Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Yasumi

Zamieszcza historie od: 4 października 2013 - 14:01
Ostatnio: 2 czerwca 2019 - 20:51
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 1154
  • Komentarzy: 6
  • Punktów za komentarze: 27
 

#84218

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio dużo dyskutuje się o szkolnictwie, korepetycjach, nauce i na naszym piekielnym portalu te historie powracają – więc teraz czas na mnie. Zbieram się od kilku lat do opowiedzenia Wam najbardziej absurdalnych historii korepetytora z wieloletnim stażem. W tym „biznesie” już od jakiegoś czasu nie robię, więc czuję się rozgrzeszona;) Różne miasta, różne rodziny, różne lata, różny wiek uczniów. No to zaczynamy:

1. Sprzedawcy dóbr luksusowych
Rodzina dobrze sytuowana (nie podaję szczegółowych informacji, przecież nie chcemy nikogo zidentyfikować), uczę dziewczynkę w wieku 11 lat. Dziecko szybko łapie, zaangażowane, zadowolone. Zaczyna się niewinnie: dziecko pyta, czy mogę je przytulić. No nie mogę, to już te czasy, kiedy na niewinny kontakt z dzieckiem patrzy się źle. Tak czy owak, nadal niewinnie, dostaję na urodziny od tej dziewczynki laurkę. Fajnie, miło… ale zaraz, skąd ona wie kiedy mam urodziny? Jej rodzice nie wiedzą, nie podałam im takiej informacji. Drążę, dziecko przyznaje, że kiedyś jak poszłam do toalety, przegrzebało moją torebkę i portfel i sobie spisało z dowodu. Od tego czasu zawsze zabieram torebkę ze sobą, u każdego ucznia, a dziewczynka coraz częściej mówi, że będzie za mną tęsknić, wypytuje czy kogoś mam i tym podobne. Uczę ją do momentu, kiedy, wracając z pracy, znajduję ją pod drzwiami mojego bloku. Tak, uciekła ze szkoły i czekała pod drzwiami, żeby zobaczyć moje mieszkanie. Dzwonię po jej matkę i kończę współpracę.

2.Znudzona pani domu
Dom na przedmieściach, mąż pracuje, a Pani, siedząc całymi dniami w domu, postanawia uczyć się języka. W porządku, na samej nauce spędzamy ok 20 minut z lekcji, Pani często przerywa – a to musi mi zrobić najnowszą herbatę, a to muszę jej pomóc wybrać nowe tapety. Ale Pani płaci, ma prawo robić, co chce, na próby kontynuowania zajęć, reaguje oburzeniem („Ja już się zmęczyłam, muszę Pani opowiedzieć teraz coś o moim psie…bla bla bla”). W trakcie (poza tym, że stanowczo zmuszała mnie, żebym zakładała jej kapcie – zdjęte prosto z nóg – jak zaczęłam przynosić swoje, to też się obraziła :P ) zaczęły pojawiać się niepokojące teksty: „Jak Pani przestanie mnie uczyć, to się załamię,” „Nie ma prawa Pani wyjechać i przestać mnie uczyć,” „Będziemy zawsze się spotykać, prawda”? Któregoś dnia, zaczepił mnie jej mąż i wygadał się, że Pani ma głęboką depresję, jest po próbie samobójczej i terapeuta kazał jej zacząć uczyć się języka w formie terapii oraz spróbować się z kimś zaprzyjaźnić. Od razu zrezygnowałam, nie lubię, jak mnie ktoś wkręca w krzywe akcje.

3.Dzieci lekarza
Samotna mama, bardzo zabiegana – w sumie to chciała korepetycji, żeby wykroić dla siebie jeszcze kilka godzin po południu. A dzieci – dwie dziewczynki w wieku 9 lat – dostarczyły mi serii niezapomnianych przeżyć. W sumie, to o godzinie 17, kiedy przejmowałam je od opiekunki (zmieniały się one co tydzień, dwa – nikt nie mógł wytrzymać w tym bałaganie), dzieci były tak zmęczone, że nic nie kojarzyły. Żeby nie pozasypiały (a miałyśmy po 2h zajęć), w grę wchodziły tylko językowe zabawy ruchowe. Warto dodać, że dom, w którym odbywały się zajęcia, to był nowy nabytek – nowy ale stary. W środku śmierdziało pleśnią i stęchlizną do tego stopnia, że chodziłam na te lekcje w jakiś starych ciuchach. Parę historyjek z tego okresu:
- przychodzę, a jedna z dziewczynek siedzi na kibelku i płacze (drzwi otwarte). Babcia pozwoliła jej zjeść całą torbę słodyczy i dziecko ma rozwolnienie. Ale, no chce zjeść jeszcze jedną torbę i już nie może. Więc babcia stoi obok i podaje jej batoniki.
- w trakcie jednych zajęć, dziewczynka trzyma stopy w górze, siedząc na kanapie. Pytam ją, co robi. Jej odpowiedź: „Jak rano wychodziłam do szkoły [pewnie około 8-9, była 17] to wdepnęłam w siki Fafika i miałam w szkole mokre, to teraz suszę”. Tak, pies, któremu nikt nie poświęcał uwagi, biegał i sikał w domu. Sama wdepnęłam.

