Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 16 października 2021 - 18:50
  • Historii na głównej: 98 z 101
  • Punktów za historie: 13953
  • Komentarzy: 383
  • Punktów za komentarze: 3033
 

#88635

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu miałam do załatwienia pewną sprawę w pobliskiej Wsi. Wieś duża, spokojnie mogłaby uchodzić za miasteczko, dobrze skomunikowana z moim Miastem, więc w necie sprawdziłam sobie połączenia (PKS) i trasę, którą muszę przejść od przystanku we Wsi do miejsca docelowego.

Sprawę załatwiłam szybciej, niż planowałam, potuptałam znowu na przystanek z nadzieją, że będzie jeszcze jakieś wcześniejsze połączenie niż to, którym chciałam wracać. No niestety, wcześniej nic nie ma, czyli przyjdzie mi czekać prawie godzinę. Z Google Maps pamiętałam, że w pobliżu jest sklep typu supermarket, poszłam tam, poszwendałam się między półkami celem zabicia czasu, kupiłam jakiś drobiazg, po czym okazało się, że na tej jakże czasochłonnej czynności zeszło mi całe 10 minut.

Podjęłam decyzję - wracam taksówką. Ciemno, zimno, lekka mżawka, nie będę tu kwitła 45 minut. Telefon uprzejmie poinformował mnie, że jest bardzo głodny (3% baterii), ale co tam, na wykonanie jednego połączenia mi wystarczy, prawda? Otóż nieprawda...

Dzwonię do firmy taksówkarskiej (nazwijmy ją Cyferka, bo w numerze telefonu ma powtarzającą się cyfrę, dzięki czemu numer łatwo zapamiętać). Odbiera kobieta i opryskliwym tonem rzuca w słuchawkę (serio, była niemiła od pierwszego słowa, zanim jeszcze moje "zamówienie" okazało się dla niej problematyczne):

- Cyferka, słucham?

- Dobry wieczór, chciałam zamówić taksówkę do Wsi, samo centrum, pod sklep Supermarket.

- Adres!

- Proszę pani, nie znam Wsi, chcę się stąd wydostać, podaję pani najwidoczniejszy dla mnie punkt, który chyba łatwo znaleźć.

- Proszę mi podać ulicę!

No tak. Z Google Maps pamiętałam, że Wieś ma dwie takie większe ulice, ulica Piekielna przechodzi w którymś momencie w ulicę Diabelską, ale już za cholerę nie wiedziałam, czy jestem jeszcze na Piekielnej, czy już na Diabelskiej. Zresztą ta wiedza do niczego by mi się nie przydała, sama ulica to za mało, a serio, na ŻADNYM mijanym przeze mnie budynku nie było widocznego numeru. Wysiliłam maksymalnie szare komórki i złożyłam kolejną propozycję:

- To poproszę tę taksówkę pod Urząd Gminy we Wsi (mijałam po drodze tabliczkę ze strzałką i napisem URZĄD GMINY 300 m., pomyślałam, że zanim taksówka dojedzie, ja tam dojdę, urząd Gminy na pewno jest oznakowany tak, że tam trafię).

Pani coraz bardziej opryskliwym tonem:

- Myślę, że najlepiej będzie, jak się pani dowie, jaka to ulica.

Nie no, bo ja tak ze złośliwości jej nie podaję nazwy ulicy... Ciemno, zimno i pusto, nie ma się kogo spytać, w necie nie sprawdzę, bo mój telefon zaraz zdechnie, wkurzona jak cholera (bardziej tonem obrażonej księżniczki, który serwowała mi ta pani niż czymkolwiek innym), odpaliłam bez zastanowienia:

- A ja myślę, że najlepiej będzie, jak zadzwonię do innej firmy.

Pani rzuciła słuchawką.

Wróciłam na ten nieszczęsny przystanek (podczas rozmowy krążyłam po tym centrum Wsi, wypatrując tabliczki z nazwą ulicy, tabliczki z numerem na jakimkolwiek budynku, czegokolwiek, co by usatysfakcjonowało obrażoną panią), korzystając ze światła latarni wygrzebałam z torebki ulotkę innej firmy taksówkarskiej i zadzwoniłam, modląc się, aby telefon to jeszcze wytrzymał.

