Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tumulus

Zamieszcza historie od: 15 sierpnia 2011 - 15:29
Ostatnio: 28 maja 2020 - 11:53
O sobie:

Urzędas... Mieszka w 30 tys. mieście w WLKP.

  • Historii na głównej: 3 z 8
  • Punktów za historie: 732
  • Komentarzy: 41
  • Punktów za komentarze: 35
 

#86552

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako, że już okrzepłem, znaczy, szlag mnie jasny nie trafia i kur***a nie bierze, a ostatnio wróciłem do piekielnych, to piszę.

Urzędas jestem, ale to, co się ostatnio dzieje, to mnie poraża.

W związku z tą całą epidemią COVID'a (swoją drogą, fajne imię dla zwierzaka :) zamknięto praktycznie wszystkie placówki instytucji publicznych dla petentów. Kontakt tylko mailowy, telefoniczny, ale sprawach pilnych można (albo i trzeba) przyjść.

Rozbraja mnie tylko jedna rzecz. W mojej mieścinie terenowi pracownicy socjalni mają wstrzymane wizyty domowe, bo koronawirus. Siedzą na zmiany w biurach i szyją maseczki dla mieszkańców, szpitala i DPS.

Jednocześnie ci sami pracownicy na czele z dyrektorem nawołują mieszkańców do robienia zakupów seniorom, by ci nie wychodzili z domów czy zapraszają do wolontariatu w celu przygotowywania i rozwożenia posiłków potrzebującym. Samemu dalej siedząc za biurkiem.

Jednostka, która w obecnych czasach powinna mieć pełne ręce roboty, samemu pomagając w ten niemedyczny sposób mieszkańcom, zamyka się w swoich biurach i cieszy, bo ma mało roboty. A ty, szaraczki, idź i z dobrego serca zrób zakupy sąsiadce.

MOPS Administracja

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (117)

#83119

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika urzędnika...

Pracuję w małym urzędzie gminy, referat komunalny. W urzędzie mamy taki regalik, na korytarzu, na którym są worki na śmieci segregowane. Wiecie, osoby nowo wybudowane, nowi mieszkańcy czy po prostu jakiś potrzebujący przyjdzie, poprosi albo i sam weźmie kilka worków, coby miał w czym wystawić śmieci. Właśnie... Kilka...

Mam pokój i biurko akurat tak usytuowane, że widzę regalik doskonale. W przeciągu miesiąca jedną osobę widziałem już ze 4 razy, jak przychodziła i brała po 1 ROLCE z każdego rodzaju worków na śmieci. 15 sztuk w jednej. Przy czym raz w miesiącu wywożone są odpady segregowane, a za pełne worki wydawane są puste.

I tylko pytanie: po co... Zaoszczędzenie kilku złotych w sklepie na normalnych workach?

urząd gminy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (125)

#82982

(PW) ·
| Do ulubionych
I jak tu nie wybierać opcji dostawy kurierem…

Wczoraj o 18 dostałem SMS, że moja paczka czeka w placówce Urzędu Pocztowego na odbiór w terminie 7 dni. Pytam rodziców, czy byli w domu. Tak, byli, łącznie może przez pół godziny po południu ich nie było (u nas listonosz chodzi raczej do południa, a wiemy, bo odwiedza nas raz w miesiącu z rentą). W skrzynce Awizo brak.

Dziś punkt 8:00 melduję się na poczcie, by odebrać przesyłkę. Mówię pani, że Awizo brak, ale pokazałem SMS z nr przesyłki. Ta poszukała, znalazła, oddała, sprawdzając wcześniej dowód osobisty, podpisałem odbiór*.

Wróciwszy z pracy po 16, mama pokazuje mi Awizo. Widziała, jak listonosz wrzuca je do skrzynki, nie wypełniając przy bramie, więc miał je już wypełnione. Data na Awizo wczorajsza. Nie pasował mi nr, bo w SMS był inny niż ten na zawiadomieniu, ale podejrzewałem, że to o tę samą przesyłkę chodzi.

Przy okienku pani (przemiła) potwierdziła moje przypuszczenia. Listonosz dziś dostarczył Awizo z przesyłką, którą niby próbował dostarczyć wczoraj, a którą rano odebrałem.

