Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Trepcio

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 7:11
Ostatnio: 17 lipca 2019 - 4:08
  • Historii na głównej: 21 z 21
  • Punktów za historie: 5089
  • Komentarzy: 270
  • Punktów za komentarze: 1011
 

#84114

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni my.
Tak, ja też się w tym mieszczę, a nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Wydawało mi się, że mówię i piszę ładną polszczyzną.
W ostatnią sobotę moje mniemanie pękło jak bańka mydlana.

A było to tak:
Jak zwykle (co uważni czytelnicy z pewnością zauważą, bo to nie pierwsza historia spacerowa) byłem ze swą psicą na spacerze + zakupach. I mijaliśmy taką drobniutką staruszkę, która chodzi z psicą marki mop - takie coś 20 cm od podłogi, z sierścią zbierającą wszystko z ulicy. O ile nasze psice się znają i nigdy nie było problemu - podchodzą, powąchają, ogony ciągle w górze - to tym razem tam mała czegoś się widać wystraszyła i zaczęła na moją psicę warczeć.

OK - normalna sytuacja, wycofałem się w alejkę, do psicy komenda "Siad" i niech sobie przejdą.

I w tym momencie staruszka odezwała się (do psa):
"Perełko, nie sróżże się na koleżankę"

Jej psica się uspokoiła, ale ja dobre 20 sekund stałem jak słup. Tak, słowo znam, ale żeby używał go ktoś w życiu codziennym i to w trybie rozkazującym w formie zwrotnej?

Z racji słownictwa podejrzewam staruszkę o jakieś 90 lat+.
Ale to my pozwoliliśmy by nam tak język schamiał.

PS. Ciekawostka - słownik nie podkreśla mi słowa "schamiał" ale "sróżże" już nie przełyka :)

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (249)

#84092

(PW) ·
| Do ulubionych
Wstęp - jakby ktoś nie czytał wcześniejszych historii.
Jestem stary facet, z brodą i siwiejącymi włosami.
Waga 85, wzrost 173 (bo to może być ważne).

Po kontuzji ręki postanowiłem pójść na siłownię i odbudować. Bloki na dowodzenie i odwodzenie, jeśli to kogoś interesuje.

Spokojnie sobie zaczynam po rozgrzewce...
Na luzie, serie po 30 i przerwa, bo nie chcę przeciążyć.

I nagle wokół mnie zebrało się - nie wiem co - sfora?
Dwóch ABS-ów, 4 istoty płci żeńskiej, które chodzą na siłownię nie wiem po co, po sweet-focię?
I komentują każde moje ćwiczenie.
Poczułem się niekomfortowo.

Ruszyłem się do obsługi lub "trenerów personalnych" - jak lubią się ostatnio nazywać.
Mówię jaki jest problem.
Nie, nie zwrócą mi za karnet, a w ogóle (to usłyszałem) "po ch@j przylazłeś?".

Czyli co? Mam stary dziadyga poradzić sobie z tymi byczkami? Przecież zbiorą mnie w najbliższej uliczce i rozsmarują po ścianach.

Dobra, niech będzie podstęp - rzuciłem "Widzicie panowie, że mam rękę niesprawną, ale może sprawdzimy się na nogi"
(podstęp polegał na tym, że przez 3 lata tańczyłem w AZS-ie, więc 4000 godzin "palce-pięta" potrafią nogi wyrobić)

Pierwszy odpadł przy 150, drugi przy 165 (pełen jestem podziwu, starał się). Dociągnąłem do 185.
Jakby wiedział, że swą lubą, która waży 150 kilo podnoszę razem ze swoją wagą, to może wcześniej by odpuścił.

I tego co dłużej wytrwał zapytałem: "To już OK, i mogę tu przychodzić?"
Myślę, że było to mądrzejsze niż pytać tfu... trenerów.

Generalnie rzecz jest o tym, że łatwiej przekonać dwóch ABS-ów, niż ludzi, którzy w celu pilnowania porządku są zatrudnieni.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (173)

#83166

(PW) ·
| Do ulubionych
Z okazji innych zajęć, ruszam na spacer ze swoją psicą około godziny siódmej rano. Jako że nie lubię innym robić wbrew, to zawsze zaopatrzony jestem w kilka foliówek na "wiadomo co”.

