Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

anulla89

Zamieszcza historie od: 4 marca 2011 - 3:58
Ostatnio: 4 kwietnia 2020 - 8:05
O sobie:

Skoro już tu zajrzałeś, to Ci powiem co nieco... Urodziłam się w 89' w najpiękniejszym polskim mieście (czyli oczywiście we Wrocławiu). Mam wspaniałego, gburowatego męża, i dwie wiecznie uśmiechnięte córki. Pierwsza urodziła się zgodnie z wszelkimi prawidłami, we wrześniu 2008r., a druga tak się spieszyła na świat, że w grudniu 2018r. zmusiła własnego tatę do odebrania porodu w domu, co zaowocowało między innymi tym, że w okolicznych sklepach i wśród sąsiadów zyskał ksywkę "dr.House" :) Poza tym jestem fanką kotów, mam jednego biało czarnego, przygarniętego wprost z chodnika pod blokiem, lenia o niesamowicie miękkim futerku, i drugiego, szroburego rozrabiakę, uzyskanego w identyczny sposób :) Tyle chyba Ci wystarczy? Miłego dnia życzę:)

  • Historii na głównej: 5 z 11
  • Punktów za historie: 1538
  • Komentarzy: 329
  • Punktów za komentarze: 964
 
poczekalnia

#86325

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakaś drobna pierdoła sprawiła, że dojrzało we mnie wreszcie pragnienie opisania bratowej mojego męża. Od razu zanaczam, że będzie bardzo długo, więc jeśli nie masz czasu, albo ochoty, to odpuść od razu :)

Przedstawię Wam ją ogólnie, oraz opiszę dokładniej jeden epizod z naszego życia, bo w zasadzie to co działo się na przestrzeni dwóch tygodni, które zrelacjonuję dokładniej, to całkiem niezła próbka jej charakteru i możliwości.

Mój szwagier z żoną i ,w tej chwili już pełnoletnią, córką, mieszkają w Wielkiej Brytanii. Na potrzeby historii nazwijmy ich Emilia i Marek, a ich córkę Kasia. Wyjechali z Polski z jednym z pierwszych rzutów osób emigrujących do UK, około 15 lat temu, nie powiem Wam kiedy dokładnie, bo sama nie jestem pewna, ale gdy poznałam mojego męża w 2007r, oni już jakiś czas mieszkali za granicą. Z opowieści męża i jego rodziców wyłaniał się obraz mojej szwagierki bynajmniej nie zachęcający do bliższych interakcji, choć moja śp. teściowa starała się mówić oględnie, nie obmawiać pierwszej synowej, i raczej przemilczeć, niż wywlekać jej wady i dziwne zachowania (ale moja teściowa to ogólnie cudowna kobieta była), a mimo to Emilia jawiła mi się jako osoba przesadnie pedantyczna, bardzo nerwowa, wybuchowa, momentami wręcz agresywna, czepialska, wymagająca, krytykująca wszystko i wszystkich, zwłaszcza swoje najbliższe otoczenie, mocno despotyczna, ogólnie bardzo trudna w pożyciu, a moim zdaniem w dodatku niezrównoważona emocjonalnie i psychicznie. Ale specjalistą nie jestem, więc może to poprostu wredna suka jest? ;) Jeszcze wiele podobnych, negatywnych cech mogłabym tu wymienić, a to przecież tylko złagodzona wersja :) Ja zawsze byłam osobą cichą, spokojną, zdecydowanie nieśmiałą, i o mocno zaniżonej samoocenie (na szczęście już mi przeszło ;D ), więc poznanie mojej drogiej szwgierki było dla mnie wizją mocno nieprzyjemną, na szczęście nikomu się do tego nie spieszyło.

Przed emigracją Emilia i Marek, z maleńką Kasią, mieszkali z moimi teściami i młodszym bratem Marka, czyli moim przyszłym ślubnym-nazwijmy go poprostu M. Stamtąd przeprowadzili się na jakiś czas do służbowego mieszkania Emilii, z którego szczęśliwie wyjechali za granicę.

Przewijamy do przodu o kilka lat. W tak zwanym międzyczasie pojawiłam się ja, wzięłam ślub z moim mężem, na świat przyszła nasza pierwsza córka. Mieszkaliśmy z moimi teściami. Zdążyłam poznać szwagra z rodziną, gdy przyjechali na urlop do kraju. Okazało się, że opowieści o Emilii nie są ani trochę przesadzone,a wręcz mocno ocenzurowane, na szczęście byli u nas tylko tydzień, drugi tydzień spędzili u rodziców Emilii, w niewielkiej miejscowości niedaleko naszego miasta. Po dwóch tygodniach wrócili do UK, a ich córka została u dziadków, po czym jeszcze pod koniec pobytu w kraju znów trafiła na trochę do nas. Ogólnie program wakacyjny był realizowany w ten sam sposób za każdym razem, przynajmniej co 2-3 lata, a jeśli była taka możliwość, to i co roku. Za każdym razem byłam mocno zdziwiona różnicą w zachowaniu małej w czasie kiedy była u nas z rodzicami, i w czasie kiedy była sama. Nie zrozumcie mnie źle - dziecko było grzeczne, kulturalne, sympatyczne, chodzi mi raczej o poziom swobody w kontaktach, i to jak bardzo było widać, że dziewczynka przy matce leci, za przeproszeniem, na dupościsku, i lękliwie sprawdza co jakiś czas, czy przypadkiem nie zrobiła czegoś, co nie spodoba się mamie. Co prawda Emilia nie biła córki, ale terror psychiczny był spory... Podobną zresztą reakcję obserwowałam u Marka, kiedy był u nas bez żony, bo np. została u swoich rodziców, a on miał coś do załatwienia w naszym mieście, albo kiedy przyleciał na weekend, żeby zabrać Kasię do domu po wakacjach, bo nie mogła przecież lecieć sama.

