Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 11 lutego 2026 - 16:13
  • Historii na głównej: 178 z 201
  • Punktów za historie: 23681
  • Komentarzy: 871
  • Punktów za komentarze: 6143
 

#92357

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia użytkownika prabula przypomniała mi identyczną sytuację, jaką miałam ok. 15 lat temu, tylko odwrotnie - nie decyzja, zaświadczenie!

Krótkie wprowadzenie. Zaraz po urodzeniu Młodej byłam w naprawdę bardzo kiepskiej (żeby nie powiedzieć tragicznej) sytuacji finansowej, owszem, pracowałam prawie do końca ciąży, ale na umowę-zlecenie. Czyli - pieniędzy niet, a przede wszystkim ubezpieczenia też niet. Oczywiście, wybierałam się do Urzędu Pracy, ale wcześniej ktoś (serio, nawet nie wiem kto) zgłosił mnie do MOPS-u w celu zapewnienia mi jakiejś pomocy, co o dziwo się udało. Na moje plany zarejestrowania się w UP pani pracownik socjalna zapytała, jak zamierzam podjąć pracę parę dni po cesarce i z noworodkiem "u piersi"? Uświadomiła mnie, że zarejestrowanie się w UP oznacza GOTOWOŚĆ do podjęcia pracy. Teraz. Nie "za jakiś czas".

Nie zrobiła tego, żeby mnie zdołować, bo na moja rozpaczliwe pytanie "a co z ubezpieczeniem???" odparła, że MOPS mnie ubezpieczy (dziecko też). Nawet nie wiedziałam, że jest taka możliwość, owszem jest (a przynajmniej była te 15 lat temu), w pewnych szczególnych przypadkach MOPS może opłacać ubezpieczenie zdrowotne. Decyzja została wydana dosłownie po kilku dniach, miałam ubezpieczenie swoje i dziecka, oczywiście "papierową" wersję tejże decyzji dostałam.

Druga ważna kwestia - wówczas najważniejszym dokumentem potwierdzającym ubezpieczenie była tzw. "karta NFZ". Obowiązywała tylko na terenie kilku województw, w tym mojego i bez niej NIC się nie załatwiło (w sensie medycznym). Żaden dowód, żaden nr PESEL, żadna umowa o pracę czy cokolwiek - karta NFZ to było to, co dzierżyłeś w dłoni przy wizycie u lekarza i grzecznie podawałeś pani w rejestracji, zanim w ogóle zaczęła z tobą gadać na zasadzie "dobra, co chciał?".

No więc uzbrojona we wszystkie możliwe dokumenty poszłam sobie do oddziału NFZ "wyrobić" ową kartę Młodej. Wypełniłam druczki, dałam wszystkie potrzebne papierki, pani przegląda i...

- Ale z tego nie wynika, że dziecko jest ubezpieczone!

Biorąc pod uwagę, że pani właśnie miała w rękach i studiowała dokument zatytułowany "decyzja przyznająca ubezpieczenie zdrowotne" (czy jakoś tak, sorry, po tylu latach nie pamiętam dokładnie), w którym wyraźnie było wyszczególnione, że ubezpieczeniem zdrowotnym jestem objęta ja i Młoda od dnia jakiegoś tam do chyba "bezterminowo", to z lekka zgłupiałam.

- Jak to nie, przecież tam właśnie jest napisane, że...

- No widzę, widzę, ale to oznacza, że dziecko może bezpłatnie korzystać ze świadczeń zdrowotnych, a nie, że jest ubezpieczone!

No tak jak poprzednio z lekka zgłupiałam, to teraz zbaraniałam całkowicie, w ogóle nie rozumiałam, co ta pani do mnie mówi. Być może jest jakaś różnica miedzy ubezpieczeniem a możliwością bezpłatnego korzystania ze świadczeń zdrowotnych (do tej pory tego nie wiem), ale to była decyzja obejmująca ubezpieczeniem zdrowotnym mnie i dziecko. W samym tytule były słowa "ubezpieczenie zdrowotne".

Pani obracała tę decyzję w rękach z miną, jakby to był zużyty papier toaletowy, na mnie patrzyła niewiele lepiej, westchnęła rozdzierająco i spytała:

- A pani mąż nie może ubezpieczyć dziecka?

Oj, to był zły tekst. Gdyby ton głosu mógł obniżać temperaturę, to po mojej odpowiedzi wszyscy by spie*rzali na lodowiec, bo tam cieplej.

- NIE jest moim mężem. I NIE, nie może ubezpieczyć dziecka.

No dobra, temperatury w pomieszczeniu nie obniżyłam, ale spowodowałam to, że pani z okienka obok (właśnie skończyła obsługiwać jakąś osobę) podeszła do nas pytając, o co chodzi. Ponieważ pani obsługująca mnie jako pierwszą odpowiedź wydała z siebie pogardliwe prychnięcie, po którym zapewne miał nastąpić dłuższy elaborat, bezczelnie się "wcięłam" i krótko opisałam problem (do dziś jestem pełna podziwu dla siebie, że mimo maksymalnego już wkurzenia zrobiłam to krótko, konkretnie i zrozumiale).

