Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 15 września 2019 - 15:16
  • Historii na głównej: 53 z 57
  • Punktów za historie: 7428
  • Komentarzy: 202
  • Punktów za komentarze: 1312
 

#85159

(PW) ·
| Do ulubionych
Po dodaniu historii https://piekielni.pl/85157#comments i przeczytaniu komentarzy naszła mnie taka refleksja... Nikt nie jest od razu "specjalistą" od wychowywania psów, a niektórym potrzeba mocnego "kopa", aby sobie uświadomili, dlaczego tak istotne jest nauczenie psa reagowania na komendy.

W tej historii piekielna będę ja - młoda gówniara (19 lat) świeżo po maturze, natychmiast znalazłam pracę i wyprowadziłam się do chłopaka (wojna z matką od kilku lat). Mieszkanie też nie chłopaka, tylko jakiejś babcio-cioci, ale póki mieszkamy, mamy tylko płacić czynsz + opłaty (śmieszne kwoty), no to czego więcej chcieć?

No jak to czego, kogoś do "zaopiekowania się"! Na szczęście na dziecko się nie zdecydowaliśmy, ale pies jak najbardziej! Czystym przypadkiem, przyszedł kumpel i spytał, czy nie chcemy szczeniaczka. Mama rodowita foksterierka, problem w tym, że za chole*ę nie chciała powiedzieć, kto był tatusiem... (w tym miejscu duże gratulacje dla właścicieli, nie upilnować rasowej suni podczas cieczki!). Chcieliśmy. Pół-foksik dostał imię Pik (łatki miał w kształcie pika w kartach) i był chyba najbardziej rozpieszczonym psem na świecie. Wszystko mu było wolno, niczego go nie uczyliśmy i niczego od niego nie wymagaliśmy. No, prawie niczego. Mnie się nieco w domu nudziło (chłopak pracował dłużej niż ja), więc nauczyłam Pika reagowania na komendę STÓJ! Po prostu bawiło mnie to, jak po tej komendzie pies zatrzymywał się w miejscu, zawsze go za to nagradzałam, chwaliłam, bo to takie śmieszne było - ja krzyczę STÓJ, a pies staje jak wryty...

I ta jedna sytuacja, kiedy uświadomiłam sobie, że posiadanie psa to nie tylko przyjemność i zabawa. Gdzieś na mieście byliśmy, pies nie nauczony posłuszeństwa biegał, gdzie chciał (smycz? jaka smycz, Pik nie będzie chodził na smyczy, zresztą nie umiał, szarpał się jak nie wiem co na tym "świństwie") i do dzisiaj pamiętam widok psa biegnącego prosto na ulicę i samochodu, idealnie na "kursie kolizyjnym" z psem. Serce mi stanęło, zresztą wszystko mi stanęło, zamarło, co tam chcecie jeszcze, krzyknęłam STÓJ! tak, że chyba całe miasto mnie słyszało. Psa "wryło" w ziemię, a ja wtedy dobitnie zrozumiałam, dlaczego szkolenie psa i uczenie go posłuszeństwa jest takie ważne... Samochód minął go o centymetry.

Głupia dziewiętnastolatka bawiąca się w dorosłość. Pika nie we wszystkim udało mi się "naprostować", do końca był niesfornym i nieposłusznym psem, mimo że po tym zdarzeniu naprawdę dużo pracy włożyłam w jego wychowanie. Ale od tamtej pory już wiem, że jeśli kochasz psa, to wymagasz od niego pełnego posłuszeństwa - to była lekcja, której nigdy nie zapomnę.

duże_miasto

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (135)

#85157

(PW) ·
| Do ulubionych
Szlag mnie najjaśniejszy trafi...

Wyszłam na wieczorny spacer z Kruszyną. Chodzimy sobie, ja obserwuję psa, pies wącha interesujące go rzeczy, ona na luzie, ja "na oriencie" - Kruszyna biega luzem, więc muszę uważać na różne rzeczy. Wychodzimy z za zakrętu i widzę na "kursie kolizyjnym" panią z młodym labradorem na smyczy. Znam z widzenia, jak wszystkich psiarzy, więc zdziwiło mnie nieco, że pies nadal prezentuje ten sam poziom psiego ADHD, jak kiedy był szczeniakiem (teraz to już raczej taki psi podrostek). Wołam Kruszynę do nogi, żeby pani mogła przejść (w miarę) spokojnie, bo labek oczywiście z całych sił się wyrywa do mojej psicy.