4. Dziecko gwiazdy
Uczyłam tez córkę znanej osoby. Znaną osobę widziałam raz, z daleka - wszystko załatwiała Żona. A żona mała nie była, 150 kg żywej wagi i nic mi do tego – tylko że ma to związek z historią. Moja uczennica, lat 12, dwa razy większa ode mnie (normalne kobiece rozmiary w stronę mniejszych). Znowu zaczęło się niewinnie – dziecko zaczęło komentować moje ubrania i figurę w stylu „Ale ma pani mały brzuszek”, „ale ten sweterek ładnie na pani leży.” No nic, lekcje się toczyły przez kilka miesięcy, dziewczynka powoli zaczęła się otwierać i tak, między zadaniami a czytankami, usłyszałam, że bardzo chciałaby ćwiczyć, ale mama jej nie pozwala. Że dostaje na obiad dwa kotlety schabowe, że może wyjść z koleżanką do kina raz w tygodniu, ale mama zawsze idzie z nimi. W tym samym czasie w pokoju zaczęło dziwnie pachnieć. Pewnie już się domyślacie – pewnego dnia, dziewczynka przyznała się, że wymiotuje po obiedzie i nie ma komu o tym powiedzieć. Próbowałam porozmawiać z matką (korepetytorzy pewnie wiedzą – nasze możliwości są ograniczone – nie jesteśmy szkołą). Po tej rozmowie, na kolejnych zajęciach, matka przyniosła mi podręcznik, z którego korzystałyśmy z dziewczynką – ocenzurowany. Czarnym markerem zamazane były wszystkie słowa dotyczące jedzenia – koronkowa robota, pani bardzo się starała. Dostałam wyraźne polecenie, że nie wolno na zajęciach mówić o jedzeniu, uczyć słów związanych z jedzeniem – kosmos. Po tym podziękowałam za współpracę.

Chcecie więcej? :)
Miałam jeszcze syna policjanta, który bawił się nożem na zajęciach i musiałam nauczyć go, że nie ładnie jest trzymać bose nogi na biurku w trakcie lekcji. Panią, która posiadała papugę latającą po domu w trakcie lekcji i bombardującą z góry podręczniki. Rodzinę, która umówiła zajęcia specjalnie w trakcie wizyty księdza i namawiała mnie do wspólnej modlitwy (nie, nie zgodziłam się, siedziałam godzinę sama w drugim pokoju, czekając aż skończą). Parę, która nalegała na zajęcia razem – Pan nigdy nie uczył się języka, Pani była na wysokim poziomi – w trakcie lekcji potrafili rozłożyć się na kanapie i trwać w swoich objęciach. A to tylko początek, wnioski pozostawiam wam :)Dodam tylko, że uwielbiałam moich uczniów, ale rodzice mnie nieźle zamęczyli.

korepetycje

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (185)

#83774

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie obrzydliwie i trochę strasznie.

Pewnie zauważyliście, że ludzie nie myją rąk, wychodząc z toalety. Już powalający jest sam tok myślenia w stylu "ja mam czyste". No nawet jeśli ty masz czyste, to jednak roznosisz to, co tam zastałeś...

Ale do brzegu. Ludzie również nie sprzątają po sobie w toaletach. Nalałeś na deskę? Spoko. Spadł ci papier - przecież ktoś posprząta.

Moja wczorajsza historia jest kombinacją przestawionego wyżej stanu umysłowego, tylko w wersji hard. Jadę sobie busem - trasa międzynarodowa, polski przewoźnik. Z mojego przystanku do celu ok. 4 godziny drogi. Jadę, po jakimś czasie kibelek wzywa - wchodzę, czyściutko, pachnąco, fajnie.

Kolejny raz przyszło mi do głowy skorzystać ok. godziny przed końcem podróży. Wchodzę, zamykam drzwi, używam zgodnie z przeznaczeniem...

