Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 4 grudnia 2022 - 18:12
  • Historii na głównej: 114 z 118
  • Punktów za historie: 15454
  • Komentarzy: 425
  • Punktów za komentarze: 3430
 

#89944

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana historią https://piekielni.pl/89940.

Młoda ma problemy z kolanami. Dużo ćwiczy (akrobatyka sportowa i taniec), więc na takie rzeczy jestem wyczulona, staram się dojść przyczyny i przeciwdziałać.

Podejście pierwsze, ortopeda (NFZ). Diagnoza - bóle wzrostowe, spotęgowane intensywnymi treningami. Zalecenia - objawowo środki przeciwbólowe, zimne okłady na bolące kolana.

Podejście drugie, fizjoterapeuta (prywatnie, za milion monet). USG kolan robił długo i dokładnie, stwierdził kilka mikrourazów (niegroźnych i do samoistnego wyleczenia), zalecił serię zabiegów oraz pokazał ćwiczenia, które Młoda może wykonywać sama w domu, aby zrelaksować mięśnie po intensywnym wysiłku. Zabiegi o tyle pomogły, że przyniosły ulgę, ból nie ustąpił, ale stał się znośny. Niestety, zabiegi tanie nie były, więc w związku z tym:

Podejście trzecie, ortopeda (nadal na NFZ). Już przy pierwszej wizycie był niemiły, przy drugiej prawie że nakrzyczał "mówiłem, że to bóle wzrostowe, jak ma niski próg bólu, to niech nie uprawia sportu!". Aha...

Podejście czwarte, fizjoterapeuta. No dobra, nie konkretnie o kolana nam chodziło, tylko Młoda na treningu mocno kontuzjowała sobie plecy (ma dosyć słabe "gięcie", a przez wygłupy z koleżanką za mocno się wygięła do tyłu), plecy zostały "naprawione" od strzału plus zalecenia, jakich ćwiczeń przez najbliższe dni unikać. Przy okazji nieśmiało wspomniałam, że kolana nadal bolą, na co otrzymałam sugestię kolejnych zabiegów.

No cóż, mocno zacisnęłam zęby, za to szeroko otworzyłam portfel, bo zabiegi faktycznie pomagały. I tak to funkcjonowało aż do czasu, kiedy Młoda zgłosiła mi inny rodzaj bólu w kolanie (tym razem tylko jednym) - bardziej ostry i dokuczliwy. Do fizjoterapeuty było szybciej - dzwonię, umawiam się, idę za dzień-dwa i płacę, to najpierw było:

Podejście piąte, fizjoterapeuta. Kolejne USG, stwierdzono lekkie pęknięcie rzepki, Młoda dostała cała listę przeciwskazań plus oczywiście propozycję kolejnej serii mocno specjalistycznych zabiegów. Po dwóch tygodniach doczekałam się na ortopedę na NFZ, czyli:

Podejście szóste, ortopeda. Szybkościowe USG kolana, diagnoza - nic tam nie ma. Żadnego urazu, pęknięcia, nic! No sorry, nie ma takiej możliwości, żeby przez dwa tygodnie wyleczyło się na tyle, aby specjalista nie zauważył, że tam BYŁO jakieś pęknięcie. No dobra, z wielką łaską wystawił skierowanie na rezonans magnetyczny, bo "w USG to nie wszystko wychodzi". Termin mamy początkiem stycznia.

A ja się tak zastanawiam - jestem zwykłym, szarym człowiekiem bez żadnej wiedzy medycznej. I jak, do cholery, mam się zorientować, kto ma rację? Jest uraz (pęknięcie rzepki), czy nie ma urazu? No chyba od tego mamy specjalistów! Z jednej strony fizjoterapeuta zarabia na tych zabiegach (pomijając fakt, że i tak Młoda na nie chodziła), więc może "wmawiać chorobę". Ale z drugiej strony dla mnie ból jest sygnałem, że jednak w organizmie dzieje się coś złego.

Uprzedzając pytania - lekarz ortopeda dziecięcy jest w naszym mieście JEDEN. Owszem, mogę iść z Młodą prywatnie, ale nie uważam, żeby lekarzom z chwilą przekroczenia progów swojego prywatnego gabinetu przybywało wiedzy i doświadczenia, czyli prościej rzecz ujmując - do pierwszego-lepszego to mogę się zgodzić na NFZ, no bo wyboru nie mam, ale jak idę i płacę, to chcę DOBREGO lekarza. I też namiary na takiego dobrego, sprawdzonego, zachwalanego dostałam, tylko terminy do niego (podkreślam - prywatnie!) są niebotycznie odległe, pięć razy bym zdążyła na NFZ pójść.

Prywatna klinika, do której chodzę z Młodą do fizjoterapeuty, też nie została wzięta z księżyca, została mi polecona, ma bardzo dobre opinie i milion zadowolonych klientów. Niestety, ortopedy "na stanie" nie mają.

A propozycja, żeby Młoda przez jakiś czas zaprzestała treningów, byłyby przez nią potraktowana jak propozycja, żeby przez jakiś czas przestała oddychać. Tak że tego.

