Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 11 lutego 2026 - 16:13
  • Historii na głównej: 178 z 201
  • Punktów za historie: 23681
  • Komentarzy: 871
  • Punktów za komentarze: 6143
 
poczekalnia

#92614

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem pełna podziwu dla pani złodziejki z galerii przy dworcu w Krakowie, bo po moich doświadczeniach w Hiszpanii naprawdę obsesyjnie pilnuję portfela i ogólnie torebki - do korzystania mega niewygodna, oprócz dużej i uciążliwej na co dzień "klapki" chroniącej zawartość ma również zamykanie na suwak, czego pilnuję. No ale pani złodziejce się udało... Przykro mi, że tak wybitne zdolności zostały "wycenione" na jakieś 20-30 zł (tyle gotówki miałam).

Dzięki za wyrzucenie portfela w miejscu kradzieży, dzięki czemu go odzyskałam (zgłosiłam w sklepie kradzież, zostawiłam swój nr tel.).

Po namyśle dochodzę do wniosku, że polscy złodzieje są bardziej inteligentni od tych w Hiszpanii (tu już nie chodzi o technikę kradzieży, bo naprawdę była perfekcyjna, ja wiem KIEDY, ale naprawdę nie wiem JAK), bo nawet nie próbowała użyć karty płatniczej - zablokowałam, więc dostałabym info od banku, że ktoś próbował się posłużyć zablokowana kartą. W Hiszpanii była próba płatności moją kartą.

Jeśli ktoś uzna, że piekielna byłam ja, bo dałam się okraść dwukrotnie w przeciągu kilku miesięcy, to nawet się zgodzę... Właśnie rozważam opcję noszenia "nerki" zamiast torebki i płacenia telefonem.

galeria_handlowa

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (6)

#92603

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia w poczekalni przypomniała mi informacje, jakie kilka lat temu otrzymałam od MOPS-u odnośnie właśnie pomocy podopiecznym w wykupieniu leków.

Otóż podobno wyjątkowych sytuacjach (przy czym nikt nie doprecyzował, na czym by miała polegać "wyjątkowość" sytuacji) MOPS może pomóc w wykupieniu recepty na - UWAGA, UWAGA!!! - leki ratujące życie. Uprzejmie informuję, że nie ma czegoś takiego, jak "leki ratujące życie". Tzn. nie ma żadnej grupy leków tak określanych, każdy lek może być tym ratującym życie, nawet aspiryna zażyta w odpowiednim momencie. Albo zwykłe wapno.

No dobra, ale przyjmijmy za dobrą monetę to określenie, może mieli je w jakiś swoich wewnętrznych wytycznych. Tak na logikę, człowiek potrzebujący "leków ratujących życie" raczej jest w nienajlepszym stanie fizycznym, skoro już trzeba "ratować życie", nie? I cóż taka osoba ma zrobić, żeby uzyskać z MOPS-u pieniądze?

Hmm, no po pierwsze do lekarza po poradę i receptę. Potem zapewne taka osoba uda się do MOPS-u, gdzie poinformują ją, że ma przynieść wycenę tych leków - zabijcie mnie, ale nie pamiętam, czy zwykła wycena z pieczątką apteki by wystarczyła, czy chcieli fakturę pro forma, ale to w sumie nieistotne. Z tą wyceną/fakturą z powrotem do MOPSU, jak szczęście dopisze, to się zdąży jeszcze tego samego dnia, jak nie, to na drugi dzień. Pani socjalna obejrzy i zaakceptuje (albo nie, ale ja przedstawiam tutaj optymistyczny scenariusz). Wydaje decyzję i też nie wiem, czy w trybie natychmiastowym, czy np. trzeba po nią przyjść za kilka dni. Z tą decyzją należy udać się do kasy po pieniądze (to było ładnych parę lat temu, pieniądze tylko w kasie), która jest otwarta dwie godziny dziennie.

