Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 24 listopada 2020 - 22:08
  • Historii na głównej: 59 z 67
  • Punktów za historie: 13316
  • Komentarzy: 266
  • Punktów za komentarze: 2103
 

#87379

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja kuzynka przez kilka lat pracowała na Bardzo Prowincjonalnej Uczelni. Lubiła tę pracę, a że ambicji bycia Wielkim Naukowcem nie miała, to była zadowolona z tego, że pensję przelewa jej PWSZ, a nie UJ, UAM albo inny U-Boot. Do czasu.

Z 2-3 lata temu została wezwana do swojego dziekana, który poinformował ją, że rektor kazał zlikwidować 3 etaty na wydziale i tak się składa, że kierownik jej zakładu idzie na zasłużoną emeryturę, jedna koleżanka-adiunkt po obecnym urlopie macierzyńskim planuje rozpocząć wychowawczy, druga koleżanka-adiunkt chce przejść po powrocie ze swojego czwartego już macierzyńskiego do innego zakładu, a moja kuzynka - jako jedyna pozostała pracownica tej komórki i przy okazji, ostatnia asystentka na wydziale - przysłuży się uczelni, poświęcając swój etat, bo on będzie jednym z tych trzech likwidowanych, a zakład zostanie rozwiązany, skoro pracowników fizycznie niet. Jeśli byłaby zainteresowana prowadzeniem zajęć, to mogą z nią podpisać zlecenie, ale ze wszystkimi prawami pracowniczymi (przede wszystkim dostępem do biblioteki) się wtedy żegna, to chyba jest dla niej oczywiste.

Dlaczego to właśnie etat kuzynki idzie pod nóż? "Bo pani pracuje najkrócej, nie opublikowała jeszcze książki i ma pani najmniejszy dorobek naukowy, dlatego pani jest tylko asystentem, a asystentów już nie potrzebujemy".

Tutaj kuzynka odezwała się - jak ją znam, to wcale nie nieśmiało - że przez ostatnie 3 lata ciągnęła pracę swoją, dwóch wiecznie zaporodówkowanych adiunktek i niemal wiecznie chorego kierownika zakładu, więc to chyba oczywiste, że robiąc zajęcia za 3 a w porywach 4 osoby, na pisanie książki i prowadzenie jakichś rozległych badań nie miała ani sił, ani czasu, sam doktorat kończyła na oparach adrenaliny.

Przypomniała też, że w zasadzie aktywność naukowa zakładu przez te lata w lwiej części należała do niej, bo kierownik z racji wieku i kulawego zdrowia, ograniczał się do udziału tylko w konferencjach organizowanych przez tę uczelnię i uniwersytet w Nieodległym Mieście, gdzie ma drugi etat, a po innych ośrodkach z referatami jeździła kuzynka. Kuzynka też napisała 3/4 afiliowanych przy zakładzie publikacji w ostatnich latach.

"Nooo tak, jak tak pani stawia sprawę, to proszę iść do sądu pracy, he he he. Mamy czerwiec, umowę ma pani do 30 września i tak, wiemy, że miała pani obiecany awans na adiunkta od przyszłego roku, ale na szczęście dla nas nie ma pani promesy na piśmie i proszę się cieszyć, że mówimy pani o tym wszystkim przed pani urlopem, bo moglibyśmy nie mówić i zwyczajnie nie rozpisać we wrześniu konkursu, życzymy miłego wypoczynku."

Kuzynka rzeczywiście oddała sprawę do sądu (wyroku w pierwszej instancji jeszcze nie ma i w sądzie nie ukrywają, że do końca przyszłego roku raczej nie będzie) i poszła uczyć do szkoły "niewyższej", bo sąd sądem, a żyć z czegoś trzeba i brak drugiej wypłaty w jej domu boleśnie by odczuto. W ten sposób wylądowała w dużym zespole podstawówka-liceum-technikum-zawodówka.

Ponieważ mamy pandemię i sezon jesiennogrypowy, w molochu kuzynki pojawiło się tsunami zwolnień lekarskich. Szkoła pewien czas temu miała olbrzymi i długotrwały problem ze znalezieniem nauczyciela, który pociągnąłby klasy rozszerzone z jednego przedmiotu i wściekli rodzice zmusili dyrekcję do pokrycia kosztów korepetytora dla klasy, a teraz - kiedy takiej fizyki nie ma kto prowadzić, bo wszyscy fizycy chorzy już od miesiąca - dyrekcja postanowiła się ratować przed powtórką z rozrywki i odgórnie przydzielać zastępstwa tym nielicznym pracownikom, którzy jeszcze nie zachorowali.

Kuzynka zadzwoniła do mnie koło południa i pół płacząc, pół śmiejąc się zapoznała mnie z nowymi "pracowniczymi planami lekcji" w swoim zespole ogólnokrzywdzącym:
- muzyki będzie uczyć jedna matematyczka, która za dziecka skończyła szkołę muzyczną I stopnia (nauczycieli muzyki w województwie kuzynki szuka kilkanaście placówek),
- rysunek projektowy dla technikum przejmie nauczycielka plastyki z podstawówki,
- informatyką zajmie się bibliotekarz szkolny,
- biologią podzielą się chemicy (i to jest w tym wszystkim jedyne sensowne), ale nie bardzo chcą, bo są zarobieni - szkoła ma półtora-etatowy wakat dla nauczycieli chemii jeszcze sprzed wakacji,
- kuzynka dowiedziała się dzisiaj rano od pana dyrektora, że jej została przydzielona rozszerzona fizyka w technikum i jutro zaczyna "swoje nowe zajęcia". Dlaczego akurat ona? Bo nikt inny nie chciał, a ona zrobiła dopiero pierwszy stopień awansu, więc niech nie marudzi, to tylko kilka tygodni zastępstw.