Pointy nie będzie.

zdrowie

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (134)

#89916

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii https://piekielni.pl/89915#comments.

Kończy mi się umowa u mojego operatora, więc wydzwaniają z ofertą. Mam u nich pakiet abonament komórkowy + światłowód + telewizja + telefon stacjonarny. W sumie to telewizja i telefon stacjonarny stanowi jedność, nie wiem czemu stanowi to nierozerwalną całość, ale rezygnacja z telewizji powoduje odłączenie telefonu stacjonarnego, który (w odróżnieniu od telewizji) jest mi akurat potrzebny. No dobra, to niech sobie będzie to TV, i tak od dawna nie oglądam, czasem Młoda raz na ruski rok coś sobie włączy, ale generalnie nie jest to żadnej z nas do szczęścia potrzebne. Przy poprzedniej umowie ograniczyłam tylko dostępne mi programy do minimum i tyle.

Dzwoni pani z ofertą przedłużenia umowy. Taka super-hiper-extra wypasiona oferta, skrojona dla mnie na miarę! Dodatkowe kanały telewizyjne dostanę! Pani aż zadyszki dostała, usiłując jednym tchem wymienić wszystkie dostępne mi (po podpisaniu nowej umowy) kanały, zachwalała możliwość oglądania ich na telewizorze, na telefonie, na tablecie, na komputerze, w szklanej kuli i bezpośrednio na rozgwieżdżonym niebie. Do tego nowy telefon typu "gorszego szajsu w wyższej cenie nie udało nam się znaleźć" za jedyne 50 zł więcej miesięcznie do abonamentu.

Grzecznie podziękowałam, z dużym naciskiem informując panią, że choćby mi i milion kanałów dołożyła, to taka oferta mi nie odpowiada, bo NIE OGLĄDAM TELEWIZJI. Telefon to też nie pamiętam, kiedy brałam w abonamencie, raczej sama sobie kupuję, bez pośrednictwa sieci. Tak więc ich super-hiper-extra specjalnie dla mnie przygotowana oferta (dobra, wiem że to taki chwyt marketingowy) nie odpowiada mi ani trochę, w związku z czym dziękuję bardzo, ale nie.

Po kilku dniach kolejny telefon, jak ktoś jest zainteresowany przebiegiem rozmowy, to odsyłam do dwóch powyższych akapitów, po kilku dniach znowu, i znowu, i znowu... Trzy dni temu kolejny telefon. Tym razem przerwałam panu już na samym początku wymieniania tych kanałów telewizyjnych, którymi tak koniecznie chcą mnie uszczęśliwić, powtórzyłam informacje, których udzielałam od początku tej kołomyi (tylko tym razem mało grzecznie), a na koniec zapytałam, czy oni sobie nie przekazują tego typu informacji???*

Pan się bardzo przejął, przeprosił, przyznał mi rację, że faktycznie to oferta nie dla mnie, nawet miło zakończyliśmy tę rozmowę. Dzisiaj kolejny telefon, zgadnijcie co mi sieć chciała zaoferować przy przedłużeniu umowy? Tak, milion dodatkowych kanałów telewizyjnych i szajsowaty telefon za 50 zł miesięcznie...

Nie, nie zmienię sieci. Umowa, którą mam teraz, odpowiada mi i jak dla mnie może ona po zakończeniu zmienić status na "na czas nieokreślony", wcale się nie palę do podpisywania nowej. Ale chyba wycofam zgody marketingowe.

*kiedyś - wiele lat temu i bardzo krótko, pracowałam jako telemarketerka w tej właśnie sieci, więc wiem, że mają taka wewnętrzna bazę danych, w której się zapisuje pewne rzeczy - czy ktoś więcej dzwoni, czy też raczej więcej sms-uje (tak, to realia z czasów, kiedy rozmowy i sms-y nie były za darmo), właśnie po to, żeby nie dzwonić "na chama" z byle jaką ofertą, tylko dobrać ją do konkretnego klienta.

call_center

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#89892

przez (PW) ·
| Do ulubionych
To ja sobie popłynę na fali historii medycznych. Akurat nie NFZ, tylko prywatny pakiet medyczny, który mojej przyjaciółce zafundował pracodawca (innym pracownikom też).

Agnieszka ma dwie córki, młodsza, powiedzmy Kasia, jest w wieku mojej Młodej - 12 lat. Od jakiegoś czasu zaczęła czuć się bardzo osłabiona, miewała częste zawroty głowy, potem do tego doszły krwotoki z nosa. Przy krwotokach Agnieszka już się porządnie wystraszyła, zrobiła Kasi porządny komplet badań (nawet nie wszystkie obejmowało owo prywatne ubezpieczenie, część była w pełni płatna), po czym udała się z nimi do lekarza. Jedyny plus w stosunku do analogicznego lekarza na NFZ był czas oczekiwania, bo praktycznie wizyty z dnia na dzień, natomiast cała reszta jak na NFZ. Czyli - zero leczenia, bo nawet diagnozy nie postawili. W pierwszym momencie było podejrzenie białaczki, zlecono następne badania, Agnieszka przez tydzień chodziła jak zombi, ja też gryzłam palce z nerwów, wyniki na szczęście wykluczyły białaczkę, więc co dalej?

