Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

andtwo

Zamieszcza historie od: 13 grudnia 2016 - 19:11
Ostatnio: 11 lipca 2019 - 17:58
  • Historii na głównej: 17 z 18
  • Punktów za historie: 2065
  • Komentarzy: 335
  • Punktów za komentarze: 1762
 

#84660

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w małej miejscowości. Nasz Urząd Gminy posiada parking na ok. 12 samochodów.

Zajechałam do wyżej wymienionego przybytku celem oddania głosu, szukam miejsca parkingowego i co widzę?

Samochód zajmujący dwa miejsca parkingowe. Dosłownie przez środek auta przebiegała linia oddzielająca miejsca. Obok stoi ok. 50-letnie małżeństwo. Bardzo mnie denerwuje takie zachowanie, więc po zaparkowaniu auta podchodzę do małżeństwa:

J - Dzień dobry. Proszę pana, bardzo nieładnie pan zaparkował samochód.

Pan się zmieszał, a ja właściwie zaczęłam się oddalać. Wtedy rozmowę podjęła żona:

Ż - Dlaczego?
J - ... Auto zajmuje dwa miejsca parkingowe.

I tu pada odpowiedź na poziomie... Sami oceńcie:

Ż - Ale proszę pani, my przy aucie stoimy, jak ktoś przyjedzie i będzie chciał zaparkować, to wystarczy, że powie, a my auto przeparkujemy, dlatego tu stoimy, co za problem.

Parkowanie

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (128)

#84519

(PW) ·
| Do ulubionych
Stanęłam sobie w dość długiej kolejce do Punktu Obsługi Klienta w hipermarkecie, który z mężem nazywamy "ąhą".
Przede mną stała [B]ohaterka historii - kobieta około 50 lat, schludna, miła (zamieniłyśmy 2 zdania).
Kolejka szła tak wolno, że prawie wyszłam z siebie i stanęłam obok.

Okazało się, że ludzie wymieniają karty "skarbonki" i ta procedura znacząco wydłuża czas oczekiwania.
Ale swoje wystałam, jest obsługiwana [B].
Generalnie rozmowy nie podsłuchiwałam, ale moją uwagę przykuło, że pani z POK po raz trzeci powtarza jedno i to samo zdanie, tylko ubrane w inne słowa: "tak jak pani powiedziałam, pieniądze znajdujące się na starej karcie już są przelane na nową kartę, natomiast 5 zł otrzyma pani na kartę dzisiaj po południu lub po majówce". Tłumaczyła także, że nie ma czasu teraz przelać tych 5 zł, bo cały czas ma klientów.
Po czwartym wyjaśnieniu [B] odeszła.

Moja kolej. Sama mam kartę skarbonkę, więc zapytałam, czy ta wymiana na nową jest konieczna? Owszem, nie jest. Ale jeśli się wymieni na nową, to sklep przelewa na kartę 5 zł. Dodatkowo "promocja" trwa jeszcze tylko dwa dni
i wszyscy nagle sobie przypomnieli, że kartę trzeba wymienić, bo inaczej straci się 5 zł.

Nagle wraca [B]:
"A czy jeśli ja teraz stanę na końcu tej kolejki i do pani dojdę, to pani mi da te 5 zł?"
Ręce mi opadły. Bo raz, stać 2 godziny w kolejce po to, żeby dostać 5 zł?* Kobieta na pewno nie była uboga. A dwa, zaczynam sądzić, że zabieg "udam, że nie rozumiem" jest celowy. Co chwilę jestem świadkiem podobnego zagrania i to nie tylko ze strony osób starszych.

Jednak sama promocja wydaje się być mocno podejrzana. Sklep płaci (strzelam) kilkaset tysięcy na to, aby jedynie zmienić design karty i dorzucić karty - breloki? A może głównym celem jest aktualizacja danych osobowych? Jeśli tak, to chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak cenne dla firm są dane osobowe...

* Od razu skojarzyło mi się z przychodnią, ale tam to chociaż by siedziała i sobie pogadała...

hipermarket

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (92)

#84088

(PW) ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze.

Od jakiegoś czasu miałam wystawioną suknię ślubną na olx.
2 tygodnie temu zadzwoniła pani, że jest suknią zainteresowana, bardzo.
Pani, sądząc po głosie, miała ponad 40 lat, ale poinformowała, że suknia jest dla niej, jest w drugim miesiącu ciąży i za miesiąc bierze ślub. No nic, dziwne to, ale nie mnie oceniać. Umówiłyśmy się, że doślę zdjęcia butów, bo buty też chętnie kupi.