Moja kuzynka jest rusycystką.

Kiedy już się wyśmiałam i zapytałam, co planuje z tym fantem zrobić, odpowiedziała, że najpewniej da uczniom jakiś rosyjski podręcznik fizyki w pdfie i będzie powtarzać "perevesti, bystreje!".

szkoła

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (113)

#87373

(PW) ·
| Do ulubionych
Przyjaciółka moja serdeczna ma koleżankę ze studiów (którą nawet kiedyś poznałam, ale mniejsza z tym). Ta koleżanka ma swój gabinet psychoterapii i specjalizuje się w korpoludkach, kasując za swoje usługi słuszne kwoty. Ponieważ pieniądze mają to do siebie, że im ma się ich więcej, tym więcej się chce, koleżanka podpisała z Dużą Firmą umowę na zapewnienie wsparcia psychologicznego dla pracowników pracujących od marca w domach (gdybym ja codziennie musiała rozmawiać przez kilka godzin z hinduskim backupem technicznym, to pewnie też bym wymagała terapii), bo się skarżyli, że im psyche siada.

I nie wiem, czy to efekt połączenia skrajnej głupoty i chciwości po obu stronach, czy miała ta koleżanka całkowite zaćmienie umysłu, czy cwana firma postanowiła ją oskubać na karach umownych... podpisana umowa okazała się dla koleżanki wybitnie niekorzystna, bo zakłada, że nie ma pracować wg systemu zapisów, ale ma zagwarantować sztywny czas dla każdego pracownika zleceniodawcy zgodnie z załączonym wykazem (prawie 700 luda) co tydzień i to w określonym okienku godzinowym - żeby ktoś nie dostał rozmowy z psychologiem o 2.45 w nocy.

Innymi słowy, koleżanka ma zapewnić gotowość do obsługi prawie 700 osób w systemie jeden-na-jednego, czyli w czasie przewidzianym dla jednej osoby nie może pracować z kimś innym, bo płacą jej za gotowość dla tej jednej konkretnej duszy w konkretnym czasie. Godzina terapeutyczna "z człowiekiem" to u niej 40 minut, więc musi wytrzasnąć certyfikowanych psychoterapeutów (bo przecież podpisała umowę jako gabinet psychoterapii prowadzonej przez specjalistów), którzy, pracując dla niej, będą obstawiać ponad 400 godzin zegarowych tygodniowo. Jak by nie liczył, minimum 10-11 osób musi zatrudnić, żeby załatwić ten jeden kontrakt, a gdzie inni, dotychczasowi klienci? Na domiar - dla niej - złego, umowę podpisała jako przedsiębiorca, więc problem tego, że wynagrodzenie z realizacji takiego zobowiązania w żaden sposób nie pokryje kosztów pracy kilkunastu osób jest wyłącznie jej problemem - ryzyko zawierania zobowiązań biznesowych w przepięknie patologicznym wydaniu.

Żeby było ciekawiej, kara umowne są dość drakońskie dla przeciętnego człowieka (i małej firmy), ale nawet jako laik prawny od razu zwątpiłam, żeby sąd uznał je za niewspółmiernie wysokie i postanowił je uchylić, bo wyglądają na dość wyważone, kiedy się spojrzy na wartość kontraktu. To po prostu baaardzo niekorzystna dla koleżanki umowa. Gdybym nie zobaczyła na własne oczy, to bym nie uwierzyła, że można się tak samozaorać, prowadząc własny biznes w dużym mieście, zatrudniając ludzi i uważając się za Poważną Panią Przedsiębiorczynię, niemniej jednak - bo to pierwszy zawarty przez kogoś głupi kontrakt?

Ale! Gdyby na tym się skończyło, nie miałabym czego opowiadać. Koleżance było nie w smak zrywanie kontraktu i płacenie za to (i pewnie mierzenie się antyreklamą, bo duży załatwiony odmownie klient to zapewne także duży ferment), więc postanowiła szybko powiększyć zasoby ludzkie. Szybko i, niestety, tanio...

Odezwała się do mojej przyjaciółki, a swojej koleżanki przecież, która już jednym palcem trzyma dyplom ukończenia podyplomówki terapeutycznej i pozytywnie zakończonego cyklu certyfikacji. Może pomogłaby starej znajomej w potrzebie i zatrudniła się u niej? Przyjaciółka na to, że spoko, co prawda jeden etat już ma, ale jeśli warunki będą dobre, to jakoś przemęczy bieganie z pracy do pracy przez okres wypowiedzenia, bo w końcu duży klient, ścisła specjalizacja, stały grafik, praca ze znajomą...

