Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Vanilla

Zamieszcza historie od: 10 maja 2019 - 20:35
Ostatnio: 18 lutego 2021 - 22:23
  • Historii na głównej: 2 z 3
  • Punktów za historie: 342
  • Komentarzy: 15
  • Punktów za komentarze: 41
 

#87640

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja rodzina mnie nie cierpi.
Nigdy mnie nie bili, nie skrzywdzili mnie fizycznie, ale wiele razy okazywali mi swoją pogardę. Nie chodzi teraz o rodziców, ale ciotki, wujków i dziadków.

Ogólnie - byłam wpadką. Matka przypadkiem zaciążyła mając 18 lat z moją siostrą, a dwa lata później ze mną. Rodzice nigdy nie ukrywali, że nie byłyśmy planowane, ale nigdy w dzieciństwie nie dali nam tego odczuć. Dalsza rodzina za to... cóż, chyba nie lubiła faktu, że się pojawiłyśmy. Najlepiej niech świadczy o tym fakt, że pierwszy raz tak naprawdę porozmawiałam z dziadkami, gdy zdawałam na prawo jazdy. Musiałam ukończyć 18 lat, by uznali mnie za ciekawą osobę, z którą można porozmawiać.
Nienawidziłam odwiedzać rodzinki, bo wiedziałam, że nikt nas tam nie chce. Przyjeżdżałyśmy, siadałyśmy przed telewizorem i tak siedziałyśmy kilka dni, aż do wyjazdu, by potem posłuchać, że w ogóle nie spędzamy czasu z rodziną.
Kiedyś spróbowałam. Mając jakieś 8 lat, usiadłam razem ze wszystkimi w głównym pokoju i przez pół godziny przysłuchiwałam się rozmów o ludziach, których nie znałam i sprawach, które małego dziecka po prostu nie interesują.
Kiedy rodzice nas strofowali, że cały czas siedzimy przed ekranem, byłam pewna, że to moja wina. Teraz nie wiem, czego od nas tak naprawdę oczekiwali, skoro nikt nie chciał ani z nami rozmawiać ani się bawić, a o polityce rozmawiać jeszcze nie umiałam. Teraz mam wrażenie, że jako dziecko nie byłam dla nich dość interesująca, by ktokolwiek się mną przejął.
Niby głupota, drobnostka, ale analizując to po latach wiem, że między innymi przez to zawsze się czuję niewystarczająca. Potrzebuję ludziom udowadniać moją wartość, bo inaczej nie czuję się wystarczająca, by ktoś poświęcał mi uwagę.

Opowiem wam dzisiaj dwie historie związane z moją Piekielną Ciotką. PC była najstarsza w rodzeństwie i chyba bardzo przeżywała, że moja matka pierwsza ułożyła sobie życie. Nie lubiła nas, co pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy sama doczekała się swoich dzieci.

Miałam lat 14, wyjechaliśmy z dziadkami nad jezioro. Dziewczyny siedziały na pomoście, ja stanęłam obok. Nagle PC razem z drugą ciotką zaczynają się śmiać, że, mam nieogolone nogi. Zaczęły mnie dotykać i drwić, że włoski mam takie ciemne i szorstkie. Chyba nie muszę mówić, że dla dojrzewającej nastolatki to był ogromny wstyd. Do dzisiaj nie jestem w stanie założyć krótkich spodenek, jeżeli wcześniej bardzo dokładnie się nie ogolę.

Innym razem wszyscy wsiedliśmy do samochodu. PC była wtedy w drugiej ciąży. Siedzimy, a ona wtedy zaczyna ostentacyjnie coś wąchać. Zaczęła mówić, że coś jej śmierdzi i zaraz zwymiotuję. Rodzinka zgodnie stwierdziła, że to na pewno ja.
Było mi strasznie wstyd. Wyszłam z samochodu i chciało mi się płakać. Byłam w podobnym wieku co w pierwszej historii i było mi okropnie głupio. Nikt się nawet nie wysilił na odrobinę subtelności, po prostu wspólnie mnie wyśmiali, że śmierdzę. Do dzisiaj się zastanawiam, jak można tak powiedzieć dojrzewającej nastolatce.
Co wtedy zrobiła moja mama? Przyniosła mi koszulkę i kazała się przebrać, jednocześnie utwierdzając młodą Vanillę, że to całkowicie odpowiednie, zachowywać się w ten sposób.

Może to ja jestem przeczulona, ale takich historii było znacznie więcej. Na palcach jestem w stanie zliczyć, gdy dalsza rodzinka była dla mnie miła, a większość tych sytuacji i tak zdarzyła się, gdy byłam już dość "wartościowa" by z nimi rozmawiać i dość pyskata, by nie dawać się oczerniać. Mimo to, podejrzewam, że częściowo to im zawdzięczam niską samoocenę i przekonanie, że jeżeli nie będę dość wartościowa, nikogo nie będę obchodzić.