W momencie wyrzucania papierka do śmietniczka mój wzrok pada na zakrwawioną chusteczkę leżącą na stercie. Myślę, ojej, komuś coś się stało, bywa. Ale odwracam się, żeby wyjść z tej komórki pod schodami... i cofam rękę. Klamka od środka i zamek do drzwi są wysmarowane krwią. Nie całkiem, widać, że ktoś może przetarł na szybko, może to roztarł po prostu, jak wychodził, ale jednak bez problemu można tego dotknąć. Krew jest też na części drzwi. Panika, myję ręce jeszcze dwa razy oglądając wszystko wokół i robiąc rachunek sumienia, czy mogłam tego dotknąć. Potem jeszcze namęczyłam się, próbując wyjść i się nie pobrudzić.

I teraz moje pytanie, jakim trzeba być bucem, żeby coś takiego po sobie zostawić? Nie można tego wytrzeć, wymyć? Ten ktoś siedział dalej w autokarze, nie zgłosił problemu, nie pomyślał o innych. Dlaczego jesteśmy tacy antyspołeczni?

Co ciekawe, potem jeszcze kilka osób próbowało tam wejść, a ja dzielnie tłumaczyłam im w 3 językach, dlaczego nie warto. Za to jeden pan olał moje tłumaczenia i szybko tam wskoczył...

Jak wychodził, nie spuścił wody i nie umył rąk (przy tych czynnościach rozlega się dźwięk na cały autokar). A mnie ciarki przeszły na myśl, że on będzie dotykał siedzeń itd.

Uważajcie na siebie!

autokar toaleta

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (155)

#67037

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak przedsiębiorczy pan [P] próbował mnie wrobić w naprawę auta (albo coś więcej, do tej pory nie rozgryzłam jego motywów).

Wyjeżdżam sobie od klienta, gdy nagle wypasiona, terenowa bryka zajeżdża mi drogę. Gwoli wyjaśnienia – w tym miejscu parkuję zawsze w małej zatoczce, firma znajduje się na końcu ulicy, dalej są tylko tereny zielone. W godzinach, w których pojawiam się pod firmą, zawsze jest tam pusto i jeszcze nigdy (wpadając tam okazjonalnie raz lub dwa razy na tydzień) nie parkowałam obok innego samochodu. Nigdy, naprawdę nigdy. Naprzeciwko są domy mieszkalne, jednak bramy czy miejsca dla mieszkańców znajdują się poza wspomnianą zatoczką.

Wracając do historii... z samochodu wyskakuje pan, na oko 50 lat, garniturek i te sprawy i rozpoczyna tyradę:
[P]- Ja cię znam, ty mi audika tutaj zarysowałaś!
Ja trochę zaskoczona takim nagłym zwrotem akcji, szybko przeanalizowałam całą historię parkowania w tym miejscu i doszłam do wniosku, że nie ma takiej opcji. Auto mam trochę porysowane, jednakże to akurat wynik zbytniej brawury mieszkańców mojego osiedla, którzy uważają, że parkowanie przodem pod garażem na zatłoczonej uliczce to świetny pomysł (ale to materiał na inny wywód). Poza tym przyjrzałam się pojazdowi biznesmena i stwierdziłam, że audika w żadnym wypadku nie przypomina.

[J]- A proszę mi powiedzieć, kiedy to dokładnie było.
[P]– No... wtedy! Jak tu byłaś, no niedawno!
[J]- Ale kiedy dokładnie?
[P]– No jak tu byłaś! (aha, już wiedziałam że to ściema). Zresztą wysiadaj i chodź ze mną, ja ci pokażę.

Zabrzmiało to jak „dziewczynko, chodź w krzaki, pokażę ci kotka”. Zanim odjechałam zaśmiewając się z inwencji pana, poradziłam mu jeszcze, żeby zgłosił się na policję, koniecznie z filmem ukazującym jak mu zarysowuję zderzak.

Pozostaje pytanie: naprawdę obcy, ogromy koleś myślał, że pokornie wysiądę z auta i pójdę z nim oglądać szkody? Co chciał ugrać? Myślę sobie, że pewnie sam zarysował audika o jakieś czerwone auto i szukał jelenia. Szkoda tylko, że zawsze parkuję tam „tyłem do wyjazdu”, a pan wskazywał rysy z przodu mojego auta :)

parking

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 328 (358)

#55047

(PW) ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze Panien Młodych :)

Po ślubie, jak to po ślubie, sukienkę wypadałoby wyprać i sprzedać, coby wróciło trochę wydanego grosza. Szukam więc pralni, która sobie z tym poradzi, nie zniszczy, nie zedrze kosmicznej kwoty i zrobi to w miarę szybko - wszak sezon już się kończy. Dzwonię do salonu w którym kupiłam suknię, miła pani poleca mi pralnię w Gdyni koło CH Batory, niedaleko "piaskowego" parkingu.