No właśnie, warunki. Skoro przyjaciółka jeszcze nie ma "minimalnych wymaganych kwalifikacji", to chyba rozumie, że pensji wziętego psychoterapeuty dostać nie może (ale udawać takiego przed klientem już tak, przecież to zupełnie insza inszość)? Tutaj przyjaciółkę, jak mówiła, delikatnie zatkało, a kiedy odzyskała głos zapytała co w zasadzie koleżanka ma do zaoferowania?
Okazało się, że oferta ma same ciasteczka:
-jeśli przyjaciółka (albo ktoś nagoniony przez nią) ma status studenta, to można podpisać umowę o praktyki studenckie,
-jeśli ma status bezrobotnego, to można się umówić na staż z urzędu pracy,
-jak jest na samozatrudnieniu, to może wystawić koleżance fakturę,
-jeśli już koniecznie musi pracować bezpośrednio dla koleżanki, to ona proponuje 2200 netto i umowę-zlecenie, bo to warunków umowy o pracę nie wypełnia, skoro będzie pracować z domu.

Przypominam - koleżanka szuka "najlepiej już pełnoprawnych" psychoterapeutów, ewentualnie takich, którzy czekają już tylko na otrzymanie dokumentów poświadczających uzyskaną certyfikację. Żeby pracowali dla niej na pełen etat przy ratowaniu jej z szamba za darmo albo - jeśli już koniecznie muszą zarabiać - za minimalną krajową plus napiwek.

Kiedy przyjaciółka powiedziała, że chyba jej się klepki poluzowały pod deklem i to jakoś bardzo mocno, to usłyszała, że kiedy koleżanka ZACZYNAŁA w zawodzie, to wolontariat brała z pocałowaniem ręki, żeby zdobyć BEZCENNE DOŚWIADCZENIE, a przyjaciółka chce ją wycyckać z pieniędzy, na które koleżanka latami harowała, taka z niej zła przyjaciółka jest.

Cóż, przynajmniej się wczoraj pośmiałyśmy, kiedy wpadłam do niej na piwo.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (150)

#87296

(PW) ·
| Do ulubionych
Wylądowałam wczoraj na dywaniku u szefostwa i choć całą sprawę oplakatowano hasłami o dyskryminacji religijnej, wykluczeniu kulturowym i bezmyślnej podłości, to zdaje się, że tym razem poprawność polityczna ustąpi poprawności zdroworozsądkowej.

Wydaje mi się, że w wielu zakładach pracy istnieje zwyczaj zostawiania we wspólnej kuchni jakiegoś poczęstunku, kiedy obchodzi się imieniny/urodziny/awans/z jakiejś innej okazji. U mnie okazja nadarzyła się w weekend, więc wczoraj rano przytachałam do pracy wielgachną blachę babeczek i zostawiłam w socjalnym ku pospólnemu obżarstwu z kartką "Jedzcie ze mną cukier, bo jest powód, Ursueal". Kilka godzin później wszyscy pracownicy działu dostali wiadomość od jakiejś laski, którą kojarzę wyłącznie z kwartalnych nasiadówek (nie mój zespół, nawet na tym samym piętrze nie pracuje, więc nie wiem, co ona robiła w naszej kuchni), utrzymaną w tonie "bardzo mi się nudzi, więc się doj*bię". Cytuję wiernie:

"Kochani Koledzy, czy widzieliście talerz przepysznie wyglądających ciastek w kuchni na trzecim piętrze? Wspaniałe, prawda? Na pewno są wyśmienite! Niestety, nie mogłam się poczęstować, ponieważ z powodu BEZMYŚLNOŚCI osoby, która je tam zostawiła nie wiem, czy wolno mi je jeść. Z radością i ogromną wdzięcznością skosztowałabym tych muffinek, gdybym tylko wiedziała, czy przygotowano je w koszernej kuchni. A gdyby zjadł to ktoś, kto jest uczulony na jakiś składnik? To BARDZO PRZYKRE, że wciąż są wśród nas ludzie, którzy nie przejmują się specjalną sytuacją swoich kolegów z pracy. Zostawienie informacji nie boli! APELUJĘ O ELEMENTARNĄ PRZYZWOITOŚĆ I MYŚLENIE! Z ciepłymi pozdrowieniami, zatroskana koleżanka" - słowa wypisane wersalikami dodatkowo były czerwone. A co, trzeba się upewnić, że wszyscy zauważą.

Wykazałam się brakiem elementarnej przyzwoitości i odpisałam - również do wszystkich - bardzo prosto:
"Zatroskana koleżanko, piekłam pół nocy, więc odpowiadam krótko: JAK CI SIĘ COŚ NIE PODOBA, TO NIE ŻRYJ CUDZEGO. Nie pozdrawiam, Ursueal".

Zostało to przez Zatroskaną Koleżankę uznane za atak na tle religijnym i sprawa skończyła się u Wyższych Władz Firmowych, które same powiedziały zapłakanej zwolenniczce koszernej kuchni, że jeśli naprawdę jest ortodoksyjną Żydówką, jak zaczęła podkreślać, to niech do cholery wyjaśni, dlaczego w sobotę robiła sobie w pracy kawę z ekspresu, skoro był szabas, bo jej obecne lamenty i ogólny sposób postępowania nie sklejają się w spójną historyjkę, a linia obrony "chciałam tylko zwrócić uwagę na brak wrażliwości" nie spotkała się ze zrozumieniem ani szefów bezpośrednich, ani - później - wyższych niż bezpośrednich. No cóż, peszek.