Od dawna chciałam się podzielić moim żalem, ale zawsze mnie coś powstrzymywało. Jeżeli historia się przyjmie, podrzucę więcej.

rodzina

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (194)
poczekalnia

#87742

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znacie prawo Murphy'ego?
"Wszystko co może pójść źle, pójdzie źle".
Jakby istniało pierwsze prawo Vanilli, brzmiałoby ono:
"Jeżeli ktoś ma jakiś wybór, na pewno nie wybierze ciebie".
Dzisiaj opowiem o tym, jak mój ojciec stwierdził, że jego nowa dziewczyna jest ważniejsza niż ja.

Rodzice się rozwiedli jak byłam nastolatką. Nie było to przyjemne, ale nie miałam problemów, by sobie z tym poradzić. Trochę bolało, bo kontakt z ojcem się ewidentnie pogorszył, ale jakoś sobie żyłam, akceptując nową rzeczywistość.
Rodzicom dość szybko wyjaśniłam, że nie mam nic przeciwko, by sobie znaleźli kogoś nowego, ale nie chcę w tym uczestniczyć. Nie miałam ochoty na wspólne obiadki czy wypady z obcą mi osobą, która czułaby się w obowiązku ze mną zaprzyjaźniać. Słowem - niech robą co chcą, ale nie chcę się w to mieszać.
Czas mijał, zaczęły się zbliżać święta. Zawsze je spędzamy najpierw u rodziny matki, potem ojca. Taka tradycja. Wtedy ojciec zaprosił mnie do siebie i powiedział, że chciałby na rodzinny obiad zabrać swoją nową dziewczynę. Kompletnie sobie tego nie wyobrażałam, bo o dziewczynie słyszałam pierwszy raz w życiu i nie chciałam nagle udawać, że jest częścią rodziny.
Powiedziałam ojcu, że będę się czuła przez to strasznie niekomfortowo i zaproponowałam, że może w tym roku święta po prostu spędzę z matką. Ten pomysł z kolei nie spodobał się ojcu i finalnie poszliśmy na układ. Skoro ja przyjeżdżam w pierwszy dzień świąt, niech wigilię spędzą razem, a potem się "wymienimy". Oboje się na to zgodziliśmy, czas leciał.
Tu muszę zaznaczyć, że od jednej rodziny do drugiej dzieli nas kilka ładnych godzin drogi, a w święta dojazd jest ograniczony. Muszę najpierw pociągiem przejechać kilka godzin do większego miasta, skąd zgarniał mnie ojciec.
Pierwszy dzień świąt. Wstaję rano, zbieram się, tłukę się jednym pociągiem, potem przesiadam do ojca. Jechaliśmy tak chwilę, aż w połowie drogi zatrzymaliśmy się na stacji. Zauważyłam, że ojciec miał lekko skwaszoną minę, więc czułam, że coś się święci. Wziął mnie na bok i zaczął.
- Wiesz Vanilla, bo jest sprawa. Wiem, że się umawialiśmy inaczej, ale musisz wiedzieć, że dalej jest u rodziny moja dziewczyna. Uznałem, że byłaby samotna w święta, nie miała do kogo pojechać, więc zostaje.
Milusio. Nawet się nie wysilił, by mi to powiedzieć wcześniej. Tylko jakby to zrobił, nim kilka godzin tłukłam się pociągiem z walizkami, to na pewno bym nie przyjechała. Gdy ja wychodziłam z szoku, on kontynuował.
- No więc nie mogła zostać sama na święta. Ale jeżeli nie chcesz z nią spędzać czasu, mogę cię odwieźć zamiast tego do domu, albo nawet do rodziny matki.
Tutaj kompletnie mnie zatkało. Czułam, jakby mnie spoliczkował. Nie mógł zostawić swojej dziewczyny samej, ale bez mrugnięcia okiem był gotów mnie odwieźć do domu. I to wtedy, gdy cały pierwszy dzień świąt spędziłam, by tam dojechać.
Nasze mieszkanie było akurat niedaleko, więc jestem święcie przekonana, że bez mrugnięcia okiem by mnie tam zostawił. Bez względu na to, czy byłabym tam sama.
Nie wiem, czy naprawdę by mnie odwiózł do dziadków od strony mamy.
Podejrzewam, że nie, ale chciał dać mi złudzenie wyboru. Tak naprawdę zostałam jednak postawiona pod ścianą. Jakbym nie przyjechała, cała rodzina by się pytała, co się stało, czemu ojciec po kilku godzinach wrócił sam. I wstyd było mi wrócić do matki i przyznać się do sytuacji. Że po prostu mnie wystawił i wyrzucił.
A to wszystko dla dziewczyny, którą znał kilka miesięcy.
Wiedziałam, że wybór mam jeden, przełknęłam dumę i pojechałam, chociaż całą drogę wstrzymywałam łzy. Może ktoś stwierdzi, że to głupie, ale poczułam się dla niego kompletnie nieważna. Powiedział mi wprost, że dziewczyny, z którą jest kilka miesięcy, nie zostawi samej, więc mogę się z tym pogodzić, albo spadać.
Pamiętam, jak podczas obiadu świątecznego chciało mi się płakać.
Miałam ochotę wyjść i nawet spędzić święta sama. Ciężko było tego nie zauważyć, więc finalnie święta miałam zrujnowane ja, a ojciec z dziewczyną czuli się przy mnie bardzo niekomfortowo.
Wkrótce potem zerwali. Po jakimś czasie ojciec mi powiedział, że to w sumie z mojej winy, bo jego dziewczyna czuła się źle podczas świąt, że nie okazałam jej sympatii.
Cóż, jakoś nie jest mi przykro.

rodzina

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (95)

#84558

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Aime Sii o jej cesarskim cięciu, przypomniała mi sytuację z ostatnich świąt.

