Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

amros

Zamieszcza historie od: 25 sierpnia 2011 - 22:44
Ostatnio: 14 czerwca 2020 - 11:37
O sobie:

Jak przystało na zwykłego faceta obijam się całymi dniami, czasem wezmę się za jakąś pracę i ponarzekam na rzeczywistość.

Wychowałem się wśród lekarzy, fizyków i chemików, ale poza tym jestem normalny :P

  • Historii na głównej: 36 z 36
  • Punktów za historie: 25346
  • Komentarzy: 135
  • Punktów za komentarze: 378
 

#84851

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomy buduje mały dom systemem gospodarczym, czyli wszystko (stara się) wykonuje sam. Za terenem budowy jest trochę krzaków, a za nimi wykarczowany teren na drewnianą, lekką altanę, którą wcześniej sobie upatrzył.

Ostatnio zalewał ławy fundamentowe, więc telefon do betoniarni, tyle i tyle metrów betonu takiego i takiego. Zamówił pół metra więcej, niż wychodziło z obliczeń, bo wiadomo, czasem coś się omsknie, więc lepiej mieć zapas. Betoniara z pompą przyjechała, leją, leją, no i zabrakło prawie metr, czyli licząc z zapasem - 1,5 metra. Pierwszy zgrzyt, betoniarkowy mówi, że kolega się pomylił w obliczeniach, no ale oni mogą dowieźć beton, max. 2 godziny i jest z powrotem (błyskawicznie wręcz, bo kolega musiał zamawiać beton z 3 dniowym wyprzedzeniem), tylko że najmniejszy transport to 6 metrów, bo mniej im się nie opłaca. Nieważne że wykorzysta 1,5, płaci za 6. Standard w branży, w pełni zrozumiałe, że nikt wielkiej gruchy nie będzie wysyłał z jakimiś resztkami betonu. Odpuścił, zamówił te 6 metrów, uznając, że nadmiar wyleje na prowizoryczny "fundament" pod altanę przynajmniej na słupkach, chociaż sama konstrukcja nie wymaga fundamentu w ogóle i może stać na gołej ziemi.

Dwie godziny kupa czasu, wymiary altany sprawdzone, obrys wytyczony, prowizorka pod słupki wykopana. Budowlańcy pewnie by się złapali za głowę na taką robotę na "oko". Betoniara wraca, płatność z góry (na fakturze jak byk - 6 metrów), potem leją te 1,5 metra, a betoniarkowy hyc do auta i odjeżdża. Kolega złapał go dopiero na drodze dojazdowej, gość nie reagował na nic, jakby nie widział, że ktoś go goni. Na pytanie, czemu ucieka z pozostałymi 4,5 metrami odpowiedział wprost, że przecież koledze potrzebne tylko 1,5, to wylał półtora, a w ogóle to on nie ma nawet tych 6 metrów, bo zabrał tylko 2 (!). Znajomy wkurzony dzwoni do betoniarni, wyjaśnia sprawę, obiecują dosłać pozostałe 4,5 metra. Betoniarka wraca po raz drugi, betoniarkowy zaczyna bez żadnego polecenia lać beton na trawę (!), przestał dopiero jak kolega z włączoną kamerą w telefonie do niego podbiegł. Wielce urażony wylał w końcu beton tam, gdzie powinien, a po skończonej robocie zawinął się bez słowa (całego betonu nie wylał, znów coś zostało).

Kolega nie odpuścił wkurzony betonem na trawie, drugi telefon, mówi że ma filmiki, że porobione obliczenia są w porządku i betonu nie powinno zabraknąć nawet w 1 transporcie. W betoniarni znów przepraszają, oni "porozmawiają" z kierowcą. Finalnie skończyło zwrotem kasy za drugi transport, ale kolega wątpi, by to sam kierowca wywinął numer z mniejszą ilością betonu, musieli mu tyle załadować na miejscu i liczyć na naiwność klienta, który i tak nie będzie miał co zrobić z pozostałym betonem. A tu się okazało, że miał i wyszły cyrki.

budowa domu betoniarnia Radom

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (192)

#80813

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnie nie pierwsza i nie ostatnia sytuacja dokładnie tego typu, ale osobiście biję brawo dla dziewczyny z tej historii.
Ulica przydworcowa, słupki z łańcuchami, żeby nikt nie parkował na chodniku, gdzieniegdzie bramy wjazdowe. Przy jednej z bram stoi moja znajoma sprzedająca pączki, słodkie bułki itp.