Mnie zapytano tylko, czy musiałam używać niegrzecznych sformułowań, ale zadowolono się moją odpowiedzią, że przez taki mur absurdu miękkie pociski raczej się nie przebiją...

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (175)

#87216

(PW) ·
| Do ulubionych
Solidnie rozciągnęłam i wygięłam dzisiaj kręgosłup moralny i załatwiłam przyjacielowi L4, ale jakoś nie żałuję.

Przyjaciel po kilku zakrętach zawodowych trafił do podstawówki. Dzisiaj po południu zadzwonił do mnie i podzielił się relacją z tego tygodnia, bo w tym tygodniu przyszedł nowy uczeń. Od razu zaznaczam, że relata refero, ale przez lata znajomości ani razu nie miałam powodu, żeby zakwestionować przyjaciela wiarygodność.

W poniedziałek dwunastolatek(!) powiedział mu w czasie lekcji, cytuję, "j*b się, p*zdo", kiedy przyjaciel kazał pacholęciu siedzieć w ławce, a nie biegać po sali. Rodzice wezwani do szkoły obrali taktykę obronną "w domu tak nie mówi, więc niech pan nie przerzuca na nas swojego problemu, jego zachowanie w szkole to zmartwienie szkoły".
We wtorek i środę bezczelność (o ile to wciąż odpowiednie określenie) narastała i zainfekowała kilku innych młodocianych, którzy zaczęli wyzywać personel dydaktyczny, administracyjny i techniczny. Młodsze wiekiem, stażem i zahartowaniem w bojach nauczycielki podobno wychodziły z płaczem.

Tutaj chciałabym oddać honory i przekazać wyrazy współczucia sprzątaczce, która, słysząc od w-zasadzie-już-nie-dziecka "ruszaj się, gruba śmieciaro" nie zatłukła gnoja miotłą, tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że gorsze rzeczy w tej pracy przeżyła.

Na szczęście, jak relacjonował przyjaciel, połowa rodziców z grupy wezwanej w trybie natychmiastowym wykazała się zrozumieniem sprawy, jednak druga połowa rozłożyła ręce "bo panie, w domu jeszcze gorzej!", a trzecia połowa, w której rej wiodła parka z początku opowieści, skupiła się na głośnym dowodzeniu, że to przecież nie wina ich dzieci, tylko szkoły, że na takie coś pozwala(sic!), więc o co w zasadzie ma się do nich pretensje. Przyjaciel przyszedł do pracy o godzinie 7 rano i wyszedł z niej po 18, bo tak długo ciągnęła się przepychanka "ale moje dziecko ma prawo do wolności wypowiedzi i swoich poglądów".

W czwartek przyjaciel znowu został zwyzywany od "frajerów, poj*ebów, miękkich fiutów i ciot" przez wiadomego ucznia. Na szczęście wcześniej inne dziecko z klasy uprzedziło go, że niebożątko przechwalało się w szatni, że jak ktoś je w tej szkole choćby złapie za ramię z kadry, to rodzice tego kogoś przeciągną przez wszystkie możliwe sądy. Przyjaciel wie, że w konflikcie "małoletni-dorosły" w sprawie o pobicie dorosły jest na pozycji wyjściowo przegranej, więc zacisnął zęby i zgłosił dyrekcji, że oddaje sprawę do prokuratury, bo w końcu znieważenie funkcjonariusza publicznego.

Dzisiaj od rana dyrekcja prośbami, płaczem i groźbami próbowała go przekonać, żeby tego nie robił. Pomysłów na poprawę sytuacji dyrekcja nie ma, ale za to wie, że najwyraźniej przyjaciel - cytuję - "nie nadaje się do tego zawodu", skoro jest, ponownie cytuję, "taki przewrażliwiony". Po takim dictum przyjaciel tylko umocnił się w postanowieniu, że zniewagę zgłosi. Dyrekcja rozpłakała się, że w ogóle nie myśli o dobru szkoły i kazała mu pakować manatki - od nowego roku, bo nie ma nikogo na jego miejsce.

Facet pracuje w tej szkole od 5 lat. Dzieciak jest tam tydzień, a to jego dziewiąta(!) podstawówka i nie powtarzał żadnej klasy.

Ktoś mógłby zapytać, gdzie szkolny pedagog. Nie ma, bo szkoła zatrudnia psychologa, więc przepisy pozwalają nie zatrudniać pedagoga. Pani psycholog w lipcu urodziła dziecko, a na ogłoszenie o tym, że szkoła zatrudni kogoś na zastępstwo na rok nikt nie odpowiedział (byłabym zdziwiona, gdyby było inaczej), więc psychologa też nie ma.

Uznałam, że wolę sięgnąć po znajomości i załatwić kumplowi zwolnienie lekarskie niż odwiedzać go w areszcie, bo choć - w porównaniu choćby ze mną - jest ucieleśnieniem cnoty cierpliwości, to nawet jemu niedługo ta cierpliwość się skończy i jak przywali bachorowi, to ino roz, zdecydowanie nie za niewinność, ale przecież dzieci bić nie wolno. Szkodliwość społeczną oceniłam na jakby nieporównywalnie mniejszą.

