Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 5 kwietnia 2020 - 15:41
  • Historii na głównej: 67 z 70
  • Punktów za historie: 9479
  • Komentarzy: 261
  • Punktów za komentarze: 1691
 

#86319

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma ma jakiegoś pecha...

Dodam, że jest ona osobą, która posiada zarówno dorosłe, jak i "wczesnonastoletnie" dzieci - taka uwaga na wszelki wypadek, gdyby podczas czytania tej historii komuś się pokolenia nie zgadzały.

Sytuacja pierwsza - dzieci marudzą o zwierzątko. Niestety, sytuacja mieszkaniowa nie pozwala na psa ani kota, wybór padł więc na chomika. Wizyta w sklepie zoologicznym i rozmowa ze sprzedawcą:

- A chce pani chłopca czy dziewczynkę?

- Hmm, no nie wiem, ale chyba lepiej chłopca...

- OK, zaraz posprawdzam, już daję pani chłopczyka.

Niestety, "chłopczyk" po pewnym czasie dobitnie udowodnił, że jest dziewczynką, zostając mamusią całkiem sporego miotu...

Sytuacja druga - córka znajomej wyjeżdżała za granicę. Na stałe.

- Mamuś, weźmiesz Kicię? Jak się tam urządzę, to ją zabiorę, teraz mam tyle spraw do ogarnięcia, nie dam rady załatwić pozwolenia na wyjazd kota...

- Dobrze, wezmę ją na jakiś czas.

No cóż, Kicia po jakimś miesiącu powiła trzy prześliczne kocięta, w gorączkowe poszukiwania dla nich domu i ja byłam zaangażowana, na szczęście kociaki znalazły nowe domy (no dobra, dwa z nich, najpiękniejsza - tricolorka została u znajomej).

Sytuacja trzecia (niecały miesiąc temu) - tym razem syn:

- Mamo, bo teściowa nam dała w prezencie dla Małego królika, no weź, gdzie królik dla kilkumiesięcznego dziecka, mamo, weźmiesz go?

Najpierw solidne zgrzytnięcie zębami, a potem:

- Przywieź...

Ja nic nie chcę prorokować, ale królik sporo przytył i zaczyna budować gniazdo...

rodzina

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (159)

#86204

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna trenerka contra piekielna babcia.

W jednej z moich historii (nie będę linkować, bo nie trzeba jej czytać, aby zrozumieć tą) "wymknęło" mi się, że trenerka mojej Młodej jest jedną z najbardziej piekielnych osób, jakie w życiu spotkałam. W komentarzach pojawiły się głosy, że zapewne jest to spowodowane podejściem rodziców, i tutaj muszę się zgodzić. Chociaż bohaterką (antybohaterką?) tej historii jest akurat babcia.

Całe zdarzenie miało miejsce plus/minus rok temu - przypomniało mi się dlatego, że właśnie płaciłam za przedłużenie licencji sportowej Młodej, a ówczesna akcja była tuż po wyrabianiu/przedłużaniu licencji w zeszłym roku.

Otóż w grupie Młodej było kilku chłopców (dokładnie czterech)*, jednym z nich był (powiedzmy) Pawełek. Z Pawełkiem zawsze na treningi przychodziła babcia i tkwiła twardo przez dwie godziny treningu, obserwując poczynania wnuka - cała reszta rodziców raczej zaprowadzała dziecko i szła gdzieś, wracając po tych dwóch godzinach, rzadko nam się zdarza siedzieć przez cały trening, bo trenerka tego nie lubi, oj nie lubi... Nic nie powie, ale spojrzenie jakim obdarza rodzica obserwującego trening jest nie do opisania.

Przyszłam grzecznie po Młodą tak gdzieś 15 minut przed końcem treningu (dobra, trenerce nie chcę się narażać, ale coś tam chcę zobaczyć) i z marszu trafiłam na ciekawa sytuację. Trenerka właśnie wychodziła po coś z sali do kantorka, babcia Pawełka usiłowała zastąpić jej drogę wymachując jakimś papierkiem, ale odskoczyła w porę, bo trenerka poruszała się w sposób nasuwający nieodparte porównania z lodołamaczem na Morzu Północnym. Rzuciła w przelocie gdzieś w przestrzeń (trenerka, nie babcia): "NIE PODPISZĘ!!!", zniknęła na chwilę w kantorku, po czym przy jej powrocie na salę sytuacja powtórzyła się, tylko teraz już bez słów, zamiast "NIE PODPISZĘ!!!" było coś w rodzaju rozzłoszczonego prychnięcia.

Po krótkiej rozmowie z kilkorgiem obecnych rodziców okazało się, że należało jednak zostać na całym treningu i zaopatrzyć się w popcorn, bo cyrk był jakich mało. Cóż to był za magiczny papierek, kość niezgody? Ano zgoda na przejście Pawełka do innego klubu...

Krótkie wyjaśnienie. Tak, to są dzieci. Ale to są również zawodnicy i obowiązują ich pewne zasady, m.in. roczna karencja przy przejściu do innego klubu (no chyba, że jest zgoda klubu, z którego zawodnik przechodzi). Babci Pawełka przestała się podobać dyscyplina sportu, którą uprawiał Pawełek i postanowiła to zmienić. Niestety, wybrała dla niego dyscyplinę pokrewną, nadal podlegającą pod Polski Związek Gimnastyczny. W związku z tym licencja Pawełka nadal obowiązywała i Pawełek jeszcze przez rok nie mógłby brać udziału w jakichkolwiek zawodach sportowych z ramienia swojego nowego klubu. No chyba żeby trenerka podpisała... Ale nie podpisała. Babcia Pawełka warowała twardo przez cztery godziny treningu (po dwie godziny na każdą grupę wiekową) i nic nie wskórała.