Zadzwoniła z rana na drugi dzień, bo "nie mogła się doczekać", mimo, że miałam wysłać zdjęcia po południu. Pani przyjedzie przymierzyć suknię, jak tylko kupi sobie pas do pończoch (jak wyjaśniła, przymiarka sukni tylko w pończochach i pasie). Ale na pewno kupi, ona już to wie. Kobieta po drodze raczyła mnie bardzo dziwnymi historiami, których nie będę przytaczać.

Trzeci - piąty dzień. Pani dzwoni codziennie, nigdzie nie ma pasa do pończoch. Padają dziwne pytania i kolejne dziwne historie. Tu już czułam się mocno niekomfortowo, kobieta poruszała osobiste tematy, ale pozbycie się sukni kusiło... Jednak żółta lampka się zaświeciła.

Dzień szósty. Znowu dzwoni. Byłam już zmęczona rozmowami z tą kobietą, odebrałam z zamiarem prośby o nie telefonowanie do mnie więcej. Jednak pani informuje, że jest w ciąży pozamacicznej, wesele stoi pod znakiem zapytania. Bardzo jej współczułam, wstrzymałam się z wcześniej podjętą decyzją.

Dzień siódmy. Pani dzwoni wielokrotnie, dopóki nie odbieram. Po krótkiej rozmowie próbuję się pożegnać. W końcu informuję, że nie mam czasu na rozmowy, ani teraz, ani ogółem. Ok, pani zadzwoni za kilka dni i powie,
czy na pewno odwołuje wesele.

Dzień jedenasty, wczoraj. Patrzę na telefon - 5 nieodebranych połączeń od tej pani plus jedno z innego, obcego mi numeru. Oddzwaniam najpierw do pani. Ślub przesunięty na kwiecień. Ok, pora zakończyć tę rozmowę i wątpliwej przyjemności znajomość, nie mam zamiaru użerać się z nią do kwietnia. Mimo, że moje dziecko zaczęło płakać, kobieta nie chciała zakończyć rozmowy.
Już wkurzona rozłączyłam się. Oddzwaniam na ten drugi numer. Okazuje się, że to ta sama pani, mimo, że głos miała z początku zupełnie inny, wręcz męski.
Ja zmieszana, pani zmieszana. Zapaliła mi się czerwona lampka. Sprawdzam numer w google i czytam jedną z kilku opinii: "kobieta o męskim głosie, dzwoni w sprawie sukni ślubnej z olx. Dopytuje o dziwne rzeczy, w tym też o pończochy i pas do nich (...)".

Oba numery już zablokowałam. Jak sobie pomyślę, że przez 2 tygodnie rozmawiałam z jakimś zboczeńcem, to mi niedobrze.

ludzie z olx

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (165)

#84014

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii szkolnych.
O osobach opóźnionych w zwykłej szkole i specjalnym traktowaniu.

Mieliśmy w klasie takiego jednego Grzesia.
Grzesiu był bardzo małych rozmiarów, z zapuszczanym młodzieńczym wąsikiem. Intelektualnie lekko opóźniony w rozwoju.

Pewnego dnia mamy klasówkę. Przedmiot zawodowy. Na następnej, tej samej lekcji nauczycielka od razu sprawdza, ocenia i oddaje.
Kolega dostał 1. Poszedł negocjować z nauczycielką, bo jednak coś tam napisał, a nuż się uda :)
I tak stoi drugi w kolejce, patrzy na biurko, a tam praca Grzesia - zero jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania, ocena 3.

Przyszła kolej kolegi. Opisuje sytuację i pyta, jak to możliwe, że Grzesiu ma 3, a on 1.
Odpowiedź nauczycielki: No bo to jest Grzesiu...

Jedynym przedmiotem, na którym Grzesiu często dostawał jedynki, był język polski. Kiedy jedynek się trochę nazbierało, a zbliżał się koniec semestru
(albo roku, już nie pamiętam), do polonistki na rozmowę przybył ojciec Grzesia. Ojciec Grzesia tłumaczył, że Grzesiu jest taki i taki i czy mogłaby go oceniać inaczej.
Polonistka odpowiedziała, że ona już go ocenia inaczej, ale minimum materiału jest w stanie ogarnąć. A jej zadaniem jest przygotować Grzesia do matury. Ojciec ma z synem usiąść i nauczyć. Grzesiu oceny poprawił szybko, klasówka po klasówce.