A no nic. Lekarz już nie ma pomysłu, co to może być (anemię już wcześniej wykluczyli) i w ogóle jest bardzo zdziwiony, o co Agnieszce chodzi, zamiast się cieszyć, że to nie białaczka, to ona choroby szuka! No tak, bo osłabienie, zawroty głowy i częste krwotoki z nosa to przecież taki standard wśród dwunastolatek...

Podsumowanie takie trochę ironiczne - nie narzekajmy tak na NFZ, bo prywatnie też guano uzyskamy. Tylko trochę szybciej.

prywatna_opieka_medyczna

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (145)

#85476

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia Singri o Domu Samotnej Matki przypomniała mi inną placówkę.

Otóż kiedyś był sobie hostel – nie taki zwykły hostel, ale należący do fundacji zajmującej się leczeniem uzależnień u młodzieży. I w założeniu ten hostel miał służyć tejże właśnie młodzieży po ukończeniu leczenia jako miejsce, gdzie mogliby zamieszkać, gdyby z różnych względów nie mogli lub nie chcieli powrócić do swoich domów.

Założenia założeniami, a życie życiem. Dzieciaki po terapii albo wracały do domów, albo „szły w tango”, natomiast wieść o hostelu się rozniosła i pojawili się inni chętni – tacy, którzy usłyszeli, że ktoś, coś, kiedyś mówił, że jest takie miejsce... Miejsce, gdzie można mieszkać, gdzie nie ma pijackich awantur, gdzie można się spokojnie uczyć, gdzie można żyć. I zjeżdżały się dzieciaki, które chciały wyrwać się z patologii, a hostel „przygarniał” wszystkich. Tu od razu wyjaśnienie: piszę „dzieciaki”, ale to były osoby pełnoletnie, chociaż czasem takie ledwo pełnoletnie, jednak jak dla mnie dzieciaki – „olane” przez wszystkich, wzrastające w patologii, a jednak pragnące się z niej wyrwać, tęskniące za innym życiem niż to, które widziały na co dzień. One tylko chciały żyć NORMALNIE, przy czym dla każdego znaczyło to coś innego – były osoby, które studiowały, były takie, które kończyły zawodówkę.

Hostel przyjmował wszystkich, warunków było niewiele. Podstawowy był taki, że należy uczyć się lub pracować (często jedno i drugie). Poza tym utrzymywanie porządku w pokoju, sprzątanie „rejonów” (sprzątaczki nie było, hostel był podzielony na „rejony” do sprzątania, co tydzień następował podział rejonów), pomoc w kuchni, absolutny zakaz spożywania alkoholu i zakaz palenia w budynku (palarnia była na zewnątrz). W zamian za to oferowano zamieszkanie i wyżywienie w cenie 100 zł/mies. No dobra, wyżywienie nie było jakieś oszałamiające, ale było. Codziennie obiad (w niedzielę nawet „lepsiejszy”), chleba pod dostatkiem (niech żyje zaprzyjaźniona piekarnia i darowizny od niej!), do chleba albo pasztetowa, albo serek topiony, albo dżem. Chcesz coś lepszego? Kup sobie, podpisz i włóż do lodówki, nikt ci nie ruszy. Jedyne, czego nie należało zostawiać we wspólnej kuchni, to była kawa, znikała w momencie, a na pełne rozpaczy pytanie poszkodowanego „kto zużył moją kawę???” odpowiadał chórek radosnych głosów: „JA!!!”. No cóż, chcesz mieć kawę na dłużej, to nie zostawiaj jej w kuchni...

Dobra, do rzeczy. Jedną z mieszkanek hostelu była Kasia. Kasia uciekła z domu zaraz po swojej osiemnastce. Uciekła od wiecznie pijanej matki i jej konkubenta, uciekła z „pokojokuchni”, gdzie gnieździło się kilkanaście osób, uciekła, bo nie chciała tak żyć. W hostelu odżyła, spokojnie kończyła sobie jakąś tam zawodówkę, która miała dać jej stabilną pracę, z praktyk zawodowych miała pieniądze na swoje potrzeby, czegóż chcieć więcej? Cóż, człowiek zawsze chce więcej, Kasia też chciała. Chciała zabrać z „domu rodzinnego” również swoje siostry. Te starsze ją nie interesowały, same wybrały (chyba ze dwie mieszkały razem z matka i ze swoimi już dziećmi), chodziło jej o te młodsze. Najbardziej na sercu leżał jej los bliźniaczek (ok. 10-11 lat wtedy miały), podjęła działania, aby stać się dla nich rodziną zastępczą. Sąd Rodzinny, MOPS, kurator, wszyscy starali się ją zniechęcić, ale ona się nie poddawała. Zapraszała dziewczynki na każde ferie, święta, czy nawet długi weekend, ze swoich uciułanych pieniędzy kupowała im bilety na dojazd, dziewczynki wpatrzone w nią jak w obrazek bardzo dobrze się czuły w hostelu, odżywały tam po prostu.