Szkoda tylko, że zabawę w chorobę trzeba będzie ciągnąć do końca wakacji, bo dyrekcja nie zgodzi się na odejście za porozumieniem stron (przyjaciel mówi, że wciąż brakuje im ponad 15% minimalnego stanu kadrowego, bo nikt tam nie chce iść do pracy), a odejść ze szkoły może tylko 31 sierpnia. Cóż, pożyjemy, ponarzekamy na zdrowie, poczekamy, bo w cudowną przemianę wewnętrzną młodocianej patolni i jej rodziców nie uwierzę, póki nie zobaczę.

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (140)

#87127

(PW) ·
| Do ulubionych
Chyba zacznę brać pieniądze za pokazywanie studentom, jak nie dać się zrobić na szaro i orżnąć na kasę uczelniom, bo popyt coś przyjemnie rośnie.

Odezwała się do mnie siostrzenica, która trafiła na covidowo-personalny problem z zaliczeniem zajęć na uczelni, bo skoro ostatnio walczę z deformacjami systemu nauczania na podyplomówce, to może pokażę jej światełko w tunelu?

Dziewczynie przesunęli m.in. wszystkie laboratoria na wrzesień, bo przez internet się ich nie zrobi, więc teraz trwa "odrabianie zajęć po polskiemu", czyli - jak mówi młoda - burdel na kółkach i pożar w burdelu w jednym. Ktoś, kto projektował nadrabianie tych laborek musiał mieć mocno nasrane pod deklem, bo dla jednego przedmiotu zaplanował akcję "od wtorku do piątku po 7 godzin dziennie", żeby nadgonić do wymaganych 40 w semestrze, bo w papierach ma się zgadzać, co z tego, że tak skutecznie uczyć się i uczyć innych po prostu się nie da.

Ja też miałam te zajęcia na studiach i już wtedy mówiliśmy na nie "droga krzyżowa", bo zanim się zaliczyło, parę razy trzeba było upaść, rozedrzeć szaty i umrzeć ze zgryzoty - mając cały semestr na opanowanie materiału. Podobno od początku istnienia warunków na wydziale przynajmniej 40% każdego roku powtarzało ten przedmiot. Siostrzenica twierdzi, że u niej wygląda to identycznie, pomijając patologie postlockdownowe, a właśnie o nie cała sprawa wzięła i się złośliwie wywaliła.

Zaliczenie laborek u siostrzenicy miało wyglądać tak, że studenci w piątek o - dajmy na to - 18 kończą zajęcia, mają godzinę na uzupełnienie, wydrukowanie i przyniesienie sprawozdań dziennych i semestralnych, a o 19 zaczyna się kolokwium, w poniedziałek wieczorem są wyniki i we wtorek rano egzamin. Generalnie, żeby się w tym roku wyrobić z zaliczeniem, wszyscy musieliby przyjść w piątek z gotowymi sprawozdaniami z jeszcze niedobytych zajęć i już wykuci z tych zajęć do kolokwium, które będą pisać po całym dniu obciążającej pracy. No powodzenia.

Studenci zwrócili uwagę prowadzącej na samym początku (czyli we wtorek rano), że to, co im przedstawia jako rozwiązanie sprawy weryfikacji efektów ich pracy, to się kupy dupy nie trzyma i co to ma być. Siostrzenica mówi, że prowadząca tylko się na nich wydarła, że ona miała inne plany na wrzesień niż siedzenie cały czas na wydziale, że tak ma być, bo nikt nie będzie się z nimi bawić do października i i tak mają szczęście, bo w normalnym trybie zaliczaliby każde sprawozdanie oddzielnie co tydzień i studenci mogliby WRESZCIE wykazać się odrobiną zrozumienia, że uczelnia naprawdę idzie im na rękę, że mają wszystko skumulowane w jednym miejscu i czasie, a nie jedno spotkanie o 6 i drugie o 20.

Siostrzenica po pierwszym wywrzeszczanym zdaniu zorientowała się, że pola do dyskusji za bardzo z panią doktor nie ma, więc z kolegami poszła do kierownika przedmiotu, który ich wysłał na bambus, a konkretnie do prodziekana ds. dydaktycznych, który jest na urlopie do końca miesiąca, bo może. Prowadząca następnego dnia obsobaczyła ich jak parszywe psy w cygańskim taborze, bo jak to tak, skarżyć się na nią, że podnosi głos i jest niemiła. W tym momencie siostrzenica zadzwoniła do mnie, czy znam jakiś myk, żeby całą tę sytuację ucywilizować. Podumałam, zapytałam, ile kosztuje powtarzanie tego przedmiotu - BARDZO dużo - zapytałam, czy są jakiekolwiek szanse na dojście do porozumienia - NIE MA - poczytałam sylabusy, komunikaty, regulaminy, doradziłam, co wykombinowałam, powiedziałam, żeby szukali kompromisu, a jeśli do piątku nie znajdą, to mają wszyscy trzymać wspólny front i kazałam za wszelką cenę nie tracić nerwów.

