Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

amros

Zamieszcza historie od: 25 sierpnia 2011 - 22:44
Ostatnio: 15 lutego 2024 - 10:03
O sobie:

Jak przystało na zwykłego faceta obijam się całymi dniami, czasem wezmę się za jakąś pracę i ponarzekam na rzeczywistość.

Wychowałem się wśród lekarzy, fizyków i chemików, ale poza tym jestem normalny :P

  • Historii na głównej: 39 z 39
  • Punktów za historie: 27156
  • Komentarzy: 180
  • Punktów za komentarze: 647
 

#91077

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność systemu i spychologia.

Kiedy dochodzi do jakiejś tragedii w szkole, zawsze pojawiają się pytania, gdzie ta szkoła była, gdzie byli rodzice, gdzie była policja albo ksiądz proboszcz i ekspedientka z najbliższej Stonki i dlaczego nikt nic nie zrobił, żeby tej tragedii zapobiec.

Pracuję w szkole podstawowej. Od września mamy tu spory problem z jednym z uczniów. Bywa często agresywny, zaczepia kolegów i koleżanki, na przerwach szaleje i jest zwyczajnie nie do upilnowania. Wraz z kolejnymi skargami rodziców (dzieci po prostu czuły się zagrożone w jego obecności), szkoła wdrożyła to, co mogła na tym etapie zrobić: wezwanie rodziców, pogadanka psychologa, pedagoga, pedagoga specjalnego z uczniem, pogadanki z całą klasą.

Rodzicom została zaproponowana opcja przebadania ucznia w poradni psychologiczno-pedagogicznej, z czego nie skorzystali od razu, a dopiero po kilku miesiącach nieustannych skarg od innych rodziców.

Wraz z narastającą agresją, szkoła wdrożyła z własnej inicjatywy rozwiązanie, jakim było oddelegowanie na każdej przerwie dodatkowego nauczyciela/pracownika, aby pilnował właśnie tego konkretnego ucznia. Z powodu braku nauczycieli przedmiotowców, bo my mamy też własne dyżury i nie zostawimy 30 uczniów na piętrze, aby pilnować jednego na parterze, angażowani byli bibliotekarze, panie woźne, psycholog itp.

Cały czas do szkoły byli wzywani rodzice konfliktowego ucznia. Telefony, wiadomości do nich to jedna wielka teczka dokumentacji szkolnej. Ponieważ rodzice współpracowali, czyli stawiali się na spotkania, deklarowali wdrażanie systemu naprawczego w domu, rozmowy z synem, ograniczenie np. tabletu czy komputera, szkoła nie miała na tym etapie możliwości podjęcia innych kroków jak poinformowanie sądu rodzinnego. Taki wniosek zostałby odrzucony z marszu ze względu na brak podstaw. Co innego, gdyby rodzice np. odmawiali spotkań czy ignorowali zalecenia szkoły.

Powiadomiony został dzielnicowy, ale ten nie pokazał się w naszej szkole odkąd tu pracuję. Dodatkowo jak stwierdzono na komisariacie, dzieci do lat 13 nie podlegają żadnej odpowiedzialności karnej, także radźcie sobie sami, bo to nie sprawa policji.

Aż niedawno doszło do nieszczęścia. Agresor rzucił się na drugiego ucznia i spowodował u niego obrażenia ciała. Na monitoringu widać doskonale ten moment, całość akcji trwała niecałe 2 sekundy, nauczyciel nie miał żadnych szans, aby dobiec i zareagować. Oczywiście afera i całkowicie zrozumiane oburzenie rodziców pokrzywdzonego, ale też pretensje, czemu szkoła nie zrobiła więcej i czemu nie zapobiegła nieszczęściu?

Dyrektor nie może wyrzucić ucznia ze szkoły, jeśli ten jest objęty obowiązkiem nauki (do 18 roku życia). Może go najwyżej przenieść do innej klasy, co nie rozwiązuje problemu w żaden sposób.
Dzielnicowy został powiadomiony.
Psycholog, pedagog przeprowadzili w tej klasie więcej pogadanek niż we wszystkich innych klasach razem wziętych.
Rodzice u dyrekcji mieli już swoje ulubione miejsca przy stole, tak często tam bywali.
Szkoła nie może sama wysłać ucznia na badania psychologiczne czy psychiatryczne. Nie ma takich uprawnień. Można jedynie sugerować lub delikatnie poprosić, ale i nie zawsze, bo gdy raz zasugerowano jednej mamie, że warto przepadać ucznia pod kątem spectrum, ta się obraziła i nasmarowała skargę do kuratorium.
W klasie zostały przeprowadzone warsztaty psychoedukacyjne.

I teraz pytanie, co jeszcze mogła zrobić szkoła zgodnego z prawem?

Uczeń jest w II klasie szkoły podstawowej.

szkoła agresja uczeń

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (181)

#90713

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii https://piekielni.pl/90710

W szkołach nie jest mniej godzin, tylko więcej. Porównywanie pensum (18//25 lub 18/22) a nie rzeczywistego czasu pracy to największy błąd, jaki robią osoby niezaznajomione z pracą w oświacie.

Przy czym nie generalizujmy też wszystkiego - są nauczyciele, którzy spędzają w pracy po 20h licząc z ich przygotowaniem się do pracy w domu. Ale w podstawówkach są przede wszystkim tacy, którzy w szkole spędzają po 7-8h, a w domu dodatkowe godziny. Ich etat wynosi nierzadko po 60h na tydzień. Poloniści, matematycy, angliści - odpowiedzialni za egzaminy 8-klasistów robią nierzadko 300% normy więcej niż wfista, który trzy razy gwizdnie i tyle z jego pracy. Tylko społeczeństwo woli widzieć tego wfistę i na jego przykładzie oceniać 700 tysięcy nauczycieli niż zauważyć ogrom pracy wkładanej przez np. polonistów.