Nasza córka nie chodziła do żłobka, bo na początku nie było takiej konieczności, miał się kto nią zająć, kiedy byliśmy w pracy. Niestety u mojej teściowej zdiagnozowano nowotwór, w związku z czym żeby ją odciążyć najpierw zmieniłam pracę na inną, gdzie miałam tylko część etatu, a kiedy mamie się pogorszyło, całkowicie zrezygnowałam z pracy, żeby zająć się w domu obiema paniami. Ileż ja się wtedy nasłuchałam podczas rozmów przez skypa, że Emilka to by nie tylko dała radę pracować na pełen etat (albo i dwa...), ale jeszcze w domu robiłaby absolutnie wszystko, tak żeby mama mogła tylko leżeć i patrzeć chyba w sufit. W rzeczywistości nie było takiej opcji, bo moja teściowa zawsze była bardzo pracowita i energiczna. Już samo to, że nie mogła pracować zawodowo ją dobijało, a gdybym jeszcze w domu robiła wszystko za nią, to chyba by ją szlag na miejscu trafił. Nie, nie, to nie ma znaczenia, że mama lepiej się czuje, kiedy ma jakieś lekkie zajęcie, ani to, że w zasadzie to mogę co najwyżej robić tak, żeby mama czuła, że jej pomagam, ale przecież nie bedę dorosłej, rozsądnej kobiecie zabraniała np. wytrzeć kurze w jej własnym mieszkaniu, ani nawet to, że lekarz kategorycznie zabronił nam wyręczać ją we wszystkim, bo poczuje się niepotrzebna, i będzie myśleć, że jest ciężarem dla bliskich, co w wyzdrowieniu jej zdecydowanie nie pomoże. Nie, Emilka wie lepiej, ja się nie znam, bo jestem gówniara, a w ogóle, to jestem leniem śmierdzącym, i wpędzę teściową do grobu, bo pozwalam jej np. iść ze mną i wnuczką na spacer, albo podlać kwiaty, czy podłubać trochę w ogródku pod oknami... Tak jakby w ogóle potrzebowała mojego pozwolenia na cokolwiek :D Poniekąd powinnam nawet być szwagierce wdzięczna, bo dzięki niej nauczyłam się w końcu olewać głupie gadanie wszechwiedzących ludzi :)

Nadeszło kolejne lato, w które przylecieli do Polski. Teściowa w pierwszym kwartale roku przeszła mastektomię, i z dobrymi wynikami, zakończyła, teoretycznie ostatni, cykl chemii. Rokowania na początku były niezłe, niestety jakoś na przełomie maja i czerwca pojawiły się niepokojące objawy, a zanim lekarze doszli do tego co, i gdzie się dzieje, okazało się, że przerzuty w kilku miejscach są dość zaawansowane, z powrotem włączamy chemię, i dodatkowo radioterapię, kilogramy leków, i reszta atrakcji... Samopoczucie takie sobie, ale nie tracimy nadziei.

Lato minęło, ale tego roku pojawił się problem z powrotem Kasi do domu, ponieważ Emilia już nie miała możliwości wzięcia wolnego, a Marek niedawno zmienił pracę, i nie chciał tak na dzień dobry prosić o urlop. Z różnych względów stanęło na tym, że my (w sensie ja, mąż i nasza córka) ją odstawimy do domu i spędzimy u nich dwa tygodnie. Rozważaliśmy wtedy możliwość wyjazdu za granicę za jakiś czas, więc miał to być taki urlop połączony z rekonesansem. Dogadani byliśmy tak, że za bilety w jedną stronę płacimy my, a za powrotne oni. Nie bardzo podobało nam się, że zostawimy mamę na dwa tygodnie tylko z moim teściem (on też by się nadawał do opisania tutaj...), ponieważ teść jest alkoholikiem, co prawda nie jakimś menelem, ale jednak z definicji taka osoba nie jest wzorem odpowiedzialności, a jednak opieka nad chorą osobą jej wymaga. Jednak mama namawiała, twierdziła, że całe życie potrafiła nad nim zapanować i sobie radzili, więc teraz też sobie poradzą, poza tym sytuację miały też monitorować jej siostry. Daliśmy się przekonać, i polecieliśmy.