Pani nr 2 szybko i sprawnie przejrzała papiery, po czym zwróciła się do mnie:

- Wie pani co, wszystko się zgadza. Tylko że... No, my potrzebujemy zaświadczenie o objęciu ubezpieczeniem zdrowotnym, nie decyzję.

Ponieważ pani naprawdę była miła i widać było, że z całej siły chce pomóc, więc policzyłam do dziesięciu, zanim zapytałam (nie złośliwie, po prostu w celu upewnienia się):

- Czyli rozumiem, że mam wam przynieść świstek, na którym będą dokładnie te same informacje, co na tym, tylko po prostu on ma być zatytułowany "zaświadczenie", a nie "decyzja"?

- No... No tak...

Doniosłam. Kartę NFZ dla Młodej dostałam. I dostałam małą lekcję, że ważniejszy jest tytuł dokumentu, niż jego treść.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (175)

#92412

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wszyscy chcemy, aby wokół nas było ładnie, estetycznie i przyjemnie, prawda? Ale może jednak nie kosztem wygody innych? Dobra, "wygody" to może złe słowo, bo tu nie chodzi o jakieś luksusy i udogodnienia, tylko o możliwość normalnego funkcjonowania.

Duże osiedle należące do pewnej Spółdzielni Mieszkaniowej. Całkiem spory procent mieszkańców w starszym wieku, a także osób niepełnosprawnych lub po prostu ze znacznym ograniczeniem w poruszaniu się. I windy w blokach z zeszłego stulecia, niedostosowanie do użytkowania przez osoby niepełnosprawne oraz psujące się tak często, że nie wiem, jak im się opłaca naprawa... Na prośby i monity mieszkańców SM ma jedną odpowiedź - "nie mamy pieniędzy na wymianę wind!".

Dwa tygodnie temu SM wzięła się za ocieplanie jednego z bloków. Po ociepleniu ściany szczytowej, pojawił się na niej przepiękny mural... Oddaję głos osobie zainteresowanej - mieszkance tego osiedla, która przez częste awarie windy jest wtedy "uwięziona" we własnym mieszkaniu - nie, nie da rady zejść po schodach, nawet z czyjąś pomocą.

"Pani Xynthio, ja wszystko rozumiem. Ale ja się na tym akurat znam (pani to "kobieta pracująca, która się żadnej pracy nie boi", w swoim długim życiu pracowała w różnych zawodach, z dużym naciskiem na różne zawody artystyczne), ja też takie murale malowałam. Wie pani, jaki to jest koszt??? A na windę nie mają tak?"...

Fajnie, że SM dba, żeby było ładnie. Niepełnosprawne osoby, uwięzione w domach przez notoryczne awarie windy, będą sobie mogły podziwiać z okiem mural na sąsiednim bloku.

spółdzielnia_mieszkaniowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (93)

#92282

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dobra, musze to z siebie wyrzucić, bo mnie szlag trafi. Otóż właśnie wróciłam z dwudniowej wycieczki. Nie, nie w ramach przyjemności czy wypoczynku, pojechałam jako asystent osoby niepełnosprawnej na wycieczkę dla grupy w/w osób. Z panią (powiedzmy) Aurelia Piekielną.

Pani Piekielna jest hm... trudną osobą. Kiedy zaproponowano mi zostanie jej asystentką, po pierwszej rozmowie telefonicznej z nią zdałam sobie sprawę, że bezczelnie wciskają mi tzw. "zgniłe jajo" i że praca z nią będzie wymagała ode mnie dużo cierpliwości. Dlaczego się zgodziłam? No cóż, naprawdę lubię pracę z osobami starszymi i niepełnosprawnymi, mam zrozumienie dla ich różnych "jazd i odpałów", a poza tym fakt, że ktoś jest upie*dliwy i wredny, nie wyklucza faktu, że potrzebuje pomocy.

Współpraca z panią Piekielną układała się, no powiedzmy zadowalająco, udało mi się jej nie zamordować, a ona też nie skarżyła się na mnie. Sukces! Aha, wcześniej trzy asystentki zrezygnowały ze współpracy z panią Piekielną, wręcz histerycznie zarzekając się, że "nigdy więcej"!

