Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 12 grudnia 2025 - 17:24
  • Historii na głównej: 174 z 197
  • Punktów za historie: 22826
  • Komentarzy: 860
  • Punktów za komentarze: 6050
 
poczekalnia

#92538

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Po przeczytaniu historii użytkownika jotem02 i komentarzy pod nią, tak mi się przypomniało. Nie o świątecznej paczce, o żywności z MOPS-u. Bo jak za darmo, to mają brać i żreć, nie?

Miałam znajomą, która krótko korzystała z tej pomocy żywnościowej MOPS-u. Dawno temu to było, minimum z 10 lat albo i więcej. Otóż wśród produktów żywnościowych dawanych przez MOPS były takie puszki, które zawierały pulpety? klopsiki? No jakieś coś w sosie pomidorowym chyba i to coś było absolutnie nie zjadliwe. Serio, nie pomagało doprawianie, próby przeróbki na inne danie, co by się z tym nie zrobiło, było obrzydliwe do porzygu... Doświadczalnie sprawdzone, że nawet psy nie chciały tego jeść.

I potem wysyp oburzenia, że za darmo dostają, a ludzie to na śmietnik wyrzucają! No sorry, inne dania (wtedy dawali sporo takich gotowych dań w puszkach) też cudowne nie były, ale z dużą ilością przypraw i jakimś minimum talentu kulinarnego dało się je zjeść. Tego - nie! Wiem, bo próbowałam - delikatnie napominając ową znajomą, że dlaczego chce to wyrzucić, zostałam poczęstowana...

No ale za darmo dostawali, więc mają nie wybrzydzać, nie?

pomoc

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (1)

#92490

przez (PW) ·
| Do ulubionych
"Ale ty głupia jesteś...".

Ponad tydzień temu skręciłam nogę. Jak ostatnia sierota, po prostu źle stanęłam no i stało się. Zawiadomiłam kierowniczkę, że w związku z powyższym nie przyjdę do pracy (może zdąży jeszcze kogoś ściągnąć na zastępstwo), doczekałam do godziny otwarcia przychodni i umówiłam się do lekarza. Wiadomo, L4, skierowanie na prześwietlenie i zalecenia, jak dbać o skręconą kostkę.

W ciągu tego tygodnia miałam kilka telefonów od koleżanek z pracy (dotyczących różnych spraw), ale każdy z nich prędzej czy później poruszał kwestię "a dlaczego tego nie zgłosiłaś jako wypadek w drodze do pracy?".

Hmmm... Bo NIE jechałam jeszcze do pracy? Wychodziłam z psem (w sumie to wracałam), kiedy skręciłam kostkę.

"Głupia jesteś, na godzinę przed rozpoczęciem pracy z automatu masz wypadek w drodze do pracy!". Aha. Tylko że to było +/- dwie godz. przed rozpoczęciem pracy.

"No i co z tego, trzeba było powiedzieć, że godzina, że na autobus szłaś!". Kurde, nie szłam na autobus, wychodziłam z psem!

"Głupia jesteś, a kto to sprawdzi?". No kurczę, pisałam sms-a do kierowniczki, jak tylko się zorientowałam, że moja noga nie nadaje się do użytku.

"Głupia jesteś, po coś jej od razu pisała? Trzeba było odczekać, miałabyś wypadek w drodze do pracy i 100% L4!".

No głupia jestem. Albo po prostu uczciwa, co chyba w dzisiejszych czasach to samo oznacza.

praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (169)

#92485

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakby ktoś chciał, to może sobie najpierw przeczytać, ale niekonieczne https://piekielni.pl/88828#comments

Jakieś trzy lata temu ojciec mojego dziecka doszedł do wniosku, że utrudniam mu kontakty z córką. W związku z tym złożył wniosek do sądu o ustalenie tychże kontaktów. Spoko, na pierwszej rozprawie grzecznie powiedziałam, ze JA nie mam nic przeciwko kontaktom dziecka z ojcem, ale nie jestem w stanie zmusić córki do spotkań, na które ona nie ma ochoty. Żeby nie przedłużać wstępu - za zgodą obu stron sąd zarządził badania w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej.