Jeden z symptomów świadczących o tym, że kobieta jest chyba "ciut" zbyt surowa: kiedy wysiadaliśmy z samolotu Kasia z przerażeniem w oczach zaczęła gorączkowo się rozglądać wokół swojego fotela. Okazało się, że nie ma jej bluzy. Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że w zamieszaniu zostawiliśmy ją na lotnisku w Polsce. No trudno, to tylko ciuch, jest ciepło, nie zmarzniesz. Ale nie o to chodzi! Ciocia, błagam, nie mów rodzicom, albo przynajmniej mamie, że zgubiłam bluzę! Na szczęście Marek przyjechał po nas sam, więc na boku powiedziałam mu co się stało, na co on do Kasi, żeby się nie martwiła, jeśli mama sama się nie zorientuje, to jej nie powiedzą. Kasia odetchnęła z ulgą, za to Marek jeszcze przez chwilę był trochę zdenerwowany. Ok, nie moja sprawa jakie tam u nich relacje panują, ale to chyba nie do końca normalne tak się przejmować zwykła bluzą z sieciówki...

Dojechliśmy do domu, przywitaliśmy się, na razie jest ok. Przynaję się, głupia byłam, pomyślałam, że może Emilia się trochę zmieniła, i nie będzie źle. O, słodka naiwności! Nawet sobie nie wyobrażam jak trudno musiało jej być udawać normalną, i być dla nas miłą. Bo Emilka, oględnie mówiąc za nami nie przepada. Mojego męża nie znosi, bo jako nastolatek zdecydowanie nie był święty, więc już odruchowo Emilia oskarża go o całe zło tego świata. No cóż - jest wygadany, pewny siebie i bezpośredni, więc mimo tego, że jest od niej młodszy, to nigdy nie miał problemu z tym, żeby wprost powiedzieć jej co myśli o niej, czy o jej zachowaniu, z czego nie raz dawniej wybuchały awantury. Mnie z kolei nie znosi za to, że odkąd M. mnie poznał, stał się zdecydowanie spokojniejszy, kulturalny, odpowiedzialny i nauczył się hamować. Swoją drogą to nie tylko moja zasługa, ale także tego, że poprostu dorósł. Ponaprawiał te błędy młodości, które mógł, poprostował co się dało, poprzepraszał tych których powinien przeprosić, a za resztę odpokutował. Wiadomo, nie jest nieskazitelny, ale teraz Emilka nie ma się już za bardzo o co przyczepić, w dodatku rodzina wyznaje zasadę, że nie można wiecznie kogoś karać za dawne grzechy, i skoro się ogarnął, to nikt mu nie ciosa kołków na głowie za to co było, i słusznie minęło. No i teraz biedna Emilka nie może już narzekać na niego do każdego chętnego słuchać, jaki to on jest zły i okropny. W dodatku mimo tego, że naprawdę starał się zadośćuczynić dawnym czasom, to, choć oficjalnie mu łaskawie wybaczyła, jednak w rzeczywistości nadal czuje się tą pokrzywdzoną, i jest zbulwersowana tym, jak to możliwe, że rodzina nie dostrzega, że nie ma takiej rzeczy którą mógłby zrobić, żeby ona poczuła się dostatecznie przeproszona. Zupełnie nieważny przy tym jest fakt, że nie licząc jednego incydentu, i niewyparzonego języka, to w sumie wobec Emilii nawet nie za bardzo zawinił. Ale przecież zawsze uważała go za tę czarną owcę, a teraz nie ma do tego podstaw, i to wszystko moja wina. Zaskakujące jest tylko, że mimo wszystko Emilia naprawdę szczerze lubi naszą pierwszą córkę (druga ma trochę ponad rok, więc nawet za bardzo się nie znają). Koniec przydługiej dygresji, wracamy do opowieści :)