Pytanie do Was, co zrobić z tym fantem? Pani w okienku, na wzmiance o skardze, przestraszyła się i dała mi nr telefonu do kierownika listonoszy.

Myślę nad złożeniem skargi, która w sumie nie ma potwierdzenia na papierze (SMS i data na Awizo wczorajsze, a odbiór dzisiejszy, więc wszystko się zgadza) albo uporczywym domaganiem się przesyłki, na którą mam Awizo (nie oddałem go). W tym przypadku jednak problem będzie miał nie listonosz, a pani w okienku na poczcie, bo wydała bez przedstawienia Awizo.

Listonosza bym opier... zwyzywał osobiście, ale pracuję w tych samych godzinach, co on i już kilka miesięcy gościa na oczy nie widziałem.

*Wtedy jeszcze nie interesowałem się, czy da się odebrać przesyłkę bez Awizo, a po tej sytuacji znalazłem informację, że się nie da.

poczta

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (73)
zarchiwizowany

#41613

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Studiuję dopiero 3 tygodnie, a już znalazła się piekielna sytuacja. No i trochę niebezpieczna. No, może nawet bardzo.

Studiuję w Poznaniu, ale dojeżdżam tam z Mojego Miasta ok 50km. Tak więc codziennie, rano i wieczorem(ach ten genialny plan zajęć) spędzam godzinkę w pociągu.

Tak też i było pewnego(zeszłego) piątkowego wieczoru/nocy, gdy po integracji wewnątrz-kierunkowej Tumulus wracał pociągiem do domu.

Miałem to nieszczęście, że ludzi mało było, to i się zbyt bezpiecznie nie czułem. o ale zająłem miejsce w miarę zaludnionym przedziale, rozłożyłem się wygodnie i szykuję się do Rozmyślań Na Temat Egzystencji(Spania), aż tu nagle jak drzwi od przedziału(takie jak to w IR, na paręnaście miejsc ) nie jeb.... uderzą mocno, to uhu.
W drzwiach pojawiły się 2 szafy 3-drzwiowe/panowie słusznej postury w szalikach pewnej lokalnej drużyny piłkarskiej.

(P1): KUR*A, dużo!!! - tak brzmiały słowa(przyprawione lekką nutą żalu) jednego z nich po czym takim samym trzaskiem zamknęli te same drzwi i udali się do sąsiedniego wagonu.

No i na tym mogłaby się sytuacja skończyć niezbyt miło, ale na pewno nie piekielnie i groźnie, gdyby nie wrodzony dar Tumulusa do pakowania się w kłopoty, czy tego chce, czy nie.

Dojeżdżam do stacji, wysiadam, jak się okazuje tylko ja i dwaj koledzy od drzwi. Widząc to, przyspieszam kroku, ale obejrzawszy się zauważyłem, że panowie spokojnie, powolutku idą rozmawiając(nawet cicho).

To uśpiło moją czujność. Spokojnie już sobie idąc dotarłem do pewnego ciemnego, nieoświetlonego miejsca (godzina ok 1:00).

(P1): Kolego, masz może ćmika? - pyta któryś, jednak głos słyszę o wiele za blisko, niż bym chciał.
(J): Niestety, nie palę.
(P2):Kolejny głupi c**j, co twierdzi, że nie pali. Dawaj k***a telefon, dziwko!!!

Byli niecałe 2 metry ode mnie, więc szybko się odwróciłem, i co miałem nadzieje pomoże, wyciągnąłem z kieszeni mały nóż*.

(J): Panowie, dajcie spokój, po co te problemy. Chcę...
(P1,2): K***A, ON MA NÓŻ!!!
(J): Chcę tylko wrócić do domu, dajcie spokój, rozejdziemy się, i nie będzie problemów.

Ten pozorny spokój przychodził mi z wielkim trudem, w rzeczywistości serce waliło jak młot. Wiedziałem, że mam nikłe szanse się obronić, ale starałem się trzymać fason. Nie przewidziałem tylko jednego.

(P2): Tumulus?!?!
(J): Eee, no tak.
(P2): K***a nie poznajesz??? Bercik!!! Chodziliśmy razem do podstawówki!!! Dawałeś mi ściągać na matmie!
(J):A, no tak, rzeczywiście, ekhem, witam...
(P2) Schowaj ten nóż, k***a, sami swoi! Co się, k***a wałęsasz tak po nocy? Niebezpiecznie teraz tak, że ja p******e! Odprowadzimy cię do chaty, k***a!
(P1): Ale, tel...
(P2): P******o cię, do c***a, to mój ziom. Idziemy
(P1): Dobra, k***a...