Za pięknie by było, gdyby się udało. Otóż wg Sądu i pań z MOPS-u, hostel nie jest dobrym miejscem dla dzieci (taaak, ale melina pijacka to już jest dla nich dobrym miejscem?), Kasia nie dostanie bliźniaczek pod opiekę, ale ewentualnie mogą jej przekazać pod opiekę inną jej siostrę, Beatę. Ups, to nie był dobry pomysł... Beata miała 17 lat i całkiem inny pomysł na życie niż Kasia. Tak w ogóle, to Beata nie miała żadnego pomysłu na życie, wg niej dobrze było tak, jak jest, a Kasia się czepia. Hostel jej się nie spodobał, wszystko było nie tak, no bo jak to? Trzeba sprzątać? Pomagać w kuchni? Chodzić do szkoły? W domu tego nikt nie wymagał... No i trzeba słuchać Kaśki, o nie, niecały rok starsza, a rządzić się chce! Argumenty, że na chwilę obecną Kasia jest jej opiekunem prawnym, nie docierały. Nie będzie jej słuchać i już!

Beata zawziętość w dążeniu do upragnionego celu miała równie wielką, jak Kasia, tylko cele miały inne. Gdy zauważyła, że „stawianiem się” nic nie wywalczy, przycichła, uspokoiła się, pozornie wszystko było OK. Poczekała do swoich osiemnastych urodzin. Nie, poczekała jeszcze parę dni, do swojej imprezy urodzinowej – bo była (skromna) imprezka, były życzenia i prezenty, tylko na drugi dzień rano Beaty już nie było. Spakowała swoje rzeczy, spakowała prezenty i wróciła do „domu”. Do pijanej matki, do tragicznych warunków bytowych, do biedy, pijackich libacji, ciasnoty i toalety na korytarzu. Bo tam jej lepiej...

Gdzie piekielność? Bo każdy decyduje o sobie, wybrała jak wybrała, jej sprawa. Otóż Beata w ten sposób przekreśliła szanse Kasi na stanie się rodziną zastępczą dla bliźniaczek - „Z jedną sobie pani nie poradziła, więc nie ma opcji, żebyśmy dali pani pod opiekę tamte dwie”.

Nie znam dalszych losów Kasi i bliźniaczek. Wiem, że się nie załamała, że chciała dalej walczyć, ale czy coś wywalczyła, to nie wiem, straciłam kontakt.

A hostel już nie istnieje. Szkoda...

hostel

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (222)

#89697

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna trenerka część II.

Każdy, kto ma "trenujące" dziecko, zgodzi się z tym, że obecność na treningu to podstawa. Owszem, czasem można odpuścić, dziecko nie robot i potrzebuje odskoczni od rutyny, ale jak za często słyszysz "a mogę dzisiaj nie iść na trening?", to chyba sport to nie jest to, co twoje dziecko chce robić. Ale jest jedna ewentualność, kiedy trening opuszczamy bez dyskusji, mianowicie kiedy dziecko jest chore, to chyba oczywiste, prawda? Otóż nie dla wszystkich, a na pewno nie dla piekielnej trenerki.

Po raz pierwszy spotkałam się z opcją "chora, nie chora, na treningu ma być!", kiedy Młodą dopadło jakieś zatrucie pokarmowe, dokładnie w autobusie, którym jechała na trening. Ledwie zdążyła wyskoczyć na przystanku, unikając "przyozdobienia' autobusu zawartością swojego żołądka, do domu wracała etapami wyznaczanymi aktywnością przewodu pokarmowego (czyli: podróż -> pospieszna "wysiadka" -> wymioty -> dalsza podróż -> czytaj od początku). Młoda zawiadomiła mnie (byłam w pracy), ja zawiadomiłam trenerkę, co usłyszałam? "No przecież powinna przyjść, ja tu mam jakieś kropelki na żołądek, to bym jej dała!".

Druga sytuacja - przychodzę po Młodą odebrać ją z treningu i widzę mamę jednej z jej koleżanek z klubu. Grzecznie się przywitałam, zaglądam na salę treningową (szklane drzwi) i widzę Olę (czyli córkę tej pani), siedzącą w kącie sali, ubraną w dres (dzieciaki ćwiczą w koszulkach i krótkich spodenkach), która najwyraźniej w świecie ma dreszcze i wygląda bardzo nieszczególnie. Z wielkim WTF? na twarzy odwracam się do jej mamy, no co ta z głębokim westchnieniem wyjaśnia, że Ola jest chora, była z nią u lekarza, a ponieważ godzina i trasa powrotu od lekarza zbiegała się z godziną rozpoczęcia treningu, postanowiły od razu wejść i wyjaśnić trenerce, dlaczego Oli nie będzie. Niestety, trenerka kazała Oli zostać. "Zawsze coś tam poćwiczy!"...