No i potem już można iść i wykupić leki. Delikatnie podkreślam, wszystko to ma zrobić osoba będąca w takim stanie, że potrzebuje "leków ratujących życie".

Fajnie, nie?

MOPS

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (119)

#92328

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Fragment przepisów dotyczących przewozu psów (nie będę wklejać, bo długie i nudno napisane, to mój skrót) - pies w komunikacji miejskiej ma mieć kaganiec lub być z zamykanym transporterku, z którego nie wystaje głowa.

Jadę z Maleństwem autobusem. Wsiadłam, a kierowca się burzy "kaganiec!!!". Kurde, Maleństwo właśnie w transporterku, obrażona jak cholera, no ale przepisy to przepisy.

"Nie mam kagańca, jest zamknięta i głowa jej nie wystaje, może jechać". "Musi mieć kaganiec!". Grzecznie wygooglałam odpowiedni przepis i pokazuję panu kierowcy, no beton. "Musi mieć kaganiec!". Zgryźliwie zapytałam, czy mogę jej wstążeczkę na pyszczku zawiązać, pan kierowca się zapluł i zaczął na mnie drzeć. "Proszę wysiąść, nie pojedzie pani z psem bez kagańca!". Hmmm... To proszę wezwać Policje albo Straż Miejską, bo ja mam bilet, mam psa przewożonego zgodnie z przepisami i nie pozwolę się wyrzucić z komunikacji miejskiej.

Pan kierowca z wielkim fochem wyraził łaskawe pozwolenie na przewóz psa.

Zna ktoś fajną ofertę na kagańce dla "ciułałki"?

komunikacja_miejska

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (172)

#92246

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dobra, miałam tego nie wrzucać... Ale historia w poczekalni... (dalej wiesz, co chcę napisać).

W miejscowości na tyle bliskiej od mojego miasta, żeby to się znalazło na naszym portalu informacyjnym, pies pogryzł dziecko. Może ktoś skojarzy (jak nie, to żaden problem), czterolatek pogryziony przez buldoga francuskiego.

Jako "psiara" - właścicielka i miłośniczka psów i tak stanowczo protestuję przeciwko zrzucaniu winy na dziecko bądź jego opiekunów! Od razu mówię, nie byłam świadkiem, informacje czerpałam z kilku postów i artykułów, z których przynajmniej dwa rzetelnie opisywały przebieg sytuacji.

"Ha, ha, ha, jak buldog francuski mógłby aż tak dotkliwie kogoś pogryźć, mam takiego psa, to jakaś ściema!". No fajnie, że masz buldożka francuskiego. Zdajesz sobie sprawę, że mimo wielu lat modyfikacji w hodowli nadal masz BULDOGA? Psa o ogromnej sile zacisku szczęk? Owszem, skrócenie kufy na pewno ten zacisk nieco zminimalizowało, ale to nadal buldog. Tak samo jak york nadal jest terierem, a nie maskotką do noszenia w torebce.

"Pies nie zaatakuje bez przyczyny". Owszem. Znasz swojego psa na tyle, żeby wiedzieć, co może być powodem do ataku? Tutaj dziecko siedziało na trawniku, bawiło się. Może wykonało gest przez psa odebrany jako agresja w jego stronę. Może sięgnął po zabawkę, którą chwile wcześniej pies dostrzegł jako "porzuconą" i uznał za "swoją"? Może zrobiło cokolwiek innego, dla ludzi normalnego, przez psa odebranego jako zagrożenie/atak?