Nagle podjeżdża pan i władca szos, parkuje przed tą bramą prostopadle do ulicy w taki sposób, że między budynkiem a jego maską jest może ze 20 centymetrów luzu, a tyłem wystaje na pas ruchu. Facet wysiada, ale wcale nie otwiera bramy, tylko oddala się gdzieś precz.

Mija pięć, dziesięć, piętnaście minut, chodnik się dosłownie korkuje, bo jednak to ruchliwa ulica, niektóry ryzykują i wchodzą na jezdnię. Standardowo telefon na straż miejską i tak, zaraz kogoś przyślą. Jeden przechodzień najwyraźniej się wkurzył, bo nie zważając na nic przeszedł po masce auta. Mokre buciory, on sam też do wagi lekkiej nie należał, a kilka razy "przypadkowo" tupnął w maskę. Ludzie w szoku, ale część z nich pewnie z chęcią zrobiłaby to samo. Chłopak się już dawno oddalił, korek na chodniku się przerzedził, więc ze zgromadzenia, które widziało ten wyczyn, nie pozostał nikt, gdy wrócił pan i władca.

I widzi swoje autko z małymi defektami na masce.
I pyta najpierw ludzi, potem znajomą, czy czegoś nie widziała, co się stało, czy nie zwróciła na nic uwagi itp.
Znajoma odpowiada krótko, że widziała i może powiedzieć wszystko policji.
Wtedy pan zawiadamia służby, po czym... otwiera bramę i wjeżdża do środka (czyli jednak można było od razu, zamiast zastawiać chodnik).
Policja przyjeżdża na miejsce, pan wyskakuje z bramy, opowiada, gestykuluje, wskazuje na dziewczynę jako na świadka.

A ta zgodnie z prawdą odpowiada, że pan przez ponad pół godziny stał zastawionym samochodem na chodniku, całkowicie blokował przejście i piesi musieli wchodzić na jezdnię, żeby w ogóle przejść.
I nie, nie widziała, co się stało z maską samochodu, bo była zajęta sprzedażą :-)
Policjanci zaprosili pana do siebie do auta, chyba aby uchronić znajomą przed jego morderczym spojrzeniem, więc nie wiadomo, czy zakończyło się to mandatem, pogadanką, czy tylko spisaniem notatki do ewentualnego AC.
A straż miejska w ogóle nie przyjechała.

parkowanie

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (164)

#79220

(PW) ·
| Do ulubionych
Polak Polaka oskubie i na kilka euro.
Kuzynka niegdyś wyjechała do Wielkiego Europejskiego Miasta na studia. W WEM jest zoo, jedno z największych na kontynencie, a jej studia są właśnie z nim związane. Ponieważ była tam częstym gościem wykupiła sobie karnet.

Co ważne, karnety są tam od 1 stycznia do 31 grudnia, niezależnie kiedy się je kupi i można nich wejść powiedzmy 15 razy. Czyli jeśli w ciągu roku się nie wykorzysta tych wejść, to przepadają. Można jednak do końca ważności je wycofać i odzyskać 75% sumy za pozostałe bilety. Dla zobrazowania normalny bilet (1 wejście) kosztuje powiedzmy 20 euro, a 1 wejście z karnetem 15 euro.

Kuzynka nie wykorzystała wszystkich wejść, zostały jej jeszcze trzy, a że nie miała już potrzeby chodzenia do zoo, to karnet sobie leżał i czekał na zwrot do kasy. Podczas jednej z imprez się o tym wygadała polskiemu koledze "po fachu", który studiował razem z nią i też chodził do zoo, ale już wszystkie wejścia wykorzystał. Finalnie wyszło na to, że kuzynka miała mu ten jeden bilet odsprzedać (jedno wejście za 15 euro), a on jej karnet potem zwróci, aby mogła odzyskać pozostałą sumę za niewykorzystane dwa bilety. Dla studenta 5 euro piechotą nie chodzi, więc nie było nic dziwnego w tym, że kolega chciał skorzystać. Kuzynka zainkasowała 15 euro, karnet przekazała w listopadzie z obietnicą zwrotu przed świętami i papa.