Dom w którym mieszkają w Anglii kupili na kredyt, i wprowadzili się do niego trochę ponad dwa miesiące wcześniej, więc jeszcze się tam urządzali, i w trakcie jakiejś rozmowy, drugiego dnia naszego pobytu, pojawił się temat podłogi w łazience przy ich sypialni, którą chwilowo zajmowaliśmy (swoją drogą ja wolałam spać na dole, w salonie, na narożniku, ale Emilia kategorycznie stwierdziła, że to nie wypada, żeby goście dostali gorsze łóżko, choć przecież oba były w zasadzie nowe, a my u siebie też mamy narożnik... (sporo rozwiązań w jej życiu jest właśnie na zasadzie "nie wypada" i "co ludzie powiedzą"), poza tym oni w tym czasie normalnie pracowali, kuchnia była w połowie otwarta na salon, z drugiej strony był otwarty mikro korytarz do głównego wejścia, więc uznała, że będziemy sobie nawzajem przeszkadzać, kiedy będą się szykowali do pracy). Oni by w tej łazience chcieli położyć kafelki, tylko Marek wiecznie nie ma na to czasu, bo ciągle pracuje. Nasza sugestia, że dom postawiony ledwie trzy miesiące temu jeszcze pracuje, w dodatku obok nadal budują kolejne, więc wciąż chodzi tam ciężki sprzęt, i może lepiej jeszcze poczekać z tymi kafelkami, została początkowo zupełnie zignorowana. M. po rozmowie z bratem stwierdził, że jak tak bardzo chcą, to on, przy mojej skromnej pomocy, im te kafelki położy. Zna się na tym, nie raz robił takie rzeczy, nawet jakiś papier ma z kursu na malarza-glazurnika. Jak wymyślono, tak uczyniono, i pojechali do sklepu po materiały. Rano położyliśmy kafle, po południu fugi-łazienka była mikroskopijna, a klej szybkoschnący, więc dało się to bez problemu zrobić, nie niszcząc porannej pracy. Co prawda oboje mówiliśmy, że lepiej zaczekać z fugowaniem przynajmniej do jutra, ale szwagierka się uparła... Mąż zaznaczył, że jeśli klej nie wysechł wystarczająco, to fuga może jej sie odbarwić-nie szkodzi, róbcie jak najszybciej. Ok, to twój dom. Ale Emilka, jak już wspominałam jest chorobliwie wręcz pedantyczna. Kiedy obejrzała efekt naszej pracy (o dziwo nawet go pochwaliła), poleciała po mopa, ścierki, gąbki, wiadro, i dawaj myć to wszystko. Nie, nie było bardzo brudno, ale jednak do idealnej czystości nieco brakowało-kto kiedykolwiek kładł glazurę, ten wie, że nie ma szans żeby od razu po skończonej pracy wszystko wyglądało jak z katalogu. Niestety nie dała sobie wytłumaczyć, że to musi porządnie wyschnąć zanim będzie mogła nie tylko tam wejść, ale i zlać podłogę wodą i wyszorować tak, jak ma na to ochotę. No i wlazła do tej łazienki, spędziła tam ponad dwie godziny, w czasie których mój mąż wku... denerwował się nad zmarnowaną robotą, a szwagier zapewniał, że on jej wytłumaczy, że to jej wina, kiedy z podłogą zaczną dziać się cyrki. Bo to, że zaczną było jasne jak słońce. Pierwsze pęknięcie w fudze pojawiło się niecałą dobę od orgii na mopie, a pierwszy kafelek obluzował się jeszcze przed naszym wyjazdem. Jak się zapewne domyślacie, według Emilii to była wyłącznie nasza wina, nic nie umiemy, a w ogóle, to pewnie specjalnie tak spartaczyliśmy tę podłogę, żeby jej zrobić na złość i narazić na koszty. Poza tym ona przecież tłumaczyła nam, że budynek pracuje, i jest za wcześnie na takie prace :D Tego wszytkiego dowiedzieliśmy się już następnego dnia, bo Emilka była dla nas względnie miła tylko do momentu w którym skończyliśmy pracę, potem mogła już pokazać cały swój parszywy charakterek.

Tak sobie trwaliśmy w nieco skisłej atmosferze, na szczęście szwgierka normalnie pracowała, więc sporą część dnia jej nie było, a nasza córa i bratanica męża świetnie się bawiły razem z dzieciakami z sąsiedztwa. Poza tym szwagier pracował na nocki, więc sporo czasu przebywał z nami, a to naprawdę fajny facet, więc nie było tak źle. Oczywiście zdarzały się jakieś dzikie pretensje ze strony Emilii. Na przykład kiedy zapytałam ją na samym początku naszej wizyty w czasie sprzątania po kolacji, czy w czymś jeszcze jej pomóc, okazało się, że każde z nas ma już przydzielone obowiązki, i to bynajmniej nie ma być jakaś dobrowolna pomoc, którą zresztą sama zaproponowałam, ale normalna lista jak dla domownika, i to takiego niezbyt lubianego ;) Ja dostałam przydział na mycie naczyń, podłóg i okien ("w jej domu okna myje się przynajmniej raz w tygodniu, a te od ulicy raz na 3 dni"-serio, jakbym tego nie przeżyła, to bym nie uwierzyła), ogólne sprzątanie kuchni, toalety na parterze i wieszanie prania, a M. miał odkurzać podłogi, trzepać dywany, odpowiadał za porządek w salonie i ogrodzie ("trawę też kosi się raz na tydzień, jakbyś miał ogród, to byś wiedział"), czystość w łazience na piętrze, i podjeździe. Usłyszałam przy tym, że przecież to oczywiste, że goście mają swoje obowiązki w domu gospodarzy. Na moje stwierdzenie, że w moim domu jedynym "obowiązkiem" gości jest dobrze się czuć, Emilka się nadęła i obraziła. Marek później próbował mnie namówić, żebym ją przeprosiła, bo ona jest tak wychowana i dla niej to norma. Popukałam się tylko w czoło, i powiedziałam, że mogę co najwyżej wspaniałomyślnie nie mówić więcej co myślę na ten temat. Jeśli myślicie, że poprostu nas wykorzystała do gruntownego wysprzątania domu, to grubo się mylicie - poza tym co robiliśmy my, cała jej rodzina, z nią na czele pucowała dom na równi, albo i nawet bardziej niż my. Emilia codziennie po dwa razy odkurzała dywan na schodach, myła je i wycierała poręcz, dokładnie odkurzała wszystkie bibeloty stojące na półkach, zdjęcia i obrazki na ścianach, oraz same ściany i półki. Po nocy trzepała dokładnie pościel, po czym rozkładała ją na parapecie do wietrzenia (nie, bynajmniej nie były to pierzyny, tylko zwykłe, cienkie, letnie kołdry), wycierała specjalnym płynem wszystkie blaty i fronty szafek kuchennych (mimo tego, że wieczorem ja robiłam dokładnie to samo, ale widać nie dość dobrze ;D ), innym płynem myła szafki wewnątrz, i robiła całą masę innych rzeczy, żeby jej dom był idealnie czysty i schludny. Zapadła mi w pamięć sytuacja, kiedy po zjedzeniu wspólnego posiłku i pozbieraniu naczyń, poprosiła swojego męża o wytarcie stołu. Na stole leżała taka podłużna serwetka (chyba bieżnik się to nazywa). Marek zdjął i wytrzepał go nad zlewem, wytarł stół, położył serwetkę, wypłukał i rozwiesił ścierkę, spłukał zlew i wytarł go ręcznikiem papierowym. Po czym Emilia rzuciła okiem na stół, wykrzywiła tearz, i zaczęła go objeżdżać z góry na dół, dobre kilka minut, bo - uwaga - położył serwetkę do góry nagami/na lewą stronę, jak wolicie, w każdym razie odwrotnie, tak, że szwy były na wierzchu. Normalna kobieta w takiej sytuacji by poprostu poprawiła tę nieszczęsną serwetę, może zażartowała z nieuwagi męża, albo zwróciła mu uwagę, żeby następnym razem spojrzał uważniej. A on biedny wysłuchał tyrady, jak to do niczego się nie nadaje, bo głupiej serwetki nie umie ułożyć jak należy... Ja w tamtej chwili zaczęłam się bardzo poważnie zastanawiać co on takiego w niej widzi, że jeszcze nie uciekł, i jak to możliwe, że nigdy jej nie strzelił w pysk - naprawdę, za największą bzdurę potrafiła krzyczeć do niego takie rzeczy, że chyba tylko świętego by nie świerzbiła ręka. W czasie "awantury o kafelki" sama wyskoczyła z łapami do mojego męża, kiedy zabrakło jej argumentów, ciśnienie podskoczyło do 200, a M. w dodatku ciągle był spokojny (wiedział, że będzie miała do niego pretensje, i poprostu postanowił zlać to ciepłym moczem, zamiast się niepotrzebnie przekrzykiwać z furiatką).

