Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Zmieja

Zamieszcza historie od: 12 czerwca 2016 - 16:30
Ostatnio: 23 kwietnia 2019 - 21:06
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 634
  • Komentarzy: 0
  • Punktów za komentarze: 0
 

#84469

(PW) ·
| Do ulubionych
O nieudanej adopcji kota, czyli jak przepracować porażkę.

Chciałam adoptować kota. Całe życie był gdzieś przy mnie kotek/kotki i pół roku bez zwierzaczka zrodziło silną tęsknotę za kimś ciepłym i mruczącym. Chłopak się zgodził, znalazłam uroczego Rudzika na portalu ogłoszeniowym. Szybko okazało się, że kotek, który "szuka domu" jest do adopcji przez jedną z fundacji. Tutaj zaczynają się schody: ankieta, wizyta w domu, kilka telefonów wydawać by się mogło czysto formalnych.

O ile mi wiadomo, panie z fundacji sprawdzają po prostu czy ludzie, którzy chcą zwierzaka są rzeczywiście świadomi, że to przede wszystkim obowiązek, koszt i nie zabawka - nie baliśmy się więc żadnych formalności. Tak naprawdę nie powinny się dla nich liczyć majętność, czy jest się w trakcie malowania w domu, czy stoją kartony po przeprowadzce, a owe podejście do zwierząt. Nie miałam wątpliwości, że panie z fundacji zobaczą w nas ludzi, którzy dadzą dobry dom zwierzęciu.

Poszło dosyć szybko, zobowiązaliśmy się nawet kupić zabezpieczenia do okien (ograniczenie uchyłku, siatki). Mimo kilku niezbyt poprawnych, ale przynajmniej szczerych odpowiedzi na szczegółowe, a czasem nieco prowokacyjne sformułowania i pytania kontrolne (o jakie ładne meble, a co jak kotek podrapie? Będę go oduczać, zaniosę pod drapak, no przecież nie pochwalę... jaką karmę chcecie kupować? Suchą, taką a taką.... A po suchej mogą wysiąść kotu nerki po iluś latach. Trzeba tak i tak. A co jak pojawi się dziecko, co z kotem? Będzie członkiem rodziny i będzie musiał przywyknąć do dziecka. Do jakiego weterynarza chcecie jeździć? Konsternacja, jakiegoś tam wymieniliśmy, nie znaliśmy nazwiska i dokładnego adresu, ponieważ to byłby pierwszy kot u nas, a ja nie mieszkałam w tym mieście wcześniej. Kto zajmie się kotem jak będziemy musieli wyjechać? Sąsiadka, też ma kota, Rudzik będzie mieć kolegę).

Otrzymałam telefon, że dostaniemy kota. Moja radość nie trwała zbyt długo. Dwa dni później zadzwoniła pani, która prowadziła dom tymczasowy dla zwierząt i w którym to domu był Rudzik. Stwierdziła ona, że tym konkretnym kotem interesuje się inna para, a oni zweryfikują komu go wydać. Dziwne, kot około sześcioletni, zazwyczaj koty w tym wieku nie mają szczególnego popytu, ogłoszenia są odnawiane miesiącami. Potem kolejny telefon z pytaniem czy zrobimy test na koci HIV kotu sąsiadki (bo co jakby adoptowanego zaraził itd.) i czy u sąsiadki są zabezpieczone okna (w złości chciałam zapytać czy może jeszcze pół osiedla przebadać i okna zamurować). Zrobiło mi się przykro i nieprzyjemnie, bo nie było mowy o tym, że sąsiadka, która mogłaby do nas czasem przyjść pod naszą nieobecność, dać kotu jeść i pić, nagle może być punktem zwrotnym w sprawie. Nie zgodziła się ona jeździć ze swoim kotem na badania dla potrzeby naszej przecież adopcji, o ingerencji w jej mieszkanie absolutnie nie mogło być mowy. Koniec końców niby konkurencyjna para miała dostać kota, nie my. Podziękowałam za poświęcony nam czas i dodałam, że mam nadzieję, iż Rudzik znajdzie kochający dom

Podsumowując, kot, który na swoje starsze lata mógł dostać ciepły, spokojny dom, czystą kuwetę, dobre jedzenie i... naszą miłość, zniknął z portalu ogłoszeniowego żeby znowu pojawić się tam po dwóch tygodniach.