Wycieczka. Dwudniowa - dwa dni zwiedzania, jeden nocleg. Ja się skupię na przedmiotach martwych. Otóż przyjeżdżając po panią Piekielną zostałam uświadomiona, że do zabrania (czytaj - dostarczenia na miejsce zbiórki) jest:

Torba z prowiantem - no oki, pierwszy dzień to dojazd, potem zwiedzanie, obiadokolacja ok. 19.00, rozumiem, że trzeba wziąć coś do zjedzenia. Ale torba z Biedronki (ta duża), wyładowana na full i ważąca na pewno powyżej 10 kg??? Nie wiem, co tam miała, dwa razy wyciągnęła z niej kanapki, kilka razy termos z kawą. Co stanowiło resztę zawartości? Nie wiem, nie wnikam, może rodowa zastawa, którą wyciągnęła już w pokoju hotelowym, kiedy ja zasnęłam, a ona chciała sobie zjeść jak człowiek na porcelanie i srebrnymi sztućcami.

Walizka. Nie duża, nie kabinowa, ten średni rozmiar walizki. Na JEDEN nocleg. Kurczę, ja wzięłam coś do spania, bieliznę i bluzkę na zmianę, zmieściło mi się to do torebki. No dobra, torebki noszę dużych rozmiarów, po wyciagnięciu z niej miliona rzeczy, które nie wiadomo kiedy się w niej "zagnieździły", spokojnie się do niej spakowałam i nawet bardzo wypchana nie była. Pani Piekielna wzięła WALIZKĘ.

Hit z walizką. Rano - proszę ją znieść na dół. Spoko, zniosłam, załadowałam do taksówki, potem załadowałam do autokaru. Raptem widziałam tę walizkę przez parę minut. Po dotarciu do hotelu - "pani Xynthio, gdzie moja walizka???". Wskazuję grzecznie jedyną pozostałą walizkę (tak, pozostali "wycieczkowicze" już podążyli ze swoim bagażem do recepcji). "To nie moja!".

Nie chce już mi się opisywać, mimo że scena była epicka. Pani Piekielna nie rozpoznała własnej walizki (tak, to była jej), ale to JA zostałam opieprzona za to, że nie dopilnowałam walizki. To JA, po kilkuminutowym kontakcie z ową walizką o 5 rano, powinnam ją rozpoznać zawsze i wszędzie. Jakby ktoś był ciekaw, nie, "nie zdzierżyłam", warknęłam i postawiłam się, wymagając otworzenia walizki i sprawdzenia zawartości - "ojej, to moje rzeczy".

I drobiazg, który jednak najbardziej mnie wkurzał. Parasol. Duży, nie ten automatyczny, składany, tylko typu "laska". Owszem, jak wyjeżdżaliśmy, to padało. Potem pogoda się poprawiła i parasol nie okazał się potrzebny, co nie zmieniało faktu, że należało go brać ze sobą i nosić. Wróć - to JA go miałam nosić. "Szczyt szczytów" nastąpił, kiedy dostałam polecenie zaopiekowania się parasolem w momencie, kiedy przy słonecznej pogodzie szliśmy z autokaru do kościoła na mszę (mniej niż 5 minut piechotą), bo "potem może padać".

Pomijam fakt prawie histerycznej reakcji na propozycję choćby uchylenia okna w naszym wspólnym pokoju hotelowym oraz nastawienia na full telewizora na całą noc - byłam tak wykończona, że zasnęłam mimo to.

Lubię moją pracę. Ale nie zawsze.

wycieczka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (170)
poczekalnia

#92341

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Druga historia, na która na pewno wszyscy czekali z utęsknieniem (żarcik, jakby co).

Jestem introwertykiem. Młoda też. Chyba u niej się to objawia silniej niż u mnie, a może po prostu mając te 15 lat jeszcze nie wypracowała sobie mechanizmów radzenia sobie z tym. Ja się tutaj skupię na najważniejszym (dla nas) problemie, jakim jest szkoła.

Tak, wiem, obecnie to mamy luksus, klasy max 15 osób - dla porównania, jak ja chodziłam do podstawówki, klasa liczyła 33-34 osoby, w liceum 20+ (już dokładnie nie pamiętam).

Pandemia i nauczanie online. Większość rodziców narzekała, Młoda rozkwitła. Nagle rozumiała, co nauczyciel tłumaczy, klasówki i sprawdziany pisała wręcz w natchnieniu, na lekcjach "udzielała" się mało, ale była. Słuchała. Rozumiała.

Powrót do szkoły stacjonarnej. "Mamo, głowa mnie boli, mogę nie iść?". "Możesz". Raz, drugi, trzeci... Wizyta u lekarza. Szpital. Komplet badań (za niektóre płaciłam prywatnie, bo terminy na NFZ były za rok...). Nie ma fizycznych przyczyn bólów głowy. Lekarze sugerowali przyczyny psychologiczne - zapisałam do psychologa (sama chciała), nic nie pomogło, ale psycholog koncentrował się na "problemach", które Młoda tak naprawdę umiała sama przepracować, fajnie ze jej pomógł, ale to nie to.