"Pies powinien być na smyczy!". Powinien. Tylko że był. Na smyczy typu flexi, która daje zerową kontrolę nad psem. Nie będę się rozwodzić nad tym typem smyczy, powiem krótko - BMW to nie jest złe auto, tylko trzeba pamiętać, że posiada kierunkowskazy. Flexi to nie jest zła smycz, tylko trzeba pamiętać, ze posiada BLOKADĘ. Jednego i drugiego UŻYWAMY. Tak na marginesie - pies nie musi być na smyczy. Pies ma być pod kontrolą właściciela. Ja osobiście mam większe zaufanie do psa, który na komendę "noga" idzie grzecznie przy nodze właściciela nawet jak mu się stado kotów przespaceruje pod nosem, niż do psa na smyczy flexi bez włączonej blokady, który na pierwszy-lepszy bodziec odskakuje na dwa metry - co zrobicie, jeśli prosto pod jadący samochód???

"Co zrobiło to dziecko, że pies go pogryzł?". Wiecie co? G*wno. Cokolwiek by nie zrobiło, wina jest właściciela psa. Mam psa małej, "słodkiej" rasy. I po ostatnim spacerze, kiedy dopadło mnie stado dzieciaków, nie pozwalam psa brać na ręce. Owszem, sunia zadowolona i zachwycona, że jest głaskana i przytulana, lizała dzieciaki po twarzach, ale co, jeśli któryś ją mocniej ściśnie? To szczeniak, na zagrożenie/ból zareaguje ząbkami, może ugryźć w tą twarz, którą przed chwilą lizała... To JA jestem dorosłą osobą i właścicielką psa i to JA mam nie dopuścić do takich sytuacji. Nawet jeśli otrzymam łatkę "tej wrednej pani, co nie pozwala słodziaka brać na ręce".

Wydaje mi się, że brakuje zrozumienia z obu stron. Od właścicieli psów, że NIGDY nie poznasz swojego psa tak na 100%, czy nie zareaguje niewłaściwie w jakiejś sytuacji, jak i od dzieci i ich rodziców, że np. ciągnięcie psa za ogon lub "przytulanie" z całej siły to nie jest dobry pomysł...

Szanujmy się nawzajem. Starajmy się zrozumieć. I naprawdę będzie się nam lepiej żyło.

P.S. Sytuacja będąca podstawą historii zakończyła się odnalezieniem właściciela psa (uciekł z miejsca zdarzenia). Niestety, za późno, aby uchronić dziecko przed przyjęciem szczepionek p/wściekliźnie - pies okazał się szczepiony. Grozi mu (właścicielowi, nie psu) do trzech lat pozbawienia wolności. Psu zapewne grozi uśpienie, o czym nikt nie wspomina. Bo ma debila, nie właściciela...

miejsce_publiczne

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (187)
poczekalnia

#92572

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Rzuciła mi się w oczy g*wnoburza w inernecie na temat nauczycielki pewnej szkoły, co to niby krzyż ze ściany zdjęła i wyrzuciła go do śmieci... I tu naprawdę nie chodzi mi o to, czy to faktycznie był krzyż czy tam krucyfiks, czy też (jak twierdzi nauczycielka) zabawka wydrukowana w drukarce 3D, która dzieci się bawiły, rzucając nią do siebie nawzajem i przeszkadzając w lekcji.

Nie, mnie tu bardziej interesuje, jaka odpowiedzialność karna grozi MNIE i innym opiekunkom... Już wyjaśniam.

DPS jak to DPS, zdarza się, że ludzie umierają. Są to starsi ludzie, zazwyczaj mocno wierzący, tych dewocjonaliów mają nazbierane sporo. Jeśli mają jakąkolwiek rodzinę, to po posegregowaniu i spakowaniu rzeczy pytamy, co mamy z tym zrobić. Odpowiedź - WYRZUCIĆ. Tzn. czasem chcą wziąć telewizor czy lodówkę, którą wcześniej babci/cioci kupili, ale nawet i to nie - "proszę oddać innym podopiecznym, resztę wyrzucić".

No więc tak robimy. Lodówka, telewizor, czajnik elektryczny "idą" do pokojów, w których nie było takiego sprzętu, ciuchy są selekcjonowane i te w dobrym i bardzo dobrym stanie rozdawane innym podopiecznym, reszta jest wyrzucana... Tak, krzyże, krzyżyki, różańce, święte obrazki, figurki świętych itp. idą do śmieci.