A wiecie, co zajmuje nauczycielowi najwięcej czasu? Kontakty z rodzicami. Odpisywanie na wiadomości, gdy jeden mail zajmuje pół godziny, bo boisz się napisać, żeby rodzic *** bo jest sobota a ty masz weekend. Więc piszesz grzecznie i sprawdzasz każdy przecinek, że nie, Tomek z ocenami 1+ i 2 ze sprawdzianu i 5 z aktywności nie ma szans na 4 na koniec roku szkolnego. I nie, plakat nie podniesie mu oceny, bo to nieuczciwe wobec reszty klasy: inne dzieciaki się starały, poprawiały oceny na bieżąco i chodziły na lekcje przygotowane. A w poniedziałek idziesz wezwany do dyrektorki i tłumaczysz jej to samo, po czym słyszysz, że masz się tym zająć, bo mama Tomka jest w radzie rodziców i trzyma rękę na kasie, a szkoła potrzebuje nowego parkingu/placu zabaw/oświetlenia/klimatyzacji...

Nic mnie nie wkurza w mojej szkole bardziej niż to, że plastyczka, która przychodzi spóźniona na lekcje (!), zada dzieciakom zadanie "narysuj wiosnę", a potem przegląda FB, zarabia tyle samo co polonistka, która się nagada, przygotuje ćwiczenia, a potem sprawdza wypracowania i inne dłuższe formy pisemne w domu.

Wkurza mnie też beznadziejna biurokracja i produkowanie tony nikomu niepotrzebnych dokumentów. Nikt tego nie sprawdza, nikt potem do tego nie zagląda. Mamy e-dziennik. Mamy podpisy elektroniczne. Co się robi pod koniec roku szkolnego w sierpniu? Archiwizuje cyfrowo oraz drukuje PDFy z dziennikami. 2843 stron A4 drukowanych jednostronnie. Drukujemy kilkanaście kilogramów makulatury, która przez kolejne lata będzie leżała w archiwum, do której nikt nie zajrzy, bo dokładnie to samo, pod ręką mamy w formie cyfrowej.

Strasznie bym chciał spędzić w szkole 4h przy tablicy, a potem iść do domu i nic nie robić jak uważa społeczeństwo. Albo lecieć do drugiej pracy i zarabiać w niej miliony na korepetycjach. Nauczając moich przedmiotów - nie da się. Nie da się przyjść na 9:30 dziesięć minut przed dzwonkiem i wyjść dziesięć minut po dzwonku. To znaczy można - wchodzi się wtedy na lekcje nieprzygotowanym, bez sprawdzonych kartkówek, bez gotowych ćwiczeń, bez naładowanego sprzętu.

Jak mam farta, to nie muszę co tydzień zmieniać tablic wywieszonych na korytarzu. Tak, te tablice z różnymi zdjęciami, tekstami, okazjonalne i tematyczne wiszące w szkole przygotowują nauczyciele. U nas każdy przedmiotowiec ma własną tablicę, która co tydzień, góra dwa powinna być "nowa". Więc wymyślamy różne dziwne dni liczby pi czy inne obchody dnia Kochanowskiego. Na domowym sprzęcie drukujemy, wycinamy, przyklejamy na kolorowe papiery i wieszamy w szkole.

Ale najbardziej na świecie nie chcę podwyżek czy specjalnych nagród, bonów i innych kiełbas wyborczych dla nauczycieli, tylko chcę mieć jasny czas pracy od 7 do 15 albo 8 do 16, a potem święty spokój. Żadnych telefonów, maili i wiadomości od rodziców, żadnych skarg do kuratorium, że nie odpisałem w niedzielę na e-dzienniku i mama Jacusia z 8a nie wiedziała, co było zadane. Żadnego sprawdzania testów przy obiedzie. Produkowania dokumentacji przy wieczornym filmie. Od 7-8 do 15-16 jestem do dyspozycji uczniów i rodziców w szkole, potem jadę do domu i proszę się odczepić. Ale się nie da, bo:

- w szkole pracuje 50 nauczycieli, pokój nauczycielski ma 34m2, 23 krzesła, jeden stół konferencyjny, dwa biurka i jeden komputer, więc nawet jak część nauczycieli ma lekcje, to wciąż brakuje miejsca do pracy dla pozostałych między ich zajęciami, a jak jest miejsce, to nie ma narzędzi; między innymi w tym celu nauczyciele pracują w domu, gdzie na spokojnie mogą przygotować materiały, wyszukać scenariusze mimo że robią to na prywatnym sprzęcie, wszystko posprawdzać i to jest właśnie ten "czas wolny" po 4h w szkole

- w szkole jest jedna kserokopiarka w sekretariacie, nie ma ani jednej kolorowej drukarki, można sobie wyobrazić kolejki do ksero na 5-minutowej przerwie; przyjeżdża się godzinę wcześniej albo zostaje godzinę później, by na spokojnie wszystko skserować, oczywiście wtedy, gdy sprzęt nie jest potrzebny sekretarce/księgowej/kadrowej/dyrekcji/świetlicy/intendentce; także łatwiej zrobić to w domu na prywatnym sprzęcie, drukarce, tuszu, w końcu nauczyciel bogaty

- sal lekcyjnych dla uczniów 4-8 mamy obecnie 14, takich klas w całej szkole jest 19, ale w "szczycie" lekcyjnym "tylko" 15 (pozostałe 4 są albo przed lekcjami albo po zajęciach, bo zwyczajnie brakuje sal - lekcje techniki, religii, plastyki, ewentualnie wychowawcza odbywają się wtedy na stołówce szkolnej, fantastyczne warunki do nauki, zwłaszcza jak nawet 10 minut przed dzwonkiem przed drzwiami ustawia się już kolejka uczniów ze świetlicy czekająca na obiad; ale taka jest właśnie rzeczywistość pracy 7-15 przez nauczycieli, wszystkie lekcje całej szkoły trzeba wcisnąć w te 8h

SZKOŁY SĄ TRAGICZNIE NIEDOFINANSOWANE!!
I nie mówię o pensjach. Mówię o takich absurdach jak czekanie pół roku na pieniądze na naprawdę komputerów w sali informatycznej. Tablica multimedialna w sali do 1-3 od października zeszłego roku nie działa, miasto pieniędzy nie ma, ministerstwo się wypięło, więc rodzice kupili nową sami. Na materiały biurowe, papier, tonery itp. szkoła ma 1000zł brutto na rok szkolny. Już wiecie, skąd te zbiórki na papier ksero od klas?