Nie, Młoda nie oszukuje. Jak widzisz swoje dziecko szykujące się do szkoły ze łzami w oczach, to ci serce pęka... Ale "frekwencja" jest ważna!!! W ostatnim roku już kombinowałyśmy - dobra, dzisiaj możesz nie iść, ale potem do końca tygodnia musisz być, bo frekwencja... I jak za niska, to szkoła MUSI to zgłosić, naślą nam kuratora...

Szkoła w Chmurze. Wyszydzana, opluwana, mieszana z błotem. Złożyłyśmy wniosek (czekamy na decyzję). I nagle milion osób ma jakieś "ale".

"A ty wiesz, jak niska jest zdawalność matur u uczniów Szkoły w Chmurze?". Wiem. Ale to moje dziecko, a nie wyniki statystyczne. Dlaczego mam zakładać, że akurat Młoda nie zda?

"No ale tam też się musi uczyć, co jej to da?". Młoda z lekcji w stacjonarnej szkole nie wynosi NIC. Nie umie się skupić, nie słucha nauczyciela, wystarczy że ktoś rzuci żarcik, a nim koncentruje się jej uwaga, nie na lekcji. Z lekcji "wynosi" tylko temat, który ma opanować - uczy się i tak w domu. Więc każda lekcja to stracone 45 min, "przesiedziane" w klasie, bez żadnych korzyści.

Wkurzyłam się ostatnio. I na pytanie "ale dlaczego Młoda ma się uczyć w Szkole w Chmurze?", odpowiedziałam z uśmiechem firmowym nr 5 - "bo jest taka możliwość i jest ona zgodna z prawem".


Komentarze pod poprzednią historią sugerują mi fobię społeczną. Być może, nie będę się sprzeczać. Mnie to nie przeszkadza, serio. Być może u Młodej jest to samo, no to mamy dwie opcje - "leczyć" fobię społeczną albo dostosować do niej jej funkcjonowanie.

Ale jakoś tak nie bardzo mam ochotę prawie codziennie słyszeć "mamo, głowa mnie boli"... Nie, już nawet bez opcji "mogę nie iść do szkoły?". Młoda rozumie, że za często nie może "nie iść"...

edukacja

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (74)
poczekalnia

#92340

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jeśli dla kogoś mało piekielne, to z pełnym przekonaniem przyklasnę, ale chcę wrzucić drugą historię, dla której ta będzie nieodzownym wstępem.

Jestem introwertykiem. Dobra, nie jestem młodą osobą i przez całe życie wypracowałam sobie pewne schematy zachowań, które pozwalają mi sobie z tym radzić.

Koncerty? No raczej nie, chyba że BARDZO chcę, to szukam kogoś, kto ze mną pójdzie. Dlaczego? Skupiam się na trójkącie wykonawca - druga osoba - ja i wtedy jest OK, mogę udawać, że nie ma tego tłumu wokół mnie. Nie wiem czemu opcja skupienia się tylko na zestawie wykonawca - ja nie działa, albo działa dużo słabiej, idąc sama na koncert czuję się przytłoczona, tłum na mnie "napiera", no jest niefajnie... Nie, nie odczuwam żadnego poczucia wspólnoty, przynależności, żadnego "pokrewieństwa dusz" z tymi wszystkimi ludźmi, którzy też uwielbiają tego wykonawcę. Męczą mnie. Przeszkadzają.

Zebrania w pracy. Tu już musze bardzo mocno się skupić na opcji - ktoś gada, ja słucham, bo może to ważne. Czasem odchoruję. Nie mam problemów z wyrażeniem swojego zdania, jeśli jest taka potrzeba, chociaż czasem długo czekam, bo nienawidzę przekrzykiwania się, czekam na chwile ciszy.

Spotkania towarzyskie. Z jedną, dwoma, max trzema osobami OK. Więcej nie dam rady, choćbym wszystkich lubiła. Ostatnio pojechałam na kilka dni w góry z moją przyjaciółką i jej dwoma córkami + Młoda i ja. W ostatniej chwili zapytała, czy jej partner może z nami jechać, lubię go, jest OK, odruchowo powiedziałam "tak". No nie, za dużo dla mnie... Ze spacerów po górach (lubię!) wykpiłam się opcją "to Park Narodowy, z psem nie wolno" (Maleństwo pojechało z nami), z dziką rozkoszą spacerowałam sobie tam, gdzie "z psem wolno". I potem zamiast się wkurzyć, że telefon z pracy wezwał mnie dzień przed planowanym przyjazdem do domu, to się naprawdę ucieszyłam i skróciłam swój pobyt. Dla jasności - nie, nie musiałam się zgodzić. Chciałam.