Najbardziej rozśmieszyło mnie jej stwierdzenie: "Jak mi nie podpisze, to pójdę do innego trenera, inni nie są tacy wredni!". Absurd tej wypowiedzi postaram się wyjaśnić.

Po pierwsze - nie wiem, czy zgoda na przejście do innego klubu musi być podpisana przez trenera, przez prezesa klubu, czy przez jedna i drugą osobę. Piekielna trenerka jest również prezesem naszego klubu, jeśli prawidłowa jest pierwsza opcja, jej podpis załatwiał wszystko. Po drugie - jeśli jednak wystarczyłby tylko podpis trenera, no cóż, życzę powodzenia, z pozostałej trójki trenerów dwoje jest byłymi wychowankami piekielnej trenerki, trzecia jej serdeczną przyjaciółką, zaś każde z nich prędzej podpisze oświadczenie o oddaniu całego majątku, nerki i pierworodnego, niż jakikolwiek inny świstek niezgodny z wolą trenerki.

Papierek nie został podpisany, ale Pawełek więcej się na treningach nie pojawił. Nie będę zadawać głupiego pytania: "Kto tu był piekielny?", tylko mi Pawełka szkoda, można to było załatwić inaczej... Ale rok już minął. Powodzenia Pawełku na zawodach!

*Po namyśle, bo to jednak ważne - Pawełek odchodząc z klubu w samym środku sezonu, "rozwalił" tym posunięciem dwa zespoły - chłopcy w akrobatyce sportowej startują w konkurencjach dwójki męskie i czwórki męskie, czyli po odejściu Pawełka nie mieli jednej dwójki i jedynej czwórki, jaka była.

sport

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (127)

#85954

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem psychopatką, szkolącą psa na bezwzględnego mordercę.

Tytułem wstępu - moja psica, Kruszyna, jest niewielkich rozmiarów, ale jest całkowitym zaprzeczeniem stereotypu małego, jazgotliwego pieska. Kruszyna prawie w ogóle nie szczeka, swoje potrzeby komunikuje cichutkim popiskiwaniem, radość popiskiwaniem nieco głośniejszym, tylko podczas zabawy wydaje pojedyncze, krótkie szczeknięcia. Warczenia ani psiego ujadania nie słyszałam u niej nigdy (a mam ją już prawie dwa lata).

Druga ważna uwaga (ludzie, którzy się choć odrobinę znają na psach albo po prostu logicznie myślący, mogą sobie odpuścić czytanie tego akapitu) - pies to pies (tak, wiem, bardzo odkrywcze) i nie rozumie ludzkiego języka. Pies rozumie tyle, ile go nauczysz. Słowa są dla niego pustymi dźwiękami bez znaczenia i jeśli np. ktoś ma fantazję nauczyć psa atakować na komendę "spokój!" a uspokajać się na "bierz go!", to pies tak będzie reagował.

No i właśnie dzisiaj dowiedziałam się, że szkolę Kruszynę na psa-mordercę. Dlaczego? Bo bawiąc się z nią używam słowa "ugryź!"... Owszem, bawimy się w gryzienie. Ja ją "gryzę" dłonią, podszczypując palcami, ona delikatnie łapie mnie zębami za rękę. Ja wołam "ugryź!", Kruszyna od czasu do czasu (rzadko...) szczeknie sobie. Potem przynosi jakąś zabawkę, o którą zajadle walczymy, jak widzę że starsza pani* ma dość, daję jej wygrać "bitwę o zabawkę", poobgryza ją chwilę i idzie spać.

Ale nie, nie wolno w zabawie z psem używać słowa "ugryź"! Pies rozumie, co się do niego mówi, wzbudzam w psie agresję i uczę ją atakować ludzi! W dodatku atakować cicho i podstępnie, bo Kruszyna nie szczeka, więc nie ostrzega przed atakiem! Takie psy to są najgorsze, atakują bez ostrzeżenia, od razu do gardła się rzucają... W tym momencie rozmowy wizualizowała mi się Kruszyna, która ma duży problem z doskoczeniem do zabawki trzymanej przeze mnie na wysokości pasa i po prostu parsknęłam śmiechem. Pani sąsiadka, racząca mnie swymi rewelacyjnymi przemyśleniami i zarzutami, chyba poczuła się urażona, ale bardzo mi z tego powodu wszystko jedno.

Tak że ten, teges... Chcesz mieć psa-mordercę? Daj go na szkolenie do mnie, ja wytresuję, sąsiadka podpisze certyfikat. Oferta dotyczy psów poniżej 5 kg ;)

*Kruszyna jest "starszą panią", bo ma ok. 12 lat. W sumie to chciałam młodszego psa, ale jak poszłam do schroniska, to okazało się, że to nie ja poszłam wybierać psa, tylko poszłam po to, żeby pies sobie wybrał mnie...

sąsiedzi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (136)

#85813

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze pod moją historią https://piekielni.pl/85754#comments. Dzisiejsza historia ma dwojaki charakter - chciałabym się w niej odnieść nie tyle do konkretnych komentarzy, co raczej do pewnych przekonań komentujących, a poza tym przedstawić piekielne sytuacje z poprzedniej sprawy o podwyższenie alimentów. Tak piekielne, że aż śmieszne, no ale to już pozostawiam waszej ocenie.