Jakiś czas po tej nieudanej adopcji byłam u kosmetyczki, gdzie wysłuchałam historii o kobiecie, która w mojej okolicy ratuje zwierzęta, ma w domu dwadzieścia kotów (oraz bardzo brzydki zapach, wątpliwie dobre dla nich warunki). Nie zaproponowano nam wyjazdu do domu adopcyjnego na obejrzenie kota, a sytuację odwrotną: to z kotem przyjechano by do nas. Wszystko zaczęło mi się układać w jedną całość. Według historii z salonu kosmetycznego życie kobiety z fundacji jest zawładnięte przez zwierzęta do tego stopnia, że jej najbliższa rodzina zerwała z nią kontakty, ponieważ nie da się z nią normalnie rozmawiać, ani zwrócić jej uwagi, że można by ograniczyć ich zdaniem poważne uzależnienie od pomagania, zapominanie dbać o siebie. Czy jeśli Rudzik trafiłby z takiego domu na czyste pięćdziesiąt własnościowych metrów kwadratowych gdzie nie przepychałby się pośród innych do miseczki to miałby gorzej?

Na dodatek jakiś czas po tym wszystkim odbieram telefon z historyjką z fundacji, że pojawił się u nich inny rudy kotek, a ja podobno lubię rude i że nie jest wysterylizowany, one się zastanowią czy fundacja pokryje koszt zabiegu czy nowa rodzina, ona wyśle mi zdjęcie... Podziękowałam. Podobał mi się jeden konkretny kot. Poczułam się jak w sklepie z zabawkami - nie kupiłam jednej, to może następną mi wcisną z promocji. Bo jesteśmy młodzi i ktoś może pomyślał sobie za nas jaki zwierzak do nas najlepiej pasuje, albo sam z przyzwyczajenia nie chciał oddać kotka, który niby był "do adopcji".
Niestety na podstawie moich doświadczeń nie polecam... Proces był rozczarowujący, dobre chęci to za mało wobec wygórowanych oczekiwań.

Znalazłam przez portal ogłoszeniowy uroczą kotkę, którą oddała mi osoba prywatna z opakowaniem karmy, do której była już przyzwyczajona za symboliczną kwotę. Sfinansowałam zabieg sterylizacyjny, kupiłam jedną z najlepszych karm, dużą kuwetę, zabawki i poświęcam naszej kotce swój czas, bawiąc się z nią, sprzątając po niej, jeżdżąc z nią do weterynarza. Ona odwdzięcza się swoim kochanym spojrzeniem, mruczeniem, leżeniem przy nodze.
Jest dobrze, za adopcję to my już dziękujemy. 1% podatku dostała od nas chora dziewczynka, wnuczka znajomej kobiety. Pomaganie zwierzętom uratowanym z ulicy? Nie, dziękuję.

Poznań

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (168)

#73523

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnym mieście wojewódzkim w jednej z galerii handlowych był niegdyś klub — restauracja. Zakupowych przechodniów przyciągało tu spore akwarium, w którym pływał miniaturowy rekin.

Będąc studentką, pilnie potrzebowałam pracy i, niestety, zatrudniłam się w tym miejscu jako kelnerka. Początkowo (tak jak rzekomo cały pozostały personel) musiałam przebrnąć przez okres próbny (czytaj — brak umowy przez pierwszy miesiąc). Praca na umowę–zlecenie 6,5 zł/h.

Na początku nie było źle. To nie była moja pierwsza praca, szybko więc przyzwyczaiłam się do swoich obowiązków i starałam się ją lubić, choć jak wiadomo, bywały piekielne sytuacje. W tej historii jednak piekielni są sami pracodawcy, na czele ze swoim managementem (2 osoby + pół).

Ową połówką była druga połowa jednego z managerów — jego małżonka, która nie była zatrudniona przez restaurację, a zajmowała się układaniem grafików, czasem stanęła za barem, czasem pograła na maszynie, czasem piła ze znajomymi, a ja z innymi kelnerkami myłam wokół nich podłogę, czasem wychodziła z kelnerkami na piwo, gdzie w ramach „integracji” (ja nigdy nie byłam zaproszona) negocjowano sobie inne stawki.

Już po kilku dniach pracy zaczęło coś „nie grać” — a to brakowało gumowych rękawiczek, niezbędnych do sprzątania łazienek (tymi samymi rękoma trzeba było przecież podać napoje, przekąski, jedzenie…), a to nie byłam dyspozycyjna 24/h tak jak chciano. Ponieważ przeważnie pracowałam na drugie zmiany, zawsze czekała dla mnie do posprzątania góra lokalu, ponieważ kiedy na 1 zmianie prawie nie było ruchu, nigdy nie było czasu posprzątać i zawsze zaplecze (choć też można było czasem pomóc).