To ile mi za to grozi?

dom_pomocy_społecznej

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (82)

#92538

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii użytkownika jotem02 i komentarzy pod nią, tak mi się przypomniało. Nie o świątecznej paczce, o żywności z MOPS-u. Bo jak za darmo, to mają brać i żreć, nie?

Miałam znajomą, która krótko korzystała z tej pomocy żywnościowej MOPS-u. Dawno temu to było, minimum z 10 lat albo i więcej. Otóż wśród produktów żywnościowych dawanych przez MOPS były takie puszki, które zawierały pulpety? klopsiki? No jakieś coś w sosie pomidorowym chyba i to coś było absolutnie nie zjadliwe. Serio, nie pomagało doprawianie, próby przeróbki na inne danie, co by się z tym nie zrobiło, było obrzydliwe do porzygu... Doświadczalnie sprawdzone, że nawet psy nie chciały tego jeść.

I potem wysyp oburzenia, że za darmo dostają, a ludzie to na śmietnik wyrzucają! No sorry, inne dania (wtedy dawali sporo takich gotowych dań w puszkach) też cudowne nie były, ale z dużą ilością przypraw i jakimś minimum talentu kulinarnego dało się je zjeść. Tego - nie! Wiem, bo próbowałam - delikatnie napominając ową znajomą, że dlaczego chce to wyrzucić, zostałam poczęstowana...

No ale za darmo dostawali, więc mają nie wybrzydzać, nie?

pomoc

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (94)

#92490

przez (PW) ·
| Do ulubionych
"Ale ty głupia jesteś...".

Ponad tydzień temu skręciłam nogę. Jak ostatnia sierota, po prostu źle stanęłam no i stało się. Zawiadomiłam kierowniczkę, że w związku z powyższym nie przyjdę do pracy (może zdąży jeszcze kogoś ściągnąć na zastępstwo), doczekałam do godziny otwarcia przychodni i umówiłam się do lekarza. Wiadomo, L4, skierowanie na prześwietlenie i zalecenia, jak dbać o skręconą kostkę.

W ciągu tego tygodnia miałam kilka telefonów od koleżanek z pracy (dotyczących różnych spraw), ale każdy z nich prędzej czy później poruszał kwestię "a dlaczego tego nie zgłosiłaś jako wypadek w drodze do pracy?".

Hmmm... Bo NIE jechałam jeszcze do pracy? Wychodziłam z psem (w sumie to wracałam), kiedy skręciłam kostkę.

"Głupia jesteś, na godzinę przed rozpoczęciem pracy z automatu masz wypadek w drodze do pracy!". Aha. Tylko że to było +/- dwie godz. przed rozpoczęciem pracy.

"No i co z tego, trzeba było powiedzieć, że godzina, że na autobus szłaś!". Kurde, nie szłam na autobus, wychodziłam z psem!

"Głupia jesteś, a kto to sprawdzi?". No kurczę, pisałam sms-a do kierowniczki, jak tylko się zorientowałam, że moja noga nie nadaje się do użytku.

"Głupia jesteś, po coś jej od razu pisała? Trzeba było odczekać, miałabyś wypadek w drodze do pracy i 100% L4!".

No głupia jestem. Albo po prostu uczciwa, co chyba w dzisiejszych czasach to samo oznacza.

praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (176)

#92485

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakby ktoś chciał, to może sobie najpierw przeczytać, ale niekonieczne https://piekielni.pl/88828#comments

Jakieś trzy lata temu ojciec mojego dziecka doszedł do wniosku, że utrudniam mu kontakty z córką. W związku z tym złożył wniosek do sądu o ustalenie tychże kontaktów. Spoko, na pierwszej rozprawie grzecznie powiedziałam, ze JA nie mam nic przeciwko kontaktom dziecka z ojcem, ale nie jestem w stanie zmusić córki do spotkań, na które ona nie ma ochoty. Żeby nie przedłużać wstępu - za zgodą obu stron sąd zarządził badania w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej.