Przede wszystkim bardzo dziękuję za troskę o moje finanse oraz usilne wysyłanie mnie do pracy przez co poniektórych komentujących. Wow, praca! No dzięki, ale tę metodę pozyskiwania pieniędzy "odkryłam" już wieeele lat temu i do dzisiaj z powodzeniem stosuję. Ale nie, lepiej napisać "do roboty się weź!", zamiast np. zerknąć na moje poprzednie historie, z których część zaczyna się od słów: "Pracuję jako...". Dokładnie to samo podejście zaprezentował ojciec mojego dziecka na poprzedniej rozprawie o podwyższenie alimentów - zamiast zrobić rozeznanie (ot, chociażby mamy wielu wspólnych znajomych), usiłował twierdzić, że tak naprawdę pieniędzy potrzebuję dla siebie, a nie na dziecko, bo nie chce mi się pracować. No cóż, jedyne, co mu się udało, to przyprawić sędziego o atak kaszlu (będącego czymś pośrednim pomiędzy parsknięciem śmiechem, a pełnym dezaprobaty parsknięciem), kiedy stwierdził (idiota, nie sędzia), że żeruję na nim, nie pracuję i (uwaga, dosłowny cytat!) "żyję rozrzutnie za alimenty!" w wysokości 300 zł/mies. Taaak, oczywiście... nawet biorąc pod uwagę opcję, że udało mi się dziecko przestawić na fotosyntezę, to kto z was zna możliwość "rozrzutnego życia" za 300 PLN? Nawet tych +/- 7 lat temu?

Druga sprawa przewijająca się w komentarzach - kwestia nazwania przeze mnie ojca Młodej "idiotą". "Jak z nim szłaś do łóżka, to nie przeszkadzało ci, że jest idiotą". No cóż, wówczas oznak zidiocenia nie wykazywał... A tak poważnie - serio chcecie wiedzieć, co mi się w nim spodobało, czym mnie zauroczył, jakie zalety wykazywał, co spowodowało, że na tamtą chwilę był tym jednym, jedynym? To jest ważne i interesujące tylko dla mnie, a poza tym ja mu tych ówczesnych zalet nie odmawiam. Mimo że związek się rozpadł, ja pamiętam, co w nim było dobre. Czasem nawet ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że idiota ma nadal wiele zalet, że to nie była gra, tylko autentycznie on taki jest i ma wiele plusów - niestety minusy przeważyły (znacznie). Tutaj pozdrawiam użytkowniczkę Crannberry, dziękuję ci bardzo za Twoje historie (głównie za tę o "troskliwym misiu"), ja swoich w tym temacie nie zamieszczę! Ale nazwałam go "idiotą" i tego nazewnictwa będę się trzymać, bo jeśli to nie idiota, to po prostu zwykły /wstaw dowolny epitet/, którego nie obchodzi jego własne dziecko! No sorki, wolę "idiota".

Po trzecie "no co w tym dziwnego, że chciał prawnika". No niby nic, zawsze można zatrudnić (czytaj - zapłacić za usługi) prawnika. Jak cię nie stać, to starasz się o prawnika z urzędu. Tylko że w sprawach o alimenty, czy tam podwyższenie alimentów, prawnik przysługuje tylko w ściśle określonych przypadkach (proszę sobie wygooglać). Dlaczego? Bo to nie są sprawy typu "wygrał(a), bo miał(a) lepszego adwokata". Nie, tu nie ma miejsca na niejasności, niuanse prawne, rozmaite kruczki i wybiegi typu "pomroczność jasna". Tutaj jest tylko prosta matematyka na poziomie szkoły podstawowej i zdrowy rozsądek, do tego naprawdę nie potrzeba prawnika... Postaram się jak najkrócej: żeby uzasadnić podwyższenie alimentów, robi się zestawienie wydatków na dziecko za cały ubiegły rok kalendarzowy - na wyżywienie, na ubrania, na zabawki (tak, o zgrozo, dziecko POTRZEBUJE zabawek!), wydatki na szkołę, na pozostałe zajęcia, na przyjemności (o zgrozo do n-tej potęgi!!!), na leczenie (tak, lekarz za darmo, ale recepty już nie), na wakacje, na ferie, na milion innych rzeczy. Sumuje się te wydatki, dzieli przez 12 i wychodzi miesięczny koszt utrzymania dziecka. I wiecie co? Mnie wyszło, że alimenty pokrywają 1/4 tych kosztów... Ja nie żałuję mojemu dziecku (co nie oznacza, że "gwiazdkę z nieba" jej dam, jak będzie chciała), ale dlaczego ja mam ponosić 3/4 kosztów utrzymania dziecka? Owszem, może i pewne wydatki nie są potrzebne. Jestem matką i nie jestem obiektywna w tym temacie. Ale jeśli ktoś (czytaj - idiota) mnie zapyta, dlaczego dziecko ubiera się w "Smyku", to chętnie odpowiem - sorki, wydawało mi się, że warto, masz rację, jakość niewspółmierna do ceny. Pretensje rozumiałabym począwszy od firmy "Wójcik" i "Cocodrillo" - może i dobra jakość, ale i tak dziecko szybciej wyrośnie, niż zniszczy. W sumie nie opłaca się.