Kadra „kierownicza” miała obok swojej kanciapy VIP room, gdzie uroczo piła w czasie pracy piwo, tudzież popalała różne rzeczy, a kiedy organizowano u nas koncerty, lokowała tam zaproszone gwiazdy.

Na zapleczu (rejon chłodni i magazynu) grasowały karaluchy. Rzekomo „z galerii przychodzą”. Sanepid był tylko na otwarciu restauracji, potem jakoś dziwnie nigdy nie przybył.

Praca była wykańczająca — lokal otwarty do ostatniego klienta, a zazwyczaj na 8 musiałam być na uczelni, po 3 miesiącach regularnej pracy, w tym przy częstych koncertach do 5–6 rano, po których był niesamowity syf, miałam dość. Zapomnij o wolnym. „Jak zatrudnimy was więcej, to będziesz płakać, jak zobaczysz wypłatę” (serio?). Pocieszające były czasem jedynie napiwki.

Kiedy zbliżały się święta Bożego Narodzenia ogłoszono mi, że pracuję w Sylwestra. „Nie masz wyjścia, wszyscy pracują”. Jak chcę, mogę łaskawie zaprosić sobie mojego chłopaka, żeby posiedział przy barze i patrzył jak biegam z mopem/tacą.

Tydzień później zwalniam się. Jak śmiałam? Ano śmiałam.

Niedługo później dostaję wezwanie na policję. Pod naszą „restauracją” w czasie koncertu pobito chłopaka, niemal zabito. Oczywiście na koncercie tłum był taki, że nie mogłam widzieć, co dzieje się na zewnątrz. Odpowiedzialne za bezpieczeństwo kierownictwo nie zgłosiło się na komendę, pytano mnie jak ich do tego zmusić, ignorowali wezwania i telefony (??).

Zeznałam co wiedziałam, czyli nic, podpisałam świstek i odetchnęłam z ulgą, że wykorzystali mnie już ostatni raz. Na koncercie pracowała cała „kadra”, a podstawili tylko mnie.

Niespełna rok później restauracja się zamyka. Nie interesowały mnie oficjalne powody, ucieszyłam się. Zastąpiła ją nowa, pachnąca jedzeniem restauracja z jasnym, spokojnym wnętrzem, bez akwarium i bez rekina. Sprawiedliwość czasem wymierza się sama.

Cudowne szefostwo, o zgrozo, podobno ma jeszcze w tym mieście dyszącą pizzerię. Strzeżcie się.

gastronomia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (248)

#73524

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny bezdomny i jego dobroczyńcy

Swojego czasu w pewnej restauracji fast food, w której pracowałam w czasach studenckich, „zadomowił się” bezdomny. Przychodził codziennie, rozkładał się przy stolikach w ogródku, odstraszając swoją wonią. Był jak na bezdomnego gruby, bo „będącego w potrzebie” często wspomagano, kupując mu u nas jedzenie. Lokalni klienci jednak nie dawali się długo nabrać — „biedny” codziennie ostentacyjnie się u nas obżerał za czyjeś pieniądze. Po co miał pracować? Ogarnąć się? Umyć?

Kierownictwu nie udawało się go wypłoszyć. Wracał jak bumerang.

Piekielność bezdomnego posunęła się jednak o wiele dalej, niż mogłam się spodziewać, kiedy zaczął atakować już i obcokrajowców. Pewnego dnia przyprowadził dwóch elegancko ubranych anglojęzycznych mężczyzn do kasy, a jego bezczelny wyraz twarzy mówił „taki jestem sprytny”.

Panowie zamówili dla siebie coś drobnego, po czym poprosili, by doliczyć do ich rachunku jedzenie dla pana bezdomnego. Zanim ten się odezwał, powiedziałam po angielsku:

— Nie pomagacie mu, on jest tu codziennie.

Na co szybko wtrącił się bezdomny:

— NIE ROZUMIESZ po angielsku?! Kanapkę taką a taką i DUŻĄ kolę!! (mina „nabijaj, idiotko”).

Mężczyźni chyba załapali, że ich dobroczynność jednak nie jest taka dobra, ale postawieni „pod ścianą” za wszystko zapłacili i szybko wyszli.

Bezdomny przyłaził do nas cały sezon letni, a kiedy sprzątałam wokół niego, smacznie prężył się na krześle z miną „taki jestem fajny, a wy tacy głupi, bo tu latacie jak mróweczki”.

bezdomni

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (292)

1