Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

afro_rasta

Zamieszcza historie od: 18 kwietnia 2013 - 15:26
Ostatnio: 28 września 2017 - 16:30
  • Historii na głównej: 4 z 6
  • Punktów za historie: 1816
  • Komentarzy: 26
  • Punktów za komentarze: 24
 

#74380

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem receptę na leki dla dziecka. Specyfik z tych, które aptekarz musi przygotować sam, tzw. „robione”. Nie zauważyłem tylko, że lekarka wpisała datę z zeszłego miesiąca – recepta była więc przeterminowana już jak wyszedłem z gabinetu – zwróciła mi na to dopiero uwagę pani z apteki.

Za gapiostwo się płaci więc następnego dnia odbyłem kolejną wycieczkę do przychodni i odstałem swoje w kolejce „tylko po receptę”. Tym razem obejrzałem moją wyczekaną karteczkę chyba ze sto razy zanim wyszedłem z gabinetu. Wszystko się zgadza, pieczątki są, można iść do apteki.

Wspomniałem już, że leki były z tych do przygotowania w aptece? Lekarz wpisuje na recepcie ilość składnika i liczbę dawek. Aptekarz wsypuje wszystko zgodnie z instrukcją do takich malutkich opakowań, każde z nich to jedna dawka leku. Wiedzieliście, że NFZ nie refunduje recepty jeżeli ilość tych opakowań podana jest na recepcie cyframi rzymskimi? Ja też nie wiedziałem. Zostało grzecznie zapłacić 100%, bo lek potrzebny od zaraz.

Apteka? NFZ? Gabinet lekarski?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (200)
zarchiwizowany
Las na Warszawskim Bemowie. Mieszkają tu dziki, sarny, mnóstwo różnych ptaków a nawet zdarzają się łosie. Moje mieszkanie znajduje się w jednym ze starych, wojskowych bloków z lat pięćdziesiątych na granicy lasu. Niedaleko nas jest od zawsze kilka polanek, najbliższa z nich, około 100 metrów w linii prostej. Od zawsze można było palić tam ogniska ale, że średnia wieku na osiedlu to 60+, nikt tego nie robił, czasem tylko jakaś szkolna wycieczka albo grupka lokalnej młodzieży (tak, ja za młodu też).

Miasto rozrosło się, powstały nowe bloki w bliższej i dalszej okolicy. Na polankach postawione zostały zadaszone budki z ławami i stołami i ułożono kilka miejsc do palenia ognisk. Gdzie piekielność?

Otóż leśnicy zwożą na polanki przemysłowe wręcz ilości gałęzi z tzw. przecinek, czyli cienkich i świeżych z masą liści lub igieł. W piątki i weekendy nie da się otworzyć okna w domu – smród jest niemiłosierny! W bezwietrzną pogodę dym zawisa w powietrzu jak gęsta, gryząca mgła. Okna brudzą się w tempie niewiarygodnym – strach pomyśleć co dzieje się w płucach.

Dodatkową atrakcją są całonocne „śpiewy” i tłumy ludzi w różnym wieku w różnym stanie upojenia przechodzących przez nasze osiedle w drodze z i na przystanek. Nikt nie sprząta po sobie. Nikt. Co rano widzę pobojowisko jak po trzęsieniu ziemi. Szczęśliwie codziennie polanki sprzątają dwaj panowie ze służby oczyszczania miasta - a kto za to płaci?

Zastanawia mnie kto wydał pozwolenie na palenie ognisk w lesie. Żyją tam zwierzęta to raz, a dwa, że jest duże ryzyko pożaru (alkohol + ogień) – a zabudowania bardzo blisko. We wszystkich lasach zakazy a tu – hulaj dusza.