W podstawówce (a potem gimnazjum) też miałam w klasie opóźnioną dziewczynę. Pod koniec szkoły nauczyciele jawnie ją krytykowali po klasówkach, że mogła chociaż przeczytać materiał/ nauczyć się 5 słówek/ nauczyć się czegokolwiek, a nie czekać na ocenę za nic. Po gimnazjum poszła do szkoły specjalnej.

Szkoła

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (164)

#83802

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam konto oszczędnościowe w banku Y, założone przez dziadków i przez nich zasilone. Dziadkowie mieli tam także swoje zwykłe konta. Zawsze byli obsługiwani w banku Y przez jedną panią. Pani zawsze miła, uśmiechnięta.
Ja posiadałam zwykłe konto w banku X i z niego korzystam do dziś.

Pewnego dnia postanowiłam pobrać połowę kwoty z konta w banku Y i przelać ją na konto w banku X. Trafiłam akurat na wyżej wspomnianą panią.
Poinformowałam ją przy okazji, że w kolejnym miesiącu pobiorę pozostałe pieniądze i konto będę zamykać.
Pani była bardzo zasmucona tym faktem. Nawet trochę za bardzo.
Wręcz odniosłam dziwne wrażenie, że ona uważa, że te pieniądze mi się nie należą (nigdy jej nie lubiłam i był to jeden z powodów zamknięcia tam konta).
Chwilę namawiała mnie, abym konta nie zamykała, po czym zaproponowała otwarcie zwykłego konta.
Grzecznie odmówiłam. Po pięciu minutach zaczęłam odmawiać już coraz bardziej zniecierpliwiona. Wyszłam z pracy na chwilę, żeby załatwić swoją sprawę, a minuty lecą. Po 10 minutach telefon z pracy zaczął się urywać, musiałam szybko wracać, więc powiedziałam, że muszę się zastanowić.
Pani zaproponowała, że ona przygotuje dokumenty, i za miesiąc, jak się zdecyduję, to je podpiszę, a jak nie, to nie. Ale mimo wszystko poleca. Ok, ok, po czym wychodzę.

Wracam po miesiącu do banku Y. Znowu ta sama pani (jak pech to pech). Zamknęłam konto oszczędnościowe, po czym pani wyciąga dokumenty do podpisania w celu otwarcia nowego konta. Poinformowałam panią, że jednak nie jestem zainteresowana, nie potrzebuję tego konta i nie będę go otwierać.
Jak ona się zdenerwowała! "Tak się nie robi!", "bardzo nieładnie!".
Ona poświęciła swój czas! Ja teraz MUSZĘ te dokumenty podpisać!

W pewnym momencie podniosła głos o jeden ton, ale szybko się zreflektowała. Nawet wspomniała, że tyle lat opiekowała się kontami dziadków, a ja teraz takie rzeczy robię... Ostatecznie zaproponowała, abym konto otworzyła i od razu zamknęła.
Konta nie otworzyłam, w końcu miesiąc wcześniej mówiła, że nie muszę ich podpisywać. Zresztą wychodzę z założenia, że nic nie muszę, dopóki się nie podpiszę.

bank

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (131)

#83558

(PW) ·
| Do ulubionych
Pediatrzy alarmują, że matki zbyt wcześnie rozszerzają niemowlakom dietę, nawet tym, które są na mleku modyfikowanym.

Karmię piersią. Rozpoczęłam przygodę rozszerzania diety mojemu dziecku zgodnie z zaleceniami WHO, ale chyba rozumiem, dlaczego inne matki tak się z tym spieszą - presja otoczenia.

Poniższe przykłady występowały na przestrzeni pierwszych 5 miesięcy życia mojej córki.

Moja teściowa od skończenia pierwszego miesiąca mojego dziecka:
A dajesz już małej owoce? A może damy jej owocka? Damy? Damy? Już powinnaś dawać jej herbatki i zupki. O, tu masz taką książkę, wszystko ładnie opisane (książka ma chyba z 30 lat). I tak przy każdym spotkaniu.

Moja ciocia (mała była śpiąca, zaraz poszła spać):
Jej się chce pić, przecież widzę! Daj jej coś do picia!
Przez kilka minut nie mogłam uśpić dziecka, bo ciągle o tym gadała.

Koleżanka, która ma dziecko starsze o 3 miesiące od mojego, rozszerzała dietę po 4. miesiącu:
A kiedy będziesz rozszerzać? Moim zdaniem najlepiej po 4. miesiącu, po 6. miesiącu to już za późno. Jeszcze nie dajesz jej żadnych owoców albo warzyw?
(I tu dziwne spojrzenie na mnie).