Podczas jakże interesującego spaceru dowiedziałem się, że Bercik skończył podstawówkę i jedna klasę gimnazjum, "pochwalił się", że ma "tylko" zawiasy, a teraz pracuje jako pomocnik na budowie.

Ach te wieczorne spacery, można odświeżyć znajomości:)


*Nóż ze sobą noszę prawie wszędzie, najczęściej w torbie lub plecaku, ale na takie wieczorne jazdy przekładam do kieszeni. Całkowicie legalne to może i nie jest, ale wolę parę razy się tłumaczyć lub nawet odpowiedzieć za przekroczenie obrony koniecznej, niż wąchać kwiatki od spodu. Poza tym nóż ma może z 9-10 cm długości ostrza.

Pociąg- Dzielnia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (228)
zarchiwizowany

#35362

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie o blokowisku, remoncie i śmieciach, ale po kolei.

Skończyliśmy dzisiaj z tatą remont u naszej cioci(siostra mojej babci) w bloku. Nic wielkiego, zrobienie opierzenia na balkonie, położenie płytek, uszczelnienie etc.
Po zakończonej pracy zostało niestety trochę śmieci. Wiadomo, worek po kleju, kartony, pędzel, nic wielkiego. Wraz ze śmieciami gospodarczymi zebrał się średniej wielkości worek.

Stwierdziliśmy zgodnie, że ponieważ do śmietnika daleko, to zostawimy na razie worek na korytarzu, a wychodząc wyrzuci się go, by niepotrzebnie nie chodzić.

Po kawie, cieście(pyszne:D) tata udał się pieszo do centrum załatwić jakieś sprawunki, a ja, gdyż miałem po drodze, zapakowałem worek do samochodu i podjechałem nim pod śmietnik, coby odpadki wyrzucić.

Stanąłem pod śmietnikiem, z bagażnika wyciągam worek, gdy dotruchtała do mnie kobieta, na oko po 50-ce[K]:

-[K]: Co pan wyprawia?! - krzyknęła.
-[J]: Yyy...wyrzucam śmieci??? - odparłem, nieco zdziwiony.
-[K]: Ale to jest śmietnik spółdzielni, a ja pana nie znam!!! - odparła, jednocześnie robiąc zdjęcia mi i mojego samochodu.
-[J]:Robiłem remont balkonu u cioci, to są odpadki po nim - odpowiedziałem, wyciągając worek po kleju, który akurat był na wierzchu.
-[K]: Ale jakiej cioci, ja panu nie wierze, ja dzwonię po policję, mam zdjęcia!!!
-[J]: Pani XY, z bloku przy końcu ulicy.
-[K] Ja jej nie znam, dzwonię po straż miejską! - odrzuciła.
-[J]: W takim razie zapraszam do samochodu, wyjaśnimy sprawę u cioci.
-[K]: A proszę bardzo - fuknęła.

Podjechaliśmy z powrotem pod blok, weszliśmy na 3 piętro do cioci i zadzwoniłem do drzwi. Ciocia zdziwiona, ale odparła zgodnie z prawdą, że rzeczywiście, robiłem remont u niej i o jej śmieci. Kobieta zmieszała się, przeprosiła, i wytłumaczyła, że wczoraj pod wieczór zauważyła duży samochód pod tym samym śmietnikiem, a jakiś facet wyrzucał cały bagażnik śmieci do ich pojemnika. Nie zdążyła zainterweniować, bo gdy ją zauważył, szybki wsiadł do wozu i odjechał.

Faktycznie takie akcje są częste na ich osiedlu, nawet gazety o tym pisały. Kto jest piekielny? Ja, bo wyrzucałem śmieci do osiedlowego pojemnika, mimo, że jestem obcy, kobieta, bo mnie zaczęła oskarżać, czy może ciocia, bo wiedziała o incydentach, a jednak mnie z tym puściła. Piekielni są tak naprawdę mieszkańcy okolicznych wiosek, bo to najprawdopodobniej oni(nie wszyscy) dopuszczają się tego.
Wszyscy mieszkańcy miasta(oprócz tego osiedla) płacą miesięczny rachunek za śmieci od osoby w rodzinie, nie od ilości śmieci. Jednak gmina ma system odwrotny, niestety, co skutkuje lawiną śmieci na tymże osiedlu z połowy gminy... W najbliższej przyszłości śmietnik będzie zamykany, , bo taniej jest wybudować taką wiatę, niż płacić ogromne sumy za wywóz...