Młodsze klasy w swoich wyprawkach oprócz zeszytów, kredek, mazaków mają obowiązkowy papier toaletowy i chusteczki higieniczne, bo w szkole jest ich niedobór. Wyobrażacie sobie? Podstawowy produkt higieniczny w placówce, gdzie dziennie przebywa 700 osób jest limitowany i dyrekcja musi walczyć o kasę za każdym razem, gdy się kończy. Pisać pisma do UM z prośbą o kolejne pieniądze, żeby uczeń mógł skorzystać z toalety... XXI wiek!

Chciałbym też mieć swoje krzesło w pokoju nauczycielskim (laptopa sobie przyniosę prywatnego), dostęp do materiałów (a nie budżet 1000zł brutto na artykuły biurowe na cały rok szkolny dla całej szkoły) i klasy 20-osobowe a nie 30-osobowe, które nie mieszczą się w sali, bo szkoła nie jest z gumy i przy jednej ławce siedzi 3 uczniów. To są bolączki młodego nauczyciela a nie pensja minimalna. Za minimalną można pracować, jeśli warunki pracy zaczną być jej godne.

Wiecie, ja mogę "uczyć" i dwie klasy jednocześnie, wcisnąć tych 58 uczniów na stołówce i omawiać z nimi logarytmy albo II wojnę światową. Przekażę wiedzę, powiem co mam do powiedzenia, może nawet uda się wystawić jakąś ocenę. Dla mnie to nie problem. Problemem jest to, że uczniowie nic z tego nie wyniosą, nic nie zapamiętają. Jak będą mieć kłopot ze zrozumieniem, to nie mam szans im wytłumaczyć nic indywidualnie, bo 10 kolejnych czeka na pomoc, a ja mam 20 minut do końca lekcji, w czasie których trzeba jeszcze zrobić zadania utrwalające.

Lubię uczyć, zrobiłem podyplomówki rozwijając swoje zainteresowania pedagogiczne. Naprawdę to uwielbiam, bez żadnego napuszenia stwierdzam, że jestem nauczycielem z pasją i powołaniem, jak to się mówi "z misją". Ale gdybym wieczorami i nocami i przede wszystkim w wakacje nie pracował zdalnie w innej robocie i nie zarabiał tam spokojnie średniej krajowej, to już dawno bym rzucił nauczanie. Bo misja obiadu nie ugotuje, a pasja nie sprawi, że zdrowie psychicznie po kontaktach z rodzicami, kuratorium itp. wróci do normy.

Wielu nauczycieli nie ma tego szczęścia, że nauczanie może traktować jako dodatek, wręcz hobby, które sprawia im przyjemność tak jak w moim przypadku. Są wykończeni, sfrustrowani, niedocenieni i wylewa się na nich jak na całą grupę społeczną wiadro pomyj. To się odbija na ich pracy, na dzieciakach i na całej edukacji. Więc odchodzą z zawodu i będą odchodzić. Szkoda tylko, że na ich miejsce nie ma kolejki chętnych spośród tych osób, które nauczycieli krytykują, uważają że mają lekką pracę, wolne całe wakacje, ferie, święta. Przecież to praca marzeń, więc czemu nie walczą o wolne wakaty?

Aha, w szkołach prywatnych wcale nie jest lepiej. Mimo często lepszej pensji problemy pozostają praktycznie te same, dodatkowo nasilane rodzicami "płacę-wymagam". Nie mówiąc już o tym, że nawet jak chcesz pracować - w ferie, dni okołoświąteczne, wakacje, to dyrekcja każe ci iść na bezpłatny urlop, bo nie ma dzieci, co jest oczywiste.

PS. Zapytajcie, ilu nauczycieli ma stałą umowę, a ilu jest zatrudnianych w systemie od 1 września do 30 czerwca, a potem sobie radź bez pracy i ubezpieczenia przez lipiec i sierpień i tak co roku. To jest ten super mit "płatnych wakacji".

szkoła

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (255)

#89413

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii jotem02, ale będzie osobny wpis.

Radom, szkoła podstawowa i publiczna, pełen etat.
Do 1 maja zarabiałem 2949 zł brutto. Mniej niż minimalna krajowa, którą otrzymuje się na starcie w każdej innej pracy. W okolicach stycznia zacząłem zazdrościć pani w piekarni, że odbębni swoje 8h razy pięć dni i ma święty spokój, a zarabia więcej ode mnie.

Nie mam żadnych dodatków, żadnego wiejskiego, miejskiego, stołecznego, srecznego, motywacyjnego (pierwsza praca, świeżakom się go u nas nie przyznaje "bo nie"), wychowawczego, nie mam żadnego dodatku za uciążliwe warunki, ani wysługi (bo zaczynam pracę). Zasadnicze wynagrodzenie wystarcza na wynajem za mieszkanie, opłaty, a po 42 latach odkładania 300 zł miesięcznie, bo tyle mogę, aby nie umrzeć z głodu, uzbieram na 1/3 własnego mieszkania, ale nie dostanę kredytu, bo nie mam odpowiedniej zdolności kredytowej.

Z tego wszystkiego w rzyci mi się poprzewracało i raz na miesiąc jadam pizzę za 19,99 w promocji. Z szynką, a co.

Moje 18h przy tablicy było takimi we wrześniu. Właściwie przez pierwsze dwa tygodnie września, gdy zapoznawałem się z klasami i lekcje były bardziej integracyjne niż dydaktyczne (przykaz kuratorium, aby integrować klasy po nauczaniu zdalnym). Potem zamieniły się w dodatkowe 2-3h godziny zegarowe spędzane w szkole, aby przygotowywać lekcje, materiały, zajmować się dokumentacją koniecznie z 3 egzemplarzach i z pieczątką Matki Boskiej. Na przełomie września/października spędzałem w szkole średnio 6h, nadal profit.

W październiku rodzice uczniów klas siódmych zobaczyli pierwsze oceny swoich dzieci z nowych przedmiotów jak chemia i fizyka. Niemożliwe, że dzieci są niedouczone/zaniedbane w domu/niedopilnowane/zajęte przy komputerach i z nosami w telefonach. To wina nauczyciela, że mój syn/córka nie potrafi wymienić dat rozbiorów Polski, zamienić ułamka zwykłego na dziesiętny, odnaleźć azotu na tablicy Mendelejewa. Ale jak to zajęcia wyrównawcze, niech pan nie robi z mojego dziecka debila.

