Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Yasumi

Zamieszcza historie od: 4 października 2013 - 14:01
Ostatnio: 28 grudnia 2018 - 16:50
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 992
  • Komentarzy: 5
  • Punktów za komentarze: 18
 

#83774

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie obrzydliwie i trochę strasznie.

Pewnie zauważyliście, że ludzie nie myją rąk, wychodząc z toalety. Już powalający jest sam tok myślenia w stylu "ja mam czyste". No nawet jeśli ty masz czyste, to jednak roznosisz to, co tam zastałeś...

Ale do brzegu. Ludzie również nie sprzątają po sobie w toaletach. Nalałeś na deskę? Spoko. Spadł ci papier - przecież ktoś posprząta.

Moja wczorajsza historia jest kombinacją przestawionego wyżej stanu umysłowego, tylko w wersji hard. Jadę sobie busem - trasa międzynarodowa, polski przewoźnik. Z mojego przystanku do celu ok. 4 godziny drogi. Jadę, po jakimś czasie kibelek wzywa - wchodzę, czyściutko, pachnąco, fajnie.

Kolejny raz przyszło mi do głowy skorzystać ok. godziny przed końcem podróży. Wchodzę, zamykam drzwi, używam zgodnie z przeznaczeniem...

W momencie wyrzucania papierka do śmietniczka mój wzrok pada na zakrwawioną chusteczkę leżącą na stercie. Myślę, ojej, komuś coś się stało, bywa. Ale odwracam się, żeby wyjść z tej komórki pod schodami... i cofam rękę. Klamka od środka i zamek do drzwi są wysmarowane krwią. Nie całkiem, widać, że ktoś może przetarł na szybko, może to roztarł po prostu, jak wychodził, ale jednak bez problemu można tego dotknąć. Krew jest też na części drzwi. Panika, myję ręce jeszcze dwa razy oglądając wszystko wokół i robiąc rachunek sumienia, czy mogłam tego dotknąć. Potem jeszcze namęczyłam się, próbując wyjść i się nie pobrudzić.

I teraz moje pytanie, jakim trzeba być bucem, żeby coś takiego po sobie zostawić? Nie można tego wytrzeć, wymyć? Ten ktoś siedział dalej w autokarze, nie zgłosił problemu, nie pomyślał o innych. Dlaczego jesteśmy tacy antyspołeczni?

Co ciekawe, potem jeszcze kilka osób próbowało tam wejść, a ja dzielnie tłumaczyłam im w 3 językach, dlaczego nie warto. Za to jeden pan olał moje tłumaczenia i szybko tam wskoczył...

Jak wychodził, nie spuścił wody i nie umył rąk (przy tych czynnościach rozlega się dźwięk na cały autokar). A mnie ciarki przeszły na myśl, że on będzie dotykał siedzeń itd.

Uważajcie na siebie!

autokar toaleta

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (150)

#67037

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak przedsiębiorczy pan [P] próbował mnie wrobić w naprawę auta (albo coś więcej, do tej pory nie rozgryzłam jego motywów).

Wyjeżdżam sobie od klienta, gdy nagle wypasiona, terenowa bryka zajeżdża mi drogę. Gwoli wyjaśnienia – w tym miejscu parkuję zawsze w małej zatoczce, firma znajduje się na końcu ulicy, dalej są tylko tereny zielone. W godzinach, w których pojawiam się pod firmą, zawsze jest tam pusto i jeszcze nigdy (wpadając tam okazjonalnie raz lub dwa razy na tydzień) nie parkowałam obok innego samochodu. Nigdy, naprawdę nigdy. Naprzeciwko są domy mieszkalne, jednak bramy czy miejsca dla mieszkańców znajdują się poza wspomnianą zatoczką.

Wracając do historii... z samochodu wyskakuje pan, na oko 50 lat, garniturek i te sprawy i rozpoczyna tyradę:
[P]- Ja cię znam, ty mi audika tutaj zarysowałaś!
Ja trochę zaskoczona takim nagłym zwrotem akcji, szybko przeanalizowałam całą historię parkowania w tym miejscu i doszłam do wniosku, że nie ma takiej opcji. Auto mam trochę porysowane, jednakże to akurat wynik zbytniej brawury mieszkańców mojego osiedla, którzy uważają, że parkowanie przodem pod garażem na zatłoczonej uliczce to świetny pomysł (ale to materiał na inny wywód). Poza tym przyjrzałam się pojazdowi biznesmena i stwierdziłam, że audika w żadnym wypadku nie przypomina.

[J]- A proszę mi powiedzieć, kiedy to dokładnie było.
[P]– No... wtedy! Jak tu byłaś, no niedawno!
[J]- Ale kiedy dokładnie?
[P]– No jak tu byłaś! (aha, już wiedziałam że to ściema). Zresztą wysiadaj i chodź ze mną, ja ci pokażę.

Zabrzmiało to jak „dziewczynko, chodź w krzaki, pokażę ci kotka”. Zanim odjechałam zaśmiewając się z inwencji pana, poradziłam mu jeszcze, żeby zgłosił się na policję, koniecznie z filmem ukazującym jak mu zarysowuję zderzak.