Na koniec "smaczek" odnośnie kosztów utrzymania dziecka. Ponieważ idiota nie miał się do czego przyczepić (wszystko wyliczone i poparte fakturami lub rachunkami), oczywiście zakwestionował koszty wyżywienia dziecka. Jedyna wartość w moich wyliczeniach podana orientacyjnie (wg mnie raczej zaniżona niż zawyżona), no bo niby jak mam to wyliczyć? Nie biorę faktury za każdy bochenek chleba, masło, wędlinę czy serek... Więc idiota twardo upiera się, że koszty wyżywienia dziecka są bardzo małe, to co ja przedstawiam, to są absurdalne kwoty wzięte z kosmosu. Pod koniec rozprawy sędzia zainteresował się, jak wyglądają kontakty idioty z dzieckiem:

S (sędzia)
I ( idiota)

S - Jak często spotyka się pan z dzieckiem?

I - Jakieś dwa-trzy razy w miesiącu.

S - Na jak długo?

I - Kilka godzin po południu.

S - Tylko? Nie bierze jej pan do siebie na dwa-trzy dni? Chociaż raz w miesiącu?

I - Nie.

S - Dlaczego?

I - Nie stać mnie na utrzymanie (wyżywienie) dziecka przez nawet dwa-trzy dni.

No zaraz, to jak to jest? Koszty wyżywienia dziecka są bardzo małe i ja żądam niebotycznych kwot, nieadekwatnych do rzeczywistości, czy też koszty wyżywienia dziecka są tak duże, że idioty nie stać na dwu-trzydniowy pobyt dziecka u niego? Dodam jeszcze, że jego i moje zarobki były porównywalne (w tych samych widełkach płacowych).

Dostałam podwyższenie alimentów. Z 300 do 400 zł. W 2012 roku. I teraz ja, wredna, zachłanna matka, chcę następne podwyższenie. No jak mi nie wstyd...

sąd_rodzinny

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (247)

#85754

(PW) ·
| Do ulubionych
Ojciec mojego dziecka jest idiotą, bo nie wiem, jak to inaczej nazwać...

Rozprawa o podwyższenie alimentów. Ledwie weszliśmy na salę, a Idiota zgłasza wniosek o odroczenie rozprawy, ponieważ jego obrońca się nie stawił. Ale że co, jaki obrońca? To nie jest sprawa karna... Sędzia (dysponujący nadludzką cierpliwością) usiłuje wyjaśnić, o co Idiocie chodzi. Wybaczcie, ale dla mnie to też sytuacja mocno stresująca była, więc przedstawiam w formie zapamiętanych urywków dialogów:

S-(Sędzia)

I-(Idiota)

J-(Ja)

S - Dlaczego wnosi pan o odroczenie rozprawy?
I - Bo nie stawił się mój adwokat.
S - Zatrudnił pan adwokata?
I - Nie, pisałem o adwokata z urzędu.
S - Tak, widzę pana wniosek o przyznanie panu przedstawiciela ustawowego... Wniosek zostanie teraz rozpatrzony. Proszę mi krótko wyjaśnić, dlaczego potrzebuje pan przedstawiciela ustawowego do tak prostej sprawy?
I - Bo ja nie rozumiem paru rzeczy z pozwu.
S - Jakich rzeczy?
I - Np. dlaczego dziecko ubiera się w "Smyku".

Sędzia nie powinien okazywać emocji, ale jego "co ten facet ku*wa mówi" było widoczne nawet dla mnie. Chwila na ochłonięcie (czyli dyktowanie protokolantce, co ma zapisać), po czym próba powrotu do normalności (ha, ha, ha...).

S - Dlaczego potrzebuje pan przedstawiciela ustawowego do tej sprawy?
I - (nielogiczny ciąg dźwięków)...
S - Czy pan jest trzeźwy?
I - Tak, jestem po prostu chory.
S - Co panu dolega?
I - Jestem przepracowany. To od ciężkiej pracy.
S - Czyli pańska choroba jest spowodowana ciężką pracą?
I - Nooo... Między innymi...
S - (mocno zrozpaczony, do mnie) Jakie jest pani stanowisko w tej sprawie?
J - Pozostawiam to do uznania Wysokiego Sądu, choć nie ukrywam, że wolałabym, aby rozprawa odbyła się dzisiaj.

Krótka przerwa, chyba dla zregenerowania sił umysłowych sędziego. Protokolantka już od dawna tylko przewracała oczami i miała coraz bardziej zdegustowaną minę.

S - A czy na poprzedniej rozprawie o podwyższenie alimentów (ok. 5 lat temu) reprezentował pana prawnik?
I - Nie, ale powołałem świadków, moją matkę i ojczyma.
S - W tego typu sprawach świadkowie maja marginalne znaczenie. Czyli nie miał pan prawnika?
I - Nie.
S - I jakoś dał pan radę? Zrozumiał pan wszystko?
I - Tak.
S - To po co teraz panu przedstawiciel ustawowy?
I - Bo ja chcę.

Ku*wa. Ku*wa. KU*WA!!! A ja chcę wakacje na Wyspach Kanaryjskich, ktoś, coś?

No nic, oddychamy spokojnie i zaczynamy od początku...