W piątek kuzynka z kolegami zajęcia zaczęli od wyciągnięcia telefonów, powiadomienia pani doktor, że nagrywają rozmowę z nią, po jej proteście, że nie wyraża zgody odparli, że skoro za organizację tych laborek płaci podatnik, czyli oni i przedmiot jest kursowy, nie autorski, jest sytuacja konfliktowa i łamie się ich prawa jako studentów, to mają święte prawo, przeszli błyskawicznie do tego, czy podtrzymuje warunki zaliczenia, o których już powiedzieli jej, że są sprzeczne z sylabusem przedmiotu i regulaminem studiów. Na pytanie "jak państwo to sobie inaczej wyobrażają" grupa odpowiedziała, że to nie im płacą za organizowanie zajęć i uczelnia miała czas od marca, żeby to wymyślić, oni do czegoś takiego nie podejdą, bo to jawne działanie wbrew ich prawu do nauki i zdobywania zaliczeń. Po kilku minutach rozmowy telefonicznej prowadzącej z bliżej niezidentyfikowanym kimś pojawił się temat zarządzeń, które zmieniały sposoby organizacji zajęć i zaliczeń na całej uczelni, więc jest legalnie. To grupa zbiła ripostą, że w zarządzeniu mowa o "dostosowaniu do możliwości organizacyjnych jednostki" i "współpracy z przedstawicielami samorządu studentów", a w regulaminie studiów, który nie został uchylony jest wyraźnie napisane, że kalendarz zaliczeń i egzaminów musi być zaaprobowany przez studentów, więc oni jako grupa chcą zobaczyć harmonogram wydziałowy z pozytywną opinią wydziałowej rady SS, bo bez tego próba przeprowadzenia zaliczenia o 19 po całym dniu tych zajęć łamie regulamin studiów, prowadząca, namawiając ich do podejścia do niego, nakłania ich do ignorowania łamania ich praw, a na koniec moja siostrzenica dowaliła "i mamy to WIELOKROTNIE nagrane na żywo".

Ponoć pani doktor zrobiła się fioletowa na twarzy, wyszła i nie wróciła, więc grupa zrobiła listę obecności, zostawili ją na biurku, zrobili zdjęcia, że zostawili, drugą listę, wraz z dopiskiem, że całe zajście miało miejsce zostawili za potwierdzeniem w sekretariacie zakładu, który laborki prowadzi i poszli robić sobie weekend.

Dzisiaj rano moją siostrzenicę i jej kolegów wezwano w trybie pilnym na wydział. Siostrzenica odparła, że dzisiaj, zgodnie z grafikiem, nie ma nic do roboty w budynku uczelni, więc jeśli uczelnia czegoś od niej chce innego niż zajęcia i zaliczenia, to ona będzie dostępna w czwartek do południa, ewentualnie może przyjść jutro na 15 minut przed egzaminem. Koledzy odpowiedzieli podobnie. Podobno kobietę w słuchawce zatkało ze zdumienia.

Niecierpliwie czekam na czwartek.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (189)

#87186

(PW) ·
| Do ulubionych
Siła przymusu bezpośredniego ze strony naciągniętego po raz n-ty mięśnia brzuchatego zmusiła mnie do zgłoszenia się wczoraj wieczorem do chirurga w trybie pilnym.
W poczekalni ostrego dyżuru standardy cywilizacyjne po polsku, czyli człowiek na człowieku. Nie wystoję i nie wysiedzę na podłodze (bo z podłogi będą musieli mnie podnosić), więc dokuśtykałam do najzdrowiej wyglądającego człowieka i zapytałam, czy może się przesunąć na ławce, bo noga boli mnie jak cholera. Przesunął się, zmieściłam się, siedzę.

Nie minęło 15 sekund, kiedy kobieta znajdująca się jakieś 3 metry ode mnie bardzo głośno powiedziała, że ona nigdy nie zajęłaby zwolnionego miejsca bez zapytania wszystkich, czy im to nie przeszkadza, bo może ktoś chce usiąść, a nie ma odwagi poprosić.

Miałam jej powiedzieć, że na szczęście nie jestem nią (i dodać parę innych ciepłych słów), kiedy babka stojąca obok niej warknęła "Boguśka, ostatni raz ci mówię, weź się wreszcie zamknij, normalnie wstyd się z tobą pokazywać!". Boguśka spurpurowiała i zajęła się komórką.

Normalnie odrobinę wiary w ludzi nagle odzyskałam.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (172)

#87074

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam nadzieję, że jakiemuś śmieszkowi pomorek i franca zeżrą całą resztę życia.

Wybrałam się do pracy w bluzie z kapturem. Gdzieś po drodze - najpewniej w autobusie - ktoś wrzucił mi do niego trzy pety, kilka gum do żucia i zasmarkaną chusteczkę. Najwyraźniej łatwo pomylić mnie ze śmietnikiem.

Odkryłam to, kiedy naciągnęłam kaptur na głowę i poczułam, że coś jest nie tak, jak powinno z moim czerepem, ale na tym etapie miałam już włosy uwalane nosowydzieliną.