- Dobry wieczór, firma Super Taxi, w czym mogę pomóc?

Zdenerwowana całą tą sytuacją, zaczęłam rozmowę najgłupiej, jak się tylko dało, czyli informacją, że chcę zamówić taksówkę do Wsi, ale nie wiem, gdzie dokładnie jestem, a jako punkt orientacyjny podałam park, koło którego się znajdowałam. W słuchawce usłyszałam klikanie klawiatury komputera, po czym pani powiedziała:

- Ten park jest duży, znajduje się przy ulicy Piekielnej, potem Diabelskiej, czy mogłaby pani podać jeszcze jakieś informacje?

Oprzytomniałam, już zamierzałam zaproponować Supermarket, kiedy wpadła mi w oko restauracja po drugiej stronie ulicy:

- Restauracja Anielski Zakątek, będę czekać przed wejściem.

Znowu klikanie klawiatury, po czym usłyszałam:

- Ulica Diabelska 281, wysyłam taksówkę.

Można? Można.

P.S. Teraz dopiero mi przyszło do głowy, że mogłam wejść jeszcze raz do tego Supermarketu i zapytać ekspedientki o dokładny adres sklepu...

taxi

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (119)

#88615

(PW) ·
| Do ulubionych
Zidiocenie niektórych urzędników jest naprawdę potężne.

Pracuję m.in. jako asystent osoby niepełnosprawnej, w piątek byłam z moją podopieczną (niewidomą kobietą) na zakupach, potem ją odprowadziłam do domu, gdzie usiadłyśmy chwilę odpocząć i pogadać, zanim pójdę. Telefon jej pikał, stwierdziła, że chyba bateria słaba, więc poderwałam się, żeby jej go podłączyć (no dobra, to akurat bez problemów zrobiłaby sama, ale tak jakoś wyręczyłam ją). W momencie podłączenia ładowarki ekran się rozjarzył i przypadkiem wpadł mi w oko otrzymany przez nią sms z MOPS-u. Sms. Sms do osoby niewidomej!

Uprzedzając wątpliwości, że może nie wiedzieli, że to osoba niewidoma, wyjaśniam - sms informował o przyznaniu dofinansowania na zakup sprzętów potrzebnych osobie niewidomej.

Ręce opadają...

mops

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (178)

#88561

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno pojawiła się tutaj historia o wysyłaniu do szkoły chorych dzieci, przez co inne się zarażają. Ja mam historię dokładnie odwrotną:

SZKOŁA:
Nie posyłajcie do szkoły chorych dzieci! Zostawcie je w domu, jeśli mają nawet najmniejsze objawy choroby! No nie chcecie chyba powrotu do nauczania zdalnego?

RODZICE:
Zostawiają w domu dzieci z powodu byle drobiazgu, np. Tomek wczoraj aż dwa razy kichnął, Basia rano miała coś w rodzaju kataru, a Zuzia po szaleńczej zabawie miała przez chwilę wypieki i taka zgrzana była...

SZKOŁA:
Ojej, ile nieobecności, ile chorych dzieci! Chyba musimy przejść na zdalne.

Ktoś umie tu znaleźć jakąkolwiek logikę?

szkoła

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (141)

#88505

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam wczoraj z pracy autobusem, książkę skończyłam, bateria w telefonie zdycha, więc nie mam się jak "wyłączyć" i odizolować od otoczenia. Chcąc nie chcąc słucham więc rozmowy matki z +/- trzynastoletnią córką, a właściwie monologu, po córka ani razu nie zdołała się odezwać.

Matka:

- Prze*ebane masz u mnie, mówię ci, prze*ebane! To ja ci ku*wa telefon kupiłam, ciuchy masz jakie tylko chcesz i ch*j wie co jeszcze, a ty tak się zachowujesz? O nie, ku*wa, tak nie będzie. Do*ebałaś tak, że naprawdę mnie wku*wiłaś. Koniec tego dobrego! Ja ci ku*wa ufałam, a ty co od*ebałaś?

Monolog podałam w formie skróconej, bo ciągnął się dosyć długo, ale pewnie jesteście ciekawi, za cóż to córka zbierała taki ochrzan? Za używanie niecenzuralnych słów...