Lekarka (sędziwego wieku):
Jak to nie dajesz nic do picia? Toż to trzeba dawać wodę, herbatki, już od pierwszego miesiąca! Od trzeciego miesiąca życia powinno się dawać zupki, a ty jeszcze nie dajesz?! Karmić co 3 godziny, nie częściej! Dziecko ma się nauczyć! I w ogóle nie karmić w nocy, w nocy się śpi! (Ostatnie zdanie to mój faworyt).

Mój własny mąż.
Miejsce akcji - u teściów, tydzień temu. Mąż daje córce łyżeczkę kompotu. Jedną, drugą, mówię stop.
Teściowa: ale jej smakuje, daj jej jeszcze!
Mąż daje kolejną. Już wkurzona mówię, że ma jej więcej nie dawać, przecież w kompocie jest tona cukru! Na szczęście przestał, ale teściowa była niepocieszona.

Generalnie wszystkie te osoby są do rany przyłóż, ale chwilami już miałam dość tej nagonki. Moje tłumaczenia odbijały się echem od ścian. Ja się nie dałam, ale niejedna kobieta złamie się pod wpływem mamy/teściowej/lekarza starej daty/koleżanki.

Rozszerzanie diety

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (171)

#83658

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwonek do drzwi. Otwieram, stoi pan. Pan okazał się [K]omornikiem.

Rozmowa niemal cytowana, ale powiedzmy, że w przybliżeniu:

[K] Dzień dobry, komornik XYZ, czy tu mieszka pani Renata Jarkiewicz*?
[Ja] Dzień dobry, Nie.
[K] Tutaj jest Słomiana 28, tak?
[J] No tak...
[K] Gmina Piekiełko, prawda?
[J] Zgadza się, ale...
[K] Więc może pani Jarkiewicz kiedyś tu mieszkała, może była lub jest tu zameldowana?
[J] Na pewno nie mieszkała, ani nie jest zameldowana, pierwszy raz słyszę to nazwisko.
[K] Jest pani pewna, że ta pani tu nie mieszka? Według moich dokumentów pani Jarkiewicz jest tutaj zameldowana.
[J] Ale mówię panu, że nie jest zameldowana, nigdy nie była i nigdy ktoś taki tu nie mieszkał.
[K] Wie pani, bardzo dziwna sprawa, bo ja mam w papierach że pani Jarkiewicz tu mieszka.

Cała rozmowa trwała 10 min, pan zadawał ciągle te same pytania jak wyżej. Widziałam, że w ogóle mi nie wierzy i nie wiedziałam, jak się go pozbyć.
A komornik nie miał najmniejszego zamiaru się pożegnać,
właściwie w międzyczasie zdążył wejść do domu.
I tak sobie stoimy i rozmawiamy w kółko o tym samym i nagle mnie olśniło.
[J] A może pan szuka pani z miejscowości Aniołów, gmina Piekiełko?
[K sprawdza w papierach] Tak, zgadza się!
[J] To tutaj jest miejscowość Piekiełko, gmina Piekiełko...

Wpadłam na to, bo przypomniało mi się, że kilka razy listonosz przyniósł mi list zaadresowany właśnie do tej drugiej miejscowości.

Strasznie nachalni ci komornicy...

*zmienione.

Komornik

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (117)

#83215

(PW) ·
| Do ulubionych
Na studiach miałam w grupie chłopaka na wózku inwalidzkim, [T]. Kolegowaliśmy się. [T] jest osobą, do której pewne sprawy nie docierają, jeśli nie chce, żeby dotarły. Ma też zbyt wysokie mniemanie o sobie, moim skromnym zdaniem. Jego świat to był przede wszystkim świat wirtualny (dopiero studia dzienne wyrwały go do prawdziwego). Miał [P]rzyjaciółkę, a [P]rzyjaciółka bliską koleżankę, [A]nię. [P] ich ze sobą "zapoznała".

[T] znał [A] tylko przez internet. Wymienili ze sobą wiele maili. [A] była piękną dziewczyną (widziałam jej zdjęcia), mieszkającą w Ameryce, posiadającą własne studio modelek. [T] był po uszy w niej zakochany, marzył, aby się z nią spotkać. [A] była dla niego najważniejsza, była całym jego światem. Wielokrotnie zapraszał ją do siebie, a ona wielokrotnie obiecywała odwiedziny, jak tylko będzie w Polsce. Generalnie dużo mu obiecywała, za dużo.