Wyniki tychże badań nie były dla mnie niespodzianką, biegli stwierdzili, że:

- matka nie utrudnia dziecku kontaktów z ojcem;
- wręcz przeciwnie, motywuje dziecko do spotkań, co niestety nie przynosi rezultatów;
- dziecko odmawia spotkań z ojcem, ponieważ nie czuje z nim więzi;
- zanik więzi jest spowodowany tylko i wyłącznie wcześniejszym postępowaniem ojca;
- ojciec nie widzi swojej "winy" w zaniku więzi;
- ojciec liczy na to, że po zgłoszeniu "problemu" ktoś go rozwiąże, nie widzi potrzeby zmiany swojego postępowania i pracy nad sobą.

Po odniesieniu się przez sąd do wyników badań, ojciec dziecka wycofał swój wniosek o ustalenie kontaktów. Dlaczego teraz piszę o tej starej sprawie? Bo złożyłam wniosek o podwyższenie alimentów, jednym z argumentów ojca dziecka, że nie będzie płacił więcej, było "matka dziecka utrudnia mi kontakty z nim!!!". Biorąc pod uwagę, że kilku stronnicowy dokument badań z poradni mam ja, on i jest on w aktach sądu, to chyba samozaoranie level expert.

P.S. Żeby nie było - ja nie neguję, że istnieje coś takiego jak alienacja rodzicielska. I że są matki, które z premedytacją utrudniają ojcu kontakty z dzieckiem. Ale to naprawdę nie ten przypadek.

relacje_rodzinne

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (152)

#92449

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiałam się, czy wrzucić tę historią, bo duuużo do wyjaśniania. Ale dobra, postaram się krótko.

Byłam z Młodą na takich "spóźnionych" wakacjach zagranicznych. I mimo że pilnowałam portfela, wystarczyła chwila nieuwagi (nawet dokładnie wiem kiedy), a ukradziono mi go. Strata prawie żadna, nawet 10 euro tam w gotówce nie było, tylko karta do bankomatu (którą zablokowałam parę minut po kradzieży) i niestety mój dowód. Kradzież nastąpiła w piątek po południu, konsulat czynny w poniedziałek od 10.00 rano, przelot powrotny o 8.50. Tak, wiedziałam, że nie polecę, chociaż po telefonie na alarmowy nr tel. konsulatu (czynny również poza ich godzinami urzędowania) usłyszałam, że jeśli mam dokumenty zgłoszenia kradzieży (miałam), to mogę spróbować wejść na pokład samolotu na ich podstawie, czasem to "przechodzi".

No "nie przeszło". Spróbowałam tylko dlatego, że lot był wcześniej niż otwierali konsulat, co mi szkodziło spróbować. Liczyłam się z tym, że jednak tym planowym nie polecę. W ostatniej chwili wytargali też z samolotu Młodą, nie, ona też nie poleci - przez odprawę przeszła bez problemów. Powód? No cóż, bilety były na jedyną chyba linię lotniczą, która granicę dla samodzielnego podróżowania ma ustawioną na 16 lat. Młoda ma skończone 15.

Ale nie to jest piekielne, bo skoro takie mają przepisy, to muszą się ich trzymać, a ja decydując się na tą, a nie inną linię lotniczą zaakceptowałam te warunki. Generalnie usiłowali być pomocni i znaleźć mi inne połączenie lotnicze na późniejszą godzinę, kiedy już załatwię w konsulacie duplikat dokumentu. I z wielkim triumfem oznajmili mi, że jest! JEDEN bilet na następny dzień, na tą samą godzinę!

No i co ja mam ku*wa zrobić z tym jednym biletem? Która z nas ma polecieć? Młoda nie, bo sama lecieć nie może, gdyby mogła, to by jej nie wywalili z samolotu w ostatniej chwili. Rozumiem, że w takim układzie mam lecieć ja, zostawiając 15-latkę w obcym kraju na lotnisku? No genialny pomysł...