Wyniki tychże badań nie były dla mnie niespodzianką, biegli stwierdzili, że:

- matka nie utrudnia dziecku kontaktów z ojcem;
- wręcz przeciwnie, motywuje dziecko do spotkań, co niestety nie przynosi rezultatów;
- dziecko odmawia spotkań z ojcem, ponieważ nie czuje z nim więzi;
- zanik więzi jest spowodowany tylko i wyłącznie wcześniejszym postępowaniem ojca;
- ojciec nie widzi swojej "winy" w zaniku więzi;
- ojciec liczy na to, że po zgłoszeniu "problemu" ktoś go rozwiąże, nie widzi potrzeby zmiany swojego postępowania i pracy nad sobą.

Po odniesieniu się przez sąd do wyników badań, ojciec dziecka wycofał swój wniosek o ustalenie kontaktów. Dlaczego teraz piszę o tej starej sprawie? Bo złożyłam wniosek o podwyższenie alimentów, jednym z argumentów ojca dziecka, że nie będzie płacił więcej, było "matka dziecka utrudnia mi kontakty z nim!!!". Biorąc pod uwagę, że kilku stronnicowy dokument badań z poradni mam ja, on i jest on w aktach sądu, to chyba samozaoranie level expert.

P.S. Żeby nie było - ja nie neguję, że istnieje coś takiego jak alienacja rodzicielska. I że są matki, które z premedytacją utrudniają ojcu kontakty z dzieckiem. Ale to naprawdę nie ten przypadek.

relacje_rodzinne

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (157)

#92449

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiałam się, czy wrzucić tę historią, bo duuużo do wyjaśniania. Ale dobra, postaram się krótko.

Byłam z Młodą na takich "spóźnionych" wakacjach zagranicznych. I mimo że pilnowałam portfela, wystarczyła chwila nieuwagi (nawet dokładnie wiem kiedy), a ukradziono mi go. Strata prawie żadna, nawet 10 euro tam w gotówce nie było, tylko karta do bankomatu (którą zablokowałam parę minut po kradzieży) i niestety mój dowód. Kradzież nastąpiła w piątek po południu, konsulat czynny w poniedziałek od 10.00 rano, przelot powrotny o 8.50. Tak, wiedziałam, że nie polecę, chociaż po telefonie na alarmowy nr tel. konsulatu (czynny również poza ich godzinami urzędowania) usłyszałam, że jeśli mam dokumenty zgłoszenia kradzieży (miałam), to mogę spróbować wejść na pokład samolotu na ich podstawie, czasem to "przechodzi".

No "nie przeszło". Spróbowałam tylko dlatego, że lot był wcześniej niż otwierali konsulat, co mi szkodziło spróbować. Liczyłam się z tym, że jednak tym planowym nie polecę. W ostatniej chwili wytargali też z samolotu Młodą, nie, ona też nie poleci - przez odprawę przeszła bez problemów. Powód? No cóż, bilety były na jedyną chyba linię lotniczą, która granicę dla samodzielnego podróżowania ma ustawioną na 16 lat. Młoda ma skończone 15.

Ale nie to jest piekielne, bo skoro takie mają przepisy, to muszą się ich trzymać, a ja decydując się na tą, a nie inną linię lotniczą zaakceptowałam te warunki. Generalnie usiłowali być pomocni i znaleźć mi inne połączenie lotnicze na późniejszą godzinę, kiedy już załatwię w konsulacie duplikat dokumentu. I z wielkim triumfem oznajmili mi, że jest! JEDEN bilet na następny dzień, na tą samą godzinę!