Pozostaje pytanie: naprawdę obcy, ogromy koleś myślał, że pokornie wysiądę z auta i pójdę z nim oglądać szkody? Co chciał ugrać? Myślę sobie, że pewnie sam zarysował audika o jakieś czerwone auto i szukał jelenia. Szkoda tylko, że zawsze parkuję tam „tyłem do wyjazdu”, a pan wskazywał rysy z przodu mojego auta :)

parking

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (357)

#55047

(PW) ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze Panien Młodych :)

Po ślubie, jak to po ślubie, sukienkę wypadałoby wyprać i sprzedać, coby wróciło trochę wydanego grosza. Szukam więc pralni, która sobie z tym poradzi, nie zniszczy, nie zedrze kosmicznej kwoty i zrobi to w miarę szybko - wszak sezon już się kończy. Dzwonię do salonu w którym kupiłam suknię, miła pani poleca mi pralnię w Gdyni koło CH Batory, niedaleko "piaskowego" parkingu.

No więc pakuję suknię w samochód i jadę z Gdańska 25 km do rzeczonego przybytku, bo przecież najlepszy i doświadczenie wielkie mają. Sukienka oddana, 3.09 zapłacone z góry (240 zł za pranie ślubnej i poprawinowej). Na pytanie, dlaczego trzeba płacić z góry, właścicielka odpowiada, że to jej zabezpieczenie, bo kiedyś klientka nie odebrała futra wartego 500 zł. Nie węsząc podstępu zapłaciłam (mój wielki błąd) i umówiłam się na odbiór na następny wtorek (10.09).

Jako że praca i w tygodniu te 25km w jedną stronę nie po drodze, dałam pralni więcej czasu i pojechałam po sukienkę w sobotę. Wcześniej dzwoniłam cały tydzień na numer podany na rachunku, ale nikt nie raczył odebrać. A ja chciałam tylko dopytać, czy na pewno opłaca się jechać.

Otóż nie opłacało się. Sukienka niedoprasowana, pani pyta czy chcę sobie zabrać taką niedokończoną. Nie, nie chcę i daję pani czas na poprawki do dnia następnego. A że dzwoniła? Ano, ale ja nie mam pani numeru w telefonie ani nieodebranych. Aaaa, ups, jednak mam. Odchodzę z poczuciem narastającej irytacji.

W sobotę właścicielka dzwoni i stwierdza, że nie wyprasowała, nie da rady, przyjechać we wtorek. A ja widzę, że jednak telefon działa jak ona chce. No to jadę tego 17.09, odbieram sukienkę i wychodzę na zewnątrz, aby obejrzeć przy świetle dziennym.
(Dodam, że w zakładzie tym jest dosyć ciemno, więc plam ani przybrudzeń nie widać. Aha no i zapomniałam, że pani właścicielka hoduje sobie dzikiego gołębia, który lata między ciuchami. Wcześniej, kiedy oddawałam suknię, nie zauważyłam gościa.)

No a jak, przy świetle dziennym okazuje się, że sukienka ma dodatkowe ubrudzenie, którego nie było jak ja oddawałam. Wywiązuje się dialog:
[J]-Ja, [W]- Właścicielka pralni

[J]- Chciałabym złożyć reklamację i zapytać o zniżkę. Nie dotrzymujecie państwo terminów i nie wykonaliście zlecenia, więc proszę o oddanie części pieniędzy.

Wtedy już wiedziałam, że sprawa przegrana, ale warto próbować.

[P]- Ja jestem tylko pośrednikiem, ja za to nie odpowiadam.

No spoko, sukienkę zostawiam do poprawki.
W międzyczasie pani ma firmę zamkniętą przez tydzień i nie ma szansy nic odebrać. Ostatecznie mogę odebrać kieckę 4.10.

Jadę, standardowa procedura, idę oglądać do światła. No a jak, poprzednie przybrudzenia zniknęły ale pojawiły się nowe.

[J]- Proszę mi powiedzieć, może pani po prostu pożycza komuś te sukienki? - pytam wkurzona, bo co zrobić, jak zostawię na jeszcze jedno pranie, to z sukienki za 3 tysiące nie będzie co zbierać.

[P] - Proszę mnie nie obrażać, ja mam firmę od 24 lat ... - itd, wielki krzyk i lament.
W trakcie dowiedziałam się że nie dostanę nawet zniżki, mogę zabierać albo zostawić na jeszcze jedno pranie.
Po moim stwierdzeniu, żeby zastanowiła się nad przyszłością swojej firmy i komentarzami w internecie, pani zmieniła taktykę.

Zaczęła wykrzykiwać, że to ja ubrudziłam (dotykałam sukienkę tylko przez przezroczysty worek, ona ją rozpakowała i dotykała rękoma). A ponadto, to ja na pewno chcę ją naciągnąć, bo tam nie było żadnych zabrudzeń. Na koniec i moje stwierdzenie że zgłoszę sprawę na policję w końcu wyłudziła pieniądze i nie wykonała zlecenia) praktycznie wypchnęła mnie z zakładu i zamknęła drzwi na klucz.

Tak więc przestrzegam przed pralnią na Władysława IV w Gdyni, bo sukienki pewnie już nie sprzedam nawet za połowę wartości.

Pralnia Gdynia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 523 (577)

1