Trzecia - znowu przychodzę po Młodą, była wtedy w młodszej grupie, one kończyły trening, starsza grupa zaczynała. Wchodzi dziewczynka ze starszej grupy. O kulach. Z zabandażowaną nogą. Nie, nie złamanie, nie wiem czy skręcenie, czy zwichnięcie, czy inna kontuzja. Reakcja trenerki? Piekielna awantura "co ty sobie myślisz, przez twoją nogę dziewczyny będą teraz minimum miesiąc do tyłu z treningami, jak to nie przyjdziesz, to tylko noga, dasz radę!". To, że zaraz za nią weszła jej matka, w niczym nie pomogło, matka usłyszała dokładnie to samo (wcale nie grzeczniejszym tonem), dziewczyna ma przychodzić na treningi i już!

Nauczona doświadczeniem, kiedy z kolei Młoda miała drobną kontuzję nogi (naprawdę drobiazg, już nawet nie pamiętam teraz, co tam dokładnie było, ale jednak kilka dni mocno kulała), nawet nie próbowałam iść razem z nią na trening "pokazać" trenerce, dlaczego nie może przyjść, tylko napisałam sms-a z wyjaśnieniem. 15 min. po rozpoczęciu treningu telefon od trenerki, dlaczego Młodej nie ma??? Grzecznie wyjaśniam, że z powodu urazu nogi (kolano? kostka? nie pamiętam...) nie jest w stanie ćwiczyć, a poza tym napisałam sms-a. Oj tam, oj tam, jaki uraz! Chodzi? No chodzi, ale mocno kuleje... No to jak chodzi, to na trening! Postawiłam się, nie zgodziłam się, trenerka miała focha na Młodą przez miesiąc.

Od dawna wiadomo, że trening podczas choroby (osłabienie organizmu) przynosi więcej szkody, niż pożytku, trening z kontuzją to w ogóle jakiś absurd. Niestety, piekielna trenerka ma własne zdanie na ten temat.

akrobatyka_sportowa

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (129)

#89653

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna trenerka.

Tak mnie dzisiaj wzięło na pisanie, a o trenerce to chyba cała seria będzie ;)

W jednej czy dwóch historiach wspominałam o tym, że trenerka mojej córki jest piekielna i zawsze były komentarze, że niby dlaczego. Owszem, zapytanie w pełni uzasadnione, bo opisywałam piekielność innych osób i z historii nie to wynikało. Ale przyszedł czas i na trenerkę.

Z tym, że trener ustala pewne zasady, każdy na pewno się zgodzi. Jedną z zasad naszej trenerki jest "nie poprawiamy!!!". Już wyjaśniam:

Czasem nie wyjdzie jakaś figura, no zdarza się. Jeśli jest to jedna z podstawowych, dziewczyny tracą 1 pkt. Jeden "cały", duży punkt, co w sytuacji, kiedy o miejscu decydują dziesiętne, a czasem nawet setne punktu, to jest bardzo dużo. Wyjścia są dwa - albo "poprawiają" (tzn. robią ten element jeszcze raz), albo lecą dalej z układem. Przy "poprawce" można odzyskać 0,5 pkt, ale to i tak nie daje jakiegoś liczącego się miejsca, trenerka kategorycznie zakazuje poprawiania, mówiąc "skiepściłyście, na następnych zawodach ma być lepiej!".

Zawody z maja albo czerwca, nie pamiętam już. Bardzo dobra dwójka dziewcząt, układ wykonany perfekcyjnie i nagle pech - "górnej" nie wyszła najprostsza z możliwych figur, przerzut bokiem (dla niewtajemniczonych - najzwyklejsza "gwiazda"). Po zejściu z planszy obie* zebrały ochrzan od trenerki "trzeba było poprawić!!!". Aha, telepatycznie miały wyczuć, że akurat teraz, wyjątkowo, nie obowiązuje zasada "nie poprawiamy"...

*po wejściu zawodniczek na planszę trenerka nie ma już prawa nic pomagać, podpowiadać, decydować, za jakąkolwiek ingerencję trenera jest dyskwalifikacja, więc to "dolna" rządzi na planszy - czy to pomylone kroki układu, czy cokolwiek innego, "dolna" decyduje, co mają zrobić.

akrobatyka_sportowa

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (109)

#89679

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wrzesień, szkoła, szkolne problemy... Czasem większe, czasem mniejsze, ale wczoraj jednej z nauczycielek udało się podnieść mi ciśnienie do tego stopnia, że przez moment byłam gotowa iść do szkoły w celu zrobienia najzwyklejszej, karczemnej awantury (przed podjęciem "właściwych" działań typu powiadomienie dyrekcji, ewentualnie innej instytucji).