Jak się można domyśleć, karnetu już nie zwrócił.
Za to był bardzo oburzony, że obsługa w kasie nie chciała mu oddać pieniędzy za niewykorzystany bilet, tylko żądała, aby pokazał paragon, bo tylko na jego podstawie mogą dokonać zwrotu. Podobno awanturował się tak, że ochrona musiała go wyprosić z budynku kas.

Skąd kuzynka to wie? Bo "pochwalił się" na swoim FB, z ostro rzucanymi paniami lekkich obyczajów na zoo, kobitki w kasie i ochronę opisując całą sytuację wraz z tą niby bójką. Kiedy kuzynka napisała komentarz, że nie ma w tym nic dziwnego, że odmówiły wydania pieniędzy za skradziony karnet, to ją zablokował :)

Polacy zoo

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (196)

#73647

(PW) ·
| Do ulubionych
Radom, godzina szesnasta, piątek, zatłoczony autobus numer 7, większość ludzi myślami już przy weekendzie, grillu i zapewne meczyku. Postanowiłem podjechać dosłownie dwa przystanki do marketu. Wsiadam pierwszymi drzwiami od kierowcy i na dzień dobry słyszę muzykę puszczaną z telefonu.

Mniej więcej na środku siedzą dwaj panowie wieku gimnazjalnego, obaj trzymają w dłoniach telefony i to właśnie oni są źródłem muzycznego łubudubu. Z chłopakami kłóci się jakiś facet koło czterdziestki, a cała rozmowa chyba trwa już jakiś czas, ale jak widzę (słyszę) jego prośby o wyłączenie muzyki są raczej bezskuteczne.

Jedziemy na następny przystanek, kłótnia trwa dalej. Autobus się zatrzymuje, a facet chyba już nie wytrzymał. Wyrwał jednemu z chłopaczków telefon i fru przed drzwi na chodnik. Drzwi się zamykają, autobus odjeżdża. Nikt nie bił brawa, nikt się nie pobił. Tylko muzyka grała dalej.

Tak, facet złapał i wyrzucił nie ten telefon.

autobus muzyka z telefonu

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 247 (307)

#70200

(PW) ·
| Do ulubionych
W parafii moich rodziców jest tradycja, że każda rodzina może "przygarnąć" na święta (zaprosić do wigilijnego stołu lub spędzić całe święta razem) jedną z rodzin, które pozostają pod opieką Caritas. Wiadomo, że często są to rodziny niepełne, patologiczne, ale najczęściej po prostu zwyczajnie biedne. Rodzice od kilku lat kultywują ten zwyczaj.

Wczoraj zadzwoniła do mnie mama. Do drzwi zapukała jakaś kobieta "zbierająca złotóweczkę na dziecko". Pani była trzeźwa, nie narzucała się, więc mama wypytała o jej rodzinę (opiekowała się sama dwiema córkami) i wpadła na pomysł, by zaprosić panią na wigilię, bo skoro i tak mieli kogoś zaprosić, to co za różnica, kto to będzie.

Kobieta ponoć była lekko zszokowana, ale się zgodziła, nawet poprosiła mamę o mąkę i jajka, bo chciała się jakoś odwdzięczyć i upiec chociaż placek. Pieniędzy żadnych nie dostała, mama zamknęła drzwi i na tym sytuacja mogłaby się zakończyć.

Jak zapewne się domyślacie, ledwie drzwi się zamknęły, na okiennej szybie pojawiły się rozbite jajka, a na wycieraczce rozsypana została mąka. Mama zdążyła jedynie dostrzec, jak pani niczym Usain Bolt znika za rogiem ulicy.

dobry_uczynek

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 454 (484)

#67324

(PW) ·
| Do ulubionych
Od czwartku do rejestracji dobija się kobieta, że ona koniecznie chce do pani doktor X, bo taka znana, że ją koleżanki polecają, że siódmy cud świata i w ogóle to w weekendy pani doktor ludzi wskrzesza. Ponieważ terminów nie było poza dzisiejszymi, została umówiona na godzinę ósmą (wchodziłaby pierwsza). Pani się zgodziła.

Nie przeszkadzało jej to dzwonić od czwartku co około ~2h z pytaniem, czy nie zwolniły się wolne terminy, bo ona koniecznie musi do tej lekarki. Przychodnia czynna od 8-20, a kobieta z diabelską regularnością wydzwaniała codziennie z tym samym pytaniem. Mimo że przy rejestracji została poinformowana, że gdyby termin się zwolnił, to zadzwonimy sami.