- Pani się nie boi, on się tylko bawić chce!

Na ten tekst zawsze mi się scyzoryk w kieszeni otwiera, ale grzecznie wyjaśniam, że to nie ja się boję ani nawet mój pies, tylko po prostu chcę jej umożliwić przejście, bo widać że jej własny pies średnio jej słucha (to "średnio" to duży eufemizm w tym przypadku).

- A jak pani to robi, że ona taka posłuszna? Przybiegła natychmiast na zawołanie, a teraz grzecznie przy nodze idzie? Bo mój to nie słucha wcale...

Serio? No nie zauważyłam... Ponieważ pani była już dosłownie kilka kroków ode mnie, "zwolniłam" Kruszynę słowem "idź" ze wskazaniem kierunku, na co pani zareagowała kolejną falą zachwytów w stosunku do mojego psa. Labrador dalej szarpał smycz, przy czym nie mógł się zdecydować czy chce biec za Kruszyną, czy też w całkiem inną stronę.

- Wie pani, bo ja to już nie mam siły... On jest taki nieusłuchany, to chory pies, ja go chyba do uśpienia oddam!

Wiecie co, potraktowałam to dosłownie - że pies jest chory, poważnie chory, cierpi straszliwie i dlatego jest ciągle taki pobudzony. Z dużym przejęciem i troską zapytałam co też psu dolega, czy nie da się tego leczyć, czy na pewno uśpienie psa to jedyne wyjście. Odpowiedź dosłownie zwaliła mnie z nóg i spowodowała, że oprócz otwartego scyzoryka w kieszeni, jeszcze mi się kałasznikow sam odbezpieczył...

- A nie wiem, no ale zdrowy pies to się tak nie zachowuje, prawda? No, wystarczy na pani psa popatrzeć, to jest normalny pies! A ten wiecznie szarpie, ciągnie, nie słucha! Ja mam dość, idę z nim do weterynarza, niech go uśpi!

Powstrzymując chęć odpalenia rakiet ziemia-ziemia w kierunku tej pani (bo mogłyby też trafić psa) próbowałam jej wytłumaczyć, że z psem trzeba PRACOWAĆ. Owszem, z tego co zaobserwowałam dotychczas (widząc ją co jakiś czas z psem na spacerach), to trafił jej się wyjątkowo żywiołowy i "nieopanowany" egzemplarz, ale do jasnej chole*y, uśpić psa, bo ktoś sobie nie radzi z jego wychowaniem? Mam nadzieję, że żaden weterynarz nie przyjmie jej argumentów i nie uśpi młodego, zdrowego psa tylko dlatego, że pani sobie z nim nie radzi... Najbliższa lecznica na pewno nie, chodzę tam z Kruszyną i znam weterynarzy, ale nie znam wszystkich lecznic i weterynarzy w mieście.

Nie wiem, jak to skomentować. W ogóle nie wiem, co zrobić, bo rozmową pani nie przekonałam, argumentów siłowych nie próbowałam (chociaż miałam wielką ochotę), jakąś fundację zawiadomić? I co mam im powiedzieć? Ta pani sobie nie radzi z psem i planuje go uśpić? No już widzę jak lecą, pędzą, nie twierdzę, że ich nie obchodzi, ale możliwości raczej małe mają, to nadal JEJ pies, JEJ własność.

Szlag mnie najjaśniejszy trafi...

osiedle

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (113)

#85229

(PW) ·
| Do ulubionych
Komentarze pod historią https://piekielni.pl/85228#comments nasunęły mi pewne skojarzenie.

Pracowałam wtedy w Domu Opieki, gdzie siłą rzeczy była również pralnia. Pralnia prała wszystko - pościel, ręczniki, rzeczy podopiecznych, ogólne obrusy, zasłony, firanki, służbowe stroje, ścierki, ściereczki, mopy, no po prostu WSZYSTKO. I owo "wszystko" obsługiwała jedna osoba oraz dwie pralki - bynajmniej nie przemysłowe, chociaż trochę lepszej jakości niż "marketowe". Na nasze jęczenia i błagania pani dyrektor odpowiadała, że pralki przemysłowe są za drogie, Domu na to nie stać. Wreszcie nadszedł taki czas, że nowa osoba zatrudniona na pralni stwierdziła, że "nie da rady" i na tych dwóch pralkach nie uda się oprać całego Domu.