S - Oddalam wniosek pozwanego o przyznanie mu przedstawiciela ustawowego. Przysługuje panu złożenie zażalenia na tę decyzję.
I - Oczywiście, składam zażalenie!
S - W związku z tym następuje odroczenie rozprawy w trybie ustawowym. Zostaną państwo powiadomieni o następnym terminie rozprawy.

K. U. R. W. A.

A w dodatku nie rozumie, dlaczego dziecko ubiera się w "Smyku"... Mam zbierać po śmietnikach, czy lumpexy wystarczą?

P.S. Ze "Smyka" była jedna faktura, raczej tam nie kupuję, bo jakość niewspółmierna do ceny... Poza tym "Smyk" raczej nie jest jakąś wyżyną cenową dziecięcych ciuszków, raczej wręcz przeciwnie.

sąd_rodzinny

Skomentuj (104) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (157)

#85742

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak stracić dobrego pracownika i kilkunastu (lub więcej) klientów?

W pewnym mieście jest park trampolin. Duży (powierzchniowo), wypasiony, drogi. Ale zawsze są chętni, żeby przyjść, poskakać sobie, a może i czegoś się nauczyć? Park dzielnie wspiera ich kadra trenerska, czyli wariaci i pasjonaci skoków - salta, śruby, machowe to dla nich bułka z masłem. Zatrudniani oczywiście na "śmieciowe" umowy, ale chyba im to pasowało, bo na ten fakt akurat nikt nie narzekał.

Wśród instruktorów była też Kasia, dziewczyna ledwie co pełnoletnia, ale z ogromnymi umiejętnościami. Zawodniczka w klubie akrobatyki sportowej, z sukcesami sportowymi na swoim koncie, z chęcią dzieliła się swoją wiedzą i umiejętnościami z dzieciakami przychodzącymi poskakać. Jej zdolności i umiejętność przekazania swojej wiedzy dzieciom bardzo szybko zaczęli doceniać rodzice, zapisując swoje dzieci na prywatne lekcje do Kasi. Kasia z każdego dzieciaka potrafiła wyciągnąć to, co najlepsze, do każdego miała cierpliwość, odpowiednie podejście, i każde prędzej czy później robiło zauważalne postępy.

Niestety, Kasia po zakończeniu edukacji w szkole średniej postanowiła iść na studia do innego miasta (AWF wybrała oczywiście), więc zapytała, jak wygląda teraz kwestia jej zatrudnienia, no bo ona by mogła tylko jeden, max dwa dni w tygodniu (sobota, ewentualnie jeszcze niedziela, ale to tylko do południa, potem już trzeba jechać do innego miasta na studia). Nie, nie, nie! Co to za pracownik, na jeden dzień w tygodniu! No dobrze, ale treningi nadal może prowadzić? Ależ nie ma sprawy, jak wykupi bilet (do tej pory Kasia wchodziła bezpłatnie jako pracownik), to niech sobie robi co chce.

No cóż, Kasia wykupiła nie tyle bilet, co karnet - wejściówkę na 10 wejść, co nieco taniej wychodziło, niż płacić za każde pojedyncze wejście i nadal trenowała dzieciaki. A kierownictwo parku trampolin nagle zorientowało się, że "dzieciaki od Kasi", to całkiem pokaźna grupka klientów... I w związku z tym Kasia dostała "propozycję nie do odrzucenia". Otóż zbiera wszystkie te dzieciaki w grupę, prowadzi dla nich trening raz w tygodniu, tak jak chciała, rodzice płacą już nie jej, tylko parkowi trampolin, park trampolin płaci Kasi. No pięknie, tylko że:

- zamiast treningów indywidualnych trening grupowy,
- rodzice zapłacą 3x więcej,
- Kasia zarobi 2x mniej...

No nie, raczej nie. Raczej na pewno nie. Nie? No to wynocha, Kasia nie ma tam wstępu!* No cóż, nie ma to nie ma, w pobliskim miasteczku też jest park trampolin, mniejszy, skromniej wyposażony, ale zachwycony tym, że Kasia chce u nich prowadzić treningi dla dzieci. Po pierwszym weekendzie (kiedy to normalnie kupowała bilet wstępu) zaoferowali jej darmowe wejścia. Po drugim - zakupili "ścieżkę" (Air Track), bo potrzebna do ćwiczeń. Po trzecim zapytali, czy Kasia by nie poprowadziła grupy akrobatycznej, tak niezależnie od treningów "swoich dzieciaków", bo na pewno by mieli dużo chętnych.

Czy park trampolin nr 1 odczuł brak kilkudziesięciu osób przychodzących regularnie? Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Ale chyba nie tak się prowadzi interesy...

*odnośnie tego "wynocha", to nie wiem, jak to było dokładnie, czy faktycznie zakazali Kasi wstępu, czy też po prostu tak postawili sprawę, że sama zrezygnowała.

park_trampolin

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (133)

#85398

(PW) ·
| Do ulubionych
"Zagotowało się" we mnie wczoraj i muszę to z siebie wyrzucić. Byłam z Młodą na zawodach i jak to na zawodach - oczekiwanie, nerwówka, rodzice wychodzą na papierosa, gadają, czekając na start swojego dziecka, potem na wyniki. Rozmawiałam z mamą pewnej dziewczynki - bardzo utalentowane dziecko, pół roku młodsza od mojej Młodej, a startuje już w kategorii o klasę wyżej, oprócz talentu dużo pracy w to wkłada, sukcesy odnosi jak najbardziej zasłużenie. I jej mama żaliła się na problemy z trenerką, że nie idą treningi tak, jak trzeba, że nie wiadomo, co z następnymi zawodami, że miała przejść jeszcze klasę wyżej, a tu chyba nic z tego, jak to tak, córka ma już 9 lat i zaraz będzie ZA STARA!