No więc pakuję suknię w samochód i jadę z Gdańska 25 km do rzeczonego przybytku, bo przecież najlepszy i doświadczenie wielkie mają. Sukienka oddana, 3.09 zapłacone z góry (240 zł za pranie ślubnej i poprawinowej). Na pytanie, dlaczego trzeba płacić z góry, właścicielka odpowiada, że to jej zabezpieczenie, bo kiedyś klientka nie odebrała futra wartego 500 zł. Nie węsząc podstępu zapłaciłam (mój wielki błąd) i umówiłam się na odbiór na następny wtorek (10.09).

Jako że praca i w tygodniu te 25km w jedną stronę nie po drodze, dałam pralni więcej czasu i pojechałam po sukienkę w sobotę. Wcześniej dzwoniłam cały tydzień na numer podany na rachunku, ale nikt nie raczył odebrać. A ja chciałam tylko dopytać, czy na pewno opłaca się jechać.

Otóż nie opłacało się. Sukienka niedoprasowana, pani pyta czy chcę sobie zabrać taką niedokończoną. Nie, nie chcę i daję pani czas na poprawki do dnia następnego. A że dzwoniła? Ano, ale ja nie mam pani numeru w telefonie ani nieodebranych. Aaaa, ups, jednak mam. Odchodzę z poczuciem narastającej irytacji.

W sobotę właścicielka dzwoni i stwierdza, że nie wyprasowała, nie da rady, przyjechać we wtorek. A ja widzę, że jednak telefon działa jak ona chce. No to jadę tego 17.09, odbieram sukienkę i wychodzę na zewnątrz, aby obejrzeć przy świetle dziennym.
(Dodam, że w zakładzie tym jest dosyć ciemno, więc plam ani przybrudzeń nie widać. Aha no i zapomniałam, że pani właścicielka hoduje sobie dzikiego gołębia, który lata między ciuchami. Wcześniej, kiedy oddawałam suknię, nie zauważyłam gościa.)

No a jak, przy świetle dziennym okazuje się, że sukienka ma dodatkowe ubrudzenie, którego nie było jak ja oddawałam. Wywiązuje się dialog:
[J]-Ja, [W]- Właścicielka pralni

[J]- Chciałabym złożyć reklamację i zapytać o zniżkę. Nie dotrzymujecie państwo terminów i nie wykonaliście zlecenia, więc proszę o oddanie części pieniędzy.

Wtedy już wiedziałam, że sprawa przegrana, ale warto próbować.

[P]- Ja jestem tylko pośrednikiem, ja za to nie odpowiadam.

No spoko, sukienkę zostawiam do poprawki.
W międzyczasie pani ma firmę zamkniętą przez tydzień i nie ma szansy nic odebrać. Ostatecznie mogę odebrać kieckę 4.10.

Jadę, standardowa procedura, idę oglądać do światła. No a jak, poprzednie przybrudzenia zniknęły ale pojawiły się nowe.

[J]- Proszę mi powiedzieć, może pani po prostu pożycza komuś te sukienki? - pytam wkurzona, bo co zrobić, jak zostawię na jeszcze jedno pranie, to z sukienki za 3 tysiące nie będzie co zbierać.

[P] - Proszę mnie nie obrażać, ja mam firmę od 24 lat ... - itd, wielki krzyk i lament.
W trakcie dowiedziałam się że nie dostanę nawet zniżki, mogę zabierać albo zostawić na jeszcze jedno pranie.
Po moim stwierdzeniu, żeby zastanowiła się nad przyszłością swojej firmy i komentarzami w internecie, pani zmieniła taktykę.

Zaczęła wykrzykiwać, że to ja ubrudziłam (dotykałam sukienkę tylko przez przezroczysty worek, ona ją rozpakowała i dotykała rękoma). A ponadto, to ja na pewno chcę ją naciągnąć, bo tam nie było żadnych zabrudzeń. Na koniec i moje stwierdzenie że zgłoszę sprawę na policję w końcu wyłudziła pieniądze i nie wykonała zlecenia) praktycznie wypchnęła mnie z zakładu i zamknęła drzwi na klucz.

Tak więc przestrzegam przed pralnią na Władysława IV w Gdyni, bo sukienki pewnie już nie sprzedam nawet za połowę wartości.

Pralnia Gdynia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 526 (580)

1