Więc dziś wędruję sobie za jakimś młodym człowiekiem - takim w wieku od siedmiu do dziesięciu lat (w przybliżeniu).

Młody człowiek targa ze sobą na smyczy coś dużego - tak z 50 kilo (wiem, jak wygląda labciuch 40 kilo, a to było większe).

Nagle pies przysiada i wydala zawartość swych jelit. Młodzieniec odchodzi, więc doganiam go z foliówką. I słyszę:

"Spierd.laj kut@sie!”.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (163)

#82745

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia jeziorna.

Płyniemy sobie pod żaglem. Trochę spinając się, bo poumawialiśmy się ze znajomymi, a tu jak na złość wiatr nas nie lubi i trzeba halsować.
Wstajemy więc o piątej, do szóstej jakieś śniadanie i podstawy higieny, a potem na wodę.

I tak sobie płyniemy nie za szybko, ale około piętnastej psica będąca z nami na pokładzie zaczyna piskać.
No nic, staramy się ją zając, bo za godzinkę powinniśmy być w Sztynorcie, to nie warto już do brzegu dobijać.
Szczęśliwie dobijamy do kei, psica szybki skok i bieg w krzaki.

Ja powoli za nią sobie drepczę ze smyczą, wiem, że psica nie zgubi się i zaraz przybiegnie. Wtem dopada mnie Piekielna Mamuśka.
Otwór plująco-gryzący rozwarty ma do granicy oporu i wrzeszczy:

- Kto to widział, psa wypuszczać, przecież on tu nasika, a tu się dzieci bawią!

Zapytałem tylko czy uważa, że mam prowadzić psa do toitoiki, a jeśli tak to co z nim robić, bo nie jest nauczony z toalety korzystać. Nie chciało mi się kłócić z kobietą.

Wieczorem delikatnie poimprezowaliśmy, ale z założeniem, że o piątej znów wstajemy.
PLOT TWIST: dzień następny godzina piąta. Wychodzę żeby odwiedzić toitoikę. Na zejściu z pomostu spotykam Piekielną z córką (na oko z 7 lat). Trzymając się za rączki i patrząc sobie głęboko w oczy w przykucu, wspólnie obsrywają zejście z pomostu. A kabina jakieś 20 metrów dalej.

Ja rozumiem, że toitoiki za wonne i za higieniczne nie są, ale ludzie...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (163)

#82051

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracałem ostatnio z Warszawy.
Jako, że wsiadałem na pętli, to zająłem to miejsce za kierowcą (szersze), bo było wolne, a ja nikomu nie chciałem na boku wisieć, bo szeroki w ramionach byłem.
Dokładnie obejrzałem, czy nie ma tam naklejki "dla matki z dzieckiem" albo "dla niepełnosprawnych".
No nic, zasiadłem i jadę.

3 przystanki później wsiada starsza pani i twierdzi, że mam to miejsce jej zwolnić. Na moja pytanie "Dlaczego?" odpowiada, ze gdzie indziej nie będzie miała gdzie ustawić wózka na zakupy.

Odpowiedziałem, że przepraszam, ale nie zwolnię.
Co się nasłuchałem to moje. Nie szanuję starszych, a w ogóle jak będę w jej wieku to zrozumiem (tu nadmieniam, że w autobusie było dużo miejsc wolnych).

Wykazałem się asertywnością i nie zwolniłem miejsca.

A teraz podstawa całej historii. Wracałem ze szpitala z 15 kg gipsu od szyi do pępka, tylko z jedną ręką wolną. I było to widać, bo żadne moje ubranie nie jest w stanie tego zakryć.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (192)

#81441

(PW) ·
| Do ulubionych
Do miasteczka, w którym mieszkam zawitała nowoczesność!

Do przychodni można online zarejestrować się na wizytę.

Procedura wygląda tak:
1. Na stronie przychodni zakładamy sobie konto.
2. Wypełniamy milion danych wszelakich.
3. Wybieramy, do jakiego lekarza chcielibyśmy się zarejestrować.
4. Na adres e-mail otrzymujemy potwierdzenie i nadany nam przez przychodnię numer pacjenta.

A teraz gwóźdź programu:

5. Dzwonimy do przychodni do rejestracji (podejrzewam, że wyobrażacie sobie, ile można dzwonić), dyktujemy pani z rejestracji numer pacjenta, mówimy, do jakiego lekarza byśmy chcieli się zapisać, a pani informuje, kiedy jest najbliższy wolny termin. W przypadku neurologa na przykład na ten rok już terminów nie ma.