Rozwiązanie? Część prania zaczęła być oddawana do prywatnej pralni, przychodziła stamtąd owszem ładnie uprana, z fakturką od 300 do 500 zł... Trzy razy w tygodniu (poniedziałek, środa, piątek).

Zadanie na poziomie piątej klasy szkoły podstawowej - po jakim czasie zwróciłby się dyrekcji zakup pralek przemysłowych?

dom_opieki

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (120)
poczekalnia

#85216

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Głupota ludzka nie ma granic...

Idę osiedlową uliczką za młodą kobietą, wcale nie tak blisko, bo "przestrzeń osobistą" mam dosyć dużą, ale i tak słyszę, co mówi do kogoś przez telefon:

- Tak, jednak dzisiaj wyjeżdżam, nie jutro. No nie, nie mam ci jak tych kluczy podrzucić, ja dosłownie mam pół godzinki na spakowanie się i wyjazd, nie zdążę! Słuchaj, to zrobimy tak, ja je wrzucę do mojej skrzynki na listy i jej po prostu nie zamknę, jak przyjdziesz jutro wieczorem to je weźmiesz i wejdziesz bez problemów. No jak to jaki numer, 35, nie pamiętasz? Dobra, to ja kończę i lecę się spakować!

Skręciła do bloku, weszła do klatki, a ja zastanawiam się, czy nie prościej byłoby wywiesić kartkę "OKRADNIJ MNIE" zamiast tyle się produkować przez telefon?

osiedle

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (90)

#85193

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych, w chwili obecnej na umowę-zlecenie, w domach podopiecznych. I tak sobie bezczelnie postanowiłam, że urlop by mi się przydał. A jak postanowiłam, to wykonałam - zgłosiłam pracodawcy, że we wrześniu nie pracuję, a rodzinom moich podopiecznych, że we wrześniu mnie nie ma. To "nie ma mnie" jest poniekąd zgodne z prawdą, gdyż obejmuje też wyjazd, najzwyczajniej w świecie po prostu fizycznie mnie nie ma, no ale nie cały wrzesień, natomiast owszem, cały chcę mieć wolny.

Pracodawca załatwił zastępstwo dla tych, co chcieli. Dwie osoby nie chciały - "my się ten wrzesień jakoś przemęczymy, nie chcemy nikogo innego, poczekamy aż pani Xynthia wróci". Nie twierdzę, że jestem taka cudowna, wspaniała i niezastąpiona, nie, po prostu starsze osoby nie lubią zmian i niektóre rodziny wolą poczekać, obejść się przez ten wrzesień beze mnie, niż miesiąc "męczyć się" z nową opiekunką, która będzie tylko na trochę.

Jedna rodzina bez problemów, OK, wyjeżdżam, damy radę, ale w październiku pani do nas wraca, tak? Tak, oczywiście. Natomiast druga... Najpierw męczenie i jojczenie "ale jak my sobie poradzimy z mamusią bez pani?". Grzecznie przypominam, że mój pracodawca może im dać inną opiekunkę na zastępstwo. "Nie, nie, my nie chcemy nikogo innego! My sobie jakoś we wrześniu poradzimy, tylko ten sierpień, ja pani mówiłam, że w drugiej połowie sierpnia na urlop jedziemy, no mamusia nie może wtedy zostać sama!". Tak, o tym ich urlopie wiem od dawna, od dawna jesteśmy umówieni co do opieki, w czym problem? No problem w tym, czy ja na pewno nie wyjeżdżam wcześniej?

Tak mi truli d..., teges, zawracali gitarę, że nieopatrznie wyrwało mi się, że wyjeżdżam dopiero 6-go września. Błysk w oku i natychmiastowa odpowiedź: "ooo, to świetnie, bo my właśnie chcieliśmy sobie przedłużyć trochę urlop, tak 2-go albo 3-go września wrócić...". No nie. We wrześniu NIE PRACUJĘ, a drugi września w ogóle nie wchodzi w rachubę, to pierwszy dzień szkoły i ten dzień jest zarezerwowany dla Młodej. Wytłumaczyłam, zrozumieli - a przynajmniej tak mi się wydawało. Pojechali na ten urlop, a dzisiaj dostałam sms-a: "Pani Xynthio, my jednak wracamy 2-go września późnym wieczorem, proszę rano przyjść do mamy".