Grzecznie podziękowałam za pomoc, ale stwierdziłam, że nie skorzystam, czym spowodowałam obrazę majestatu. Udałam się do konsulatu z tym nieszczęsnym protokołem kradzieży, został mi od ręki (no dobra, z godzinę to trwało) wydany dokument, z którym wpuszczą mnie na pokład samolotu, po mojej delikatnej prośbie panie znalazły mi samolot jeszcze tego samego dnia i pomogły zakupić bilety.

P.S. Przy locie "tam" nikt nie sprawdzał, czy Młoda jest ze mną spokrewniona, czy jestem jej opiekunem prawnym, czy też może po prostu tak się złożyło, że leciały dwie osoby o tym samym nazwisku... Natomiast przy powrotnym, ponieważ mówi po angielsku lepiej niż ja, pomagała i tłumaczyła, często używając zwrotu "my mom". No to ją wysadzili...

linie_lotnicze

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (130)

#92456

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Karmę dla Maleństwa kupuję przez internet, ale ogólnie mam ogarnięte sklepy w najbliższej okolicy, czasem jakąś fajną promocje wypatrzę.

Przez ten wyjazd za późno się zorientowałam, że mam za mało karmy, oczywiście natychmiast zamówiłam, ale sprawdzając czas dostawy już wiedziałam, że nie wystarczy. No więc kierunek - najbliższy sklep zoologiczny.

Chodzę między półkami, podbija do mnie pani z obsługi, czy może w czymś pomóc. W sumie to czytać umiem, a sklep rozsądnie zorganizowany i wszystko jasne i przejrzyste, ale skoro chce...

- Potrzebuję karmę dla szczeniaka, ewentualnie dla dorosłego psa (Maleństwo ma ponad 8 m-cy, jak dana firma nie ma opcji "junior", to może już jeść "dorosłą"), dla psów małej rasy i wymieniam kilka preferowanych przeze mnie firm - niestety nie mieli tej, którą Maleństwo zazwyczaj je.

- O, świetnie, mamy właśnie w promocji karmę firmy XYZ z kurczakiem i....

- Nie, dziękuję. Psy tej rasy bardzo często mają uczulenie na kurczaka, nie będę ryzykować.

- No ale jest pani pewna, że pani pies też ma uczulenia na kurczaka? Ta promocja jest naprawdę świetna!

- Rozumiem, ale ja nie szukam promocji. Szukam dobrej karmy dla psa.

- No i to jest naprawdę dobra karma! (pani zaczyna wymieniać skład, faktycznie procentowo mięso i inne składniki OK, no ale ten kurczak...).

- A coś bez kurczaka?

- No ale co pani tak ten kurczak przeszkadza? W dodatku nie jest pani pewna, czy pani pies faktycznie ma na niego uczulenie!

Ku*wa, jakby 80% mojej rodziny miało uczulenie np. na orzechy, to bym nie żarła orzechów, żeby się przekonać, czy ja też... NIE CHCĘ karmy z kurczakiem, czy to tak trudno zrozumieć???

Chyba trudno, bo co sobie upatrzyłam jakąś karmę (samodzielnie czytając skład), to pani mi ją odradzała, z uporem maniaka cisnąc tą z kurczakiem na promocji... Premię im za to obiecali czy co? Tylko dlatego, że do innego "zoologa" miałam kawał drogi, kupiłam karmę tam (nie, nie tą z kurczakiem, sama bez pomocy wybrałam inną, z jagnięciną).

Fajnie, jak obsługa w sklepie pomaga wybrać produkt. Ale pomaga, a nie przeszkadza i na siłę ciśnie coś, czego nie chcesz, żeby wyrobić target...

sklepy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (98)

#92357

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia użytkownika prabula przypomniała mi identyczną sytuację, jaką miałam ok. 15 lat temu, tylko odwrotnie - nie decyzja, zaświadczenie!