Tego by chyba nawet Kafka nie wymyślił...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (161)

#80785

(PW) ·
| Do ulubionych
Muszę przyznać, że widziana dziś sytuacja spowodowała u mnie dysonans poznawczy i to z gatunku "Aaale o so chodzi?"

W supermarkecie aspirującym do miana galerii handlowej w moim podwarszawskim miasteczku, otworzono nowy sklep z artykułami fryzjersko-kosmetycznymi z wyższej półki. Nie wnikam w sensowność biznesową tego przybytku, w mieście gdzie sklep z pieczonymi kurczakami i chińczyk splajtował, bo "w Tesco jest taniej". No ale ja nie o tym.

Wspomniany wyżej sklep z okazji otwarcia, zorganizował jakąś akcję promocyjną.
Ważnym dla historii jest, że z okazji tej akcji drzwi sklepu otoczono girlandą składającą się z jakiś dwustu balonów.

Dziś przechodząc obok widziałem, jak dzieciaki radośnie demolują tę girlandę, wyrywając balony. A dopingowane są do tego przez rodziców: "Weź jeszcze dla Antka/Dżoany/Eugeniusza!"

Już to samo w sobie jest piekielne.

Natomiast tym, co spowodowało u mnie całkowity "mindfuck" (przepraszam, ale nie znam polskiego odpowiednio mocnego odpowiednika) jest fakt, że w sklepie, dosłownie krok od drzwi ustawiono ażurowe stanowisko z tymi balonikami, żeby dzieci mogły je sobie brać.

I tylko patrzyłem ze szczerym współczuciem na oszołomione miny pracowników sklepu, którzy patrzyli jak szarańcza demoluje ich pracę...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (146)

#80562

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed lat nieomal dwudziestu - jak to stałem się narzędziem zgorszenia publicznego.

W ciągu dnia dość często zajmowałem się dwu- trzyletnią dziewczynką. Jej matka studiowała na studiach dziennych, ja miałem nienormowany czas pracy, często pracowałem w domu - jak dla mnie OK, nie ma problemu. Szczególnie, że żłobki państwowe w tamtych czasach to była naprawdę sodomia gomorią poganiana i do tego puszka z Pandorą (żeby zacytować jedno z byłych prezydentów).


Problemy zaczęły się, jak zaczęliśmy wychodzić na plac zabaw.
Oto moje piekielności:

Na plac zabaw ubierałem najczęściej Berenikę "na chłopaka" - bo jak siądzie w piaskownicy, albo będzie miała ochotę polepić coś z błota to chyba lepiej, jak ma na sobie dżinsowe ogrodniczki i takąż kurtkę. Do tego uważałem, że bandanka na głowie wygląda lepiej niż dzieckowa czapa. Berenika zadowolona, bo strój do zabawy.
Ale nie mamusie na placu zabaw. Czasy były takie, że byłem tam 25 dni na 30 w miesiącu jedynym mężczyzną.


Oto krótkie wyjątki z rozmów - nie pamiętam całości, to już tyle lat - to co mi się w głowę wbiło:

1) "Czemu ten chłopiec zaczepia moją córkę?"
"To nie jest chłopiec, proszę Pani."
"To jak ją Pan ubierasz, lesbijką zostanie, albo jeszcze gorzej!"

2) "Czemu Pana syn łazi po błocie?"
"Widać ma taką ochotę, i to nie jest mój syn."
"No dobra, wszystko jedno, Pana dziecko!"
"To nie jest moje dziecko."
"To czemu Pan z nim przyszedł?!"
"Bo się nią opiekuję."
"Olaboga, wyrodna matka, czasu dla dziecka nie ma!"
"No nie ma, studiuje."
"No to czemu tak po błocie łazi?"
"Tak jak mówiłem, widać ma ochotę"
Obraza majestatu (dobrze, że nie było jeszcze mody na pedofilię, choć i tak jedna matka Policję wezwała, ale o tym potem).