Pogląd ogólny już w sumie macie, więc przemilczę resztę awantur (głównie jednostronnych, bo szybko stwierdziliśmy, że nie ma sensu się z nią przekrzykiwać). Z grubsza rzecz ujmując, to jesteśmy okropnymi gośćmi, strasznymi ludźmi, a ona cierpi ilekroć pomyśli, że jest z nami spowinowacona :D Na drobną wzmiankę zasługują jednak kontakty towarzyskie naszego szwagrostwa. Otóż Emilia przy obcych ludziach, poza własnym domem potrafi całkiem nieźle grać zupełnie normalną, nawet całkiem sympatyczną osobę, toteż zawieranie nowych znajomości nie stanowi dla niej większego problemu. Oczywiście jeśli nowo poznana osoba, lub osoby w jakiś sposób zasługują na jej potępienie, to mogą być pewne, że zostaną obsmarowane od stóp do głów przed każdym kto będzie chciał słuchać :) Ale jeśli jakimś cudem uzyskają aprobatę pani idealnej, to zaczyna się zacieśnianie znajomości. Jakieś wspólne wyjścia, zapraszanie się wzajemnie do domu, itd. Niestety choćby nie wiem jak Emilia się starała ukryć swoją prawdziwą twarz, ta i tak po jakimś czasie wypełza na wierzch. No i zaczynają się zgrzyty, zakończone zwykle niewąską kłótnią, po której następuje znaczące ochłodzenie, lub całkowite zerwanie kontaktów. I zawsze scenariusz wygląda tak samo: Emila i Marek, lub jedno z nich poznaje jakąś osobę, lub parę. Kiedy nowi znajomi uzyskają aprobatę, następuje nieustający ciąg zachwalania ich po całej rodzinie i wszystkich znajomych. Jakiś czas przed naszym przyjazdem słuchaliśmy peanów na cześć mieszkającej w ich sąsiedztwie pary gejów. "Och, jak on cudownie piecze! No poprostu musicie spróbować tych ciasteczek! A jak ten drugi wspaniale wyszkolił psa! No w życiu nie widziałam tak dobrze ułożonego zwierzaka!" I dalej w ten deseń... Oczywiście w czasie naszej wizyty musieliśmy koniecznie poznać nowych najlepszych przyjaciół Emilii, bo przecież jeden z nich jest wysoko postawionym pracownikiem banku, a drugi rozchwytywanym fotografem modowym, więc należy się pochwalić tak znamienitymi znajomościami :) Chłopaki całkiem w porządku, dobrze się z nimi gadało, jak zazwyczaj z inteligentnymi ludźmi, ciastka rzeczywiście smaczne, i w sumie spędzilibyśmy naprawdę miły wieczór, niestety rozmowa zeszła na niebezpieczne tory, tj. na nieszczęsną podłogę w łazience. No i jeden z nich, zupełnie neutralnie, stwierdził, że tak szybkie umycie tej podłogi nie było najlepszym pomysłem... Wieczór skończył się szybko, głośno, i pozostawił paskudny niesmak u wszystkich, poza Emilią, u której królowały uczucia złości, poczucia krzywdy i zdrady. Już dwa dni później "sympatyczna para gejów" zmieniła się w "paskudnych zboczeńców, pedałów, co nic nie wiedzą o prawdziwym życiu, i mają okropnego kundla, a po ciastkach zawsze miała wzdęcia" :D I tak to wygląda za każdym razem. Jedyne osoby z którymi utrzymują stały kontakt, to jej brat i jego żona, i to bynajmniej nie dlatego, że taka miłość między rodzeństwem panuje, tylko dlatego, że Emilia jest dla brata ostatnią deską ratunku kiedy brakuje mu kasy, nie mają z kim zostawić dzieci, albo żona go pogoni na jakiś czas, a siostra pozwoli przenocować, więc on z zasady nigdy się na nią nie obraża, potulnie pozwala jeździć po sobie jak po łysej kobyle, myśląc w tym czasie swoje.