Osiedle bloków

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (104)
zarchiwizowany

#29074

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tym razem o "super" dostawcy internetu, a mianowicie o Netii.

Otóż lat temu kilka (w sierpniu będzie chyba 4) zostałem usługobiorcą tej zacnej firmy. Wybraliśmy prędkość 1Mb/s.

Pomijając ciągłe problemy z łącznością (przerywanie łącza, zaniżona prędkość etc.)było w miarę ok. Ale o nie, do czasu, sielanka nie trwa wiecznie. Po 2 latach, gdy umowa się kończyła, weszła "super" promocja. Otóż w cenie 1Mb/s dostawało się aż 6!!! (może rzeczywiście super, ale musi wszystko działać). Konsultant zapewniał, że linia podoła tej prędkości, więc umowa podpisana na kolejne 2 lata.

Na samym początku wszystko niby śmigało jak talala. Cud, miód, orzeszki. Nawet w "dymku" widniała prędkość 7,2 zamiast 6. Jednak podczas pobierania plików z Internetu transfer był coś niski jak na tą prędkość. Ale działało więc stwierdziłem że jest ok.

Ale w grudniu Anno Domini 2011 połączenie padło. Po połączeniu z Internetem (przez modem) po 5-10s rozłączył się i a piać od nowa (albo i nie kiedy wszystko padało i trzeba było włączać komputer od nowa).
Konsultant stwierdził, że to problem z filtrem od telefonu, i trzeba kupić nowy. Ale i po tym wszystko nawalało. Więc wysłali ekipę techniczną, która stwierdziła, że "zrobiono nas w jajo, bo ta linia wytrzyma maksymalnie 2Mb/s".

Więc telefon do Netii, umowa zmieniona na 2 Mb/s, opłata zmniejszona o jakieś 15 zł (została mi 1/3 prędkości, a płacę ponad 3/4 starej ceny. Dziwne, co???). No i od tego czasu zaczyna się katorga. Rachunki dostajemy na ponad 85 zł(płaciliśmy za stary 60, więc już naprawdę nie wiem, o co chodzi), co miesiąc płacę normalną stawkę, po czym dostaję
na następny miesiąc znowu wyższy rachunek wraz z korektą i ponagleniem o dopłatę do poprzedniego miesiąca. telefon do konsultanta, wszystko poprawione(niby) i na następny miesiąc a piać od nowa. I tak do dzisiaj. Zadzwoniłem do nich po raz kolejny, opieprzyłem, przeprosili po stokroć i ciekawe czy tym razem będzie ok.

Mam już dość użerania się z nimi i marnowania kasy na infolinię (telefon stacjonarny w TEPSA).

Dodatkowo dzień przed świętami znowu padł mi internet. Powtórka z grudnia??? chyba nie bo właśnie dzisiaj( a miałem ich za to jeszcze bardziej zjechać) wszystko wróciło do normy. Witki normalnie opadają.

Netia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (102)
zarchiwizowany

#21398

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witajcie

Dużo historii z powszechnie dostępnym materiałem wybuchowym w tle już się tutaj pojawiła. Dlatego chcę dodać i swoje 3 grosze. Będzie długo, ale wydaje mi się , ze piekielnie, nie tylko z zachowania.

Słowem wstępu:

Mieszkaliśmy na bardzo spokojnym osiedlu, nasza ulica była jeszcze wtedy praktycznie nie używana przez samochody z racji braku asfaltu. Bawiliśmy się wszyscy na ulicy jako szkraby na tej ulicy. Dwa ognie, piłka, i inne gry nie było nam obce. No ale powstała fabryka lodów, powstała droga z prawdziwego zdarzenia no i ruch się zaczął na dobre.