Krótkie wprowadzenie. Zaraz po urodzeniu Młodej byłam w naprawdę bardzo kiepskiej (żeby nie powiedzieć tragicznej) sytuacji finansowej, owszem, pracowałam prawie do końca ciąży, ale na umowę-zlecenie. Czyli - pieniędzy niet, a przede wszystkim ubezpieczenia też niet. Oczywiście, wybierałam się do Urzędu Pracy, ale wcześniej ktoś (serio, nawet nie wiem kto) zgłosił mnie do MOPS-u w celu zapewnienia mi jakiejś pomocy, co o dziwo się udało. Na moje plany zarejestrowania się w UP pani pracownik socjalna zapytała, jak zamierzam podjąć pracę parę dni po cesarce i z noworodkiem "u piersi"? Uświadomiła mnie, że zarejestrowanie się w UP oznacza GOTOWOŚĆ do podjęcia pracy. Teraz. Nie "za jakiś czas".

Nie zrobiła tego, żeby mnie zdołować, bo na moja rozpaczliwe pytanie "a co z ubezpieczeniem???" odparła, że MOPS mnie ubezpieczy (dziecko też). Nawet nie wiedziałam, że jest taka możliwość, owszem jest (a przynajmniej była te 15 lat temu), w pewnych szczególnych przypadkach MOPS może opłacać ubezpieczenie zdrowotne. Decyzja została wydana dosłownie po kilku dniach, miałam ubezpieczenie swoje i dziecka, oczywiście "papierową" wersję tejże decyzji dostałam.

Druga ważna kwestia - wówczas najważniejszym dokumentem potwierdzającym ubezpieczenie była tzw. "karta NFZ". Obowiązywała tylko na terenie kilku województw, w tym mojego i bez niej NIC się nie załatwiło (w sensie medycznym). Żaden dowód, żaden nr PESEL, żadna umowa o pracę czy cokolwiek - karta NFZ to było to, co dzierżyłeś w dłoni przy wizycie u lekarza i grzecznie podawałeś pani w rejestracji, zanim w ogóle zaczęła z tobą gadać na zasadzie "dobra, co chciał?".

No więc uzbrojona we wszystkie możliwe dokumenty poszłam sobie do oddziału NFZ "wyrobić" ową kartę Młodej. Wypełniłam druczki, dałam wszystkie potrzebne papierki, pani przegląda i...

- Ale z tego nie wynika, że dziecko jest ubezpieczone!

Biorąc pod uwagę, że pani właśnie miała w rękach i studiowała dokument zatytułowany "decyzja przyznająca ubezpieczenie zdrowotne" (czy jakoś tak, sorry, po tylu latach nie pamiętam dokładnie), w którym wyraźnie było wyszczególnione, że ubezpieczeniem zdrowotnym jestem objęta ja i Młoda od dnia jakiegoś tam do chyba "bezterminowo", to z lekka zgłupiałam.

- Jak to nie, przecież tam właśnie jest napisane, że...

- No widzę, widzę, ale to oznacza, że dziecko może bezpłatnie korzystać ze świadczeń zdrowotnych, a nie, że jest ubezpieczone!

No tak jak poprzednio z lekka zgłupiałam, to teraz zbaraniałam całkowicie, w ogóle nie rozumiałam, co ta pani do mnie mówi. Być może jest jakaś różnica miedzy ubezpieczeniem a możliwością bezpłatnego korzystania ze świadczeń zdrowotnych (do tej pory tego nie wiem), ale to była decyzja obejmująca ubezpieczeniem zdrowotnym mnie i dziecko. W samym tytule były słowa "ubezpieczenie zdrowotne".

Pani obracała tę decyzję w rękach z miną, jakby to był zużyty papier toaletowy, na mnie patrzyła niewiele lepiej, westchnęła rozdzierająco i spytała:

- A pani mąż nie może ubezpieczyć dziecka?

Oj, to był zły tekst. Gdyby ton głosu mógł obniżać temperaturę, to po mojej odpowiedzi wszyscy by spie*rzali na lodowiec, bo tam cieplej.

- NIE jest moim mężem. I NIE, nie może ubezpieczyć dziecka.