Sytuacja którą teraz opiszę, podnosi mi ciśnienie do dziś, i do dziś jest jedynym tematem który przy mnie Emilia omija skrzętnie, bo choć z natury jestem spokojna, to gdyby wyartykułowała z siebie coś niestosownego na ten temat, to bym ją chyba udusiła.

Kończył się pierwszy weekend naszej wizyty, kiedy odezwała się do nas ciotka, siostra mojej teściowej. Udało jej się załatwić dla mamy miejsce w jednej z najlepszych klinik onkologicznych w kraju, ale mama musiałaby się tam pojawić we wtorek, a to spory kawałek od domu. W dodatku ciotka nie może się dodzwonić ani na stacjonarny, ani na komórkę teściowej, a na miejscu nikt nie otwiera. Mieliśmy planowo wylatywać w kolejną niedzielę, ale w takiej sytuacji chcieliśmy wracać jak najszybciej do domu. Nie dość, że nie wiadomo co się tam dzieje, to było też oczywiste, że to my byśmy mamę zawieźli do kliniki, bo nie wyobrażaliśmy sobie w tej roli mojego teścia. Natychmiast po rozmowie z ciotką zeszliśmy do salonu, i poprosiliśmy Marka o przebookowanie biletów. On z początku nie miał nic przeciwko, w końcu to też jego matka, ale musieliśmy poczekać aż Emilia wróci z pracy, bo cośtam (nie pamiętam czemu konkretnie, ale nie mógł zrobić tego sam). Po powrocie i zaznajomieniu się z sytuacją, stwierdziła "poczekajmy jeszcze, bo może niedługo sytuacja się wyjaśni". No ok, może i tak, ale bez względu na to i tak chcemy wylecieć możliwie najszybciej... Zamiast skupić się na tym, całkiem zręcznie przekierowała nasze zainteresowanie na kwestię skontaktowania się z teściową lub teściem. Następnego dnia rano udało nam się dodzwonić do mamy. Okazało się, że poprzedniego dnia gorzej się poczuła. Na tyle, że teść wezwał karetkę, i zabrali ją do szpitala. Nie wzięła ze sobą ładowarki, telefon padł, a dopiero teraz siostra przywiozła jej kilka rzeczy, bo teść jak poczuł wolność, to oczywiście się upił, i niechcący, lub specjanie odłączył telefon domowy (mógł to zrobić żeby nikt mu nie przeszkadzał, albo pijany zaczepił nogą o kabel, nie wiadomo jak było). Nie mogła się wcześniej dostukać, bo albo go nie było, albo spał na.ebany... Ciotka już powiedziała mamie o miejscu w klinice, i konieczności stawienia się tam w konkretnym terminie, więc część rozmowy była za nami. Ale mama się uparła, że przecież nie zostawi ojca samego, a informacje o tym, że chcemy wcześniej przylecieć kategorycznie odrzuciła. Nas to niewiele w tym momencie obchodziło, bo oboje dobrze wiedzieliśmy, że będąc na miejscu przekonamy mamę do wyjazdu. Ale Emilka dostała to czego chciała, bo uznała, że przecież nie możemy tak poprostu zignorować woli mamy, że ona wyraźnie powiedziała, że mamy zostać do końca, zgodnie z planem, a poza tym (i tak naprawdę to tylko o to chodziło) przebookowanie biletu będzie ją kosztowało x funtów (zabijcie, nie pamiętam ile dokładnie, w przeliczeniu na złotówki nie była to kwota oszałamiająca, ale też wcale nie taka mała, jednak w granicach do wyciśnięcia z normalnego miesięcznego budżetu). Zrozumiałabym może gdyby naprawdę nie miała tych pieniędzy, choć i tak na jej miejscu bym je pewnie od kogoś spróbowała pożyczyć. Tym bardziej, że w tej samej chwili kiedy wyjechała z tym argumentem, oboje z mężem, niemalże jednocześnie powiedzieliśmy, że przecież oddamy im te pieniądze od razu po powrocie (mieliśmy w domu odłożoną gotówkę, ale przy sobie i na koncie prawie nic, tyle co na drobne wydatki na miejscu). Nie, nie, kategorycznie nie, ona się nie zgadza, ona nie ma pieniędzy, a poza tym mama powiedziała... Miałam ochotę zacząć nią potrząsać... Wyszliśmy z mężem do ogrodu, odetchnąć, i zastanowić się co dalej, słyszeliśmy krzyki z wnętrza domu (to była jedna z naprawdę nielicznych sytuacji kiedy Marek próbował się postawić żonie), po chwili szwagier do nas dołączył, a Emilia obrażona trzasnęła drzwiami, i poszła do jakiejś znajomej z pracy. Postanowiliśmy, że spróbujemy sami przebookować ten bilet, ale po wejściu do domu okazało się, że Emilia wzięła ze sobą laptopa, a my nie zabraliśmy naszego z Polski, więc znów pozostało nam czekać aż wróci... Gdy wróciła nie mogliśmy w żaden sposób zmusić jej do przebookowania tych cholernych biletów, a gdy chcieliśmy zrobić to sami, kiedy poszła spać, okazało się, że zmieniła hasło do kompa... Nie bardzo było jak zrobić to z czyjegoś kompa, bo dane potrzebne do tej 'operacji' znajdowały się na tym konkretnym (rezerwacja połączona z jej mailem, do którego rzecz jasna Marek hasła nie ma), a zarezerwowanie zupełnie nowego biletu byłoby wielokrotnie droższe, na co już naprawdę w tamtej chwili nie było nas stać. Nastał wtorek, było po ptokach, miałam ochotę ją zabić, a musieliśmy się przemęczyć jeszcze do niedzieli...