No lecę, pędzę, mało nóg nie połamię! Prawie godzinę zajęło mi odpisanie na tego sms-a, bo wrodzona złośliwość coraz to lepsze teksty mi podsuwała, ale ostatecznie stanęło na mało zjadliwym, za to bardzo oficjalnym: "Z przykrością informuję, że MOJE plany urlopowe nie uległy zmianie, we wrześniu jestem niedostępna, jeśli jest potrzeba opieki nad państwa mamą również we wrześniu, zostanie przydzielone zastępstwo".

Zastępstwo i tak będzie potrzebne, bo jakoś nie widzę dalszej współpracy z rodziną tej podopiecznej...

opieka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (181)

#84917

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu kilku historii o niewychowanych, rozwydrzonych dzieciach, przypomniała mi się moja dawna przyjaciółka Magda, a raczej jej stosunek do dzieci. Otóż Magda byłaby wręcz książkowym przykładem MADKI, gdyby nie to, że nie miała dzieci (i mam nadzieję, że nadal nie ma).

Już wyjaśniam.

Magda uwielbiała dzieci - od niemowlaków po nastolatki, bez różnicy, z każdym chętnie spędzała czas, każdym się potrafiła zaopiekować i lubiła to. Dzieci wzajemnie uwielbiały "ciocię Madzię", ale jakoś niewielu rodziców decydowało się zostawiać swoje pociechy pod opieką Magdy. Dlaczego?

Otóż Magda pozwalała dzieciom na WSZYSTKO. No dobra, powiedzmy, że prawie wszystko, bo nigdy żadne dziecko pod jej opieką nie doznało najmniejszego uszczerbku na zdrowiu, więc przypuszczam, że skakać z okna, bawić się nożami i zapałkami tudzież wkładać gwoździ do kontaktu raczej im nie pozwalała, ale wszystko spoza tej kategorii to już tak. Co mógł zastać rodzic w domu po zostawieniu dziecka pod opieką Magdy?

Ano:
- pięknie pokolorowaną kredkami lub co gorsza farbkami ścianę ("na kartce było za mało miejsca");
- rozsypane produkty sypkie w kuchni ("wysypało mi się trochę, a jej się to spodobało");
- otwarte drzwi od lodówki ("słuchaj, on jest po prostu zafascynowany tym, że tam się światełko świeci");
- powywalane wszystkie ciuchy z szafy ("bawiłyśmy się w przebieranki");
- ogólnie koszmarny bałagan ("ooo, już jesteś... właśnie mieliśmy sprzątać...").

Oprócz tego nigdy nie można było mieć pewności, o której dziecko pójdzie spać i co będzie jadło - mimo dokładnych wytycznych zostawianych Magdzie w tej kwestii. Nie, wróć, źle to ujęłam, raczej można było mieć pewność, że dziecko nie pójdzie spać o wyznaczonej godzinie i że nie zje tego, co zostało dla niego przygotowane, za to napcha się do wypęku słodyczami. Nie masz słodyczy w domu? Nic nie szkodzi, jak masz jajka i cukier, to "ciocia Madzia" zrobi twojemu dziecku kogel-mogel, bo ono nie chce przygotowanego wcześniej posiłku, chce coś słodkiego!

Nie pomagały prośby i tłumaczenia. Argumenty Magdy były zawsze takie same: "To tylko dziecko! Jak można mu żałować, jak można mu odmówić, jak można mu zabraniać? To przecież DZIECKO!!!".

No cóż, nikt się chyba nie dziwi, że Magda raczej rzadko miała okazję do opieki nad dziećmi, mimo posiadania sporej ilości "dzieciatych" znajomych. Ale czasem kogoś mocno "przycisnęło", opieka nad maluchem potrzebna nagle i "na już", a Magda nigdy nie odmawiała, wręcz z entuzjazmem przyjmowała propozycje zajęcia się Jasiem/Stasiem/Kasią/Basią.