I ostatnia sytuacja - impreza firmowa. Ponad 20 osób. "Xynthia, będziesz?". Nie wiem, co mi odwaliło, ale stwierdziłam, że będę. Nadszedł dzień imprezy, nawet zaczęłam się powolutku szykować, kiedy okazało się, że nigdzie nie pójdę, no chyba że w pampersie... Sorry za dosłowność, ale dostałam tak kosmicznej s*aczki, że oddalenie się od toalety na odległość większą niż parę metrów groziło katastrofą i kompromitacją. Aha, dodam tutaj, że nie mam i nigdy nie miałam problemów gastrycznych, przewód pokarmowy to chyba jedyny w moim organizmie, który nie sprawia mi żadnych problemów. I nie, nic nieświeżego ani podejrzanego nie zjadłam. S*aczka zniknęła jak sen złoty, kiedy ktoś zadzwonił do mnie, czemu mnie nie ma i wyraźnie powiedziałam, że nie będę. Nie dojadę. Mają nie czekać.

Introwertyczność to nie wymysł. To konkretne potrzeby organizmu. Psychiczne, ale też fizyczne. Unikam dużych skupisk ludzi (tak, np. w autobusie siedzę z nosem w telefonie), jak już się nie da, to stosuję wypracowane od lat metody, żeby to jakoś przeżyć. Bo jak zignoruję, to mam "atrakcje" typu s*aczka (dobra, to tylko ostatnio), zawroty głowy, ogólne "rozbicie" i bardzo złe samopoczucie.

Czy mi to przeszkadza? Chyba nie bardzo. Tak mam "od zawsze" i z tym żyję. Owszem, na tą imprezę firmową chyba chciałam iść. Ale patrząc na reakcję mojego organizmu zastanawiam się, czy na pewno chciałam...

relacje_miedzyludzkie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (61)

#92303

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Poczta Polska i ich wehikuł czasu.

Wysłałam ważne dokumenty PP, bo była to jedyna dostępna mi opcja, więc oczywiście poleconym i jeszcze tak dla jaj priorytet. Grzecznie odmówiłam opłacenia usługi sms-a, że przesyłka dostarczona, bo nie jest dla mnie czarną magią na śledzeniu przesyłki wstukać jej numer w okienko.

No i w piątek (08.08) wstukałam. Wow, super, dostarczona! Dotarła tego właśnie dnia o godzinie 13.15. Tylko że ja sprawdzałam o 11.30...

poczta

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (153)

#92291

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na Demotywatorach jest ankieta "Czy kiedykolwiek uczestniczyłeś w choćby jednej transakcji korupcyjnej?". Już miałam zaznaczyć, że nie, kiedy mi się przypomniało, jak szukałam dla Młodej miejsca w żłobku, chcąc podjąć pracę.

Szukałam żłobka, który by ją przyjął. Wybór miałam "ogromny", państwowe żłobki są w moim mieście całe dwa. W obu te same zasady - miejsca tylko dla dzieci pracujących rodziców. Przed ciążą (i w trakcie) pracowałam na umowę-zlecenie, więc poszukując miejsca w żłobku nie miałam papierka o zatrudnieniu. OK, ja rozumiem takie kryteria naboru, ale jak ja mam znaleźć pracę, nie mając co zrobić z dzieckiem?

W jednym z tych żłobków pani zlitowała się nade mną i podsunęła rozwiązanie. Otóż mam przynieść wyrok o rozwodzie albo wyrok o alimenty (jako potwierdzenie, że wychowuję dziecko sama) oraz zaświadczenie od potencjalnego pracodawcy, że mnie zatrudni od września. Dziecko zostanie przyjęte niejako "warunkowo" i mam miesiąc na dostarczenie papierka, że pracuję - nie wymagali umowy o pracę, mogło być zlecenie.

Fajnie, tylko SKĄD mam to wziąć? Wtedy był rynek pracodawcy, o pracę było bardzo trudno, już widzę, jak potencjalny pracodawca z miłym uśmiechem na ustach mówi mi "O, to pani chce u nas pracować, ale dopiero od września? Ale na razie chce pani zaświadczenie, że ja panią zatrudnię? No oczywiście, bardzo się cieszę, już wypisuję!"...

I wtedy mnie olśniło. Facet, u którego pracowałam prawie do końca ciąży, oszukał mnie na ostatniej wypłacie. W dodatku zrobił to bardzo głupio, bo inną kwotę dostałam przelewem, a inną potem miałam na PIT-ie od niego, więc naprawdę łatwe do udowodnienia. Tak łatwe, że zastanawiałam się, czy warto robić aferę, bo może on się po prostu pomylił i wystarczy delikatnie się upomnieć, no przecież nie mógł być aż taki głupi.

Jednak był. Zorientowałam się, gdy pojechałam do niego do firmy i spostrzegłam, jak się "spiął" na mój widok. On wiedział. Ja wiedziałam. On wiedział, że ja wiem. Nie bawiłam się w uprzejmości ale też nie podnosiłam tematu za małej wypłaty. Po prostu powiedziałam, że potrzebuję zaświadczenie, że mnie zatrudni od września. Wypisał od ręki. Zrozumieliśmy się bez słów - ja nie zamierzałam więcej u niego pracować, ale w takiej sytuacji też nie zamierzałam się upominać o niekorzystną dla mnie różnicę w wypłacie.