No dobra, temperatury w pomieszczeniu nie obniżyłam, ale spowodowałam to, że pani z okienka obok (właśnie skończyła obsługiwać jakąś osobę) podeszła do nas pytając, o co chodzi. Ponieważ pani obsługująca mnie jako pierwszą odpowiedź wydała z siebie pogardliwe prychnięcie, po którym zapewne miał nastąpić dłuższy elaborat, bezczelnie się "wcięłam" i krótko opisałam problem (do dziś jestem pełna podziwu dla siebie, że mimo maksymalnego już wkurzenia zrobiłam to krótko, konkretnie i zrozumiale).

Pani nr 2 szybko i sprawnie przejrzała papiery, po czym zwróciła się do mnie:

- Wie pani co, wszystko się zgadza. Tylko że... No, my potrzebujemy zaświadczenie o objęciu ubezpieczeniem zdrowotnym, nie decyzję.

Ponieważ pani naprawdę była miła i widać było, że z całej siły chce pomóc, więc policzyłam do dziesięciu, zanim zapytałam (nie złośliwie, po prostu w celu upewnienia się):

- Czyli rozumiem, że mam wam przynieść świstek, na którym będą dokładnie te same informacje, co na tym, tylko po prostu on ma być zatytułowany "zaświadczenie", a nie "decyzja"?

- No... No tak...

Doniosłam. Kartę NFZ dla Młodej dostałam. I dostałam małą lekcję, że ważniejszy jest tytuł dokumentu, niż jego treść.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (171)

#92412

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wszyscy chcemy, aby wokół nas było ładnie, estetycznie i przyjemnie, prawda? Ale może jednak nie kosztem wygody innych? Dobra, "wygody" to może złe słowo, bo tu nie chodzi o jakieś luksusy i udogodnienia, tylko o możliwość normalnego funkcjonowania.

Duże osiedle należące do pewnej Spółdzielni Mieszkaniowej. Całkiem spory procent mieszkańców w starszym wieku, a także osób niepełnosprawnych lub po prostu ze znacznym ograniczeniem w poruszaniu się. I windy w blokach z zeszłego stulecia, niedostosowanie do użytkowania przez osoby niepełnosprawne oraz psujące się tak często, że nie wiem, jak im się opłaca naprawa... Na prośby i monity mieszkańców SM ma jedną odpowiedź - "nie mamy pieniędzy na wymianę wind!".

Dwa tygodnie temu SM wzięła się za ocieplanie jednego z bloków. Po ociepleniu ściany szczytowej, pojawił się na niej przepiękny mural... Oddaję głos osobie zainteresowanej - mieszkance tego osiedla, która przez częste awarie windy jest wtedy "uwięziona" we własnym mieszkaniu - nie, nie da rady zejść po schodach, nawet z czyjąś pomocą.

"Pani Xynthio, ja wszystko rozumiem. Ale ja się na tym akurat znam (pani to "kobieta pracująca, która się żadnej pracy nie boi", w swoim długim życiu pracowała w różnych zawodach, z dużym naciskiem na różne zawody artystyczne), ja też takie murale malowałam. Wie pani, jaki to jest koszt??? A na windę nie mają tak?"...

Fajnie, że SM dba, żeby było ładnie. Niepełnosprawne osoby, uwięzione w domach przez notoryczne awarie windy, będą sobie mogły podziwiać z okiem mural na sąsiednim bloku.

spółdzielnia_mieszkaniowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (90)

#92282

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dobra, musze to z siebie wyrzucić, bo mnie szlag trafi. Otóż właśnie wróciłam z dwudniowej wycieczki. Nie, nie w ramach przyjemności czy wypoczynku, pojechałam jako asystent osoby niepełnosprawnej na wycieczkę dla grupy w/w osób. Z panią (powiedzmy) Aurelia Piekielną.

Pani Piekielna jest hm... trudną osobą. Kiedy zaproponowano mi zostanie jej asystentką, po pierwszej rozmowie telefonicznej z nią zdałam sobie sprawę, że bezczelnie wciskają mi tzw. "zgniłe jajo" i że praca z nią będzie wymagała ode mnie dużo cierpliwości. Dlaczego się zgodziłam? No cóż, naprawdę lubię pracę z osobami starszymi i niepełnosprawnymi, mam zrozumienie dla ich różnych "jazd i odpałów", a poza tym fakt, że ktoś jest upie*dliwy i wredny, nie wyklucza faktu, że potrzebuje pomocy.