Skoro nauczyciel taki zły i robi kartkówki, to nie będę puszczać dziecka do szkoły w takie dni. Ale jak to musi nadrobić materiał?! Jak to moje dziecko ma być PYTANE?! Wielkie oburzenie, że wychowawca reaguje na nieobecności i zgodnie z prawem informuje o możliwym nieklasyfikowaniu + zawiadomieniu sądu.

W połowie października w szkole skończyły się materiały biurowe, papier, toner do drukarki. Organ prowadzący dorzucił 500 zł na bieżące wydatki. Starczyło na tydzień, więc materiały do lekcji (karty pracy, tablice itp.) przygotowywałem w domu, z własnych zasobów. Z braku funduszy, które poszły na materiały, zrezygnowałem w październiku z pizzy, ale za to zjadłem czekoladki, które dostałem na dzień edukacji narodowej. No, powiedzmy że profit.

A, tak, akademia z okazji "święta" się sama nie przygotuje, więc jako "humanista" i stażysta miałem się tym zająć. Zostawanie po lekcjach 2-3h więcej, bo trzeba poczekać, aż wszystkie dzieciaki skończą zajęcia i zrobimy próbę. Akademia z DEN skończona, no ale zbliża się 11 listopada. Znów próby i zostawanie po lekcjach. Brak profitu, bo nie ma czekoladek.

Połowa listopada, przychodzą pierwsze powiewy jesiennego covidu. Część nauczycieli na zwolnieniach, bo kwarantanna, izolacja, kontakt z osobami zakażonymi. W pewnym momencie mieliśmy 20 wyłączonych nauczycieli, no to robimy zastępstwa. Brak kadry = naginanie przepisów prawa, jeden nauczyciel zajmował się na przykład jednocześnie 2 klasami. Fajnie mieć 55 dzieciaków pod opieką, super zabawa. Urwało się to po anonimie do dyrekcji, że doniosą do kuratorium i wydziału edukacji. Donos i tak chyba poszedł, bo była jakaś kontrola.

Dzięki nadgodzinom byłem dwa razy na pizzy i wziąłem nawet extra ser.

Grudzień i proponowane oceny. Uczniowie nadal nie umieją dodawać ułamków, a pierwiastek chemiczny to dla nich alkohol (hehe, bo wie pan, tata mówi, że tyle pamięta z chemii, heheh). Specjaliści w szkole nieśmiało sugerują rodzicom, aby niektórych delikwentów kierować na badania w poradniach, bo z obserwacji wynika, że tutaj zaburzenia mogą ocierać się nawet o niepełnosprawność umysłową. Reakcja rodziców jest w 9/10 przypadków taka sama: oburzenie, foch i skarga do dyrekcji.

Idą święta, rezygnuję z przygotowywania materiałów na każdą lekcję, lecę z gotowców z poradników metodycznych. Trochę nudne, ale trudno, muszę mieć czas na umycie okien dla Jezusa i zamarynowanie karpia, a kasę wydawaną na papier i tusz odkładam na prezenty. W szkole nie mamy talonów, dodatków świątecznych ani paczek pod choinkę. Na lekcjach tuż przed świętami puszczam film edukacyjny, uczniowie oglądają, ja robię pierwsze podchody do uzupełnienia dokumentacji śródrocznej i zaczynam odpisywać rodzicom, dlaczego Brajanek z ocenami bz (brak zadania),bz,2 i 5+ nie będzie miał 3 na semestr.

Popełniam błąd dodając na końcu "pozostaję do dyspozycji", bo mama Brajanka postanawia dysponować moim czasem wolnym przez kolejne tygodnie, aż do końca semestru wypisując po 2-3 wiadomości dziennie, dlaczego jej syn zasługuje na 3. W pracy spędzam już powyżej 8h dziennie, chodzę z własnym laptopem i tabletem, bo na wyposażeniu placówki są dwa (słownie: dwa) komputery na użytek nauczycieli, z czego jeden jest awaryjnym, gdyby zepsuł się któryś w sali. Te w salach psują się średnio raz na tydzień, bo mają swoje lata (wiecznie niedofinansowana oświata), a nauczycieli mamy w szkole 70.

Ale zyskuję w oczach 8-klasistów, bo etui na tablet mam z Gwiezdnych Wojen, a okazuje się, że to klasa fanatyków tego uniwersum.

Zaczynają się pielgrzymki rodziców do szkoły, kolejki na dniach otwartych (1h przewidziana, w praktyce siedzieliśmy 4h, oczywiście w czynie społecznym), wypisywanie elaboratów w dzienniku elektronicznym o 2 w nocy, aby o 7 rano dodać "dlaczego pan nie odpisuje, mój Szymonek ma lekcje z panem o 8, skąd mam wiedzieć, z czego go przygotować??????" No nie wiem, może z terminarza w e-dzienniku, gdzie co najmniej 2 tygodnie wcześniej wpisuję wszelkie sprawdziany, zakres materiału oraz termin przewidywanej poprawy.

Święta, covid w pełni, przechodzimy na kilka dni na zdalne. Hura, nie muszę nic drukować, będę miał pieniądze na pizzę. Babcia ratuje mnie kasą pod choinkę, mogę opłacić sobie kurs doszkalający, bo dyrekcja krzywo patrzy na same internetowe webinaria i szkolenia. Fundusz na szkolenia ze szkoły to śmieszne pieniądze, w dodatku podzielone na wszystkich nauczycieli (a każdy się ciągle dokształca, bo taki wymóg). Udaje mi się wyrwać 200 zł dodatku, więc dopłacam tylko 600 zł z babcinej kieszeni.

Styczeń wrzuca mnie w breję błota, gdzie według rządu jest moje miejsce, bo podniesienie płacy minimalnej dla wszystkich nie oznacza, że wzrosną też moje zarobki. Nie jestem pracownikiem, jestem tylko nauczycielem, dla mnie podwyżki nie ma. W Google pierwsza podpowiedź na słowo "jak" to "jak napisać wypowiedzenie nauczyciel". Miasto przyznaje nam nowe fundusze na materiały biurowe, mamy nawet kolorowy tusz. Dostajemy konspekt z programu laboratoria przyszłości, może uda się kupić nowe i sprawne kompute... a nie, sorry, nie możemy, ale jeśli chcemy stacje lutownicze i zestawy klocków do układania to są dostępne od ręki.