Przez 5 lat wysłuchiwałam, jaka [A] jest wspaniała, cudowna, idealna, kiedyś będą razem. Ale też widziałam, jak [T] było przykro, kiedy kolejny raz łamała mu serce, nie odpisując na maile po kilka miesięcy. Wysyłał mi ich ostatnią rozmowę i prosił, abym znalazła powód, dlaczego ona się na niego obraziła. [T] za każdym razem był pewien, że przestała odpisywać, bo coś źle napisał, może był zbyt śmiały w wyznaniach? A wyznania miał głębokie, mnie też się czasem zwierzał.

Wiele razy mu tłumaczyłam, że to z nią jest coś nie tak, że ona nie jest tego warta, że musi sobie dać spokój, że to go tylko niszczy. A [A] zawsze wracała. Wystarczyło "przepraszam, nie miałam czasu", a [T] wszystko jej wybaczał. Za każdym razem [P] broniła [A], że zajęta pracą, trudny okres itp.

Skończyliśmy studia, kontakt się urwał. Po kilku miesiącach [T] do mnie pisze, że [A] nie odzywała się do niego od kilku miesięcy. Mnie już ciśnienie podniosło się na maxa, nie znosiłam tej laski i nie rozumiałam, dlaczego wodzi za nos kalekiego chłopaka przez tyle czasu. Nie chciałam o niej słuchać.

Ale [T] kontynuował. [A] nie odpisywała już od miesięcy, więc ciągle prosił [P], aby ta skontaktowała się z [A], bo on tęskni, kocha, już nie może wytrzymać.

W końcu [P] przyznała, że [A] nie istnieje, że ona ją wymyśliła, i że tak naprawdę to z nią pisał przez te 8 lat (!!!). Przeprosiła, ale już ma dość udawania [A].

Przyjaciółka

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (154)
zarchiwizowany

#83056

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W pewnej malutkiej gminie od kilkunastu lat osobą rządzącą całą wsią jest... proboszcz.
Wszyscy się go boją, bo potrafi w niedziele z ambony obrazić każdego, kto mu podpadnie. Oczywiście nazwiskami nie rzuca, ale tak opisuje daną osobę,
że każdy wie, o kogo chodzi.

Ogółem:
- W ławkach mogą siedzieć wyłącznie osoby, które dają pieniądze na kościół (taca się nie liczy)
- nie ma możliwości zmiany daty intencji mszalnej. Nie obchodzą go żadne okoliczności. Nieważne, że za osobę zmarłą są msze 2 razy w tygodniu przez
2 miesiące, tej jednej nie przesunie.
- bardzo dokładny cennik, np. intencja mszalna w niedziele 80 zł, w tygodniu taniej.
- rachunek za pogrzeb jest o wiele niższy, niż w rzeczywistości.
- proboszcz potrafi stwierdzić, czy dana osoba zasłużyła na pogrzeb,
czy też nie.
- przy wszelkich próbach bezpośredniego zwrócenia uwagi, proboszcz dosłownie UCIEKA.
- parafianie ciągle dają za mało pieniędzy. Proboszcz wyzywa z ambony,
że parafianie tak mało dają. Generalnie, o pieniądzach mówi w kółko- mało, mało, mało.
- Pierwsza Komunia Św. Dziecko zapomina książeczki. Komentarz proboszcza: To teraz przyda ci się jedynie w trumnie.
- czy to na niedzielnej mszy, czy to nad trumną zmarłego na cmentarzu: za dużo kwiatów! po co tyle kwiatów!
- krytykuje, obraża, osądza, uwielbia plotki.

Konkretna sytuacja:
Co tydzień Kościół sprzątają parafianie. Dom po domu. Co tydzień przychodzą osoby z dwóch domów. I tak z jednego z domów przyszła tylko jedna osoba ([P]ani), mimo, że mieszka ich kilkoro. Dodam, że rodzina ta jest dość biedna, dorabiają sobie zbieraniem jagód czy grzybów. Proboszcz nie omieszkał
z ambony poinformować wszystkich, że jak to tak, że tylko jedna osoba.
A w ogóle to on kiedyś od nich grzyby kupił, takie drogie były, że mógłby sobie kupić za te pieniądze bilet do Chin i z powrotem! Na mszy akurat była [P], która bardzo się zdenerowała, wstała i do niego z awanturą. Wszyscy w kościele zaczęli bić brawo, msza zakończyła się ekspresowo, po której proboszcz szybciutko się zmył. Po tego typu akcjach jest grzeczny przez jakis czas.

