Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Trepcio

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 7:11
Ostatnio: 17 listopada 2019 - 16:38
  • Historii na głównej: 23 z 23
  • Punktów za historie: 5429
  • Komentarzy: 299
  • Punktów za komentarze: 1166
 

#69057

(PW) ·
| Do ulubionych
Tytułem wstępu - noszę brodę. Dość długą, jakieś 10 cm poniżej linii podbródka. Ale żeby nie było - zadbana, wyczesana, ostrzyżona i takie tam. Do kompletu siwiejące, ale długie włosy - takie do łopatek - zawsze w sytuacjach oficjalnych spięte w kucyk, ewentualnie od wielkiego dzwonu zaplecione w warkocz francuski. Ot taki mój image. Do tego ciężkie buty (ale czarne i krótkie), czarne dżinsy, czarna jedwabna koszula (obowiązkowo ze stójką, bez kołnierzyka), czarna sportowa marynarka. Na to wszystko wojskowa kurtka, kontraktowa m 65. Tak lubię, tak mi jest wygodnie, w tym się dobrze czuję. Po tym przydługim (acz koniecznym) wstępie czas na opowieść właściwą.

Znajoma mojej siostry, która jest rekruterką w jednej z agencji badania rynku, szukała bardzo dokładnie określonej grupy osób: 35-50 lat, własna firma, samochód, tankuje na stacji firmy X i nie ma na tej stacji programu lojalnościowego (karty, punkty, takie tam rzeczy).

Po usłyszeniu tych wymagań, siostra zadzwoniła do mnie, czy może rzeczonej koleżance numer telefonu do mnie podać. OK, nie widzę przeszkód. Przez telefon zostałem dokładnie odpytany, umówiliśmy pasujący mi termin, żeby zajrzeć do nich na te badania.

Było to akurat w Mordorze (Warszawa, ul. Domaniewska i okolice). Ponieważ byłem tam dwie godziny wcześniej na spotkaniu z klientem, które to spotkanie okazało się krótszym niż przewidywałem - stawiłem się na badania rynku jakąś godzinę wcześniej. Usiadłem sobie na miejscu tuż pod kontuarem, za którym kobietki prowadzące badania siedziały. Dostałem jakąś ankietę do wypełnienia, potem wyciągnąłem e-książkę i spokojnie sobie podczytuję.
I teraz piekielność albo zabawność.

Słyszę zza kontuaru szepty - "Ty, ale tego to nie możemy na badania wziąć, on wygląda jak kloszard, a film idzie do klienta".
Po chwili wychodzi do mnie mocno spłoszona osoba płci pięknej i mówi mi, że dziękują, że przyjechałem, ale nie kwalifikuję się, bo moja firma nie zatrudnia więcej niż trzech pracowników. I oni w ogóle zapłacą mi za przyjazd, jeszcze dorzucą bon na coś tam, ale dziękują za moje uczestnictwo.

Pamiętajcie!
Barba non facit philosophum.

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 317 (435)

#68725

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed paru godzin, więc po kolei, może uda mi się opisać tak jak to widziałem...

Autobus linii 182, Warszawa (ważne!)
Siedzę sobie na siedzeniu od strony przejścia, nagle kierowca gwałtownie hamuje (jak potem się okazało, bo i policja była na miejscu - pod Halą Kopińską wyrwał się matce jakiś dzieć i jedną nogą wpadł na jezdnię).
Ja wylatuję z siedzenia i zwiedzam twarzą podłogę autobusu.
Piekielne?

Nie, ani trochę, rozumiem kierowcę, i w sumie nic strasznego mi się nie stało.
Przechodzimy do części piekielnej - szoruję twarzą podłogę autobusu, gdy nad moją głową przelatuje dziecko w wieku góra trzy lata i kończy swój lot na żółtej metalowej rurce. Krew cieknie, nie wiem skąd, dziecko płacze jak to skrzywdzone dziecko.

Objawia się mamusia. Z awanturą do kierowcy: "Czemu Pan tak hamował?" a co lepsze z awanturą do mnie: "Czemu jej nie złapałeś jak leciała?"

Teraz ustalenia policjantów:
Matka ustawiła wózek w miejscu na wózki.
A potem usiadła dwa miejsca siedzące dalej.
Więc jak każe fizyka:
1) gwałtowne hamowanie
2) wózek się wywraca
3) dziecko leci
4) gdzieś się musi zatrzymać

Ja tylko myślę nad tym, czy to po prostu głupota, czy "mam wszystko w dupie" i co matka dziecka chciała uzyskać wrzeszcząc na kierowcę i na mnie?

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 577 (621)

#67415

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu: http://piekielni.pl/67413 stwierdziłem, że też coś napiszę

Sytuacja:
Mam potwierdzić moje zatrudnienie w pewnej firmie, dane kadrowe i księgowe niestety poszły się przejść.

Rozwiązanie:
Znaleźć dwóch świadków, którzy potwierdzą, że tam pracowałem.

Moje działanie:
Znajduję trzy osoby:
1. Portier z dołu, który wpuszczał mnie do pracy i dawał klucz.
2. Sekretarka, która dawała mi zlecenia.
3. Księgowa której oddawałem je opracowane.

I teraz sytuacja w ZUSie:
1. Portier:
- No przychodził i rano i wychodził po południu.
- A pracował tam?
- Pani, ja nie wiem!

2. Sekretarka:
- Dawała mu Pani coś do zrobienia?
- No tak, bo dyrektor kazał!
- I robił to?
- A to ja nie wiem, bo mi nie oddawał.

3. Księgowa (zdawałoby się może być bardziej kumata)
- Przynosił do Pani dokumenty?
- No jakieś tam przynosił.
- A jakie?
- No robiliśmy jakieś festiwale, obozy, wyjazdy.
- Czyli pracował?
- A pani, to ja nie wiem, tam różni przynosili papiery.

Efekt:
5 lat pracy w zdawałoby się poważnej instytucji poszło mi się przejść z mojego stażu emerytalnego...

PS. Po komentarzach - to było ćwierć wieku temu, w oddziale wojewódzkim organizacji młodzieżowej jeszcze poprzedniego systemu, która wraz z systemem padła. I jaki ZUS, jakie składki - państwo dawało na płace a czy cokolwiek i gdziekolwiek odprowadzało - cholera to wie. Macie rację, ratowałaby mnie kopia umowy, ale gdzie ja wtedy myślałem o trzymaniu takich papierków. W sumie sam sobie jestem winien.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 302 (346)