Przychodzi dziś uśmiechnięta, uśmiechnięta wchodzi do gabinetu i po kilkunastu sekundach wybiega. I krzyczy na całą poczekalnię, że ją okropnie okłamaliśmy, że ona nas pozwie i NFZ naśle, BO JAK TO TAK MOŻNA.

Co nie pasowało pani? Uznała, że lekarka na wózku inwalidzkim nie jest odpowiednią osobą, która mogłaby ją badać. Pani doktor pracuje w naszej przychodni jako diabetolog.

piekielni pacjenci

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 547 (571)

#60483

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie pewna warszawska uczelnia nosząca imię pewnego prymasa Polski. I na tej uczelni studiuje moja kuzynka, która mimo że poprzedni rok ma zaliczony na średnią 4,8, wedle uczelni zapłacić musi ~500zł za wpis warunkowy. Zresztą nie tylko ona - cały jej rok (~120 osób).

Dlaczego? Warunkiem uzyskania zaliczenia roku jest posiadanie wszystkich wpisów z ocenami w indeksie, na karcie egzaminacyjnej oraz w USOSie. O ile pierwsze dwa wpisy są, o tyle pewien szanowny doktorzyna od czerwca ubiegłego roku nie raczył całemu rocznikowi wpisać ocen do USOSa. Dziekan problemu wtedy nie widział i na podstawie indeksów zaliczył ludziom rok. Minęło jednak 12 miesięcy i studenci dostali wezwanie do opłacenia warunku. Bo jednak dziekanowi/rektorowi/ministrowi się nie spodobało, że tego durnego wpisu w USOSie nie ma. A ma być.

Więc zamiast ganiać doktorzynę, aby uzupełnił oceny (co jest jego za*ranym obowiązkiem), lepiej naciągnąć ponad setkę ludzi na płacenie warunku.

studia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 522 (580)

#58045

(PW) ·
| Do ulubionych
Salon fryzjersko-kosmetyczny, gdzie jest specjalny kącik dla dzieci, z wykładziną, zabawkami, więc mamy przychodzące z pociechami mogą je tam zostawić pod opieką recepcjonistki (i jednocześnie mojej znajomej) i spokojnie poddawać się zabiegom upiększającym.

Czekam w poczekalni, aż żona stanie się jeszcze piękniejsza, gdy koło 11 przychodzi klientka, koło 60 lat, z może 3-letnim dzieckiem, więc pewnie wnuczkiem, które się bawi kąciku. Po skończonej usłudze pani się ubiera, płaci i wychodzi. Bez dziecka. Fryzjerka w szoku, recepcjonistka w szoku, klientki w szoku - jedna wypadła na ulicę, ale babci brak.

Recepcjonistka sprawdza w książce zapisów - jest numer telefonu, dzwoni. Pierwsza rozmowa: "No zaraz, zrobię zakupy i wrócę po Krzysia". Druga rozmowa: "Nie zawracaj mi du*y, zapłaciłam przecież". Kolejne połączenia odrzucone. W takim razie pora na SMS - poszła wiadomość, że jeśli kobieta nie wróci w 15 minut, to znajoma dzwoni po policję. W odpowiedzi przychodzi SMS "Nie żartuj se".

Nikomu nie było do żartów, po 15 minutach telefon na policję, która całkiem szybko się uwinęła, bo panowie w mundurach przybyli po kolejnych 10. Tym razem to policjant wykonał telefon - najwyraźniej skuteczny, bo 20 minut później babka była z powrotem i od razu we wrzask. Dostało się każdemu, także Bogu ducha winnemu dziecku.

Pani została przez policjantów wyprowadzona na zewnątrz, więc nie mam pojęcia jak to się skończyło. Ale cóż, będzie miała co wnuczkowi opowiadać.

kraków salon fryzjerski

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1017 (1041)

#56428

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja żona pracuje w sieci żółtych dyskontów z czerwonym robalem i wraz z nadejściem jesienno-zimowej pory, szefostwo wydało odgórne rozporządzenie, aby na obiekt nie wpuszczać bezdomnych, osób pijanych lub ogólnie "źle wyglądających", bo odstraszają klientów.