W lutym populacja osób z opiniami i orzeczeniami zwiększa się. O ile we wrześniu na 550 uczniów w szkole było takich dokumentów łącznie może z 20, o tyle w lutym jest dwa razy więcej. To oznacza dla wychowawców dodatkową robotę papierkową, dla nauczycieli uczących pisanie obserwacji i uzupełnianie arkuszy wielospecjalistycznej oceny oraz regularne spotkania zespołów nauczycielskich z rodzicami, oczywiście po godzinach i w czynie społecznym.

Wielospecjalistyczna ocena poziomu funkcjonowania ucznia (WOPFU) oraz IPET, czyli Indywidualny Program Edukacyjno – Terapeutyczny są dokumentami, które wychowawca (przynajmniej w naszej szkole) tworzy dla uczniów z takimi orzeczeniami. W orzeczeniu są wskazówki i zalecenia dla nauczycieli, w jaki sposób indywidualizować nauczenie takiego ucznia (czyli dostosowywać mu warunki pracy na lekcji, np. poprzez specjalne materiały, karty pracy, osobne sprawdziany). W praktyce oznacza to, że mając w klasie 2 takich uczniów, przygotowuję nierzadko 3 różne scenariusze. Jeden dla całej klasy odjąć 2 uczniów, jeden dla ucznia z pierwszym orzeczeniem i jeden dla ucznia z drugim orzeczeniem. W teorii powinien mi pomagać nauczyciel wspomagający. Z braku funduszy mamy w szkole tylko 4 nauczycieli wspomagających. Na ten moment już wiadomo, że od września powinno ich być co najmniej 10.

Nadal panuje covid, więc część dzieci jest na kwarantannie/izolacji. Kuratorium wpada na świetny pomysł, aby prowadzić lekcje pół-zdalnie. Czyli zdrowa część klasy przychodzi do szkoły, a chora lub na kwarantannie łączy się z domu. 3/4 lekcji spędzam na powtarzaniu 2x tego samego: raz do klasy w szkole, drugi raz do mikrofonu w laptopie, bo nic nie słychać, gdy stoję przy tablicy. Oczywiście nic też nie widać, bo przedpotopowe laptopy nie mają kamerek.

Psycholog potrzebuje sama terapii, bo grupy dzieciaków z pomocy psychologiczno-pedagogicznej zaczynają pękać w szwach. Starszy stażem kolega wyjaśnia mi zagadkę tego lutowego wzrostu: zbliżają się egzaminy i rodzice chcą zapewnić swoim dzieciom podstawy do specjalnych warunków przeprowadzania tych egzaminów (wydłużony czas pracy, pomoc nauczyciela wspomagającego itp.) Na szczęście są ferie.

Przypominam sobie, jak smakuje pizza.

W marcu pracuję już tylko 6h dziennie w szkole i 2h w domu, bo nie ma żadnych akademii do przygotowania, a dodatkowo znalazłem super stronę z materiałami dodatkowymi, które muszę jedynie lekko zmodyfikować, co pozwala mi zaoszczędzić czas. Przychodzi wiosna, a wraz z nią kontrole w placówce, więc 70 nauczycieli sprawdza po milion razy, czy każdy egzemplarz papierów ma pieczątkę i podpis gdzie trzeba oraz błogosławieństwo lokalnego proboszcza. Kolejka do szkolnej drukarki jest tylko nieco krótsza od tej za papierem toaletowym za PRL, chociaż wartość nawet szarej srajtaśmy jest zdecydowanie wyższa od bezsensownej szkolnej makulatury.

ДОБРОГО РАНКУ УКРАЇНО!
Do szkoły trafiają dzieci z Ukrainy, z czego zdecydowana większość jest w traumie i nie otrzyma z powodu bariery językowej absolutnie żadnej pomocy w samej szkole. W całym mieście tworzone są 3 (słownie: trzy) oddziały przygotowawcze, w których mają naukę polskiego. U nas ulokowanych zostaje 18 Ukraińców, siedzą na lekcji na sztukę, bo się z nimi nie da dogadać, nic nie rozumieją, nudzą się i z nudów grają na telefonach. Polscy uczniowie czują się pokrzywdzeni, bo oni też chcą sobie pograć.
Minister mówi, że mamy ukraińskich uczniów nie oceniać, oni w szkole się jedynie integrują.

W kwietniu powtórka z pielgrzymkami rodziców. Na dniu otwartym spędzam tylko 3h, więc o 20 jestem w domu, matematyczka wychodzi o 22:30 i tylko dlatego, że włącza się automatyczny alarm wykrywający ruch w budynku. Zaczynam słuchać rad starszych nauczycieli i na wiadomości w dzienniku odpisuję tylko w godzinach teoretycznej mojej pracy, czyli 7-15. Okazuje się, że rodzice widzą godziny moich logowań (błąd systemu e-dziennika, bo nie powinni mieć takich uprawień) i dostaję wezwanie do dyrekcji, aby odpowiedzieć na skargę brzmiącą mniej więcej: "Wysłałam wiadomość do pana A. o 14:05, widziałam, że był aktywny o 15:12, 17:36 i 21:43, a mi nie odpisał".
Czarnek oznajmia, że są pieniądze dla nauczycieli, aby uczyli Ukraińców języka polskiego. Dyrekcja szuka chętnych, stawka: 30zł za godzinę, grupy około 25 osobowe, zróżnicowane wiekowo (dzieciak z zerówki i 8-klasista w jednej). Chętnych jakoś brak.