Współpraca z panią Piekielną układała się, no powiedzmy zadowalająco, udało mi się jej nie zamordować, a ona też nie skarżyła się na mnie. Sukces! Aha, wcześniej trzy asystentki zrezygnowały ze współpracy z panią Piekielną, wręcz histerycznie zarzekając się, że "nigdy więcej"!

Wycieczka. Dwudniowa - dwa dni zwiedzania, jeden nocleg. Ja się skupię na przedmiotach martwych. Otóż przyjeżdżając po panią Piekielną zostałam uświadomiona, że do zabrania (czytaj - dostarczenia na miejsce zbiórki) jest:

Torba z prowiantem - no oki, pierwszy dzień to dojazd, potem zwiedzanie, obiadokolacja ok. 19.00, rozumiem, że trzeba wziąć coś do zjedzenia. Ale torba z Biedronki (ta duża), wyładowana na full i ważąca na pewno powyżej 10 kg??? Nie wiem, co tam miała, dwa razy wyciągnęła z niej kanapki, kilka razy termos z kawą. Co stanowiło resztę zawartości? Nie wiem, nie wnikam, może rodowa zastawa, którą wyciągnęła już w pokoju hotelowym, kiedy ja zasnęłam, a ona chciała sobie zjeść jak człowiek na porcelanie i srebrnymi sztućcami.

Walizka. Nie duża, nie kabinowa, ten średni rozmiar walizki. Na JEDEN nocleg. Kurczę, ja wzięłam coś do spania, bieliznę i bluzkę na zmianę, zmieściło mi się to do torebki. No dobra, torebki noszę dużych rozmiarów, po wyciagnięciu z niej miliona rzeczy, które nie wiadomo kiedy się w niej "zagnieździły", spokojnie się do niej spakowałam i nawet bardzo wypchana nie była. Pani Piekielna wzięła WALIZKĘ.

Hit z walizką. Rano - proszę ją znieść na dół. Spoko, zniosłam, załadowałam do taksówki, potem załadowałam do autokaru. Raptem widziałam tę walizkę przez parę minut. Po dotarciu do hotelu - "pani Xynthio, gdzie moja walizka???". Wskazuję grzecznie jedyną pozostałą walizkę (tak, pozostali "wycieczkowicze" już podążyli ze swoim bagażem do recepcji). "To nie moja!".

Nie chce już mi się opisywać, mimo że scena była epicka. Pani Piekielna nie rozpoznała własnej walizki (tak, to była jej), ale to JA zostałam opieprzona za to, że nie dopilnowałam walizki. To JA, po kilkuminutowym kontakcie z ową walizką o 5 rano, powinnam ją rozpoznać zawsze i wszędzie. Jakby ktoś był ciekaw, nie, "nie zdzierżyłam", warknęłam i postawiłam się, wymagając otworzenia walizki i sprawdzenia zawartości - "ojej, to moje rzeczy".

I drobiazg, który jednak najbardziej mnie wkurzał. Parasol. Duży, nie ten automatyczny, składany, tylko typu "laska". Owszem, jak wyjeżdżaliśmy, to padało. Potem pogoda się poprawiła i parasol nie okazał się potrzebny, co nie zmieniało faktu, że należało go brać ze sobą i nosić. Wróć - to JA go miałam nosić. "Szczyt szczytów" nastąpił, kiedy dostałam polecenie zaopiekowania się parasolem w momencie, kiedy przy słonecznej pogodzie szliśmy z autokaru do kościoła na mszę (mniej niż 5 minut piechotą), bo "potem może padać".

Pomijam fakt prawie histerycznej reakcji na propozycję choćby uchylenia okna w naszym wspólnym pokoju hotelowym oraz nastawienia na full telewizora na całą noc - byłam tak wykończona, że zasnęłam mimo to.