Oczywiście - o ile pijanych bywalców biedronkowych salonów (a takich jest naprawdę wielu w akurat tym sklepie, bo park blisko i ludzi się dużo kręci, którzy "ratują złotóweczką") można wyprosić, o tyle całkowicie niezrozumiałe jest to w stosunku do osób bezdomnych (trzeźwych!), które chcą się zwyczajnie chwilę ogrzać i nikogo nie zaczepiają.

Zazwyczaj nawet nie wchodzą na sklep, tylko stoją w przejściu między drzwiami wejściowymi a wyjściowymi i nikomu nie przeszkadzają, a nawet niekiedy jakiś klient sam z siebie da im bułkę lub kupi napój. Nie koczują, nie spędzają w sklepie całego dnia, wchodzą na dziesięć minut i idą dalej, być może do innego sklepu czy kolejnego ciepłego miejsca.

No ale żyjemy w Polsce - do sklepu przybyła wczoraj kontrola z regionalki i trafiła akurat na takiego bezdomnego, którego ani ochroniarze, ani pracownicy sklepu nie mieli serca wyprosić. Kto mieszka w Warszawie ten wie, że mimo ładnego słoneczka bardzo wiało i chwilami człowiek stojąc na przystanku zaczynał do niego przymarzać.

Kontrola była w godzinach porannych - o 15 przyszło pismo z żądaniem wyjaśnień i całą listą konsekwencji (na czele ze zwolnieniem kierownika i pracowników mających wtedy zmianę), a dzisiaj cały zespół sklepu zastanawia się, jak wytłumaczyć osobom grzejącym swoje tłuste tyłki w wygodnych fotelach w biurach, że czasem zwykły ludzki gest i dobry uczynek są ważniejsze niż bzdurne zarządzenia.

biedronka warszawa

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 647 (803)

#53618

(PW) ·
| Do ulubionych
Zepsuła mi się myszka komputerowa, więc zaglądam na stronę sklepu oferującego takie artykuły. I jest - niestety tylko cztery dostępne, ale! taki sam egzemplarz znajduje się w stacjonarnym sklepie w moim mieście, więc nie muszę nic zamawiać przez Internet.

Wchodzę do środka, a tam za biureczkiem siedzi panna w wieku około 20-23 lat, z wściekle białymi włosami (bo typowy blond to na pewno nie był), próbująca coś pisać na klawiaturze swoimi metrowymi tipsami. Cóż, nazwę modelu i producenta znam, więc może nie będzie problemu...

Pierwsze piętnaście minut spędziłem na dyktowaniu pannie numeru modelu, który usiłowała wpisać do systemu. "Nie, nie mamy tutaj takiego modelu, jest zaznaczony, ale jako WYS". No dobrze, może coś na stronie mieli pochrzanione. Chcę już wyjść i wtedy widzę za szybą moją upragnioną mysz. Na wystawie. Wracam, uśmiecham się i mówię, że chciałbym kupić właśnie ten model z wystawy. Panna patrzy na mnie nieprzytomnie, więc pukam w szybkę, wskazując palcem.

Kolejne piętnaście minut spędziłem na czekaniu, aż znajdzie się klucz do wystawy. Nie znalazł się, panna dzwoni po kierownika.

Kolejne piętnaście minut spędziłem czekając, aż kierownik może odbierze. Odebrał przy setnym połączeniu. Klucz jest w szufladzie. Hurra. Ale nie do końca. Bo ona nie wie, czy może sprzedawać produkty z wystawy. Znów dzwonienie do kierownika, tym razem w ogóle nie odebrał.

Następne piętnaście minut to już oczekiwanie, aż panna na zapleczu znajdzie jakiś "zapasowy" egzemplarz, mimo że kilkakrotnie jej mówiłem, że wg informacji ze strony w sklepie jest TYLKO jeden i to zapewne ten z wystawy.

Zaczynałem się wkurzać, bo kilkuminutowa wyprawa zamieniała się w jakąś farsę. W końcu powiedziałem, że dziękuję, zamówię przez Internet.

Po tygodniu wracam - znów ta sama panienka siedzi przy biurku, ale tipsy chyba ciut mniejsze. Wyłuszczam sprawę - tak, tak, zamówienie jest gotowe - po czym wstaje i wyjmuje moją mysz z wystawy. Tą samą, której tydzień temu nie mogłem kupić.

sklep komputerowy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 715 (767)