Nadchodzi maj, więc humanista i stażysta przygotowuje kolejną akademię. Pomaga mi inny nauczyciel, nie zostaję już tak często po godzinach. Zbliża się egzamin klas 8, w szkole nerwowość, dyrekcja pyta, czy mogę poprowadzić dodatkowe zajęcia przygotowujące do egzaminu, oczywiście za darmo, w czynie społecznym, ładnie będzie wyglądało w sprawozdaniu ze stażu. Szukam wolnego terminu w planie zajęć, no mogę, to tylko 3 tygodnie, korona mi z głowy nie spadnie. To środa o 17? Dyrekcja kręci głową. Uczniom nie pasuje, bo musieliby przyjeżdżać drugi raz do szkoły, może wtorek o 7:30? We wtorek to ja lekcje mam formalnie 13-17, chociaż przyjeżdżam na 11, aby wszystko przygotować, ale nie, mimo wszystko nie będę przyjeżdżał dwa razy. Chcę zjeść w maju pizzę a nie wywalić kasę na benzynę po 8 złociszy.

Znowu wystawiamy oceny proponowane, teraz na koniec roku. Liczba rodziców (uczniowie mają to w 90% w rzyci) piszących "średnia mojego syna/córki wynosi 4,32, czy ma szansę na 5?"; "dlaczego proponowana ocena to 2 a nie 3, przecież ma średnią 3,03", "uważam, że moje dziecko zasługuje na 6, ma średnią 5,50" osiąga pułap bliski odległości Ziemi od Księżyca. Tłumaczenie, że "magiczna średnia" to nie wyznacznik oceny, bo na tą składają się jeszcze inne elementy, mija się z celem. Dyrekcja postanawia na stronie szkoły przytoczyć zapisy ze statutu opisujące, na podstawie czego wystawiana jest ocena roczna.

Wyjaśnia się, po kim niektórzy uczniowie odziedziczyli ćwierć mózgu zamiast całego, bo rodzice nie rozumieją tego prostego komunikatu.

Minister oznajmia, że on zrobił wszystko jak należy i to szkoły mają sobie wybrać, co zrobić z Ukraińcami. Aha, a z tym, że mamy ich nie oceniać, to on tylko żartował i jak są przyjęci oficjalnie do szkół, to muszą mieć oceny. Cytując niemal dosłownie "skoro ich przyjęliście do swojej placówki, to sobie radźcie". Uczniowie klas 0-7 po prostu dostaną oceny z powietrza, albo jak w moim przypadku, za ładne pokolorowanie obrazka (7 klasa). Uczniowie klas 8 przystąpią dodatkowo do egzaminu (paradoksalnie to najmniejszy problem, mimo że egzamin po polsku, z polskiej podstawy programowej), ale jednocześnie kończą też szkołę. A żeby skończyć szkołę, muszą mieć oceny z takich przedmiotów jak np. muzyka, plastyka, technika, przyroda, które się realizuje w klasach programowo niższych i w 8 ich po prostu nie ma. Minister kazał sobie radzić, więc szkoła sobie radzi.

Fałszujemy dokumenty, wpisując Ukraińcom, że zaliczyli te przedmioty, bo ministerstwo nie chce uznać ich świadectw z Ukrainy, zresztą uczniowie ich zwyczajnie nie mają. Jak uciekasz przed wojną, twoim priorytetem nie są świadectwa.

Przez cały rok raz w miesiącu w weekend organizowałem dla uczniów nieformalne "wycieczki". Wszystko prywatnie, w prywatnym czasie. Ot, byliśmy raz z muzeum, raz na rajdzie rowerowym, raz na spływie itp., zawsze był też zaangażowany w to jakiś rodzic lub rodzice. Dyrekcja o niczym nie wiedziała, dopóki nie wygadał się jeden z nich (chciał dobrze, po prostu mnie chwalił). W efekcie dyrekcja próbuje teraz przypisać moje działania do koszyczka szkoły, jakobym robił to pod szyldem koła turystycznego.

24 czerwca kończy mi się umowa, nie dostanę żadnej pensji w czasie wakacji, nie będę ubezpieczony, nie wiem, czy mnie zatrudnią na kolejny rok, bo dowiem się pewnie w połowie sierpnia.

To tylko jeden rok z jednej placówki, ale takich opowieści jest na pęczki. Polska szkoła to jeden wielki mem. To nawet nie jest kartonowy kolos na glinianych nogach. Ale jestem tym typem nauczyciela, który kocha uczyć, uwielbia uczniów i (jeszcze) ma do tego zapał. Więc tak, będę się pewnie dalej podlił za 2000 na rękę, jadł szczaw i mirabelki, bo nie wyobrażam sobie nie pracować w szkole. I jak to mówił klasyk: praca wspaniała, tylko system kurka.

polska szkoła

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (250)

#84851

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Znajomy buduje mały dom systemem gospodarczym, czyli wszystko (stara się) wykonuje sam. Za terenem budowy jest trochę krzaków, a za nimi wykarczowany teren na drewnianą, lekką altanę, którą wcześniej sobie upatrzył.

Ostatnio zalewał ławy fundamentowe, więc telefon do betoniarni, tyle i tyle metrów betonu takiego i takiego. Zamówił pół metra więcej, niż wychodziło z obliczeń, bo wiadomo, czasem coś się omsknie, więc lepiej mieć zapas. Betoniara z pompą przyjechała, leją, leją, no i zabrakło prawie metr, czyli licząc z zapasem - 1,5 metra. Pierwszy zgrzyt, betoniarkowy mówi, że kolega się pomylił w obliczeniach, no ale oni mogą dowieźć beton, max. 2 godziny i jest z powrotem (błyskawicznie wręcz, bo kolega musiał zamawiać beton z 3 dniowym wyprzedzeniem), tylko że najmniejszy transport to 6 metrów, bo mniej im się nie opłaca. Nieważne że wykorzysta 1,5, płaci za 6. Standard w branży, w pełni zrozumiałe, że nikt wielkiej gruchy nie będzie wysyłał z jakimiś resztkami betonu. Odpuścił, zamówił te 6 metrów, uznając, że nadmiar wyleje na prowizoryczny "fundament" pod altanę przynajmniej na słupkach, chociaż sama konstrukcja nie wymaga fundamentu w ogóle i może stać na gołej ziemi.