Nie, to nie ona jest tutaj piekielna. Piekielni są wszyscy ci, którym udało się jej wmówić, że dziewięciolatka (bardzo zdolna, podkreślam!) może być na coś za stara! Ja też jakiś czas temu dałam sobie wkręcić, że Młoda jest "za stara" (będzie następna historia), więc rozumiem presję, ale do jasnej chole*y, nie zgadzajmy się na wmawianie nam, że dzieci są na cokolwiek za stare.

Parę przykładów:

1. Bardzo specyficzny sport - gimnastyka artystyczna. Pięciolatki startują w zawodach, jeśli zapiszesz siedmio-, ośmiolatkę na zajęcia, to trafi do rekreacji, bo jest za stara.

2. Szkoły tańca - grupy początkujące są dla dzieci w przedziale wiekowym 4-7 lat, ewentualnie 7-11 (przy tańcach wymagających większej sprawności i koordynacji ruchowej). Masz nastoletnie dziecko, które chciałoby rozpocząć przygodę z tańcem? Jest za stare!

3. Szkoły językowe - za późno zorientowałeś się, że twoje dziecko nie radzi sobie z językiem obcym w szkole (ewentualnie chcesz, aby zaczęło się uczyć jeszcze jednego)? "Przykro nam, na tym poziomie zaawansowania prowadzimy tylko zajęcia dla maluchów..." - czyli twoje dziecko jest za stare!

Ja się nie zgadzam! Nie zgadzam się na taki "wyścig szczurów", do którego są wciągane nawet dzieci - zacznij teraz, jak najwcześniej, bo później nie zdążysz, będzie za późno! Nigdy nie jest za późno. A dziecko ma prawo do bycia dzieckiem, do wolnego czasu, zabawy, a nawet po prostu do "nicnierobienia" bez obawy, że nie zdąży, coś zaprzepaści, czegoś nie osiągnie. Bez biegania z jednych zajęć dodatkowych na drugie, bez presji "musisz, bo będziesz nikim".

Młoda ma prawie 10 lat. Raz dałam się nabrać, że jest "za stara" i nigdy więcej. Ona ma całe życie przed sobą, a ja postaram się dopilnować, żeby nie dała sobie wmówić, że dla niej już na coś za późno.

współczesny_świat

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (228)

#85399

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem będzie długo, ale ta historia "kiełkowała" we mnie prawie od roku, a dzisiaj zdecydowałam się ją opisać. Może dlatego, że w poprzedniej wspomniałam, jak to dałam sobie wmówić, że Młoda jest na coś "za stara" - ale nie to jest jej główną piekielnością.

Moja córka trafiła w przedszkolu na ten "genialny" czas, kiedy zlikwidowano wszelkie zajęcia dodatkowe, w tym rytmikę, a że była dzieckiem bardzo żywym i ruchliwym, zdecydowałam, że poszukam jej jakichś dodatkowych zajęć ruchowych. Dosłownie "przez płot" miałyśmy szkołę, w której popołudniami odbywały się zajęcia z gimnastyki artystycznej, więc poszłam z Młodą na pokaz w dniu otwartym. Zachwyciłyśmy się obie - Młoda kolorowymi, błyszczącymi strojami zawodniczek, ja lekkością i gracją, z jaką te zawodniczki się poruszały nawet poza planszą. Pomyślałam, że nawet jeśli moje dziecko tylko tyle na tym skorzysta, to warto. Krótkie pytanie - "Chcesz? Zapisać cię?" i skwapliwa odpowiedź Młodej (wpatrzonej w kostiumy zawodniczek) - "TAK"!

Miała wtedy pięć lat, dokładnie pięć i pół. Rok w grupie naborowej i pod koniec sezonu pytanie do trenerki, co dalej. "No przykro mi, nie rokuje, proponuję grupę rekreacyjną. Ewentualnie możemy jeszcze na rok zostawić w grupie naborowej, może zrobi jeszcze jakieś postępy, ale wtedy to już będzie za stara na zawodniczkę...". No dobra, nie powiedziała "za stara", powiedziała chyba "za duża", ale wiadomo o co chodzi. OK, niech będzie ta rekreacja, naprawdę nie planowałam dla Młodej żadnej kariery sportowej, chodziło mi o zapewnienie jej rozwoju fizycznego, a widziałam, że robi postępy i lubi te zajęcia. Tylko to rozczarowanie w jej wzroku, że nie będzie kolorowego kostiumu i startu w zawodach...

Pierwszy rok w rekreacji - super! Młoda nadal robiła postępy, była coraz lepsza, coraz sprawniejsza, coraz więcej umiała. Drugi rok - zaczęłam się zastanawiać... Do grupy zaawansowanej (zawodniczki) trafiały dziewczynki, które wg mnie umiały mniej niż Młoda. Ale no dobrze, jestem matką, nie jestem obiektywna, może mi się tylko wydaje. Jednak na koniec trzeciego roku jej przygody z gimnastyką artystyczną doszłam do wniosku, że Młoda od roku "stoi w miejscu". Nic już się nie uczy, nie rozwija, owszem, jest bardzo sprawna fizycznie i tyle. Utrzymuje cały czas taki sam poziom.