W poniedziałek Młoda wróciła ze szkoły z informacją, że w czwartki zaraz po lekcjach mają kółko biologiczne i że jest ono obowiązkowe. Spokojnie jej wyjaśniłam, że kółka zainteresowań należą do zajęć dodatkowych i nieobowiązkowych, więc pani zapewne się przejęzyczyła albo Młoda coś źle zrozumiała. "Nie, mamo, pani wyraźnie mówiła, że jest obowiązkowe, a przynajmniej pierwsze dwa-trzy razy, mamy przyjść i zobaczyć, czy nam się podoba, potem można zrezygnować". Jeszcze raz tłumaczę (tym razem już podważając autorytet nauczycielki, no cóż, sama sobie winna), że nie, kółko nie jest i nie może być obowiązkowe, pani się myli.

Po dwóch dniach Młoda przynosi świstek do podpisu dotyczący w/w kółka biologicznego. Prosty druczek wyrażam/nie wyrażam zgody. Po upewnieniu się, że Młoda nie chce chodzić, zaznaczam wyraźnie "nie wyrażam zgody" i podpisuję, sprawa załatwiona, prawda? Otóż nie, wczoraj okazało się, że pani zatrzymała na kółku biologicznym całą klasę ("no mówiłam, że jest obowiązkowe!") niezależnie od tego, czy ktoś miał zaznaczone "wyrażam zgodę" czy "nie wyrażam zgody".

Ponieważ Młoda ma naprawdę bardzo napięty grafik różnych zajęć pozalekcyjnych, ta dodatkowa godzina skutkowała tym, że przyszła do domu, zostawiła plecak szkolny, wzięła torbę z rzeczami na trening i poszła tamże niejako "z marszu", nie mając nawet chwili aby usiąść i odpocząć. No cóż, powiedzieć, że się wściekłam, to mało powiedziane. Poza opcją zrobienia nauczycielce koszmarnej awantury przyszły mi do głowy różne inne ciekawe pomysły typu - zgłoszenie porwania ewentualnie przetrzymania dziecka wbrew woli, ograniczenie wolności osobistej itp. Z działań rzeczywistych zamierzam napisać do dyrektora szkoły z prośbą o ustosunkowanie się do tej sytuacji.

A to dopiero pierwszy tydzień szkoły

szkoła

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (184)

#89652

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Możecie nie wierzyć, bo ja też bym nie uwierzyła, jakby mi ktoś opowiedział...

Byłam wczoraj na takiej spontanicznej imprezie, tzn. miałam wpaść do znajomej, po "wpadnięciu" okazało się, że jest tam jeszcze parę osób bardziej lub mniej mi znanych, posiedzieliśmy ze dwie-trzy godzinki i koniec.

Gdzieś w połowie imprezy niejaki Robert odebrał telefon, po którym zaczął się zbierać do domu. Rozbawione towarzystwo nie bardzo chciało go puścić, Robert tłumaczy, że syn do niego dzwonił, że nie ma w domu nic do picia, musi wracać, a po drodze wejść do sklepu po jakiś sok.

Ja akurat nie należę do osób, które by kogokolwiek zatrzymywały na siłę, ale zainteresowało mnie stwierdzenie, że syn zaraz umrze z pragnienia, bo trudno mi wyobrazić sobie taką możliwość, więc zaczęłam się dopytywać. Okazało się, że:

- woda w kranie jest, nie zakręcili;
- dzbanek filtrujący posiada, więc syn nie musi pić "kranówki" ale (uwaga!) bez soku się nie napije;
- herbaty syn sobie sam nie zrobi;
- pieniądze syn ma, ale do sklepu nie pójdzie.

Syn ma 18 lat...

dzieci

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (206)

#85193

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych, w chwili obecnej na umowę-zlecenie, w domach podopiecznych. I tak sobie bezczelnie postanowiłam, że urlop by mi się przydał. A jak postanowiłam, to wykonałam - zgłosiłam pracodawcy, że we wrześniu nie pracuję, a rodzinom moich podopiecznych, że we wrześniu mnie nie ma. To "nie ma mnie" jest poniekąd zgodne z prawdą, gdyż obejmuje też wyjazd, najzwyczajniej w świecie po prostu fizycznie mnie nie ma, no ale nie cały wrzesień, natomiast owszem, cały chcę mieć wolny.

Pracodawca załatwił zastępstwo dla tych, co chcieli. Dwie osoby nie chciały - "my się ten wrzesień jakoś przemęczymy, nie chcemy nikogo innego, poczekamy aż pani Xynthia wróci". Nie twierdzę, że jestem taka cudowna, wspaniała i niezastąpiona, nie, po prostu starsze osoby nie lubią zmian i niektóre rodziny wolą poczekać, obejść się przez ten wrzesień beze mnie, niż miesiąc "męczyć się" z nową opiekunką, która będzie tylko na trochę.