Dwie godziny kupa czasu, wymiary altany sprawdzone, obrys wytyczony, prowizorka pod słupki wykopana. Budowlańcy pewnie by się złapali za głowę na taką robotę na "oko". Betoniara wraca, płatność z góry (na fakturze jak byk - 6 metrów), potem leją te 1,5 metra, a betoniarkowy hyc do auta i odjeżdża. Kolega złapał go dopiero na drodze dojazdowej, gość nie reagował na nic, jakby nie widział, że ktoś go goni. Na pytanie, czemu ucieka z pozostałymi 4,5 metrami odpowiedział wprost, że przecież koledze potrzebne tylko 1,5, to wylał półtora, a w ogóle to on nie ma nawet tych 6 metrów, bo zabrał tylko 2 (!). Znajomy wkurzony dzwoni do betoniarni, wyjaśnia sprawę, obiecują dosłać pozostałe 4,5 metra. Betoniarka wraca po raz drugi, betoniarkowy zaczyna bez żadnego polecenia lać beton na trawę (!), przestał dopiero jak kolega z włączoną kamerą w telefonie do niego podbiegł. Wielce urażony wylał w końcu beton tam, gdzie powinien, a po skończonej robocie zawinął się bez słowa (całego betonu nie wylał, znów coś zostało).

Kolega nie odpuścił wkurzony betonem na trawie, drugi telefon, mówi że ma filmiki, że porobione obliczenia są w porządku i betonu nie powinno zabraknąć nawet w 1 transporcie. W betoniarni znów przepraszają, oni "porozmawiają" z kierowcą. Finalnie skończyło zwrotem kasy za drugi transport, ale kolega wątpi, by to sam kierowca wywinął numer z mniejszą ilością betonu, musieli mu tyle załadować na miejscu i liczyć na naiwność klienta, który i tak nie będzie miał co zrobić z pozostałym betonem. A tu się okazało, że miał i wyszły cyrki.

budowa domu betoniarnia Radom

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (205)

#80813

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pewnie nie pierwsza i nie ostatnia sytuacja dokładnie tego typu, ale osobiście biję brawo dla dziewczyny z tej historii.
Ulica przydworcowa, słupki z łańcuchami, żeby nikt nie parkował na chodniku, gdzieniegdzie bramy wjazdowe. Przy jednej z bram stoi moja znajoma sprzedająca pączki, słodkie bułki itp.

Nagle podjeżdża pan i władca szos, parkuje przed tą bramą prostopadle do ulicy w taki sposób, że między budynkiem a jego maską jest może ze 20 centymetrów luzu, a tyłem wystaje na pas ruchu. Facet wysiada, ale wcale nie otwiera bramy, tylko oddala się gdzieś precz.

Mija pięć, dziesięć, piętnaście minut, chodnik się dosłownie korkuje, bo jednak to ruchliwa ulica, niektóry ryzykują i wchodzą na jezdnię. Standardowo telefon na straż miejską i tak, zaraz kogoś przyślą. Jeden przechodzień najwyraźniej się wkurzył, bo nie zważając na nic przeszedł po masce auta. Mokre buciory, on sam też do wagi lekkiej nie należał, a kilka razy "przypadkowo" tupnął w maskę. Ludzie w szoku, ale część z nich pewnie z chęcią zrobiłaby to samo. Chłopak się już dawno oddalił, korek na chodniku się przerzedził, więc ze zgromadzenia, które widziało ten wyczyn, nie pozostał nikt, gdy wrócił pan i władca.

I widzi swoje autko z małymi defektami na masce.
I pyta najpierw ludzi, potem znajomą, czy czegoś nie widziała, co się stało, czy nie zwróciła na nic uwagi itp.
Znajoma odpowiada krótko, że widziała i może powiedzieć wszystko policji.
Wtedy pan zawiadamia służby, po czym... otwiera bramę i wjeżdża do środka (czyli jednak można było od razu, zamiast zastawiać chodnik).
Policja przyjeżdża na miejsce, pan wyskakuje z bramy, opowiada, gestykuluje, wskazuje na dziewczynę jako na świadka.

A ta zgodnie z prawdą odpowiada, że pan przez ponad pół godziny stał zastawionym samochodem na chodniku, całkowicie blokował przejście i piesi musieli wchodzić na jezdnię, żeby w ogóle przejść.
I nie, nie widziała, co się stało z maską samochodu, bo była zajęta sprzedażą :-)
Policjanci zaprosili pana do siebie do auta, chyba aby uchronić znajomą przed jego morderczym spojrzeniem, więc nie wiadomo, czy zakończyło się to mandatem, pogadanką, czy tylko spisaniem notatki do ewentualnego AC.
A straż miejska w ogóle nie przyjechała.

parkowanie

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (176)

#79220

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Polak Polaka oskubie i na kilka euro.
Kuzynka niegdyś wyjechała do Wielkiego Europejskiego Miasta na studia. W WEM jest zoo, jedno z największych na kontynencie, a jej studia są właśnie z nim związane. Ponieważ była tam częstym gościem wykupiła sobie karnet.

Co ważne, karnety są tam od 1 stycznia do 31 grudnia, niezależnie kiedy się je kupi i można nich wejść powiedzmy 15 razy. Czyli jeśli w ciągu roku się nie wykorzysta tych wejść, to przepadają. Można jednak do końca ważności je wycofać i odzyskać 75% sumy za pozostałe bilety. Dla zobrazowania normalny bilet (1 wejście) kosztuje powiedzmy 20 euro, a 1 wejście z karnetem 15 euro.

Kuzynka nie wykorzystała wszystkich wejść, zostały jej jeszcze trzy, a że nie miała już potrzeby chodzenia do zoo, to karnet sobie leżał i czekał na zwrot do kasy. Podczas jednej z imprez się o tym wygadała polskiemu koledze "po fachu", który studiował razem z nią i też chodził do zoo, ale już wszystkie wejścia wykorzystał. Finalnie wyszło na to, że kuzynka miała mu ten jeden bilet odsprzedać (jedno wejście za 15 euro), a on jej karnet potem zwróci, aby mogła odzyskać pozostałą sumę za niewykorzystane dwa bilety. Dla studenta 5 euro piechotą nie chodzi, więc nie było nic dziwnego w tym, że kolega chciał skorzystać. Kuzynka zainkasowała 15 euro, karnet przekazała w listopadzie z obietnicą zwrotu przed świętami i papa.