Dzień w pracy musiałam zacząć od czekania, aż wyschną mi wyprane w umywalce ciuchy i włosy, bo biednemu zawsze wiatr w oczy - dzisiaj miałam działać w chłodni, a tam bez czegoś grubego pod kitlem laboratoryjnym i z mokrą głową nie wysiedzę.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (192)

#86804

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam się na studia podyplomowe "rozwijające i kwalifikacje zawodowe podnoszące". 3/4 tych studiów jest psu na budę, bo powiela to, czego już się sama nauczyłam albo nauczono mnie na studiach "przedyplomowych", 1/4 kursów to rzeczy faktycznie dla mnie nowe albo podane w nowy sposób, do którego pewnie sama bym nie doszła.
Jeden z pierdołowatych (dla mnie) przedmiotów wymagał wysłania pracy zaliczeniowej do prowadzącej, żeby go zdać. Pracę napisałam, wysłałam i czekałam na ocenę. Przedmiotu nie zaliczyłam, co ciekawe, w polu komentarzy do oceny (gdzie powinna znaleźć się adnotacja, co było nie tak) powitała mnie pustka.
Skrobnęłam mail do prowadzącej, który mogę streścić do postaci "WTF?". Odpowiedzi nie dostałam, za to pojawił się komentarz: nie oddano pracy zaliczeniowej. Cóż... Wysłałam kolejny mail, który tym razem przyjął postać "WTF do ch*ja pana, tu masz babo screen z potwierdzeniem, że tę pracę dostałaś, które mi sama napisałaś 6 tygodni temu!". Odpowiedzi znowu nie dostałam (no coś takiego), komentarz został zmieniony na "praca nie spełnia warunków zaliczenia". Komentarza merytorycznego - gdzie, wg zasad zaliczenia tego przedmiotu, powinnam mieć wypisane, dlaczego i w jakim stopniu praca jest spieprzona - brak.

Przestawiłam się z trybu "to nieporozumienie" na "to jest wał i to wał na moją szkodę, więc nie odpuszczę" i wywaliłam mail, którego do "WTF" streścić już się nie da, a który wysłałam do prowadzącej, kierownika studiów podyplomowych i dyrektora instytutu, przy którym studia są prowadzone. W mailu podniosłam kilka kwestii, które sprowadzają się do dwóch pytań:
1) Dlaczego prowadząca skłamała, że nie dostała pracy, skoro wcześniej potwierdziła, że dostała?
2) Dlaczego przedmiot wciąż mam niezaliczony, skoro to prowadząca naruszyła warunki zaliczenia przedstawione na początku semestru, mianowicie nie oceniając pracy we wskazanym terminie od oddania i nie podając merytorycznego uzasadnienia oceny niedostatecznej w momencie jej wystawienia, do czego była zobowiązana w myśl ustalonych przez samą siebie zasad? Warunki zaliczenia, swoją drogą, zerżnięte słowo w słowo z innego przedmiotu włącznie z literówką, są wiążące dla obu stron, zatem skoro nie doszło do formalnie poprawnej oceny mojej pracy, odrzucam krzywdzącą dla mnie ocenę merytoryczną i domagam się zaliczenia przedmiotu z powodu nierzetelnego wykonania obowiązków przez prowadzącą.

Po tygodniu bez zmiany oceny (ha, ha, ha) i odpowiedzi od którejkolwiek ze stron (hłe, hłe, hłe), czyli w poniedziałek, podreptałam do działu prawnego w Jaśnie Fyrmie, gdzie przy kawce i własnoręcznie upieczonym serniczku zgłosiłam problem, po czym Pani Prawnik, w imieniu partycypującego w kosztach studiów, czyli Fyrmy oraz moim wyrąbała wezwanie do złożenia wyjaśnień i zwrotu opłaty za ten semestr w kwocie proporcjonalnej do wymiaru tego przedmiotu wobec całego semestru, skoro wykonanie umowy świadczenia usług edukacyjnych na podyplomówce jest, w ocenie mojej i Fyrmy, nienależyte. Dodała też zapowiedź zgłoszenia sprawy do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich i MNiSW, że takie śmierdzące sprawki mają miejsce.

Dzisiaj ocena została zmieniona na trójkę. Komentarza - co za niespodzianka - brak. Ustosunkowania się do wezwania do zwrotu kasy też brak, podobnie jak choćby głupiego telefonu z instytutu z przeprosinami.
Upiekłam drożdżowe z truskawkami i jutro idę pozawracać głowę kobitkom z działu prawnego, bo z czystej złośliwości pociągnę to dalej.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (251)

#86661

(PW) ·
| Do ulubionych
Z dzieciństwa został mi nawyk zamykania drzwi na klucz także od wewnątrz, kiedy jestem sama w domu. Nawyk, jak się dzisiaj przekonałam, słuszny, bo poznałam od gorszej strony jedną z sąsiadek, z którą do tej pory nie miałam do czynienia.

Godzina 10 z minutami, macham żelazkiem i setny raz przysięgam sobie, że od teraz będę prasować na bieżąco po każdym praniu (jasssne), kiedy klamka drzwi wejściowych kilka razy się porusza - ale jakoś tak cicho i ostrożnie, jakby ktoś sprawdzał, czy drzwi są otwarte.

Podeszłam, wyjrzałam przez wizjer - niby nikogo, ale usłyszałam, że coś się porusza w korytarzu, więc otwieram drzwi z pełnym rozmachem, bo złodziejstwa nie mam zamiaru tolerować (bo kto to niby miał być, jak nie złodziej?). I staję twarzą w twarz z [s]ąsiadką, o której wiem tylko, że mieszka gdzieś na wyższych piętrach, bo w życiu z nią słowa nie zamieniłam, nawet na "dzień dobry" na schodach odpowiada mi minimalnym skinieniem głowy.