Ciekawe, gdzie też mogła się ich nauczyć?

komunikacja_miejska

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (193)

#88451

(PW) ·
| Do ulubionych
Komentarz użytkowniczki Armagedon pod historią o hmm... defekacji dziecka na trawniku przy placu zabaw nasunął mi pewną refleksję.

Nie jestem zwolenniczką poglądów "kiedyś to byli czasy, teraz nie ma takich czasów", no wiecie, w sensie, że kiedyś to było lepiej, kąpaliśmy się w przeręblu, właziliśmy na wulkany, skakaliśmy na główkę do pustego basenu i jakoś żyjemy. Ale faktycznie dostrzegam trend przesadnej nadopiekuńczości w stosunku do dzieci.

Ostatnio znajoma żaliła mi się, że będzie musiała zrezygnować z zajęć dodatkowych dla dzieci, na które chodziły w zeszłym roku, bo teraz kończą się o godz. 19-tej, a jej się grafik zmienił i nie da rady ich odebrać. Z lekka mnie zatkało, bo:

- po pierwsze zajęcia te odbywają się JEDEN przystanek autobusowy od jej domu, czyli albo dzieci czekają na autobus i podjeżdżają prawie pod sam dom, albo uskuteczniają max. 10-min. spacer;

- po drugie, te "dzieci" mają 11 i 13 lat...

Ja wiem, że siedmiolatek z kluczem na szyi to nie był dobry pomysł i wcale nie tęsknię do tamtych czasów. Ale trzynastoletnie "dziecko", które nie może samo wrócić do domu po godz 19-tej, to chyba lekkie przegięcie...

rodzicielstwo

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (165)

#88426

(PW) ·
| Do ulubionych
Odnośnie "czepialskich" sąsiadów...

Wydaje mi się, że nie jestem uciążliwą lokatorką. Imprez nie urządzam (na moich oszałamiających 30m2 trudno zorganizować imprezę), pies z tych cichych, a nie ujadających na byle szmer na klatce, Młoda nadmiar energii rozładowuje na treningach, poza tym obie z Młodą mamy raczej cichy sposób chodzenia, więc nawet nie "tuptamy" sąsiadom z dołu. A, nie sąsiadom - sąsiadowi. Starszy pan, na oko miły i sympatyczny.

Pierwsza fala pandemii, pozamykane wszystko, Młoda nie chodzi ani do szkoły, ani na treningi. Po pierwszym "zachłyśnięciu się" sytuacją "ale fajnie, tyle wolnego!" zaczęło jej się po prostu nudzić i brakować wysiłku fizycznego, postanowiła ćwiczyć w domu. Kurczę, byłam przy tym (często razem z nią ćwiczyłam jakieś proste rzeczy, żeby jej było raźniej) i naprawdę nie było to mocno hałaśliwe. Ot, czasem nie utrzymała poziomki i nogi opadły na podłogę, czasem po serii "scyzoryków" ostatni był już na zasadzie - opadam bezwładnie i leżę, czasem stanie na głowie czy na rękach nie wyszło. Podkreślam - CZASEM, nie co chwilę. Niestety, przy najlżejszym puknięciu w podłogę sąsiad rewanżował się długim i uporczywym stukaniem w sufit (jego sufit, czyli moją podłogę).

Druga sytuacja - jak wspominałam, Kruszyna jest naprawdę cichym psem. Ale jak to pies, potrzebuje się pobawić i kiedy widzę, że pies dostaje "głupawki", szukam jakiejś jej zabawki, żeby ją "wybawić", zmęczyć. Taka zabawa naprawdę nie powoduje hałasu, ale raz się sąsiadowi nie spodobała. Otóż Kruszyna, żeby dosięgnąć trzymanej przeze mnie zabawki, skakała z łóżka w jej kierunku (stałam tuż koło łóżka z zabawką w ręku). Ile hałasu może spowodować pies +/- 5 kg, skaczący z łóżka na podłogę? Dla sąsiada za dużo, bo po chwili już było stukanie w sufit.