Jak się można domyśleć, karnetu już nie zwrócił.
Za to był bardzo oburzony, że obsługa w kasie nie chciała mu oddać pieniędzy za niewykorzystany bilet, tylko żądała, aby pokazał paragon, bo tylko na jego podstawie mogą dokonać zwrotu. Podobno awanturował się tak, że ochrona musiała go wyprosić z budynku kas.

Skąd kuzynka to wie? Bo "pochwalił się" na swoim FB, z ostro rzucanymi paniami lekkich obyczajów na zoo, kobitki w kasie i ochronę opisując całą sytuację wraz z tą niby bójką. Kiedy kuzynka napisała komentarz, że nie ma w tym nic dziwnego, że odmówiły wydania pieniędzy za skradziony karnet, to ją zablokował :)

Polacy zoo

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (205)

#73647

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Radom, godzina szesnasta, piątek, zatłoczony autobus numer 7, większość ludzi myślami już przy weekendzie, grillu i zapewne meczyku. Postanowiłem podjechać dosłownie dwa przystanki do marketu. Wsiadam pierwszymi drzwiami od kierowcy i na dzień dobry słyszę muzykę puszczaną z telefonu.

Mniej więcej na środku siedzą dwaj panowie wieku gimnazjalnego, obaj trzymają w dłoniach telefony i to właśnie oni są źródłem muzycznego łubudubu. Z chłopakami kłóci się jakiś facet koło czterdziestki, a cała rozmowa chyba trwa już jakiś czas, ale jak widzę (słyszę) jego prośby o wyłączenie muzyki są raczej bezskuteczne.

Jedziemy na następny przystanek, kłótnia trwa dalej. Autobus się zatrzymuje, a facet chyba już nie wytrzymał. Wyrwał jednemu z chłopaczków telefon i fru przed drzwi na chodnik. Drzwi się zamykają, autobus odjeżdża. Nikt nie bił brawa, nikt się nie pobił. Tylko muzyka grała dalej.

Tak, facet złapał i wyrzucił nie ten telefon.

autobus muzyka z telefonu

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (314)

#70200

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W parafii moich rodziców jest tradycja, że każda rodzina może "przygarnąć" na święta (zaprosić do wigilijnego stołu lub spędzić całe święta razem) jedną z rodzin, które pozostają pod opieką Caritas. Wiadomo, że często są to rodziny niepełne, patologiczne, ale najczęściej po prostu zwyczajnie biedne. Rodzice od kilku lat kultywują ten zwyczaj.

Wczoraj zadzwoniła do mnie mama. Do drzwi zapukała jakaś kobieta "zbierająca złotóweczkę na dziecko". Pani była trzeźwa, nie narzucała się, więc mama wypytała o jej rodzinę (opiekowała się sama dwiema córkami) i wpadła na pomysł, by zaprosić panią na wigilię, bo skoro i tak mieli kogoś zaprosić, to co za różnica, kto to będzie.

Kobieta ponoć była lekko zszokowana, ale się zgodziła, nawet poprosiła mamę o mąkę i jajka, bo chciała się jakoś odwdzięczyć i upiec chociaż placek. Pieniędzy żadnych nie dostała, mama zamknęła drzwi i na tym sytuacja mogłaby się zakończyć.

Jak zapewne się domyślacie, ledwie drzwi się zamknęły, na okiennej szybie pojawiły się rozbite jajka, a na wycieraczce rozsypana została mąka. Mama zdążyła jedynie dostrzec, jak pani niczym Usain Bolt znika za rogiem ulicy.

dobry_uczynek

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 461 (491)

#67324

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od czwartku do rejestracji dobija się kobieta, że ona koniecznie chce do pani doktor X, bo taka znana, że ją koleżanki polecają, że siódmy cud świata i w ogóle to w weekendy pani doktor ludzi wskrzesza. Ponieważ terminów nie było poza dzisiejszymi, została umówiona na godzinę ósmą (wchodziłaby pierwsza). Pani się zgodziła.

Nie przeszkadzało jej to dzwonić od czwartku co około ~2h z pytaniem, czy nie zwolniły się wolne terminy, bo ona koniecznie musi do tej lekarki. Przychodnia czynna od 8-20, a kobieta z diabelską regularnością wydzwaniała codziennie z tym samym pytaniem. Mimo że przy rejestracji została poinformowana, że gdyby termin się zwolnił, to zadzwonimy sami.

Przychodzi dziś uśmiechnięta, uśmiechnięta wchodzi do gabinetu i po kilkunastu sekundach wybiega. I krzyczy na całą poczekalnię, że ją okropnie okłamaliśmy, że ona nas pozwie i NFZ naśle, BO JAK TO TAK MOŻNA.

Co nie pasowało pani? Uznała, że lekarka na wózku inwalidzkim nie jest odpowiednią osobą, która mogłaby ją badać. Pani doktor pracuje w naszej przychodni jako diabetolog.

piekielni pacjenci

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 559 (583)

#60483

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie pewna warszawska uczelnia nosząca imię pewnego prymasa Polski. I na tej uczelni studiuje moja kuzynka, która mimo że poprzedni rok ma zaliczony na średnią 4,8, wedle uczelni zapłacić musi ~500zł za wpis warunkowy. Zresztą nie tylko ona - cały jej rok (~120 osób).

Dlaczego? Warunkiem uzyskania zaliczenia roku jest posiadanie wszystkich wpisów z ocenami w indeksie, na karcie egzaminacyjnej oraz w USOSie. O ile pierwsze dwa wpisy są, o tyle pewien szanowny doktorzyna od czerwca ubiegłego roku nie raczył całemu rocznikowi wpisać ocen do USOSa. Dziekan problemu wtedy nie widział i na podstawie indeksów zaliczył ludziom rok. Minęło jednak 12 miesięcy i studenci dostali wezwanie do opłacenia warunku. Bo jednak dziekanowi/rektorowi/ministrowi się nie spodobało, że tego durnego wpisu w USOSie nie ma. A ma być.

Więc zamiast ganiać doktorzynę, aby uzupełnił oceny (co jest jego za*ranym obowiązkiem), lepiej naciągnąć ponad setkę ludzi na płacenie warunku.

studia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 527 (585)