Papierek dostarczyłam, Młodą przyjęli do żłobka, a ja w trzy dni znalazłam pracę - kiepską, słabo płatną, ale PRACĘ.

Więc jeśli ktoś mnie kiedyś zapyta, czy kiedykolwiek w życiu dałam łapówkę, no to hmmm... chyba tak. Chyba tak to można potraktować.


P.S. Jakby ktoś był ciekawy, w jaki sposób po PIT-ie zorientowałam się, ze mnie oszukał na wypłatę, to informuję, że przepracowałam u niego styczeń, w lutym już urodziła się Młoda. Więc PIT za tamten rok był de facto PIT-em tylko za jeden miesiąc, owszem, dopiero po otrzymaniu go (czyli po ponad roku) miałam pewność, że mnie oszukał, wcześniej po prostu wydawało mi się, że wypłata jednak jest za mała...

P.S.2. Umowa-zlecenie bez podstawy, tylko wynagrodzenie prowizyjne, więc mimo że niby wiedziałam, ile "sprzedałam" (tak, to był telemarketing, ale nie typowa sprzedaż, więc w cudzysłów wzięłam), to jednak mogło być tak, że coś tam nie wyszło, ktoś zrezygnował i moje wyliczenia są błędne. Mając PIT miałam to czarno na białym.

praca_dziecko_żłobek

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (86)

#92234

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia użytkowniczki @myscha o śmierci teścia przypomniała mi pewne zdarzenie.

Pracuję jako opiekunka osób starszych w Domu Pomocy Społecznej. No i jak to w DPS-ie, zdarza się, że podopieczni umierają. Pewien pan (nazwijmy go Iksiński) miał raka. Zaawansowane stadium, ze szpitala wypisał się na własne żądanie (tak szczerze mówiąc, szpital niewiele mógł mu pomóc), na hospicjum nie wyraził zgody, nasz DPS był dla niego domem od wielu lat, chciał umrzeć "w domu".

No i umarł pewnego dnia, a my z dokładnością co do godziny potrafiłyśmy określić, o której. Mianowicie o godz. 19.00 schodzi dzienna zmiana, a wchodzi "nocka", zdajemy sobie wtedy raport ze zmiany, jak są cięższe przypadki (właśnie np. jak pan Iksiński), to się idzie sprawdzić. Ok. godz. 19-tej pan Iksiński żył, nawet parę słów powiedział, że tak, dobrze się czuje, nie, nic nie potrzebuje i że idzie spać. Koło 20-tej opiekunki dotarły do jego pokoju podczas wieczornych toalet, pan Iksiński już nie żył.

Cóż, trzeba wezwać lekarza, żeby stwierdził zgon. Jako że było po 20-tej, dziewczyny zadzwoniły na nocną i świąteczną opiekę medyczną. Po ok. dwóch godzinach przyjechała lekarka, która zrobiła koszmarną awanturę, że ją oszukują. Na pewno nie umarł pomiędzy 19-20, tylko wcześniej, ona jest lekarzem, ona się zna, na bank umarł sporo przed 18-tą, należało do rodzinnego dzwonić! Ona nie wystawi karty zgonu, bo powinien to zrobić rodzinny!

Nie wystawiła. Zakład pogrzebowy bez tego dokumentu NIE ZABIERZE. Pan Iksiński leżał do rana, aż można było zadzwonić do naszego DPS-owskiego lekarza rodzinnego.

P.S. Pan Iksiński mieszkał w trzyosobowym pokoju. Dziewczyny zapytały jego współlokatorów, czy chcą na noc przejść do innego pokoju (za bardzo to nie było gdzie, ale coś by wykombinowały), stanowczo i zdecydowanie odmówili. Jedyne, co mogły zrobić, to odgrodzić łóżko ze zwłokami parawanem.

Z tego co wiem, nie zostawiono tak tego, ale to już "biuro" robiło piekło o tą sytuację, jaki był efekt końcowy - nie wiem.

nocna_i_świąteczna_opieka_medyczna

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (123)
poczekalnia

#92270

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dobra, znowu będzie "zwierzątkowo", bo wczoraj chyba coś załapałam... Co nie oznacza, ze to "coś" mi się podoba, po prostu zrozumiałam "dlaczego".

Mam w polubieniach na FB parę organizacji prozwierzęcych i często widzę posty o porzuconych psach/kotach, tutaj chodzi mi o te mocno "w typie rasy", czyli mówmy po imieniu - "odpad" z pseudohodowli. Dobra, jeden zwierzak czy dwa (nie twierdzę, że to OK, wręcz przeciwnie), ale można nie zauważyć, że sąsiad miał pieska i już nie ma, nikt się nie interesuje czyimś życiem i w sumie słusznie. Ale...