W takiej właśnie podbramkowej sytuacji znalazła się kiedyś mama Emilki, dziewczynki w wieku ok. 3-4 lat. Emilka była bardzo żywym i psotnym dzieckiem, więc często słyszała od dorosłych, że jest małym urwiskiem i to zdanie sobie zapamiętała, no niestety niezbyt dokładnie... Oddana na jakieś dwie godzinki pd opiekę Magdzie, wymyśliła wyjście na spacer. Dziecko chce, Magda spełnia życzenie, idą na spacer. Przechodzą koło sklepu, Emilka chce do sklepu, no oczywiście, że wejdziemy. Emilka chce kupić milion rzeczy, oj, tu jest problem, u Magdy zawsze cienko z kasą... Jakoś zrozumiała (Emilka, nie Magda), ale jak nie ma zakupów, to jest zabawa! Zabawa polegała na bieganiu po sklepie i wrzeszczeniu na cały głos, Magda usiłowała przywołać Emilkę do porządku, co jej się oczywiście nie udawało (hmm... ciekawe dlaczego?), wreszcie zrozpaczona krzyknęła:

- Emilka! Dlaczego ty mnie w ogóle nie słuchasz?

Na co Emilka, wziąwszy się pod boki, odpowiedziała dumnie:

- Bo ja jestem małym ku*wiszkiem!

Całą tą sytuację opowiedziała mi Magda, zarzekając się na wszystko na świecie, że więcej do tego sklepu nie pójdzie. Niestety, nadal nie rozumiała prostej zależności pomiędzy zachowaniem Emilki a faktem, że wcześniej jej na wszystko pozwalała. "Przecież to tylko dziecko...".

sklep

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (141)

#85102

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem opiekunką osób starszych. Obecnie nie pracuję w żadnym Domu Opieki, tylko w domach u podopiecznych.

Społeczeństwo nam się starzeje, w związku z tym jest coraz większe zapotrzebowanie na moją pracę. Ale niektórzy chyba nie ogarniają do końca, na czym polega praca opiekunki...

Najczęstszy przypadek - kontaktuje się ze mną rodzina, chcą opiekunkę dla mamy/cioci/babci. OK, jaki zakres obowiązków? "No wie pani, mama to w zasadzie jest całkiem samodzielna, ale towarzystwo by jej się przydało, tak całe dnie sama siedzi... Posiedzieć, porozmawiać, na spacer zabrać, książkę poczytać, bo u mamy już oczy słabe. To jak, może być?". Hmm... Państwo moje dane mają z pewnego portalu, gdzie podane są różne informacje, w tym moja stawka godzinowa. I na tym samym portalu jest milion ogłoszeń od studentów, oferujących "spacery, czytanie, organizację czasu wolnego" za dużo niższą stawkę. Delikatne zapytanie, dlaczego akurat ja, skutkuje odpowiedzią "no bo my chcemy PROFESJONALNĄ opiekunkę". Aha, to tak jakby na korepetycje dla ucznia podstawówki zatrudniać profesora renomowanego uniwersytetu, ale spoko, ich sprawa, ich pieniądze, skoro chcą...

Po dwóch-trzech wizytach u mamy/cioci/babci zazwyczaj zostaję poinformowana, że skoro i tak prawie nic nie robię (!!!), to mogłabym posprzątać. No nie, nie mogłabym. Żeby nie było - jeśli podaję podopiecznej obiad (śniadanie, kolację), to po tym posiłku sprzątam i zmywam. Jeśli coś jest rozlane, przewrócone, nabałaganione - posprzątam. Ale nie umyję wam okien czy podłogi, nie zrobię innych generalnych porządków, ani też nie będę latać po całym mieszkaniu ze ściereczką do kurzu, wypatrując najmniejszego pyłku.