Otwieram usta, żeby zapytać, co tu robi, ale zostaję uprzedzona:
[S] A czemu pani ma drzwi zakluczone, jak pani w domu jest?!
[Ja] CO??? - nie jest to może najbłyskotliwsza odpowiedź na świecie, ale ludzie, wbiło mnie w glebę.
[S] Pani jest w domu i drzwi zamyka, czemu tak?
[Ja] A pani po co do cudzego domu usiłuje wejść? Zgubiła pani coś u mnie?
[S] Ja do pani B. (poprzedniej właścicielki) przyszłam!
[Ja] To się pani mocno spóźniła, bo ona już prawie 2 lata tu nie mieszka.
[S] Ona zawsze miała drzwi otwarte, można było wejść i porozmawiać, a pani się zamyka! Nie można tak, z ludźmi trzeba żyć, z sąsiadami!
[Ja] A niby co to wszystko panią obchodzi, moje drzwi i moje mieszkanie. Jak pani chciała przyjść z wizytą, to mogła zapukać. JAK NORMALNY CZŁOWIEK. Bez zaproszenia to wchodzą złodzieje!
[S] Pani jest za pyskata, ja to zgłoszę!
[Ja] Niech się pani do psychiatryka prędzej zgłosi, jak się pani obcym do domu ukradkiem ładuje!
[S] Ja z chamstwem nie będę rozmawiać! I WSZYSTKO ZGŁOSZĘ!

Ponieważ większość tego kuriozum przechodziła od podniesionego głosu do krzyku i nazad, drzwi pootwierali inni sąsiedzi. Widać mieli dobrą rozrywkę, ale postanowili pomóc mi z tego wybrnąć.
[Sąsiadka inna] Pani XYZ, niech się pani znowu nie kłóci i nie zawraca ludziom głowy, tylko idzie do siebie, sobota jest, ja chcę mieć spokój! - i dołączyły do niej głosy poparcia.

Baba jeszcze pomamrotała coś pod nosem, ale bardzo szybko zmyła się jak niepyszna. A mnie oświecono, że 1) kiedyś pracowała w spółdzielni mieszkaniowej i z tamtych czasów jej zostało przekonanie, że w budynku jest panem i władcą, dlatego ludzi traktuje z góry, 2) poprzednią właścicielkę mojego mieszkania owinęła sobie wokół palca tak, że rzeczywiście wchodziła do niej jak do siebie i potrafiła siedzieć cały dzień, kiedy się wyprowadziła, zaczęła nachodzić innego sąsiada, 3) odkąd do tamtego zimą wprowadzili się córka z zięciem, to szuka sobie nowej ofiary w klatce, odstawiając różne dziwne akcje, w tym takie jak dzisiejsza, czyli pchanie się ludziom do domów "na kawę" albo przychodząc pożyczyć sól i siedząc, póki ktoś jej nie wyprosi.

Widać do mnie sąsiedzkie plotki docierają z większym opóźnieniem, ale ja dość mocno odstaję tu od średniej wiekowej i w zasadzie żyję pracą.

Chyba zamiast "dzień dobry" zacznę jej mówić "drzwi już sprawdzone?", bo wątpię, żeby mi się chciało budować z nią cieplejsze relacje.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (212)

#86588

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypadkiem wbiłam komuś szpilkę w sam środek rozdętego ego.

Napisałam artykuł, redakcja czasopisma skierowała go do recenzji, recenzję przesłała mi. Z częścią uwag się zgodziłam merytorycznie, część uwag przyjęłam dla świętego spokoju ("kolor tej krzywej proszę zmienić na niebieski, bo zielony jest nieładny"), nad jedną - zaznaczoną kilkunastoma czerwonymi wykrzyknikami - parsknęłam i stwierdziłam, że z czystej złośliwości nie ustąpię.

Publikacje w naukach technicznych i medycznych rzadko mają niewielką liczbę autorów. 7-8 i więcej nazwisk przy artykule na kilka stron nikogo nie dziwi i w moich odwołaniach takie przeważały.
Zwyczaj nakazuje w takich sytuacjach podawać nazwisko pierwszego autora i zaznaczać, że nie jest jedyny, więc mój adres bibliograficzny wyglądał mniej więcej tak: KTOŚTAM et al. blablabla.

Recenzja zaznaczyła mi to tak, jakbym napisała, że cząsteczka wody to pińcetplus atomów uranu. Mam wymienić wszystkich 11 autorów, inaczej nie ma mowy o dopuszczeniu tekstu do publikacji. Redakcja zajęła bardzo pomocne stanowisko "proszę odpowiedzieć w formularzu recenzyjnym, my nie możemy komentować recenzji".

Nie poprawiłam, bo nie będę robić z siebie kretynki na czyjeś żądanie, opis byłby dłuższy niż zdanie, w którym się odwoływałam do tamtego tekstu i jedyny taki w spisie piśmiennictwa. Recenzent nie dopuścił mnie do publikacji. Zapytałam redakcję, czy wysłali mój tekst do kogoś, kto tworzył cytowany tekst. "Oficjalnie nie mogę pani nic powiedzieć, ale sama pani widzi."
Wycofałam artykuł. Dzisiaj dostałam nieprzyjemny list z czasopisma, że przeze mnie tylko zmarnowali czas i pieniądze, bo redaktor się napracował, recenzent wziął wynagrodzenie za recenzję, a ja się zbiesiłam.

Pora emigrować, przynajmniej publikacyjnie.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (180)