3) Berenika lubiła huśtać się na huśtawce. Ale tak im wyżej, tym lepiej. Wtedy pełnia szczęścia i radosne okrzyki. Więc po paru wizytach na placu zabaw, nauczony doświadczeniem, zabierałem ze sobą dwa długie szaliki. Wiązałem Berenikę w pasy jak kierowcę F1 - i jedziemy - od oporu do oporu!
Tu znów mamusie.
"Czemu Pan tak ją huśta" (już nauczyły się, ze to dziewczynka)
"Bo jak widać lubi."
"Ale mój synek też by tak chciał."
(synek z 50 kilo, mamusia niewiele więcej)
"A to proszę bardzo, druga huśtawka jest wolna."
"Ale my nie mamy szalików."
"Nie ma sprawy, pożyczę."
"Ale ja go nie rozbujam!"
"A to mogę pomóc, 5zł za 15 minut"
(w końcu co Berenika, to Berenika, ale na fizycznego na placu zabaw się nie najmowałem)
"Aż ty męski organie rozrodczy, synu kobiety lekkiej profesji, mojemu synkowi huśtawki nie rozbujasz?!"
"No teraz, to już na pewno nie."

4) Parę dni później, mamusie wystosowały do mnie zbiorowy protest - że mam tak Bereniki nie huśtać, bo ich dzieci też tak chcą.
Nie przejąłem się.

5) Przychodziła jedna z matek z jakimś odbiciem na punkcie antyseptyki. Nie, jej dziecko nie było chore, bo jak to opiekunowie w jednym parku zabaw ze sobą gadaliśmy.
"Ale tu wszystko takie brudne, jak ma się moja Różyczka tu bawić?"
Więc zawsze przychodziła ze świeżo wypranym kocykiem, i takimi barierkami, co wyglądają jak basen bez dna - i tam się jej latorośl mogła bawić, bez tych brudnych dzieciaków, piasku, albo i błota.
Az pewnego dnia dziecię wygrzebało sobie dziurę w kocyku i wydobyło spod niego psią kupę. Pełnia szczęścia i dziecię wysmarowane od góry do dołu.
Matka chyba zrozumiała i odpuściła, bo 3 dni potem Różyczka już siedziała w piaskownicy.

6) No i wisienka na torcie. Jak obiecałem. Przez to że po prostu lubię się dzieciakami zajmować i się nimi przejmuję - może dlatego, że byłem harcerzem, zuchmistrzem, instruktorem harcerskim - to jak widziałem, że się ewidentnie nudzą, a opiekunki wolą sobie na ławkach poplotkować - to wymyśliłem im zabawę w pociąg - to znaczy idzie to co najsłabiej jeszcze chodzi - a potem reszta w tym samym tempie i tym samym szlakiem. Generalnie świetna zabawa i dla dopiero co łażącego - bo idą za nim, i dla reszty, bo muszą iść jak mały dzieć.
I tu się zrobiła afera. Policja przyjechała. Więc koniec zabawy,
wyjaśniamy.


Pokazuję policjantom, że mieszkamy tu i tu, że opiekuję się dzieckiem koleżanki.
"A skąd mamy to wiedzieć?"
No więc ja, na pewniaka, bo Berenika nauczona od kiedy nauczyła się mówić - "Berenika gdzie mieszkasz?"
"Ul. xxx. nr zz".
Mówię do policjantów - "To podejdźmy, jakieś 100 metrów".
Tu muszę im oddać honor - żaden nie zaprotestował, nie ma co dzieciaka straszyć.
Podeszliśmy, otworzyłem drzwi, jeden pokój ewidentnie dzieckowy...
A na całe szczęście, parę miesięcy wcześniej był spis powszechny. I Berenika została zapisana jako "mieszkaniec gospodarstwa domowego" - jest na kwitku, dziękuję, do widzenia.
Potem panowie mieli przez to problem, ale to temat na inną historię.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (174)

#80414

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy piekielność, ale głupota i nieodpowiedzialność czasem przerażają.

Opis sytuacji - mieszkam w osiedlu domków jednorodzinnych. Mam (jak pewnie już wiecie z poprzednich historii) psicę. Nie za wielką, ot border collie tricolor zmieszany z jakimś chartem. Tak 20 kg wagi. Psica ani troszkę nie agresywna, inne psy wprost uwielbia. Ja też się o nią nie boję, w końcu w schronisku wychowana. O schronisku będzie post scriptum.