Szlag mnie trafia za każdym razem jak o tym pomyślę, bo po czasie okazało się, że pobyt mamy w szpitalu w czasie naszego wyjazdu był początkiem końca. Wróciliśmy do domu w pierwszą niedzielę września, teściowa co jakiś czas trafiała na chwilę do szpiatala, wychodziła na parę dni, a kiedy karetka zabrała ją pod koniec października, to do domu już nie wróciła, bo zmarła na początku listopada. I ciąglę mam z tyłu głowy pytanie, czy gdyby trafiła wtedy do tej kliniki, to może żyła by choć trochę dłużej, albo przynajmniej mniej cierpiała w ostatnich tygodniach życia...

Jeden jedyny raz wygarnęłam to Emilii, i jeden jedyny raz wtedy widziałam, że naprawdę jej głupio, i nawet na chwilę zaniemówiła. Żadna to pociecha, ale przynajmniej ma świadomość za co i jak bardzo jestem na nią wku.wiona. Cała ta rozmowa miała miejsce w dniu w którym przylecieli na pogrzeb mamy. Tu zresztą też się "wykazała". Przylecieli rano w dniu poprzedzającym pogrzeb, czyli już kilka dni po śmierci mamy Ja w tym czasie razem z mężem załatwiałam wszystko co załatwić należało, doglądając teścia, który na lekach uspokających wyglądał i zachowywał się jak zombie (w dniu w którym dowiedział się, że mama zmarła całkowicie przestał pić, i o dziwo nie pije do dziś, dobre i to, choć gdyby się trochę szybciej ogarnął, to oszczędziłby wszystkim masę zmartwień), a w czasie kiedy byliśmy w domu, i nie miałam innych obowiązków, zaczęłam wręcz obsesyjnie sprzątać całe mieszkanie. Zaczęłam, bo miałam świadomość, że zaraz zacznie się do nas zlatywać cała rodzina z kondolencjami, a po wizytach oczywiście plotkować o tym, co zobaczyli. Ale gdy już zaczęłam, okazało się, że to świetny sposób na oderwanie myśli, i tak bardzo się tym zajęłam, że naprawdę nigdy wcześniej ani później nigdzie nie przeprowadziłam tak dokładnych, generalnych porządków. Emilia natychmiast po przyjeździe zaproponowała, że "ona troszkę posprząta, bo przecież ludzie przyjdą, a na pewno jest brudno". I nie była to propozycja w stylu "pomogę ci, bo pewnie nie miałaś do tego głowy", tylko, niemal dosłownie "zrobię to, bo ty pewnie nic nie ruszyłaś, przecież wiem, że jesteś leniem, i nie umiesz sprzątać". Nie wstając z fotela odparłam, że mieszkanie jest posprzątane, ale jak jej tak bardzo zależy, to droga wolna, niech sobie szoruje co chce. Po dwóch godzinach poszukiwań brudu, w czasie których umyła pod prysznicem sztucznego kwiata w doniczce, i wytarła ramy dwóch obrazów, poddała się, i usiadła na dupie, strasznie oburzona, ale nie bardzo miała na co narzekać, więc przynajmniej siedziała cicho. Naprawdę nie miałam wtedy ochoty na kłótnię, ale kiedy rano szykowaliśmy śniadanie i rozmawialiśmy o dupie maryny, Emilka zahaczyła o nasz pobyt u nich, nie zdzierżyłam, i w domu zapanowała iście piekielna awantura. Podejrzewam, że niektóre z momentów kiedy Emilia się zapowietrzała były wywołane tym, iż do tej pory raczej nie wykazywałam zbytniej inicjatywy, czy temperamentu w czasie drobniejszych kłótni, ale tym razem szlag mnie trafił, i wykrzyczałam jej wszystko w takiej skali, że później sąsiedzi na mnie dziwnie patrzyli. Emilia stwierdziła, że ona dłużej u nas nie zostanie (przylecieli na tydzień, żeby pozałatwiać formalności), i od razu po pogrzebie jedzie do swoich rodziców. Powiedziałam tylko, że jestem za, możemy ją nawet odwieźć. Szczegół który bardziej mnie rozbawił niż zdenerwował - po powrocie do domu znalazłam, za łóżkiem w którym mieli spać, "zestaw sprzątaczki", czyli kupione w drodze z lotniska, najtańsze w mijanym hipermarkecie środki czystości (jakieś mleczka, proszki czyszczące, odkamieniacze do sanitariatów, itp.), gąbki, ścierki, szczotki, a nawet gumowe rękawiczki. Nie jestem pewna co ona się spodziewała zastać u nas w domu, ale przygotowała się jak na walkę z zapuszczoną meliną... Nawet płyn do mycia naczyń i proszek do prania kupiła... I gdyby komuś przyszło do głowy, że może kupiła to dla siebie, bo np. takich używa na codzień, albo coś w tym stylu, to śpieszę zapewnić, że nie, sam Marek ze wstydem przyznał, że kupiła to wszystko specjalnie na tę okoliczność, bo jak stwierdziła, ja przecież jestem taką syfiarą, że pewnie nawet płynu do mycia naczyń nie mamy...