Lubię moją pracę. Ale nie zawsze.

wycieczka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (167)
poczekalnia

#92341

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Druga historia, na która na pewno wszyscy czekali z utęsknieniem (żarcik, jakby co).

Jestem introwertykiem. Młoda też. Chyba u niej się to objawia silniej niż u mnie, a może po prostu mając te 15 lat jeszcze nie wypracowała sobie mechanizmów radzenia sobie z tym. Ja się tutaj skupię na najważniejszym (dla nas) problemie, jakim jest szkoła.

Tak, wiem, obecnie to mamy luksus, klasy max 15 osób - dla porównania, jak ja chodziłam do podstawówki, klasa liczyła 33-34 osoby, w liceum 20+ (już dokładnie nie pamiętam).

Pandemia i nauczanie online. Większość rodziców narzekała, Młoda rozkwitła. Nagle rozumiała, co nauczyciel tłumaczy, klasówki i sprawdziany pisała wręcz w natchnieniu, na lekcjach "udzielała" się mało, ale była. Słuchała. Rozumiała.

Powrót do szkoły stacjonarnej. "Mamo, głowa mnie boli, mogę nie iść?". "Możesz". Raz, drugi, trzeci... Wizyta u lekarza. Szpital. Komplet badań (za niektóre płaciłam prywatnie, bo terminy na NFZ były za rok...). Nie ma fizycznych przyczyn bólów głowy. Lekarze sugerowali przyczyny psychologiczne - zapisałam do psychologa (sama chciała), nic nie pomogło, ale psycholog koncentrował się na "problemach", które Młoda tak naprawdę umiała sama przepracować, fajnie ze jej pomógł, ale to nie to.

Nie, Młoda nie oszukuje. Jak widzisz swoje dziecko szykujące się do szkoły ze łzami w oczach, to ci serce pęka... Ale "frekwencja" jest ważna!!! W ostatnim roku już kombinowałyśmy - dobra, dzisiaj możesz nie iść, ale potem do końca tygodnia musisz być, bo frekwencja... I jak za niska, to szkoła MUSI to zgłosić, naślą nam kuratora...

Szkoła w Chmurze. Wyszydzana, opluwana, mieszana z błotem. Złożyłyśmy wniosek (czekamy na decyzję). I nagle milion osób ma jakieś "ale".

"A ty wiesz, jak niska jest zdawalność matur u uczniów Szkoły w Chmurze?". Wiem. Ale to moje dziecko, a nie wyniki statystyczne. Dlaczego mam zakładać, że akurat Młoda nie zda?

"No ale tam też się musi uczyć, co jej to da?". Młoda z lekcji w stacjonarnej szkole nie wynosi NIC. Nie umie się skupić, nie słucha nauczyciela, wystarczy że ktoś rzuci żarcik, a nim koncentruje się jej uwaga, nie na lekcji. Z lekcji "wynosi" tylko temat, który ma opanować - uczy się i tak w domu. Więc każda lekcja to stracone 45 min, "przesiedziane" w klasie, bez żadnych korzyści.

Wkurzyłam się ostatnio. I na pytanie "ale dlaczego Młoda ma się uczyć w Szkole w Chmurze?", odpowiedziałam z uśmiechem firmowym nr 5 - "bo jest taka możliwość i jest ona zgodna z prawem".


Komentarze pod poprzednią historią sugerują mi fobię społeczną. Być może, nie będę się sprzeczać. Mnie to nie przeszkadza, serio. Być może u Młodej jest to samo, no to mamy dwie opcje - "leczyć" fobię społeczną albo dostosować do niej jej funkcjonowanie.

Ale jakoś tak nie bardzo mam ochotę prawie codziennie słyszeć "mamo, głowa mnie boli"... Nie, już nawet bez opcji "mogę nie iść do szkoły?". Młoda rozumie, że za często nie może "nie iść"...

edukacja

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (71)
poczekalnia

#92340

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jeśli dla kogoś mało piekielne, to z pełnym przekonaniem przyklasnę, ale chcę wrzucić drugą historię, dla której ta będzie nieodzownym wstępem.