Sytuacja sprzed kilku miesięcy - kilka postów na FB, tutaj zamieszczam takie podsumowanie i to głównie polegając na swojej pamięci, bo nie chce mi się teraz tego szukać. Ponad 20 kotów!!! Wyrzuconych w lesie... Znajdowanych pojedynczo, po dwa, po trzy. Dwa chyba nie przeżyły, jeden w zbyt kiepskim stanie mimo znalezienia go, drugi chyba znaleziony martwy. Koty "rasowe", piękne, delikatne, długowłose. Znalezione wychudzone, skołtunione, z sierścią powyrywaną przez gałęzie krzewów, no tragedia.

I dzisiejszy post Fundacji dla szczeniąt Judyta - ok. 17 psów w typie yorka i maltańczyka, wyrzuconych na podmokłą łąkę i bagno. Do jednej suni musiała przyjechać Straż Pożarna, ludzie bez sprzętu nie byli w stanie uratować jej z bagna, w którym się powoli topiła. Nie wiadomo, ile dokładnie było psów, bo rozbiegły się w panice na widok ludzi, trwają poszukiwania.

Do czego zmierzam? Jak pisałam wcześniej, można nie zauważyć, że ktoś miał pieska i już go nie ma... Ale kurde, nie wierzę, że ludzie nie widzą, że komuś nagle "ubyło" ok. 20 psów albo kotów. Nie znaleziono "właścicieli" tych 20 kotów. Sprawa z psami świeża, ale też nie sądzę, żeby cokolwiek się dało ustalić... Dlaczego? Już wyjaśniam.

Milion komentarzy na FB "znajdźcie tych zwyrodnialców", "przecież to duża ilość zwierząt, jak to nikt nic nie widział", "na pewno ktoś coś wie, trzeba pociągnąć do odpowiedzialności właścicieli!". Trzeba. Tylko ze fajnie się pisze o jakimś bliżej nieokreślonym pseudohodowcy, który wyrzucił zwierzaki do lasu. A jak się okaże, że tę osobę znasz (no może słabo, ale znasz), to nagle jest "no ale to w sumie dobry człowiek", "może sytuacja go przerosła", "utrzymania psów/kotów jest drogie, no nie dał rady...".

Powyższe zdania są z doopy wzięte. Albo prosto z mojej wyobraźni, nie obrażę się, jeśli dla kogoś to to samo. Napisałam (wymyśliłam) je na podstawie wczorajszej sytuacji. Byłam w pracy i już pod koniec "dniówki" wróciłam do dyżurki po przebraniu się w szatni (raczej nie idziemy wszyscy na raz, tylko po kolei, żeby zawsze ktoś tam był). Wróciłam w momencie, kiedy jedna z moich koleżanek kończyła opowieść o rodzinie, do której jeździ codziennie robić zastrzyki jednej z osób (tak, opiekun medyczny ma uprawnienia do robienia zastrzyków, a nawet do pobierania krwi, więc ludzie często "zamawiają" sobie opiekunkę zamiast pielęgniarki, taniej wychodzi).

Agresywne psy zamknięte w piwnicy bez dostępu światła - kurde, też bym była agresywna, gdyby mnie zamknęli w ciemniej piwnicy. Właśnie chodziło o to, że ona się boi tam iść, bo "czasem" (nie wiem jak często) psy są wypuszczane i wtedy atakują wszystkich i wszystko. Na moją delikatną uwagę, że to wypadałoby gdzieś zgłosić, usłyszałam, że "a bo oni tak mają, wszyscy tam tak żyją" "Tak" oznacza zabite na głucho okiennice, pozasłaniane okna, zero kontaktu ze światem zewnętrznym. Z tego co udało mi się doprecyzować, to są tam minimum trzy osoby - dwoje seniorów i dorosła córka. Niestety, na moje delikatne próby ustalenia kto to, gdzie to, dlaczego??? koleżanka nabrała wody w usta i stwierdziła, że nie będzie się komuś wpie*dalać w życie. A to w sumie fajni ludzie, co jej do tego, jak sobie żyją...

I co ja mam teraz zrobić? Zgłosić policji/organizacji prozwierzecej, że gdzieś w okolicy Za*upia Górnego jest dom z zabitymi na głucho okiennicami i psami zamkniętymi w piwnicy? No na pewno bardzo poważnie potraktują takie zgłoszenie...

Nie odpuszczam. Będę delikatnie próbowała podpytać.

gdzieś_niedaleko_nas

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (64)

#92262

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będą gorzkie żale pt. "domofon". Fajne urządzenie, nie? Nikt niepożądany ci nie wejdzie na klatkę, no chyba że...