Teren leży w granicach miasta. Rozpal ognisko na podwórku – mandat, zrób mega ognisko 100 m dalej – spoko. Picie alkoholu w miejscach publicznych - otwórz piwo na podwórku – mandat, 100 m dalej – spoko. Drzyj się na potęgę na podwórku – mandat, 100 m dalej – spoko…

Śpiewy zniosę – czasem żartuję, że przynajmniej wiem kiedy Legia wygrała mecz. Zwierzęta też sobie poradzą ale proszę, Drodzy Piekielni, poradźcie co zrobić, żeby zakazali palenia ognisk chociaż na najbliższych polankach a w zamian zrobili np. miejsca do grillowania? Żeby przynajmniej nie śmierdziało i nie truło nas i sąsiadów.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (37)

#65230

(PW) ·
| Do ulubionych
Dużo jeżdżę samochodem - wiadomo, jak to handlowiec. Akurat tego dnia niespiesznie toczyłem się swoją służbową cytrynką na spotkanie. Duży zapas czasu.

Jadę. Trzypasmowa droga w jednym kierunku. Ogólnie pustawo. Na lewym pasie roboty, ale na krótkim odcinku. Za chwilę będzie skrzyżowanie. Będę skręcał w lewo ale obecnie jadę skrajnym prawym. W oddali tli się czerwone światło.

Szybkie zerknięcie w lusterko - pustki - można jechać. Kierunkowskaz i jestem na środkowym. Znów kierunkowskaz i dla pewności jeszcze raz w lusterko - na lewy pas ktoś wjechał ale jest daleko z tyłu - zdążę bezpiecznie zmienić pas. Gotowe...

...ale nie! Pan Grzyb (spodobała mi się definicja, pasuje tu idealnie) z tyłu zaczyna trąbić i miga światłami! Zerkam w lusterko - jest dobre kilka długości za mną. Nie hamował. Więcej! Teraz jeszcze przyspiesza, zmienia pas na środkowy i zatrzymuje się koło mnie - na skrzyżowaniu nadal jest czerwone - trąbi, macha rękami, coś krzyczy, pokazuje gest Kozakiewicza. W sumie śmiesznie to wygląda bez fonii...

...żądny wrażeń dźwiękowych otwieram szybę. Pan Grzyb również. Pytam "uprzejmie" czy nie widział kierunkowskazu. Owszem widział! Ale to nie znaczy, że mogę zmienić pas!!! Pytam więc czy może trzeba pisać do niego specjalnie podanie? Zielone. Skręcam, Pan Grzyb jedzie prosto...

Samochód służbowy ma rejestracją tzw. powiatową - czyli trzy literki z przodu. Może to tak podziałało na Pana Grzyba?

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (312)

#57002

(PW) ·
| Do ulubionych
Wspomnienie z mojej pierwszej pracy jako przedstawiciel handlowy. Firma mała, zajmowaliśmy się zaopatrywaniem firm produkcyjnych. Któregoś dnia dzwoni klient, jeden z tych, na współpracy z którym bardzo mi zależało, odwiedzałem go ale nic jeszcze wcześniej nie zamówił.

Klient: - Zamawiam 20 szt. produktu, dostawa natychmiast, albo wcale! Kończę robotę o 16 i ma być! Jutro od rana zaczynamy i muszę to mieć!

Godzina 14:00, piątek, na magazynie tylko parę sztuk ale spróbujemy. Znalazło się kilka sztuk w zaprzyjaźnionej firmie X, kilka w sklepie Y, nie po drodze ale powinienem się czasowo wyrobić.

Załatwiłem papiery i ruszam w miasto. Minęło już dobre pół godziny od telefonu klienta, więc pędzę jak szalony - nie można stracić takiej okazji. Jak się wyrobię to będzie kasa i może kolejne zamówienia, jak zawalę pewnie już nic nie kupi.

Mega stres, ale szczęśliwie udało się odebrać wszystko po drodze i nikogo nie zabić szaleńczą jazdą. Około 15:30 dojeżdżam do bramy zakładu. Pudło pod pachę i pędem do klienta. Wbiegam do jego biura. Tryumfalnie kładę przed nim pudło i fakturę.

Klient: - O fajnie, że pan jest, połóż pan to pudło tam w rogu, za tydzień przyjeżdżają chłopaki to wezmą...

Cóż... zostało mi zebrać szczękę z podłogi i wrócić do domu.