Ten sam proboszcz, a jakże, ma dwójkę dzieci.

Wielokrotnie na przestrzeni ostatnich lat były wysyłane listy do konkretnych biskupów, arcybiskupów, kurii, aby usunąć proboszcza, ponieważ odsuwa ludzi od wiary. Proboszcz panuje do dzisiaj.

Proboszcz

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (157)

#82223

(PW) ·
| Do ulubionych
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, cz. 2.

Wraz z [S]iostrą, poprzez umowę notarialną, z klauzulą, że nikt nie ma prawa do zachowku, otrzymałyśmy od dziadka duży dom. Dom mocno zaniedbany, wymagający generalnego remontu.
Z [S] wiele razy rozmawiałyśmy o tym, co zrobimy z domem, ale obie byłyśmy zbyt młode, jak na podjęcie takiej decyzji, więc to odsuwałyśmy w czasie. Wiedziałyśmy, że mieszkać razem nigdy nie będziemy (odsyłam do cz. 1 - http://piekielni.pl/81932).

W historii występuje mój już wtedy [M]ąż.

Pierwszą część historii zakończyłam na etapie wyprowadzki [S] do miasta obok.
W mieście mieszkała przez rok, w tym czasie utrzymywałyśmy normalny kontakt (nie było o co się kłócić).

Właśnie po roku od jej wyprowadzki nasz brat, mieszkający od 9-ciu lat za granicą, zaproponował jej, aby przyleciała do niego, on jej pracę załatwi i zamieszkają razem. Długo się nie zastanawiała, w ciągu miesiąca znalazła się u niego, biorąc ze sobą koleżankę [K]arolinę (razem mieszkały
i pracowały w mieście).

Po dwóch tygodniach od wyjazdu poinformowała mnie, że muszę podjąć decyzję, czy sprzedajemy dom, czy ja odkupię od niej połowę. Nie byłam gotowa na podjęcie takiej decyzji na już, o czym ją poinformowałam. Zaczęły się telefony co drugi dzień, raz od [S], a innym razem od naszego brata (który ze sprawą nie miał nic wspólnego).

Telefony typu:
[S] Kur... nie mam za co żyć, potrzebuję pieniędzy, zaraz wyląduję na ulicy!
[J] Jak to możliwe, skoro wzięłaś ze sobą 30 tys. złotych? (oszczędności po dziadku)
[S] Kur... ty nic nie rozumiesz, tutaj to są grosze, jeszcze musiałam pożyczyć Karolinie! Wyślij mi pierwszą ratę 20 tys. za dwa dni (aha, to już decyzja podjęta, że kupuję? :) )
[J] Jak dobrze wiesz, ja nie mam nawet złotówki. Pieniądze ma mój [M]ąż i najpierw muszę z nim podjąć decyzję. A poza tym, nawet gdybym pieniądze miała, to bez umowy notarialnej nie wyślę ci nawet 100 zł.
[S] Kur… ty mi nie chcesz dać moich pieniędzy! To są moje pieniądze i masz mi je dać!
[J] To nie są twoje pieniądze, tylko twoja połowa domu, a to dwie różne rzeczy.
[S] Ja pier... ty jesteś nienormalna! Zaraz ma do nas dolecieć chłopak Karoliny, czy ty nie rozumiesz, jaką mam teraz ciężką sytuację?!

Po tej rozmowie dzwoni [B]rat.
[B] Słuchaj, połowa domu jest [S] i jej się ta kasa należy.
[J] A może ty mi wyjaśnisz, jak to jest, że ludzie wyjeżdżają za granicę, żeby zarobić 30 tys., a ona tyle wywiozła i po 2 tygodniach grozi jej ulica?
[B] Taa, tylko ci ludzie mieszkają po 30 osób w jednym pokoju, a [S] przecież na starcie musi się urządzić.
[J] A nie może zacząć się urządzać, jak już zacznie pracować? Przecież mieszka z tobą.
[B] Ale musimy wynająć inny dom, bo się ciasno zrobiło, potrzebujemy 3 tys. EUR na zaliczkę (kwoty dokładnie nie pamiętam).
[J] Siedzisz tam od lat, [S] pojechała z pieniędzmi i co, nie macie na zaliczkę? Skoro ją tam ściągnąłeś, to chyba zdawałeś sobie sprawę, co to oznacza?
[B] Ale ja nie mam kasy! Jeszcze ma dojechać chłopak Karoliny.
[J] A właśnie, kto normalny ściąga do siebie jakiegoś kolesia, kiedy sytuacja jest taaaka krytyczna? Przecież [S] i [K] jeszcze nawet nie zaczęły pracować!
[B] No chcą, to ściągają, co nie. Słuchaj, bo [S] już rozmawiała z prawnikiem i jesteś raczej w kiepskiej sytuacji (tutaj zaczęły się groźby).
[J] Fajnie, tylko oboje wiecie, że ja nie mam pieniędzy.
[B] No to pogadaj z [M], kupujcie i po problemie.