Ja rozumiem sytuację, kiedy ktoś wnosi/wynosi dużą ilość rzeczy z mieszkania i w związku z tym "blokuje" czymś drzwi od klatki (stopka przy drzwiach dawno została zdemontowana, ciekawe dlaczego?). Wchodzę/wychodzę, widzę zablokowane drzwi, nie reaguję, może ktoś potrzebuje mieć przez jakiś czas otwarte... Ale jeśli po dwóch godzinach znowu widzę zablokowane drzwi, no to sorry, usuwam blokadę i zamykam, taka wredna jestem.

Dzwonek domofonu. "Słucham?". "Pani otworzy". Yyyy, pani otworzy, bo??? W odpowiedzi najczęściej pełne oburzenia "no bo ja chcę wejść!". Aha. A "ja" to kto? Najczęstsze odpowiedzi:

"Ulotki!". No sorry, nie życzę sobie ulotek w skrzynce. "Ale inni mogą chcieć!" - fajnie, proszę zadzwonić do tych "innych", ja nie wpuszczę.

"Ja tu mieszkam, tylko klucza zapomniałem". Proszę zadzwonić do sąsiadów albo do kogoś z parteru, żeby mógł wyjrzeć i sprawdzić, kto wchodzi, bo ja nie będę z 10-go piętra leciała na dół, żeby sprawdzić, czy to faktycznie sąsiad, który zapomniał klucza, czy cwaniaczek próbujący się dostać na klatkę (nie wiem w jakim celu, nie interere mnie to).

"Ja do znajomych, ale chyba ich nie ma, chciałem kartkę zostawić, że byłem". Jw. Do najbliższych sąsiadów "znajomego".

"Poczta". Nie zamawiam Pocztą Polską, ale czasem nie ma innej opcji i wiem, że nasz listonosz ma w doopie, że cię nie ma w domu. Nawet awiza nie zostawi, jak nie reagujesz na domofon, wrzuci je do skrzynki po paru dniach, jak z jakąś inną przesyłką dotrze na klatkę.

"Kurier". "A do kogo ma pan przesyłkę?". "Pod nr XX" ( czwarte piętro, ja mieszkam na 10). No sorry, ja nie odbiorę przesyłki dla kompletnie nie znanego mi mieszkańca czwartego piętra, jeśli kurier jest na tyle uprzejmy, że chce zostawić sąsiadom, to niech do nich dzwoni. (P.S. czasem zamawiam coś i nie ma mnie w domu, kiedy przyjedzie kurier - mając na mailu/sms powiadomienie o dostawie, to ja dzwonię do kuriera i proszę o pozostawienie przesyłki pod drzwiami, jeśli mam podany kod odbioru przesyłki, to go podaję i nie ma problemu, aha, podaje kurierowi kod otwierający domofon).

"Jak pani myśli, czy bóg nadal rządzi tym światem?"... No cóż, myślę, że powinien pan jednak pod inny numer mieszkania zadzwonić...

I ostatnia sytuacja, kiedy wpuściłam... Jako usprawiedliwienie podam tylko to, że byłam po nieprzespanej nocy, miałam jakieś zatrucie pokarmowe i co chwilę latałam do łazienki wymiotować, niewyspana i wymęczona po zdrzemnięciu się na niecałą godzinkę zostałam obudzona dźwiękiem domofonu, po jaką cholerę poszłam odebrać, do dzisiaj nie wiem... "Słucham?" "ja z informacją ze spółdzielni, proszę otworzyć". No dobra, ze spółdzielni, to otworzę. Wróciłam do łóżka, gdzie poraził mnie fakt, że Z JAKIEJ KU*WA spółdzielni??? WSZYSTKIE mieszkania w moim bloku należą do Wspólnoty Lokatorskiej + kilka sztuk jeszcze nie wykupionych, podlegających pod zarząd ZGM...

I jeszcze coś, na co nikt nie był w stanie nic poradzić, no dobra, można było wezwać policję. Otóż ze dwa lata temu panowie żule (i jedna pani żulietta) urządzili sobie noclegownię na naszej klatce schodowej. Kto ich wpuszczał? Nikt. Pani żulietta była kiedyś mieszkanką jednego z lokali w naszym bloku, więc miała swój własny kod do domofonu. I na ten kod wchodziła wraz z kolegami-żulami...

Podsumowując - jeśli z jakiś ważnych powodów chcesz się dostać na klatkę schodową danego bloku, to dlaczego dzwonisz na 10-te piętro, zamiast do kogoś na parterze??? Ja jestem wredna i nie wpuszczę. No chyba że jestem wymęczona, niewyspana i "łyknę" twoją historyjkę, ale serio, byłam gotowa lecieć na dół i sprawdzać kto i po co wszedł na hasło "ja ze spółdzielni". Ale pilnie musiałam do łazienki...

blok_mieszkalny

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (122)