I trzecia, jak dla mnie najbardziej absurdalna sytuacja. Nie chodzę w butach po mieszkaniu, zrzucam je od razu w przedpokoju, to już taki odruch. Jednak tego dnia wychodziłam gdzieś i dopiero, gdy byłam już przy windzie, zorientowałam się, że zapomniałam czegoś (teraz już nawet nie pamiętam, co to było) z biurka. Wróciłam do domu, przeszłam przez przedpokój, przeszłam przez mój pokój do biurka, miałam buty na obcasach, więc owszem, stukałam po podłodze. W połowie drogi powrotnej z pokoju do przedpokoju usłyszałam znajome stukanie w sufit... Nie jestem złośliwa, ale w tym momencie miałam ogromną ochotę odtańczyć na środku pokoju kilka tańców ludowych z dużą ilością poskoków i przytupów. Niestety, spieszyłam się.

Najlepsze jest to, że sąsiada widuję regularnie co dwa-trzy dni i nigdy (nawet bezpośrednio po tych moich "hałasach" i jego stukaniu) nawet słowem nie wspomniał na ten temat. Ze dwa razy ja sama chciałam porozmawiać, co tak bardzo mu przeszkadza, ale po zwyczajowym "dzień dobry" zmywa się w tempie nie pozwalającym na rozpoczęcie jakiejkolwiek rozmowy.

Pod koniec roku planuję remont kuchni, może być ciekawie ;)

sąsiedzi

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (156)

#88315

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam już nic więcej nie dodawać w "psim" temacie, ale po dzisiejszym spacerze po prostu MUSZĘ.

Przed chwilą byłam na wieczornym spacerze z Kruszyną - ale ona akurat w tej historii nie zagrała żadnej roli, boi się psów większych od siebie (czyli prawie wszystkich) i trzyma się od nich z daleka. Nie, główne postacie tej historii to psy Czarny i Rudy, tak je nazwałam sobie dla ułatwienia opisu sytuacji.

Idzie sobie Czarny z panią na spacer - luzem, bez smyczy, ale nie oddala się od pani. Pani też bacznie obserwuje, co pies robi. Z za zakrętu wyłania się Rudy na smyczy, na widok Czarnego szarpie smycz z całej siły, warczy, ujada, wścieka się. Czarny owszem, postawił "szczotę" na grzbiecie i warknął, ale na krótkie "nie wolno!" swojej pani zaczął udawać, że Rudego nie widzi. Pani Rudego krzyczy:

- Proszę wziąć psa na smycz!

Następna krótka komenda "do nogi!" i Czarny grzecznie siedzi przy swej pani, nadal udając, że Rudego wcale tam nie ma. Rudy szczeka i wyrywa się tak, że chyba tylko cudem nie udusił się obrożą, jego pani wrzeszczy jeszcze głośniej:

- No weź pani tego psa na smycz!

Właścicielka Czarnego wzruszyła ramionami, po czym nachyliła się i przypięła psu smycz, co w niczym nie zmieniło sytuacji - Czarny nadal siedział jak przymurowany przy jej nodze, Rudy ciągle wyrywał się i szczekał, a w sumie to już prawie charczał z tej zajadłości, prawie że pianę toczył z pyska.

Właścicielka Rudego:

- Ja zaraz na Straż Miejską zadzwonię, że pani psa bez smyczy puszcza!

Taaa, ja mam tylko jedno pytanie - który z tych psów był pod kontrolą?

wieczorny_spacer

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (167)

#88195

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa razy w życiu ugryzł mnie pies. No dobra, "ugryzł" to za dużo powiedziane, po prostu złapał zębami za dłoń, bez zaciśnięcia szczęk. I pierwszy z tych przypadków będzie kanwą mojej dzisiejszej historii.

Było to duuużo lat temu, byłam wtedy dzieckiem +/- 10-cioletnim, wracałam do domu? szłam gdzieś? Bez znaczenia dla historii. Idąc, zauważyłam trzech chłopców nieco młodszych ode mnie, których szalenie bawiło rzucanie kamieniami w psa schowanego pod ławką. Krzywdy mu chyba nie zrobili, ławka chroniła go przed kamieniami, podbiegłam i przegoniłam ich. Od razu wyjaśniam - żadne bohaterstwo z mojej strony, mimo że było ich trzech, to były takie czasy, że hasło "wszystko powiem waszym rodzicom" działało jak magiczne zaklęcie. Chłopcy uciekli, ja poszłam dalej, niestety gdy przechodziłam tuż koło ławki, pod którą był schowany pies, coś mi upadło. Klucze, chusteczka, cokolwiek, nie pamiętam już dziś. Schyliłam się aby to podnieść, pies doskoczył i ugryzł.