Jedna rodzina bez problemów, OK, wyjeżdżam, damy radę, ale w październiku pani do nas wraca, tak? Tak, oczywiście. Natomiast druga... Najpierw męczenie i jojczenie "ale jak my sobie poradzimy z mamusią bez pani?". Grzecznie przypominam, że mój pracodawca może im dać inną opiekunkę na zastępstwo. "Nie, nie, my nie chcemy nikogo innego! My sobie jakoś we wrześniu poradzimy, tylko ten sierpień, ja pani mówiłam, że w drugiej połowie sierpnia na urlop jedziemy, no mamusia nie może wtedy zostać sama!". Tak, o tym ich urlopie wiem od dawna, od dawna jesteśmy umówieni co do opieki, w czym problem? No problem w tym, czy ja na pewno nie wyjeżdżam wcześniej?

Tak mi truli d..., teges, zawracali gitarę, że nieopatrznie wyrwało mi się, że wyjeżdżam dopiero 6-go września. Błysk w oku i natychmiastowa odpowiedź: "ooo, to świetnie, bo my właśnie chcieliśmy sobie przedłużyć trochę urlop, tak 2-go albo 3-go września wrócić...". No nie. We wrześniu NIE PRACUJĘ, a drugi września w ogóle nie wchodzi w rachubę, to pierwszy dzień szkoły i ten dzień jest zarezerwowany dla Młodej. Wytłumaczyłam, zrozumieli - a przynajmniej tak mi się wydawało. Pojechali na ten urlop, a dzisiaj dostałam sms-a: "Pani Xynthio, my jednak wracamy 2-go września późnym wieczorem, proszę rano przyjść do mamy".

No lecę, pędzę, mało nóg nie połamię! Prawie godzinę zajęło mi odpisanie na tego sms-a, bo wrodzona złośliwość coraz to lepsze teksty mi podsuwała, ale ostatecznie stanęło na mało zjadliwym, za to bardzo oficjalnym: "Z przykrością informuję, że MOJE plany urlopowe nie uległy zmianie, we wrześniu jestem niedostępna, jeśli jest potrzeba opieki nad państwa mamą również we wrześniu, zostanie przydzielone zastępstwo".

Zastępstwo i tak będzie potrzebne, bo jakoś nie widzę dalszej współpracy z rodziną tej podopiecznej...

opieka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (186)

#89442

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W trakcie pisania komentarza do historii https://piekielni.pl/89440 zdałam sobie sprawę, że:
- po pierwsze będzie on bardzo długi;
- po drugie ciąg zdarzeń w nich jest na tyle piekielny, że zasługuje na własną historię.
W takim razie:

Gdzieś tak pod koniec maja jechałyśmy z Młodą do Raszyna. O ile podróż "tam" przebiegła bez problemów, o tyle już "z powrotem" to wręcz nieprawdopodobna mieszanka pecha, niekompetencji i ogólnie bur..., no, znaczy agencji towarzyskiej w PKP Intercity. Sama utrudniłam sobie życie na tyle, że operowałam gotówką, a nie płatnościami przez internet czy kartą, ale to akurat nie ma znaczenia dla historii, może w wyjątkiem momentu, o który moglibyście zapytać: "A po co stałaś w tej kolejce?". (Tytułem wyjaśnienia dla dociekliwych - mój telefon wtedy "umierał" w sensie, że wieszały się wszystkie możliwe aplikacje, łącznie z tą bankową, postanowiłam jechać z żywą gotówką tak na wszelki wypadek, na koncie też coś tam miałam, ale to raczej na wydatki typu "żarcie i picie na podróż").

Z drogą powrotną był od samego początku taki problem, że do ostatniej chwili nie wiadomo było, kiedy wracamy. Możliwe opcje to:
- niedziela do południa;
- niedziela po południu lub pod wieczór;
- poniedziałek koło południa/wczesnym popołudniem.
W związku z tym nie miałyśmy biletów na powrót, w grę wchodziły tylko pociągi objęte całkowitą rezerwacją miejsc, więc musiałyśmy nabyć bilet na ten jeden, konkretny pociąg. Dobra, kupimy przed odjazdem.

W niedzielę do południa okazało się, że możemy już wracać. Trasa obadana, dokładnie tak jak tu dojechałyśmy, więc parę minut spacerku na przystanek PKS na autobus relacji Raszyn - Warszawa Zachodnia. Tabliczka na przystanku poinformowała nas, że najbliższy autobus za 7 minut (tak, kursował w niedziele i święta, jakby ktoś pytał). 10, 15, 20 min... nie przyjeżdża. Młoda zmęczona i wkurzona, ja tylko wkurzona, chociaż na razie lekko, rozważam opcje:
- jedziemy jakimkolwiek autobusem podmiejskim, byle do Warszawy, i tam kombinujemy, jak się dostać na dworzec;
- dzwonię po taksówkę, za którą zapewne zapłacę jak za zboże.
Dodając do tego, że NIC nie dałam rady sprawdzić w internecie, bo mój telefon wywalał mnie z każdej możliwej strony, sytuacja nieciekawa. Na szczęście przyjechał PKS, nie ten spóźniony, tylko następny wg rozkładu. Hurra!

