Ależ wiedziała pani, ja Panią pamiętam. Zwracałem pani uwagę jak jeszcze mieszkaliśmy na tej samej ulicy, czyli ponad miesiąc temu.
- A cóz pan tak gorące zainteresowanie wyraża tym zagadnieniem! Musi, że ma pan jakieś dewiacje seksualne, tak spokojnym ludziom życie uprzykrzać. Zalecam panu, aby udał się pan w odległe miejsce w celu poddania się autowychędożeniu a nie interesował się życiem innych, przykładnych obywateli (to oczywiście wersja ugrzeczniona).

Co robić, takie życie... Odjechałem.

kierowcy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (186)
Wprowadziliśmy się pół roku temu do nowo wynajętego mieszkania. Było w takim sobie stanie, ale okolica ładna, mieszkanie duże, cena znośna - mówimy sobie, jakoś to będzie.

W dniu wprowadzenia okazało się, że mieszkanie jest w ogóle nie posprzątane, syf jakich mało. Zastanawialiśmy się czy nie oddać kluczy i nie szukać dalej (mieliśmy ten luksus, że mogliśmy zostać dłużej w starym) ale jednak zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę - i to był błąd.

Poza niezliczonymi małymi piekielnosciami okazało się, że jest problem z bojlerem (ciepła woda, jak to w Wielkiej Brytanii, była podgrzewana w bojlerze). Bojler składa się z dużego, kilkuset litrowego zbiornika, który grzeje się w nocy i małego, 57 litrowego, który można sobie awaryjnie podgrzać ręcznie - trzeba wcisnąć przycisk i poczekać godzinę.

Okazało się, że ten duży, co się powinien grzać w nocy nie grzeje się.

Zaczęła się bitwa z agencją. Najpierw przekonywali nas, że bojler działa, skoro ciepła woda jest. Owszem jest, ale tylko 57 litrów, jak się wciśnie przycisk i poczeka godzinę. Zaczęli więc nas przekonywać, że nie umiemy korzystać i zalecili znalezienie sobie instrukcji obsługi. Ściągnąłem sobie z internetu i przy okazji wyczytałem, że bojler powinien pracować na dwóch taryfach elektrycznych - w mieszkaniu była tylko jedna. Agencja zapewniała, że to jest ok, ale po tym, jak zacząłem załatwiać sprawę z dostawcą elektryczności za ich plecami zdecydowali się załatwić podwójny, dwutaryfowy licznik.

Kiedy już dostawca energii zmienił licznik, okazało się, że duży bojler w ogóle nie jest podłączony do sieci i że trzeba ciągnąć kable przez pół mieszkania.

Wszystko to oczywiście w typowym agencjowym stylu - umawiają się, nie przychodzą, następnego dnia przychodzą nieumówieni ze swoimi kluczami, ładują się do mieszkania bez pukania i włażą do sypialni w której śpię (bojler był w sypialni) tylko po to, żeby pooglądać, pocmokać i mówić, że oni teraz nie dadzą rady.

W końcu jednak po dwóch miesiącach batalii udało się, kable przeciągnięte (nawet się udało bez specjalnego kucia), bojler śmiga, można wreszcie brać kąpiel w wannie i myć naczynia a nie tylko brać ascetyczny prysznic po godzinie czekania.

I teraz clue programu: w związku, że bojler nie działał i że ciągle musiałem podgrzewać wodę - nie tylko w małym bojlerze ale i w czajniku, wystąpiłem do agencji o obniżkę czynszu ze względu na niedogodności i wyższy rachunek za prąd. Oczywiście kazali się pimpać, ale za to agencja stwierdziła, że w związku z tym, że mamy teraz duży zasób ciepłej wody a nie tylko początkowe 57 litrów, standard mieszkania się podwyższył, dlatego podnoszą nam czynsz.

Nie muszę chyba mówić, że się wyprowadzamy? :)

wynajęte mieszkanie zagranica

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 407 (437)