Kolejna rozmowa z [S]:
[S] Masz podjąć decyzję, kupujesz ten dom, czy go sprzedajemy, ile można się zastanawiać?!
[J] Przez ostatnie lata obie się zastanawiałyśmy, a teraz ja mam podjąć decyzję w tydzień?!
[S] Rozmawiałam z prawnikiem, i to ty masz w tej sytuacji przeje...ne, a nie ja, hahaha. Tak że do jutra chcę decyzję.

Tego typu telefony trwały przez miesiąc. W międzyczasie prowadziłam rozmowy z [M], który domu kupować nie chciał. Nie chciał, bo dom dużo za duży, wymagał włożenia w niego równowartości nowego, małego domku. Kto duży, stary dom ma, ten wie, że to jest skarbonka bez dna.

W końcu do [S] dotarło, że pogróżki nic nie dają, postanowiła się pogodzić i ustalić, kiedy dam ostateczną odpowiedź, czy dom kupię, czy sprzedajemy.
Termin ustaliłyśmy, miałam dodatkowych 5 miesięcy na podjęcie decyzji, wypadało to na grudzień. Do grudnia kontakt miałyśmy bardzo dobry.

W końcu grudzień przyszedł, 3 dni przed świętami [S] pyta o decyzję.

W tamtym czasie przechodziłam trudny okres i nie brałam pod uwagę żadnego zakupu domu, więc poinformowałam [S], że dom sprzedajemy.

Wywiązał się dialog:
[S] No i ok, to wyślij mi zdjęcia pomieszczeń, na pewno wszystko posprzątałaś na święta, hehe, to zdjęcia będą w sam raz, żeby wystawić ogłoszenie w necie. Ja się wszystkim zajmę, tylko zdjęć potrzebuję.
[J] No nie, nie posprzątałam. Przypominam, że mieszkam na jednym piętrze, a jest jeszcze parter, poddasze i piwnica. Poza tym, zanim wystawimy dom na sprzedaż, to trzeba trochę ogarnąć - przejrzeć wszystkie rzeczy i wyrzucić, co niepotrzebne.
[S] No to ogarnij.
[J] Ale tego nie da się zrobić w 3 dni, sama wiesz, ile tu jest rzeczy. A poza tym, dlaczego miałabym sama sprzątać? To ty chcesz zrobić coś z domem, więc skoro chcesz sprzedać, to niestety musisz się tym zająć.
[S] No chyba cię poj...ło, że ja przylecę, żeby dom sprzątać! Ludzie w gorszym stanie wystawiają i jakoś sprzedają! Przestań wymyślać i wyślij mi te zdjęcia!
[J] Chcesz szybko sprzedać dom tak? Jeśli po dwóch tygodniach ktoś będzie chciał obejrzeć dom, to myślisz, że w ogóle nieprzygotowany do sprzedaży go zachęci?
[S] Jak się znajdzie kupiec, to wtedy się posprząta.
[J] A nie rozsądniej najpierw posprzątać, a potem szukać kupca?
[S] Dobra, widzę, że specjalnie wymyślasz idiotyczne problemy, więc wynajmę firmę sprzątającą, niech wszystko wypier...lą.

I tutaj na chwilę przerwę, żeby wyjaśnić. Nigdy nie sprzedawałam domu i moja wiedza na ten temat była mocno ograniczona, ale logicznym wydawało mi się, że dom do sprzedaży najpierw trzeba przygotować, czyli zminimalizować ilość osobistych rzeczy, przynajmniej w pomieszczeniach, z których się nie korzystało. Druga sprawa, zwyczajnie chciałam się zabezpieczyć. Znając [S], gdyby znalazł się kupiec i trzeba by było ogarnąć dom, toby powiedziała, że muszę wszystko zrobić sama, bo ona nie dostanie urlopu przez najbliższe 2 lata, a jak tego nie zrobię, to sama mam od niej kupić.

I tak temat ucichł na kolejnych 5 miesięcy. Przyszedł maj, nie utrzymywałyśmy z [S] kontaktu. Minął dokładnie rok, od kiedy [S] wyjechała za granicę i od kiedy zażądała kupienia od niej domu.