Sama z siebie może bym nic nie zrobiła, ale przyjaciółka mnie popchnęła do działania. "Słuchaj, u nas w mieście jest jeszcze akrobatyka sportowa, spróbuj!". No cóż, spróbowałam. Najpierw naszukałam się w necie, okazało się, że mają tylko stronę na fb, napisałam do nich i dostałam nr tel. do głównej trenerki. Zadzwoniłam (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie spotkałam najbardziej piekielną osobę, jaką kiedykolwiek znałam), kazała przyjść na trening.

Przyszłyśmy. Zostawiłam Młodą i uciekłam, przyszłam po zakończeniu treningu i pytam - "Chce ją pani? Nadaje się?". W odpowiedzi usłyszałam krótkie - "Treningi w te i te dni, na tą i na tą godzinę. I krótkie spodenki niech założy, nie legginsy!". Po około miesiącu znowu krótka rozmowa z trenerką:

- W listopadzie zawody.

- Ale jak to zawody??? Ona dopiero miesiąc chodzi...

- Ona JUŻ miesiąc chodzi! Na co mamy czekać?

Pojechała. Miała swój piękny, kolorowy kostium. I jej trójka zdobyła złoto. A ja miałam ochotę pojechać tam, na tą całą gimnastykę artystyczną i pomachać im tym złotym medalem Młodej przed nosem... No wiem, nieładne pragnienia, ale nasiliły się, kiedy trenerka w telegraficznym skrócie (czyli jej zwykły styl rozmowy) poinformowała mnie, co było z Młodą nie tak:

- Ona ma pracować nad kolanami!

- ???

- Przecież ma niedoprost kolan, punkty im za to obcinają, ja już jej pokazałam, co ma robić!

Tak, Młoda miała tzw. "niedoprost kolan" - niezauważalny dla laika, nie przeszkadzający w codziennym życiu czy nawet w uprawianiu sportu, pod warunkiem, że ten sport nie wymagał idealnej sylwetki... Nie do końca wyprostowana noga w kolanie jest nie do przyjęcia w sportach gimnastycznych. Noga od biodra do stopy ma stanowić idealną linię prostą. Kilka miesięcy ćwiczeń (prostych i nudnych) spowodowały zniknięcie problemu, chociaż czasem jeszcze na treningu Młoda usłyszy od trenerki - "Kolana!!!".

A ja się pytam - dlaczego nikt na gimnastyce artystycznej nie zauważył problemu Młodej z kolanami? Czy też zauważyli i dlatego uznali, że "nie rokuje"? Przez trzy lata tam chodziła, wiele razy byłam, pytałam o postępy, o to, nad czym ma pracować, co jest nie tak, a co jest OK. I w tym momencie już nie wiem, która opcja jest bardziej piekielna - czy to, że nie zauważyli problemu, czy też to, że zauważyli go i nie raczyli mnie o nim poinformować...

sport

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (176)

#85476

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Singri o Domu Samotnej Matki przypomniała mi inną placówkę.

Otóż kiedyś był sobie hostel – nie taki zwykły hostel, ale należący do fundacji zajmującej się leczeniem uzależnień u młodzieży. I w założeniu ten hostel miał służyć tejże właśnie młodzieży po ukończeniu leczenia jako miejsce, gdzie mogliby zamieszkać, gdyby z różnych względów nie mogli lub nie chcieli powrócić do swoich domów.

Założenia założeniami, a życie życiem. Dzieciaki po terapii albo wracały do domów, albo „szły w tango”, natomiast wieść o hostelu się rozniosła i pojawili się inni chętni – tacy, którzy usłyszeli, że ktoś, coś, kiedyś mówił, że jest takie miejsce... Miejsce, gdzie można mieszkać, gdzie nie ma pijackich awantur, gdzie można się spokojnie uczyć, gdzie można żyć. I zjeżdżały się dzieciaki, które chciały wyrwać się z patologii, a hostel „przygarniał” wszystkich. Tu od razu wyjaśnienie: piszę „dzieciaki”, ale to były osoby pełnoletnie, chociaż czasem takie ledwo pełnoletnie, jednak jak dla mnie dzieciaki – „olane” przez wszystkich, wzrastające w patologii, a jednak pragnące się z niej wyrwać, tęskniące za innym życiem niż to, które widziały na co dzień. One tylko chciały żyć NORMALNIE, przy czym dla każdego znaczyło to coś innego – były osoby, które studiowały, były takie, które kończyły zawodówkę.

Hostel przyjmował wszystkich, warunków było niewiele. Podstawowy był taki, że należy uczyć się lub pracować (często jedno i drugie). Poza tym utrzymywanie porządku w pokoju, sprzątanie „rejonów” (sprzątaczki nie było, hostel był podzielony na „rejony” do sprzątania, co tydzień następował podział rejonów), pomoc w kuchni, absolutny zakaz spożywania alkoholu i zakaz palenia w budynku (palarnia była na zewnątrz). W zamian za to oferowano zamieszkanie i wyżywienie w cenie 100 zł/mies. No dobra, wyżywienie nie było jakieś oszałamiające, ale było. Codziennie obiad (w niedzielę nawet „lepsiejszy”), chleba pod dostatkiem (niech żyje zaprzyjaźniona piekarnia i darowizny od niej!), do chleba albo pasztetowa, albo serek topiony, albo dżem. Chcesz coś lepszego? Kup sobie, podpisz i włóż do lodówki, nikt ci nie ruszy. Jedyne, czego nie należało zostawiać we wspólnej kuchni, to była kawa, znikała w momencie, a na pełne rozpaczy pytanie poszkodowanego „kto zużył moją kawę???” odpowiadał chórek radosnych głosów: „JA!!!”. No cóż, chcesz mieć kawę na dłużej, to nie zostawiaj jej w kuchni...