No i co ja mam ku*wa zrobić z tym jednym biletem? Która z nas ma polecieć? Młoda nie, bo sama lecieć nie może, gdyby mogła, to by jej nie wywalili z samolotu w ostatniej chwili. Rozumiem, że w takim układzie mam lecieć ja, zostawiając 15-latkę w obcym kraju na lotnisku? No genialny pomysł...

Grzecznie podziękowałam za pomoc, ale stwierdziłam, że nie skorzystam, czym spowodowałam obrazę majestatu. Udałam się do konsulatu z tym nieszczęsnym protokołem kradzieży, został mi od ręki (no dobra, z godzinę to trwało) wydany dokument, z którym wpuszczą mnie na pokład samolotu, po mojej delikatnej prośbie panie znalazły mi samolot jeszcze tego samego dnia i pomogły zakupić bilety.

P.S. Przy locie "tam" nikt nie sprawdzał, czy Młoda jest ze mną spokrewniona, czy jestem jej opiekunem prawnym, czy też może po prostu tak się złożyło, że leciały dwie osoby o tym samym nazwisku... Natomiast przy powrotnym, ponieważ mówi po angielsku lepiej niż ja, pomagała i tłumaczyła, często używając zwrotu "my mom". No to ją wysadzili...

linie_lotnicze

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (133)

#92456

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Karmę dla Maleństwa kupuję przez internet, ale ogólnie mam ogarnięte sklepy w najbliższej okolicy, czasem jakąś fajną promocje wypatrzę.

Przez ten wyjazd za późno się zorientowałam, że mam za mało karmy, oczywiście natychmiast zamówiłam, ale sprawdzając czas dostawy już wiedziałam, że nie wystarczy. No więc kierunek - najbliższy sklep zoologiczny.

Chodzę między półkami, podbija do mnie pani z obsługi, czy może w czymś pomóc. W sumie to czytać umiem, a sklep rozsądnie zorganizowany i wszystko jasne i przejrzyste, ale skoro chce...

- Potrzebuję karmę dla szczeniaka, ewentualnie dla dorosłego psa (Maleństwo ma ponad 8 m-cy, jak dana firma nie ma opcji "junior", to może już jeść "dorosłą"), dla psów małej rasy i wymieniam kilka preferowanych przeze mnie firm - niestety nie mieli tej, którą Maleństwo zazwyczaj je.

- O, świetnie, mamy właśnie w promocji karmę firmy XYZ z kurczakiem i....

- Nie, dziękuję. Psy tej rasy bardzo często mają uczulenie na kurczaka, nie będę ryzykować.

- No ale jest pani pewna, że pani pies też ma uczulenia na kurczaka? Ta promocja jest naprawdę świetna!

- Rozumiem, ale ja nie szukam promocji. Szukam dobrej karmy dla psa.

- No i to jest naprawdę dobra karma! (pani zaczyna wymieniać skład, faktycznie procentowo mięso i inne składniki OK, no ale ten kurczak...).

- A coś bez kurczaka?

- No ale co pani tak ten kurczak przeszkadza? W dodatku nie jest pani pewna, czy pani pies faktycznie ma na niego uczulenie!

Ku*wa, jakby 80% mojej rodziny miało uczulenie np. na orzechy, to bym nie żarła orzechów, żeby się przekonać, czy ja też... NIE CHCĘ karmy z kurczakiem, czy to tak trudno zrozumieć???

Chyba trudno, bo co sobie upatrzyłam jakąś karmę (samodzielnie czytając skład), to pani mi ją odradzała, z uporem maniaka cisnąc tą z kurczakiem na promocji... Premię im za to obiecali czy co? Tylko dlatego, że do innego "zoologa" miałam kawał drogi, kupiłam karmę tam (nie, nie tą z kurczakiem, sama bez pomocy wybrałam inną, z jagnięciną).

Fajnie, jak obsługa w sklepie pomaga wybrać produkt. Ale pomaga, a nie przeszkadza i na siłę ciśnie coś, czego nie chcesz, żeby wyrobić target...

sklepy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (103)