No, za dobrze by było... W autobusie mój telefon ulitował się nade mną na tyle, że pozwolił mi sprawdzić rozkład jazdy pociągów i okazało się, że spóźnimy się dosłownie kilka minut na pociąg relacji Warszawa - Katowice. No cóż, trudno, następny za ok 3 godziny, to nim pojedziemy. Po dotarciu na dworzec stanęłam w kilometrowej kolejce do kasy (dobra, nie narzekam, gdyby nie mój telefon, mogłabym kupić przez internet, a tak to - masz zdychający sprzęt, stój w kolejce). Nad głową rozbrzmiewały mi różne komunikaty, w tym ten o opóźnieniu pociągu, na który się "spóźniłyśmy". Super! Ucieszona, jakbym wygrała milion w totka, po dotarciu do kasy proszę o bilety na ten pociąg. Nie, nie, nie, nie da się! On jest opóźniony, czyli zgodnie z rozkładem już odjechał, czyli system go nie widzi, nie da się sprzedać, wydrukować biletów na niego...

Pani w okienku widząc moje spojrzenie będące mieszanką rozpaczy i chęci mordu, zaproponowała, żebym spytała konduktora (gdy pociąg już dotrze), czy mogę wsiąść i kupić bilet w pociągu, coś mnie powstrzymało przed tym krokiem, poprosiłam o bilety na następny pociąg. Niestety nie było dwóch miejsc koło siebie, co więcej, każde miejsce było w innym wagonie, ale 12-latka raczej nie potrzebuje siedzieć przy mamie i trzymać ją za rękę, więc uznałam, że to nie problem.

Opóźniony pociąg przyjechał dużo po czasie, w sumie my już byłyśmy na peronie czekając na "nasz", więc widziałam jak ludzie pytali konduktora, czy mogą wsiąść i kupić bilet u niego. "Absolutnie nie, pociąg jest objęty całkowitą rezerwacją miejsc, bez biletu nie wpuszczam!". Aha...

Gratulując sobie przezorności (a raczej łutu szczęścia, bo tak coś po prostu mnie tknęło, żeby nie próbować z tym opóźnionym), czekam spokojnie na "nasz". 10 minut przed planowanym odjazdem informacja wyskrzeczana przez głośnik, że... tak, oczywiście, że pociąg jest opóźniony. Tak od razu z grubej rury, bo jakieś 90 minut (finalnie zwiększyło się to chyba do 110-115 minut). Co można robić 2 godziny na peronie? Dobra, to było retoryczne pytanie...

Przyjechał. W związku z opóźnieniem wiadomo było, że stanie dosłownie na chwilę, wypuścić i wpuścić ludzi, więc wsiadłyśmy w pierwsze-lepsze drzwi, właściwego wagonu zamierzając szukać od środka. Zdziwili mnie ludzie siedzący z bagażami na korytarzach, bo ten pociąg też był objęty całkowitą rezerwacją miejsc, ale naiwnie uznałam, że jakiś bardziej "ludzki" konduktor pozwolił im wsiąść i przeliczył się z ilością dostępnych miejsc. Miejscówki miałyśmy w kolejnych wagonach, więc po dotarciu do wagonu (powiedzmy) 123 zapytałam Młodą, czy siada tutaj, czy idzie do kolejnego, gdzie miałyśmy drugą miejscówkę. Zadecydowała, że idzie do kolejnego wagonu. Ufff, wreszcie jedziemy!

Nie ma tak dobrze. Po kilku minutach przychodzi Młoda i komunikuje mi, że musi siedzieć na podłodze na korytarzu, bo jej miejsce jest zajęte. Dobra, idziemy to wyjaśniać. Grzecznie pytam pani siedzącej na miejscu Młodej, czy na pewno ma bilet na to miejsce, pani twierdzi, że tak, sięga po bilet, po czym przytomnie pyta, jaki nr wagonu. No 124, poprzedni wagon to 123, czyli tu jest 124, tak? A nie, proszę pani, to jest wagon 127, oni gdzieś po drodze odłączyli kilka wagonów. Nosz kur...tyna wodna, czyli został nam sprzedany bilet na miejsce w odłączonym wagonie??? Zrozumiałam, o co chodziło z tymi ludźmi siedzącymi z bagażami na korytarzu... Na szczęście ludzie wokół, słyszący mimo woli naszą rozmowę, wykazali się dużą empatią i wskazali nam wolne miejsce (zwolniło się właśnie w Warszawie, nikt potem już go nie zajął) i Młoda mogła usiąść.

Wysiadamy w Katowicach i cud!!! Na tym samym peronie, na torze obok, stoi pociąg jadący przez nasze miasto! Podbiegamy zmęczonym truchcikiem, wsiadamy, dobra, bilety kupię u konduktora. Już prawie w domu! Niestety, to był kolejny złośliwy chichot losu, który tego dnia wyraźnie się na nas uparł. Zgadniecie? Tak, pociąg miał opóźnienie też w granicach 100 minut. Do domu dojechałyśmy koło 2 w nocy.

I jak tu nie kochać podróżowania koleją, jaki inny środek transportu potrafi dostarczyć tylu wrażeń?

koleje

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (164)