Historia właściwa:

To było jakieś 7 lat temu. Nasi sąsiedzi przez pewien czas mieli magazyn lodów, wiec wybudowali niewielki magazyn w granicy z naszą posesją. Pozwolenie dostali, a jakże, bo nic nie wskazywało piekła(dosłownie!!!). Jednak popyt zmalał, przestało się to opłacać, więc sąsiad postanowił rozpocząć sprzedaż fajerwerków, które trzymał w tych magazynach. Na papierze wszystko cacy, pozwolenia ma, interes śmiga. 2 lata względnego spokoju, wyłączając samochody klientów po parkowane gdzie popadnie na ulicy. Do czasu, gdy w 2004 w Sylwestra nastąpiła awaria instalacji, i ta bomba się zapaliła. Huk wybuchów słychać było w okolicznych wsiach, a my myśleliśmy, ze rozpoczęła się Apokalipsa, czy coś.

Resztę opowieści znam z przekazu ojca, który poszedł sprawdzić co się stało.

Ogień był tak silny, że jeden z pracowników jak poszedł z gaśnicą próbować ugasić pożar, wypadł z magazynu szybciej niż tam wszedł. Straż Pożarna gdy przyjechała, to polała trochę magazyn wodą, by go ostudzić, i kazała czekać do wypalenia zawartości, sami tylko zabezpieczając miejsce zdarzenia. Paliło się dobre 2 godziny.

Na drugi dzień sąsiad przyszedł potulny jak baranek, z informacją, że on za wszystkie szkody zapłaci, byleby nie robić afery. A szkody były niemałe, bo okno w kuchni zostało zbite przez jedną z rakiet, samochód nadawał się tylko do kasacji, a i ogólny stan ogrodu pozostawiał wiele do życzenia.

Okazało się również, ze miejsce z taką ilością materiałów wybuchowych może się znajdować minimum 100 metrów od najbliższych zabudowań mieszkalnych. Jednak hurtownia sąsiada nadal istnieje, ponieważ ten ostatni zaprosił wszystkich strażaków na baaardzo sowity obiad i ci dziwnym trafem nie wystosowali żadnych konsekwencji z powodu wypadku.

A my co Sylwestra i okres przed żyjemy w strachu koło tykającej bomby...

Fajerwerki!!!

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (213)
zarchiwizowany

#15957

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam
Widzę, że wielu czytelników postanowiło nie być gorszymi i rozpoczęli opisywanie swych piekielnych anegdot z życia. Tak więc i ja nie będę gorszy, jednak z góry proszę o wyrozumiałość.

Historia przydarzyła się jednak bardziej mojemu ojcu niż mi ale zawsze coś;)

Mój tata jest kierowcą ciężarówek. Parę lat temu prowadząc mały jak na ciężarówkę samochód (IVECO EuroCargo dla niewtajemniczonych puszczam zdjęcie jak ten skład mniej więcej wyglądał:
http://motoryzacja.anonse.pl/iveco,6/bydgoszcz-okazja-ivco-euro-cargo-75e15-jumbo,2678271.html# )

No i jadąc przepisowo (tata uczulony n tym punkcie) krajówką z naprzeciwka na łuku wypada mu z prędkością ok 110km/h Opel Corsa. Prędkość duża, ślisko, dziury w nawierzchni (ach te polskie drogi) no to buch na lewy pas i prosto w ciężarówkę. Tata w tej sytuacji niewiele myląc wybrał rów. Uciekał, jednak mały samochodzik zdołał go dopaść. Uderzył pod kierowcę, czyli pod tatę.

Pomijając szczegółowe czynności ratunkowe opiszę pokrótce:
- tacie nic się nie stało, z samochody wyciągali go 5 min(dodam, że jechał bez pasów)
-koledze, z którym jechał, pękła kość przedramienia, wyciągali go 45 min,(jechał w pasach, które to były tego przyczyną)

Za to kierowca, którą była kobieta, miał połamane obie nogi oraz rękę. W ciężkim stanie przewieziona do szpitala. Jednak najgorsze jest to, że jechała z 2 dzieci, którym nic się na szczęście poważnego nie stało.

Kobieta sama przyznała się( mimo protestów męża - policjanta(sic!!!)), że zasnęła za kierownicą. Zastanawia mnie tylko jeden fakt - jak do jasnej choinki można tak narażać życie własnych dzieci, bo o swoim i innych już nie mówię?!?!?!

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (170)

1