Rozpętało się coś w rodzaju piekła. Przed chwilą okolica była jak wymarła, tylko pies, chłopcy rzucający w niego kamieniami i ja, teraz nagle okazało się, że wokół jest mnóstwo ludzi - całkiem obcych, dalszych znajomych, bliższych znajomych, sąsiadów... Każdy krzyczał, że łolaboga, pies ugryzł dziecko, rodzice, gdzie rodzice??? Nie wiem, kto zawiadomił moich rodziców, zjawili się dosyć szybko i chyba jako jedyni wykazali się w tym wszystkim rozsądkiem - może dlatego, że od razu obejrzeli moją rękę (dłoń), na której owszem, widniały piękne ślady psich zębów, ale tylko odciśnięte na skórze, bez najmniejszego draśnięcia, przebicia, zadrapania skóry. Pies w zamieszaniu uciekł.

Wyjaśnienie dla osób nie znających się na psach (ci, którzy maja choć trochę pojęcia, mogą sobie darować ten akapit) - wina była ewidentnie moja. Sytuacja z punktu widzenia psa - kilku agresorów (głośnych, hałaśliwych), atakuje, schyla się po coś, podnosi, rzuca (jeśli trafili choć raz, dodatkowe skojarzenie z bólem). Zjawia się następna osoba, jeszcze głośniejsza (no, wydarłam się porządnie na tych gówniarzy), tamci uciekają, ona zostaje. Idzie, jest blisko, coraz bliżej, schyla się jak tamci... Nie dziwię się, pies zapędzony w kozi róg jako jedyne wyjście z sytuacji wybrał atak. Mogłam pomyśleć, a nie uznać, ze jak JA WIEM, że pies już bezpieczny, to on uważa tak samo.

Dlaczego piszę o tym dzisiaj, teraz? Mam wolny dzień i buszuje po necie, na jednym z portali natknęłam się na rzewną historyjkę o tym, jak to ktoś spotkał w deszczowy dzień zmokniętego, bezpańskiego szczeniaczka, chciał być tym cudownym, wspaniałomyślnym wybawcą, przygarnąć biedactwo, zaopiekować się, a szczeniak go UGRYZŁ!!!! I teraz biedny/a autor/ka wyznania musi brać zastrzyki przeciwko wściekliźnie, no taki ten los okrutny. I nikt, ku*wa, nie pomyślał (poczytałam też komentarze), dlaczego szczeniak zwierzęcia od dawna udomowionego zareagował agresją na próbę kontaktu? To nie był mały wilczek, lisek, czy inne dzikie zwierzę. To był pies. Szczeniak. Co go musiało spotkać w jego krótkim życiu, że wyciągnięta w jego kierunku ludzka ręka kojarzy mu się z zagrożeniem?

I drugi powód zamieszczenia tutaj tej historii. Komentarze typu "nie mam psa, nie lubię psów i nie zamierzam wgłębiać się w psią psychikę, chcę się czuć bezpiecznie, a nie zastanawiać się, czy pies mnie zaatakuje, czy nie". Z jednej strony rozumiem i mimo, ze jestem "psiarzem" i właścicielka psa - popieram. Nie bronię tekstów typu "Pimpuś nie gryzie", "on się tylko chce pobawić", "no proszę nie przesadzać, co taki mały piesek panu zrobi". Ale z drugiej strony - ludzie, naprawdę nie chcecie wiedzieć, kiedy pies podbiega do was w celu zabawy (tak, jak najbardziej możecie nie mieć na to ochoty), a kiedy w celu ataku?