Dobra, do rzeczy. Jedną z mieszkanek hostelu była Kasia. Kasia uciekła z domu zaraz po swojej osiemnastce. Uciekła od wiecznie pijanej matki i jej konkubenta, uciekła z „pokojokuchni”, gdzie gnieździło się kilkanaście osób, uciekła, bo nie chciała tak żyć. W hostelu odżyła, spokojnie kończyła sobie jakąś tam zawodówkę, która miała dać jej stabilną pracę, z praktyk zawodowych miała pieniądze na swoje potrzeby, czegóż chcieć więcej? Cóż, człowiek zawsze chce więcej, Kasia też chciała. Chciała zabrać z „domu rodzinnego” również swoje siostry. Te starsze ją nie interesowały, same wybrały (chyba ze dwie mieszkały razem z matka i ze swoimi już dziećmi), chodziło jej o te młodsze. Najbardziej na sercu leżał jej los bliźniaczek (ok. 10-11 lat wtedy miały), podjęła działania, aby stać się dla nich rodziną zastępczą. Sąd Rodzinny, MOPS, kurator, wszyscy starali się ją zniechęcić, ale ona się nie poddawała. Zapraszała dziewczynki na każde ferie, święta, czy nawet długi weekend, ze swoich uciułanych pieniędzy kupowała im bilety na dojazd, dziewczynki wpatrzone w nią jak w obrazek bardzo dobrze się czuły w hostelu, odżywały tam po prostu.

Za pięknie by było, gdyby się udało. Otóż wg Sądu i pań z MOPS-u, hostel nie jest dobrym miejscem dla dzieci (taaak, ale melina pijacka to już jest dla nich dobrym miejscem?), Kasia nie dostanie bliźniaczek pod opiekę, ale ewentualnie mogą jej przekazać pod opiekę inną jej siostrę, Beatę. Ups, to nie był dobry pomysł... Beata miała 17 lat i całkiem inny pomysł na życie niż Kasia. Tak w ogóle, to Beata nie miała żadnego pomysłu na życie, wg niej dobrze było tak, jak jest, a Kasia się czepia. Hostel jej się nie spodobał, wszystko było nie tak, no bo jak to? Trzeba sprzątać? Pomagać w kuchni? Chodzić do szkoły? W domu tego nikt nie wymagał... No i trzeba słuchać Kaśki, o nie, niecały rok starsza, a rządzić się chce! Argumenty, że na chwilę obecną Kasia jest jej opiekunem prawnym, nie docierały. Nie będzie jej słuchać i już!

Beata zawziętość w dążeniu do upragnionego celu miała równie wielką, jak Kasia, tylko cele miały inne. Gdy zauważyła, że „stawianiem się” nic nie wywalczy, przycichła, uspokoiła się, pozornie wszystko było OK. Poczekała do swoich osiemnastych urodzin. Nie, poczekała jeszcze parę dni, do swojej imprezy urodzinowej – bo była (skromna) imprezka, były życzenia i prezenty, tylko na drugi dzień rano Beaty już nie było. Spakowała swoje rzeczy, spakowała prezenty i wróciła do „domu”. Do pijanej matki, do tragicznych warunków bytowych, do biedy, pijackich libacji, ciasnoty i toalety na korytarzu. Bo tam jej lepiej...

Gdzie piekielność? Bo każdy decyduje o sobie, wybrała jak wybrała, jej sprawa. Otóż Beata w ten sposób przekreśliła szanse Kasi na stanie się rodziną zastępczą dla bliźniaczek - „Z jedną sobie pani nie poradziła, więc nie ma opcji, żebyśmy dali pani pod opiekę tamte dwie”.

Nie znam dalszych losów Kasi i bliźniaczek. Wiem, że się nie załamała, że chciała dalej walczyć, ale czy coś wywalczyła, to nie wiem, straciłam kontakt.

A hostel już nie istnieje. Szkoda...

hostel

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (201)

#85216

(PW) ·
| Do ulubionych
Głupota ludzka nie ma granic...

Idę osiedlową uliczką za młodą kobietą, wcale nie tak blisko, bo "przestrzeń osobistą" mam dosyć dużą, ale i tak słyszę, co mówi do kogoś przez telefon:

- Tak, jednak dzisiaj wyjeżdżam, nie jutro. No nie, nie mam ci jak tych kluczy podrzucić, ja dosłownie mam pół godzinki na spakowanie się i wyjazd, nie zdążę! Słuchaj, to zrobimy tak, ja je wrzucę do mojej skrzynki na listy i jej po prostu nie zamknę, jak przyjdziesz jutro wieczorem, to je weźmiesz i wejdziesz bez problemów. No jak to jaki numer, 35, nie pamiętasz? Dobra, to ja kończę i lecę się spakować!

Skręciła do bloku, weszła do klatki, a ja zastanawiam się, czy nie prościej byłoby wywiesić kartkę "OKRADNIJ MNIE" zamiast tyle się produkować przez telefon?

osiedle

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (133)