Dwie sąsiadki najbliżej mnie mają yorki.
Pewnego dnia psa sąsiadki znalazłem u mnie rano w ogródku, jak radośnie bawił się z Maszą. OK, nie na problemu, odprowadziłem do sąsiadki, przestawiłem przez płot, przy okazji zwróciłem uwagę, że płot dziurawy, więc zamiast przylecieć do mnie, to pies mógłby wyskoczyć na ulicę (dwupasmówka o sporym natężeniu ruchu), więc warto coś z tym zrobić. Jeszcze tego samego dnia pojawiło się jakieś prowizoryczne zabezpieczenie, po tygodniu nowa siatka.
No i to rozumiem. Teraz jak chce do mnie przeleźć to pod płotem musi, ale za to na ulicę nie wyskoczy. Mi to nie przeszkadza czasem go odtransportować, Masza ma kolegę w ogrodzie, w porządku.

Ale jakby było tak ślicznie, to by nie było mnie tu z tą historią. Sąsiadka numer 2 ma dwa yorki. Też fajne zwierzaki, nie takie wredne szczekaczki, z Maszą się fajnie bawią. To znaczy najczęściej wykładają się kółkami do góry a moja psica je nosem memła :)
Tylko ta sąsiadka ma ogrodzenie z prętów, między którymi york miniaturka mieści się bez problemu.
I o ile jeden trzyma się w miarę ogrodzenia, to drugiego już dwa razy odprowadzałem do domu.
Przypominam - ulica to ruchliwa dwupasmówka.
Naprawdę potrzebny jest futrzany naleśnik z mięsnym nadzieniem, żeby sąsiadka wydała głupie 100 złotych na siatkę, albo drut do zabezpieczenia?
Już trzy razy zwracałem uwagę - tak, wiedzą, zrobią...
To do jasnej choinki po co brali te psy, skoro nie chce im się poświęcić dwóch godzin, żeby zapewnić im bezpieczeństwo?

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ten maluch co tu przylatuje będzie dalej kierował się w tą stronę i na drogę nie wyskoczy...

Obiecane PS - o schronisku:
Psica - oczywiście prezent gwiazdkowy.
Oddany do schroniska w końcu stycznia. Bo sika w domu, bo gryzie buty itd. - a co ma robić trzymiesięczny szczeniak wrzucony w obce środowisko?

W schronisku zaszczepiona i wysterylizowana. Z tym drugim też się zgadzam, tylko panu weterynarzowi ręka drgnęła przy sterylizacji i zajechał o jelito. Ale wszystko zagojone, OK.

Pod koniec marca TA SAMA rodzina co Maszę oddała znów ją wzięła.
Tak, oddali psa ludziom, którzy psa mieć nie powinni.
Po dwóch tygodniach wróciła do schroniska.

Jakieś trzy miesiące później namówiliśmy moją rodzicielkę na psa, bo nie mogła stanąć na nogi, po tym jak poprzedni zakończył żywot. Obiecaliśmy, że jakby co, to my się zajmiemy, nie będzie problemu. Mieszkamy w jednym domu, tylko na innych piętrach.

Rodzicielka pojechała po psa - i wróciła z psicą. No, po prostu miłość od pierwszego wejrzenia.

A wiecie co jest najciekawsze?
Tak sprytnego i posłusznego psa, to chyba nigdy nie widziałem, mimo, że wychowałem dwa pracujące przy dogoterapii labciuchy.
Masza jest szczęśliwa jak może spełnić jakieś polecenie - i tylko patrzy: "No zobacz, jaki ja jestem grzeczny piesek!"

No wystarczy, bo zrobiło się ckliwo, sam się rozczuliłem zresztą. Pytania i odpowiedzi w komentarzach.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (166)

#79909

(PW) ·
| Do ulubionych
Mimo waszych (skądinąd słusznych) ostrzeżeń, chyba w końcu zostanę nazwany pedofilem.

Sytuacja: stoi chłopczyk (na oko 4-5 lat) na chodniku i płacze. Ale płacze tak, że zalewa się łzami i przydusza.

No nic, kucam i pytam, co się stało?

- Bo mama powiedziała, że za wolno idę.
- A gdzie jest mama?

Pokazuje mi przystanek jakieś 200 metrów dalej. To daję mu paluch i wędrujemy.

Odstawiłem młodego do matki. A ona, wpatrzona w telefon, nawet nie zauważyła.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (202)