Jestem introwertykiem. Dobra, nie jestem młodą osobą i przez całe życie wypracowałam sobie pewne schematy zachowań, które pozwalają mi sobie z tym radzić.

Koncerty? No raczej nie, chyba że BARDZO chcę, to szukam kogoś, kto ze mną pójdzie. Dlaczego? Skupiam się na trójkącie wykonawca - druga osoba - ja i wtedy jest OK, mogę udawać, że nie ma tego tłumu wokół mnie. Nie wiem czemu opcja skupienia się tylko na zestawie wykonawca - ja nie działa, albo działa dużo słabiej, idąc sama na koncert czuję się przytłoczona, tłum na mnie "napiera", no jest niefajnie... Nie, nie odczuwam żadnego poczucia wspólnoty, przynależności, żadnego "pokrewieństwa dusz" z tymi wszystkimi ludźmi, którzy też uwielbiają tego wykonawcę. Męczą mnie. Przeszkadzają.

Zebrania w pracy. Tu już musze bardzo mocno się skupić na opcji - ktoś gada, ja słucham, bo może to ważne. Czasem odchoruję. Nie mam problemów z wyrażeniem swojego zdania, jeśli jest taka potrzeba, chociaż czasem długo czekam, bo nienawidzę przekrzykiwania się, czekam na chwile ciszy.

Spotkania towarzyskie. Z jedną, dwoma, max trzema osobami OK. Więcej nie dam rady, choćbym wszystkich lubiła. Ostatnio pojechałam na kilka dni w góry z moją przyjaciółką i jej dwoma córkami + Młoda i ja. W ostatniej chwili zapytała, czy jej partner może z nami jechać, lubię go, jest OK, odruchowo powiedziałam "tak". No nie, za dużo dla mnie... Ze spacerów po górach (lubię!) wykpiłam się opcją "to Park Narodowy, z psem nie wolno" (Maleństwo pojechało z nami), z dziką rozkoszą spacerowałam sobie tam, gdzie "z psem wolno". I potem zamiast się wkurzyć, że telefon z pracy wezwał mnie dzień przed planowanym przyjazdem do domu, to się naprawdę ucieszyłam i skróciłam swój pobyt. Dla jasności - nie, nie musiałam się zgodzić. Chciałam.

I ostatnia sytuacja - impreza firmowa. Ponad 20 osób. "Xynthia, będziesz?". Nie wiem, co mi odwaliło, ale stwierdziłam, że będę. Nadszedł dzień imprezy, nawet zaczęłam się powolutku szykować, kiedy okazało się, że nigdzie nie pójdę, no chyba że w pampersie... Sorry za dosłowność, ale dostałam tak kosmicznej s*aczki, że oddalenie się od toalety na odległość większą niż parę metrów groziło katastrofą i kompromitacją. Aha, dodam tutaj, że nie mam i nigdy nie miałam problemów gastrycznych, przewód pokarmowy to chyba jedyny w moim organizmie, który nie sprawia mi żadnych problemów. I nie, nic nieświeżego ani podejrzanego nie zjadłam. S*aczka zniknęła jak sen złoty, kiedy ktoś zadzwonił do mnie, czemu mnie nie ma i wyraźnie powiedziałam, że nie będę. Nie dojadę. Mają nie czekać.

Introwertyczność to nie wymysł. To konkretne potrzeby organizmu. Psychiczne, ale też fizyczne. Unikam dużych skupisk ludzi (tak, np. w autobusie siedzę z nosem w telefonie), jak już się nie da, to stosuję wypracowane od lat metody, żeby to jakoś przeżyć. Bo jak zignoruję, to mam "atrakcje" typu s*aczka (dobra, to tylko ostatnio), zawroty głowy, ogólne "rozbicie" i bardzo złe samopoczucie.

Czy mi to przeszkadza? Chyba nie bardzo. Tak mam "od zawsze" i z tym żyję. Owszem, na tą imprezę firmową chyba chciałam iść. Ale patrząc na reakcję mojego organizmu zastanawiam się, czy na pewno chciałam...

relacje_miedzyludzkie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (58)