Ogólnie jestem osobą już pełnoletnią, ale jeszcze nie samodzielną życiowo. Oficjalnie jestem dorosła, ale jeszcze nie mogę sobie pozwolić na wynajęcie mieszkania, opłacenie rachunków etc. A chociaż nie przewiduję tego w najbliższych latach, to kiedyś chcę mieć dzieci. Jednak prawdopodobnie część ludzi nigdy nie uzna mnie za matkę.

Czemu? Otóż postanowiłam sobie już jakiś czas temu, że nie chcę rodzić, tylko zaadoptować dziecko.

Szanuję bardzo wszystkie kobiety, które zdecydowały się na ciąże, nawet je podziwiam, ale ja osobiście nie potrafię sobie tego wyobrazić (zaraz zlecą się osoby, które będą mnie hejtować za to, rozumiem). Dla mnie ciąża jest czymś po prostu... wybaczcie za określenie, ale obrzydliwym. Nie potrafię sobie wyobrazić, że coś by we mnie rosło, widok ciężarnego brzucha bardziej mnie odrzuca, niż zachwyca, a widząc filmiki, jak dziecko się rozpycha i widać jak się rusza, aż dostaję dreszczy.

No i wszystkie historie o tym, jak okropna potrafi być ciąża, dodatkowo mnie odrzucają. Mimo to, chcę pewnego dnia wychować jakieś dziecko, dać mu dom, edukację i miłość. Adopcja wydaje mi się rozwiązaniem bardziej niż oczywistym. Ja nie będę musiała się męczyć z ciążą (leniwa ze mnie gówniara, która nie chce się poświęcić dla dziecka, wiem), a ktoś zyska prawdziwe życie, zamiast spędzać je w sierocińcu. To ma dla mnie znaczenie, a nie opinia ludzi.

Po tym przydługim wstępie, chciałabym się cofnąć do bożego narodzenia 2017r. Jak zawsze spędzałam ten czas u rodzinki w innym mieście. Po obiedzie zeszło na różne tematy i wujek zaczął wypytywać mnie o życie, plany, przyszłość i tak dalej. Rozmowa tak się potoczyła, że w końcu powiedziałam, że gdy nadejdzie czas, to chcę zaadoptować dziecko, a nie rodzić.

Powiedziałam wszystkim, że to dla mnie nie jest naturalne, że wydaje mi się to niesmaczne i po prostu nie chcę tego przeżywać. Nie sądziłam, że rozpętam tym piekło.
- Ale jak to nie chcesz rodzić? Przecież to najlepsze, co może spotkać kobietę!
- Kobiety od wieków rodzą i nie widzą w tym problemu, a ty wydziwiasz.
- A co powie twój facet, że ma wychowywać cudze dziecko? (Nie mam chłopaka, ale gdyby którykolwiek kazał mi zajść w ciążę, to na pewno bym stwierdziła, że nie nadaje się na ojca moich dzieci).
- A gdyby twoi rodzice nie chcieli mieć dzieci? To co wtedy? (P.S nie chcieli. Po prostu wzięli odpowiedzialność za to, co zrobili, co bardzo doceniam).
- Jak spotkasz faceta to ci przejdzie, teraz tak mówisz.
- To obowiązek każdej kobiety, by być w ciąży
- Jeżeli zaadoptujesz, to nie będziesz się czuć prawdziwą matką, bo to nigdy nie będzie twoje dziecko.
- Zaadoptowanego nie pokochasz tak, jak prawdziwego.
I tego typu podobne.

I wiecie, co jest w tym najgorsze? Że większość tego tekstów, jaka to ciąża nie jest wspaniała, rzucał... wspomniany wcześniej wujek. Babcia coś dorzuciła, ale większość kobiet w rodzinie nie wypowiedziało się ani słowem.

Jedynie facet, który nigdy nie miał nawet możliwości poczucia, albo zrozumienia, jak to jest, tłumaczył mi, że jako kobieta mam moralny obowiązek urodzić dziecko, jednocześnie robiąc z mężczyzn męczenników, bo ci muszą przecież znosić kobiety w ciąży, ich zachcianki i zmiany nastrojów, a one "tylko" muszą to przeżyć...

Rozmowę skończyłam w momencie, gdy pijany wujek zaczął mówić, że zawsze mogłabym zajść w ciąże w wyniku gwałtu...

rodzina

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (182)

1