I got played.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 611 (699)
zarchiwizowany
Witam,

Rzecz dzieje się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Miałem wtedy około dwanaście lat i zachorowałem na jakąś grypę czy coś. Wtedy oznaczało to dla mnie cały dzień z filmami na kasetach VHS, które ojciec specjalnie na tę okoliczność wypożyczał.

Siedzę więc i oglądam - dzwoni telefon. Jakiś lekko zirytowany (P)an.
P: Dzień dobry, czy to salon mercedesa?
Ja: Nie, pomyłka.
Bez słowa odłożył słuchawkę. Za chwilę znowu telefon.
P: Dzień dobry, czy to salon mercedesa?
Ja: Nie, pomyłka.

Znów odłożona słuchawka i znów za chwilę ten sam telefon. Za czwartym razem wziąłem głęboki oddech i jak najpoważniej umiałem, niskim głosem mówię po odebraniu słuchawki:
Ja: Salon mercedesa słucham?

Głos w słuchawce zaczyna tłumaczyć (nie pamiętam dokładnie ale mniej więcej brzmiało to tak tak):
P: Ach! Dobrze! Bo Panie! Ja kupiłem miesiąc temu.... i... teraz nie działa... nie mogę jechać! Zepsute!
Ja: Czyli mówi pan, że zepsute jest to i tamto, tak?
P: Tak!
Ja: Hmmm, sprawdzę w komputerze... ... ... więc proszę pana, ta naprawa nie może być zrealizowana w ramach gwarancji.
P: Co!?!?!? Miesiąc temu kupiłem!!!! Musi być na gwarancji!!!!
Ja: Zepsute to i to, tak?
P: Tak!
Ja: Sprawdziłem drugi raz - musi Pan dokonać naprawy we własnym zakresie. Komputer się nie myli.
P: COOOO?!?!? JA TAM ZARAZ U WAS BĘDĘ WY $%^&#$#%!!!
Ja: Zapraszam.

Zastanawiam się do dziś jak wyglądała wizyta tego pana w serwisie...

At home

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (325)

#49440

(PW) ·
| Do ulubionych
Z racji rozpoczęcia nowej pracy w trybie home-office zarządziłem zakup nowej drukarki, a bliżej "urządzenia wielofunkcyjnego". Kryteria: w miarę najtańszy model z wi-fi. Po 5 minutach grzebania w internecie - jest, cena 249 zł i jest na stanie w sklepie pewnej znanej sieci niedaleko. Kasa w kieszeń i jadę.

Wchodzę do sklepu - na półce upatrzona drukarka jest ale nie ma egzemplarza w pudełku. "Żółtego" sprzedawcy za to nigdzie nie ma. Przy kasie stoi trzech ale są zajęci rozmową ze sobą. Kasjerka poproszona o pomoc odsyła mnie do czwartego, który schował się za kolumną. Ok - jednak ten odpowiada, że nic nie wie - trzeba pytać tych przy kasie. WTF? Ale dobra, rozumiem więc grzecznie z powrotem w stronę kas. Przecież chcę kupić.

W końcu łaskawie podchodzi do mnie jeden ze sprzedawców i idziemy do jego komputerka.
S: Słucham!?
Ja: Chciałbym kupić drukarkę Banan BA1234...
S: Jest tylko ta z wystawy.
Ja: To w takim razie ile kosztuje?
S: 249 zł.
Ja: Ale to tak bez pudełka? W razie awarii przecież nie będę mógł oddać...
S: A kto Panu tak powiedział?!?
Ja: ... słyszałem, że zawsze się oddaje w pudełku bo wysyłacie do serwisu...
Sprzedawca w tym momencie odwrócił się tyłem i zasuwa w stronę kas, żadnego do widzenia, nie mówiąc już o tym, że mógł mi zaproponować inną drukarkę...
Ja: Nie zachęca mnie pan do zakupu...
S: (nadal tyłem do mnie) A co mam zaśpiewać czy zatańczyć?

Nawet nie spojrzałem na inne drukarki tylko wyszedłem.

ŻÓŁTA SIEĆ RTV I AGD W ARKADACH WROCŁAWSKICH

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 591 (755)

1