Ja nie namawiam nikogo do spędzania długich godzin na studiowaniu niuansów psich zachowań, zdobycie wiedzy typu czy to atak/zaproszenie do zabawy/przelotne zainteresowanie nie wymaga wiele wysiłku. Tak po prostu, dla własnego bezpieczeństwa, żeby wiedzieć, jak zareagować, kiedy biegnie w waszym kierunku pies. Tak, właściciel powinien pilnować psa i nie pozwalać na to. Ale nie żyjemy w świecie idealnym i różne Pimpusie, Perełki i inne takie biegają luzem wchodząc w interakcje z ludźmi, którzy sobie tego nie życzą. Pół biedy, jeśli Pimpuś czy Perełka ma 5 kg żywej wagi, gorzej gdy 50. A kto cierpi? Jeśli człowiek zareaguje bardzo nieodpowiednio, no to on, ale zaraz potem pies. Bo nieodpowiedzialnemu właścicielowi nic nie zrobią (no dobra, mandat zapłaci), a pies zostanie uśpiony bo miał debila, a nie właściciela.

Proszę. Bardzo proszę - poświęćcie chwilkę swojego cennego czasu i zorientujcie się, jakie zachowania psa wskazują na agresję, a jakie nie. To naprawdę nie jest żadna "wiedza tajemna".

P.S. Jak najbardziej wzywać Straż Miejską, kiedy tylko uważacie, że biegający luzem, nie słuchający właściciela pies stwarza dla was zagrożenie.

relacje _międzygatunkowe

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (144)

#88287

(PW) ·
| Do ulubionych
Co należy zrobić, kiedy usłyszysz niepokojące stuknięcie w drzwi? No dobra, może jesteś zmęczona, niewyspana, a wcześniej miałaś niemiłe doświadczenia z dzieciakami sąsiadów walącymi ci w drzwi dla rozrywki... Rozumiem, że wyskakujesz do przedpokoju i otwierasz drzwi na oścież z gotową "przemową", bynajmniej nie powitalną, ale co robisz, gdy widzisz, że owo stuknięcie było spowodowane przez białą laskę kobiety, która usiłuje ogarnąć jakoś najbliższe otoczenie?

No jak to co, drzesz się jeszcze głośniej, a twoim kluczowym argumentem jest to, że "takie ślepe komendy to powinny w domu siedzieć, a nie łazić wszędzie i przeszkadzać normalnym ludziom!". Brawo ty! Kobieta do dzisiaj boi się iść sprawdzić skrzynkę na listy, bo musi przejść koło twoich drzwi, a mieszka w twoim bloku już trzy lata.

Jestem opiekunką osób starszych, a ostatnio pracuję również jako asystent osoby niepełnosprawnej - historia od jednej z moich podopiecznych. Tak, to ja chodzę sprawdzać jej skrzynkę na listy, ona nie pójdzie, chociaż "technicznie" rzecz biorąc, jest to dla niej jak najbardziej wykonalne.

Brawo ty...

relacje _międzyludzkie

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (168)

#88196

(PW) ·
| Do ulubionych
Druga historia o "pogryzieniu" mnie przez psa (no tak, mam za dużo wolnego czasu dzisiaj). A historia (+ druga, zasłyszana przeze mnie bezpośrednio po zdarzeniu), ma na celu uświadomienie ludziom, jak bzdurne jest stwierdzenie, że pies "ma to w genach".

Wspominałam w którejś historii o Dino, psie mojego kolegi Krzyśka. Dino był typowym "wielorasowcem", ale teraz, jak wspominam jego wygląd i zachowanie, myślę że miał sporo genów którejś z ras stróżujących. Oczywiście nigdy nie był szkolony, nigdy nie był niczego uczony, a ojciec Krzyśka (czasem ze mną rozmawiał), wręcz z dumą stwierdzał, że z Dina to taka mądra bestia, nikt go tego nie uczył, a na posesję wpuści każdego, nie wypuści nikogo. Średnio mnie to interesowało, chociaż ze dwa-trzy razy Dino wypuścił mnie bez problemów...

Dobra, do rzeczy. Zima była, kupiłam sobie nowe rękawiczki. Po dwóch dniach stwierdziłam, że mi się nie podobają i zamieniłam się z koleżanką na inne- ona nosiła swoje przez dłuższy czas. Akurat byłam u Krzyśka, wyszłam z jego domu i czekałam na niego, myślałam o niebieskich migdałach głaszcząc przy okazji Dino. Machinalnie wyjęłam rękawiczki z kieszeni i naciągnęłam jedną na dłoń- tuż przed psim pyskiem. Efekt łatwy do przewidzenia- pies (mocno terytorialny), "zaatakowany" nagle obcym zapachem, zareagował agresją na źródło tego zapachu, po prostu złapał mnie zębami za rękę. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony, jak już zorientowaliśmy się w tej sytuacji, ale bardziej zawstydzonego psiego pyszczka nie widziałam chyba już nigdy. Co nie zmienia faktu, że ślady psich zębów mocno się odcisnęły na mojej dłoni...