Moja i [M] sytuacja się poprawiła, podjęliśmy decyzję, że dom kupujemy. Już miałam pisać w tej sprawie do [S], kiedy się okazało, że przylatuje do Polski. Umówiłyśmy się na spotkanie.

Pierwsza zaczęła [S]. Otóż skoro nie chcę domu kupić, a ona nie będzie czekać latami, aż ktoś dom kupi, to ona podaje mnie do sądu, niech komornik zajmie się sprzedażą domu. W myślach pogratulowałam pomysłu. Iść po najmniejszej linii oporu, sprzedać dom za grosze, bo ja zła siostra nie chcę odwalić za nią całej brudnej roboty związanej ze sprzedażą domu.

Poinformowałam [S], że kupię od niej połowę domu, w 5 ratach. Dwa dni później podpisałyśmy umowę przedwstępną, taką bez notariusza. Umówiłyśmy się, że [S] da mi znać, kiedy będzie kolejny raz w Polsce z miesięcznym wyprzedzeniem, a ja zacznę załatwiać papiery.

Przez kolejnych 5 miesięcy kontaktu również nie utrzymywałyśmy - w końcu cel został osiągnięty, już nie byłam jej potrzebna prawie do niczego.

I tak w październiku [S] potwierdziła, że przylatuje w listopadzie, a więc rozpoczęłam załatwianie dokumentów. A wraz z nimi wznowił się kontakt z [S], wyłącznie na temat domu, gdzie każda rozmowa kończyła się kłótnią. Nie bardzo to rozumiałam, w końcu wszystko szło po jej myśli, a jednak potrafiła wyrwać słowo/zdanie z kontekstu i rozpocząć nic niewnoszącą kłótnię.

Największym problemem okazało się zameldowanie. Ja chciałam, żeby zaraz po podpisaniu aktu notarialnego się wymeldowała, [S] wymeldować się nie chciała. Dodatkowo usłyszałam, że jak ją oszukam, to mnie poda do sądu i w ogóle cała ta sprzedaż domu to jest jak by ją tu oszukać bardziej.

U notariusza.

Notariusz wiedział o problemie meldunku, zapytał [S], czy meldunek jest jej do czegoś potrzebny, skoro na stałe mieszka za granicą. Odpowiedź [S]: Nie.

Powiedziała, że jeśli po notariuszu zawiozę ją do Urzędu Skarbowego, potem do gminy się wymeldować, a potem do jej hotelu, to ona może się wymeldować (między notariuszem a jej hotelem ok. 60 km, miasta po dwóch przeciwnych stronach, pośrodku miejscowość z domem). Jedyne, co mi pozostało, to zapis w akcie, że [S] zobowiązuje się wymeldować przed otrzymaniem ostatniej raty.

[N]otariusz zapytał, na jaki adres ma wysłać [S] dokumenty.
[S] Na ... (tu podała adres domu, który właśnie sprzedawała).
[J] Może podaj swój aktualny adres, ja już od dawna nie odbieram poczty zaadresowanej do ciebie.
[S] Ale to jest bez sensu, a jak np. za miesiąc się stamtąd wyprowadzę?!
[N] Proszę pani, mimo wszystko, aby otrzymać korespondencję, podaje się adres zamieszkania, nie adres zameldowania.

[S] podała adres, ale niepełny, bo po prostu go nie znała.

Tak zakończyła się znajomość pomiędzy mną, a rodzoną siostrą i naszym bratem, który stanął murem za [S] i również zerwał ze mną kontakt.

I jeszcze tylko taki malutki smaczek. Pierwszą ratę [S] otrzymała w gotówce przy notariuszu, kolejne raty mam wpłacać na konto bankowe wskazane przez [S]. [S] wskazała konto narzeczonej naszego brata.

Dom jest mój (i męża) od pół roku, jednak do dzisiaj mam koszmary, że brat z siostrą przyjeżdżają, robią imprezy, niszczą, wynoszą moje rzeczy, żądają własnego pokoju, a ja tylko chodzę i sprzątam po nich gigantyczny syf...

Zgadzam się, że [S] miała prawo ode mnie żądać decyzji w sprawie domu, ale można było to zrobić w normalny sposób. Znalezienie kupca na tak wysoki dom mogło trwać latami, dla [S] najlepszą opcją był zakup domu przeze mnie, ale nie miała prawa mnie do tego zmuszać.

Z rodziną najlepiej na zdjęciu

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (182)