"No ale mamusia to w sumie jest całkiem samodzielna, ona potrzebuje tylko pomocy w utrzymaniu porządku w mieszkaniu!". Serio? To proszę zatrudnić sprzątaczkę/gosposię, a nie opiekunkę. Mój zakres obowiązków jest całkiem spory, ale sprzątania i gotowania nie obejmuje. Tu następuje "obraza majestatu" - ja panią zatrudniam i ja pani mówię, co pani ma robić! No nie. Nie pracuję "prywatnie" (czytaj - "na czarno"), zatrudniacie mnie na umowę zlecenie, wy się rozliczacie z projektodawcą, a mnie płaci UE - tak, całkiem fajny projekt. Mam wyszczególniony w projekcie zakres obowiązków, a wszystko, co jest poza nimi, jest do załatwienia za pomocą magicznej formułki: "Pani Xynthio, czy mogłaby pani...?". Mogłabym. Dużo rzeczy mogłabym - poodkurzać, powiesić pranie, wynieść śmieci, zrobić zakupy. MOGĘ to zrobić, nie MUSZĘ. I często to robię, bo ręce mi od tego nie odpadną ani też korona mi z głowy nie zleci (mocno się trzyma!), a uprzejmością zyska się o wiele więcej niż chamskim "ja chcę, mi się należy!". Radzę się najpierw zorientować, co się należy, a potem się ciskać...

Podsumowując - na kilkanaście ofert typu "mama/ciocia/babcia potrzebuje tylko kogoś do towarzystwa", miałam JEDNO, gdzie faktycznie było to zgodne z prawdą. Fantastyczna starsza pani, dwie godziny z nią mijały jak z bicza strzelił, ona opowiadała mi o czasach swoje młodości, ja jej anegdotki ze swojego życia, jedyna "ciężka" praca to asekuracja jej przy kąpieli i obieranie ziemniaków na obiad - ręce miała powykręcane reumatyzmem, nie radziła z tym sobie.

Ciąg dalszy nastąpi, bo mylenie opiekunki ze sprzątaczką/gosposią, to nie jedyna piekielność.

opieka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (164)

#85121

(PW) ·
| Do ulubionych
Część trzecia piekielności w pracy opiekunki, czyli "ja wiem lepiej".

Drogie rodziny moich drogich podopiecznych! Ja wiem, że to wy znacie najlepiej mamę/ciocię/babcię, wiecie jakie ma potrzeby, nawyki, przyzwyczajenia itp. I dlatego wysłuchuję was uważnie, stosuję się do waszych wskazówek i w ogóle staram się, aby nasza współpraca przebiegała jak najlepiej i z jak najlepszym efektem dla seniora. Ale to ja mam wiedzę i umiejętności, za które mi zresztą płacicie, więc uszanujcie jeśli już nie mnie i nie mamę/ciocię/babcię, to przynajmniej te pieniądze, które na to poświęcacie.

W opiece nad osobą starszą ważne jest utrzymanie jej jak najdłużej w sprawności fizycznej. I potrzeba tu naprawdę sporo wyczucia, żeby określić, co podopieczny ma robić sam (bo jest w stanie, mimo że czasem nie chce), w czym pomóc, a w czym wyręczyć. "Przegięcie" w każdą stronę jest niewskazane, bo wyręczanie podopiecznego we wszystkim skutkuje bardzo szybką utratą tej reszty sprawności, która mu pozostała, ale upieranie się, że "mamusia sobie z tym radzi" niestety nie przywróci utraconej umiejętności...

Sytuacja nr 1 - pani po wylewie, leżąca, do kompleksowej opieki, ale lewa ręka sprawna. Oprócz normalnej toalety (zmiana pampersa, umycie) podaję jej również posiłki. No właśnie - podaję, nie karmię. Bo pani (powiedzmy) Maria tą lewą ręką sięgnie sobie jedzenie z talerza, zje spokojnie, w swoim tempie i tyle ile chce. Przychodzi jakaś kuzynka (potem mi zostało wyjaśnione, że "to taka daleka rodzina, co blisko mieszka"), przysuwa sobie krzesełko, siada koło pani Marii i ładuje jej te kawałki kanapek do ust... Na moją delikatną uwagę, że pani Maria umie sama jeść, dostaję odpowiedź: "No ale ta bidulka tak się z tym męczy, ja pomogę". Męczyła się raczej z przełknięciem tego wszystkiego, co jej kuzynka ładowała do ust, no ale ugryzłam się w język, kuzynka na szczęście więcej nie przyszła - w sensie wtedy, gdy ja tam byłam.