Sytuacja druga. Mój wujek kochał, uwielbiał podhalany (taka polska rasa psa pasterskiego). Zawsze choć jednego miał "na stanie", mimo że mieszkał w centralnej Polsce. Od razu mówię - psom zapewniał odpowiednią ilość ruchu i bodźców, które zazwyczaj mają przy stróżowaniu owiec (to rasa psów pasterskich), dbał o nie i miały u niego odpowiednie warunki. Psy kupował od hodowców, nie z żadnych pseudo hodowli. Jeden z jego podhalanów, mimo że w pełni rasowy i rodowodowy, przejawiał cechy zazwyczaj obce psom pasterskim- duża doza agresji w stosunku do ludzi. Wujek wydał majątek na odpowiednie szkolenie psa, agresja została opanowana i pies był pod pełną kontrolą (Lindy NIGDY nie zaatakował nikogo), posłuszniejszego psa w życiu nie widziałam, ale i tak to był jedyny pies, którego się naprawdę bałam...

A, dobra, zapędziłam się w dygresję (ale chyba ważną), a teraz druga historia. Jak wspominałam, wujek rokrocznie wyjeżdżał w Tatry, zawsze z "aktualnym" psem. Podczas któregoś wyjazdu gospodarz, u którego się zatrzymał, zapytał go, czy mógłby wziąć Lindiego na halę, do pilnowania owiec. "No panocku, przeca to padhalan, rasowy, rodowodowy, on ma to w genach". Nie wiem, jakie zaćmienie na wujka spadło, że się zgodził. Rasowy i rodowodowy podhalan zagryzł owcę, która usiłowała się oddalić od stada. Tak, instynkt zadziałał, nie wolno pozwolić oddalić się owcy, efekt chyba niekoniecznie zadowolił ludzi...

Do czego zmierzam - do bezkrytycznej wiary w stwierdzenie "on ma to w genach". Owszem, pewne rasy psów mają w genach PREDYSPOZYCJE do pewnych zachowań. Natomiast UMIEJĘTNOŚCI już zależą od człowieka- jego właściciela. No proste, jeśli czegoś nie nauczymy psa, to nie będzie tego umiał. Fajnie jest, kiedy w wyborze rasy psa kierujemy się predyspozycjami pewnej rasy, ale jeśli nic więcej (poza wyborem rasy) nie zrobimy w tym kierunku, to może nas spotkać wielkie rozczarowanie. Z psem trzeba pracować, jego nic nie olśni, nie oświeci, nie podpowie mu, jak się zachowywać. On co najwyżej instynktownie wie, CO ma zrobić, ale już nie wie JAK. I potem zdziwienie, że pies pasterski zagryzł owcę, pies stróżujący zagryzł intruza, a piesek "rodzinny" gryzie po kostkach wszystkich, jak leci...

P.S. Pekińczyki nie nadają się na "psy rodzinne". Są egocentrykami i muszą być w centrum uwagi, absolutnie nie nadają się do towarzystwa dzieci, zwłaszcza małych.

P.P.S. Najmniej niebezpieczne dla człowieka są psy tzw. "ras niebezpiecznych", czyli rasy hodowane kiedyś do walk psów. Dlaczego? Te psy nie miały prawa okazać nawet cienia agresji w stosunku do człowieka, podczas walk były przez człowieka rozdzielane, osobniki agresywne wobec ludzi były eliminowane z dalszej hodowli.

Może i wyważam otwarte wrota, może piszę "oczywistą oczywistość", ale jak widzę i słyszę opinie ludzi na temat psów - i to zarówno "psiolubów", jak i tych nie lubiących psów, to mi się kałasznikow sam odbezpiecza... Serio... Taki poziom niezrozumienia zachowań gatunku, koegzystującego z nami od baaardzo dawna, po prostu przeraża.

relacje_międzygatunkowe

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (154)