Tak, wiem, chciała dobrze. Biedna, schorowana pani Maria i ta niedobra opiekunka, której się pewnie pracować nie chce, więc każe jej samej jeść, zamiast ją nakarmić. Tylko że jeśli takiej osobie przestaniemy dostarczać bodźców, to bardzo szybko zamieni się w roślinkę. Ona leży całe dnie w jednej pozycji, obracana na boki tylko podczas mycia/zmiany pampersa, w pokoju cichutko gra radio i tyle. Kiedy przychodzę, rozmawiam z nią (a raczej mówię do niej) i tak, motywuję ją do tego, żeby jadła sama, skoro rękę ma sprawną.

Sytuacja nr 2, dokładnie odwrotna - pani ma coraz większe problemy z utrzymaniem moczu, to nie jest już "popuszczanie" paru kropli, potrafi oddać mocz w dowolnym momencie i nie zauważyć tego. "Ale mamusia nie potrzebuje pampersów, ona sobie radzi z chodzeniem do toalety! Jak popuszcza, to wystarczą wkładki/podpaski". Przepraszam bardzo, ale mamusia nie "popuszcza", mamusia już niestety sika w majtki nie zdając sobie z tego sprawy. "Jak mamusia była u mnie miesiąc temu, to przecież widziałam, że nie ma żadnych problemów z kontrolowaniem moczu". Miesiąc to bardzo dużo w przypadku starszej osoby, a regres jest nieunikniony. Pewne zmiany można powstrzymać, spowolnić, ale kiedy już nastąpią, nie da się ich odwrócić. Mamusia nie zacznie nagle z powrotem chodzić na ubikację tylko dlatego, że x razy posikała się w majtki i jest jej mokro. Nie, ona tego albo nie zauważy, albo nie skojarzy jednego z drugim.

A mnie szlag trafia, bo tu już nie chodzi o moją tzw. "robotę głupiego" - bo na dwie godziny spędzone u pani przebieram ją z mokrych ciuchów kilka razy, a kilkanaście dopytuję się, czy na pewno nie chce iść do toalety. Nie, ja skończę pracę i wyjdę, a pani zostanie z wkładką w majtkach i za chwilę będzie mokra. Jaki w tym sens?

Naprawdę, byłoby miło, gdyby rodziny podopiecznych rozumiały, że to co im sugeruję odnośnie mamy/cioci/babci jest podyktowane zarówno moim doświadczeniem, jak i po prostu troską o podopiecznego. Lubię moją pracę i lubię moich podopiecznych, naprawdę chcę dla nich jak najlepiej i dlatego z lekka absurdalne wydaje mi się, że o to "jak najlepiej" muszę się niemal wykłócać z rodzinami. "Bo ja wiem lepiej!".

opieka

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (116)

#85103

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dzisiaj natchnienie, będzie druga część. W pierwszej było mylenie opiekunki ze sprzątaczką/gosposią, teraz będzie wymaganie od opiekunki zdolności nadprzyrodzonych, a mianowicie umiejętności jasnowidzenia.

Ja wiem, że w domu u swojej mamy/cioci/babci czujecie się jak u siebie. I że dokładnie wiecie, gdzie co jest. Więc jeśli zatrudniacie opiekunkę, to poinformujcie ją o tym, do cholery!

Sytuacja nr 1 - przychodzę do podopiecznej na 4 godziny, zastaję karteczkę: "Przed wyjściem proszę dać mamie kisiel, jeśli nie będzie spała, bo ja będę późno, żeby nie była głodna". Nie ma problemu, tylko gdzie ten kisiel? Duża kuchnia, z milionem szafek i szafeczek, otworzyłam jedną, drugą - nie ma. Po dłuższym wahaniu otworzyłam trzecią, no nadal pudło, nie będę dalej grzebać, tym bardziej że w kuchennych szafkach były bardzo prywatne rzeczy, nie czuję się upoważniona do przeszukiwania czyjegoś mieszkania! Mama na szczęście spała, zostawiłam kartkę wyjaśniającą sytuację, otrzymałam informację zwrotną, gdzie szukać kisielku/budyniu (w szufladzie! nie wpadłabym na to...) i na przyszłość było OK.

Sytuacja nr 2 - tu już sprawa poważniejsza, bo chodziło o leki. Pierwsza wizyta, ustalenia, uzgodnienia, m.in.: "mamie trzeba podać leki". Wszystko rozumiem, pudełeczko z lekami na stole, rozpiska jak je podawać też, jaki może wystąpić problem? Ano taki, że kiedy przychodzę na drugi dzień, nie ma ani leków, ani rozpiski... Ponieważ pani leki wziąć musi, a ja absolutnie nie czuję się upoważniona do myszkowania po całym mieszkaniu w celu znalezienia ich, no to dzwonię/piszę sms-a (teraz już nie pamiętam). Odpowiedź - "No przecież leki są w barku w dużym pokoju, a rozpiska w trzeciej szufladzie od dołu, nie wie pani?". No nie wiem, skąd mam wiedzieć, jeśli nikt mi nie powiedział? "No ale one zawsze tam są!"... Aha...

Sytuacja nr 3 - znowu leki. Tutaj (do czasu) wszystko bez zarzutu, leki na stole, rozpiska tuż obok, przychodzę któregoś dnia i przygotowuję leki do podania. Jeden, drugi, trzeci... ups, nie ma kolejnego! Przeszukuję całe pudełko, no nie ma! "Wygooglałam" sobie ten lek, dosyć ważny, więc co mam robić? Telefon/sms do rodziny - "A nie, lekarz jej ten lek odstawił, nie trzeba go już podawać! No chyba jak go nie ma, to jest oczywiste, że nie trzeba podawać, prawda?". Nie. To nie jest oczywiste. Mogło po prostu skończyć się opakowanie danego leku, a nowe być w jakimkolwiek miejscu mieszkania. Oczywiste dla mnie byłoby wtedy, gdyby lek został wykreślony z rozpiski - a nie był!

Chyba powinnam zainwestować w szklaną kulę...

opieka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (142)

#84990

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy następną falę historii o psach/ich właścicielach i znowu sobie na tej fali popłynę...

Co robisz, jeśli twoje dziecko chce psa? Albo tłumaczysz, dlaczego nie jest to możliwe, albo określasz jasne zasady - pies potrzebuje jeść, pić, spacer kilka razy dziennie oraz ogólnie zainteresowania i uwagi. Weźmiemy psa, jeśli jesteś w stanie zaspokajać jego potrzeby. Dziecko szczęśliwe, a ty egzekwujesz to, co określiłeś na początku, o co tu się czepiać?

O to, że dziecko to ok. dziesięcioletnia dziewczynka, a pies to młody (dorosły już, ale młody) bulterier*. Pełen niespożytej energii i agresji w stosunku do innych psów. Spacery wyglądają jak zawody w przeciąganiu liny, gdzie liną jest smycz, a zwycięzca zawsze jest ten sam - zgadnijcie kto?

Widzę tę dziewczynkę codziennie na "spacerach" z psem... I tylko dużą dozą wyrozumiałości ze strony innych "psiarzy" można wytłumaczyć to, że nie doszło do żadnej poważnej psiej awantury. Po prostu, widząc tę parkę na spacerze, skręcam w inną stronę, schodzę im z drogi, ustępuję. Zresztą dziewczynka jest bardzo grzeczna, kiedy mnie widzi z daleka od razu krzyczy: "jest pani z psem?". Jak jestem, to idę w inną stronę, jeśli nie, to informuję ją o tym i idę dalej.

Dzisiaj szłam kilka kroków za tą dziewczynką (bez psa była) i słyszałam jej rozmowę z koleżanką:

- Wiesz co, dzisiaj mój pies ugryzł (tu imię, które mogło być imieniem psa albo zdrobniałym imieniem dziewczynki).

- Jak to ugryzł?

- No normalnie, wyrwał mi się, jak zwykle, a ona tam była, no i ja ugryzł.

- Ale...

Dziewczynka zauważyła mnie parę kroków za nią:

- Ćśśś...

Fajnie, że uczycie swoje dzieci odpowiedzialności. Ale może nie kosztem całkiem pokaźnej grupki właścicieli psów +/- 15 kg, którzy na widok wspomnianej parki "na spacerze" w panice skręcają w inną stronę...

*uznałam, że to bulterier, bo wygląd i zachowanie na to wskazują, chociaż ojciec dziewczynki twierdzi, że to "kundelek ze schroniska", taaa, na pewno...

osiedle

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (117)