Po tej sytuacji kontakt z Emilią urwał się całkowicie, na ładnych parę lat, z Markiem mąż czasem rozmawiał, ale i tu stosunki się trochę ochłodziły. Rozumiem i jednego i drugiego pana, bo Marek nie bardzo miał jak wybierać między lojalnością wobec żony (która swoją drogą wepchnęła go pod pantofel bardzo głęboko), a M. z kolei był trochę zły na brata, bo wieczorem przyjechał do nas cichaczem przed żoną, i przepraszał za nią, mówił, że mamy rację, ale w godzinie "zero" nie odezwał się ani słówkiem, choć jak żona nie patrzyła, to kiwał głową na moje słowa, więc od początku miał wyrobiony pogląd na całą sytuację. Topór wojenny został przysypany (bo całkowicie zakopać się go chyba nie uda), dopiero kiedy nasza pierwsza córka szła do komunii, bo Marek chciał być na uroczystości, i wymusił na Emilii przeprosiny. Ona udawała, że przeprasza, my udawaliśmy, że jej wybaczamy, i tak sobie żyjemy, choć jedyna zmiana jaka zapanowała w naszych kontaktach jest taka, że gdy chłopaki rozmawiają przez internet, to Emilia nie znika z zasięgu wzroku (wcześniej siedziała i słuchała, ale się nie pokazywała), a gdy spotykamy się osobiście, to rozmawiamy ze sobą kulturalnie, krótko, i o niczym, zamiast całkowicie się unikać. Zastanawiam się tylko jak to wszystko będzie wyglądało za parę lat, bo oni zamierzają wrócić do kraju, więc będziemy się widywać zdecydowanie częściej. Mam nadzieję, że nie będzie tak tragicznie, bo jednak wszyscy jesteśmy trochę starsi, i mam nadzieję, mądrzejsi. Zauważyłam też przy okazji ich ostatniej wizyty w Polsce, że Emilia się jakby trochę uspokoiła i rozluźniła, ale po trzydniowej obserwacji nie jestem w stanie stwierdzić czy to tak na stałe, czy akurat miała dobry humor... Przynajmniej wie już, że nie pozwolę sobie wejść na głowę, i to też jakiś plus, bo wcześniej zdawało jej się, że skoro jestem od niej ponad 10 lat młodsza, to może traktować mnie jak dziecko.

Wybaczcie taką ilość tekstu, naprawdę starałam się nie rozwlekać, ale jednocześnie chciałam wszystko możliwie najlepiej wyjaśnić, a założę się, że i tak będą jakieś pytania :)

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (171)

#86156

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając starą historię o psuciu sprzętu elektronicznego, oraz komentarze pod nią, przypomniałam sobie jak o mały włos sama bym się usmażyła, w sporej mierze z własnej głupoty...

Kilka lat temu zamieniliśmy mieszkanie. W naszym obecnym domu mieszkało młode małżeństwo i babcia lokatorki. W dniu przeprowadzki, po usunięciu sterty kartonów z korytarza, zauważyłam zwisający luźno kabel, niewidoczny wcześniej zza kartonów. W czasie oglądania mieszkania, kiedy jeszcze było umeblowane, w tym miejscu stała spora szafa, a obok niej mała szafeczka, na której stał telefon stacjonarny. Zapytałam byłą lokatorkę co to za kabel, bo nie było na nim żadnej końcówki, pomagającej w identyfikacji. Kobieta mu się przyjrzała, i orzekła, że to na pewno kabel od telefonu. Uwierzyłam jej, bo raz, że widziałam telefon w pobliżu, a dwa, w końcu mieszkała tam 14 lat, więc chyba powinna wiedzieć co to za kabel... A trzeba było zapytać jej męża...

Ponieważ ten kabel nie był mi do niczego potrzebny, a wkurzało mnie, że tak zwisa na środku ściany, i nie bardzo było jak go gdzieś ukryć, postanowiłam go uciąć jak najbliżej miejsca, z którego wychodził. Dziękuję wszystkim bogom, że użyłam kombinerek z gumowanymi uchwytami, bo inaczej bym pewnie nie pisała dziś tej historii. Bo kabel oczywiście nie był kablem telefonicznym, tylko elektrycznym, pociągniętym od żyrandola, a używanym przez poprzednich lokatorów do oświetlania wnętrza szafy. Mąż kobiety obciął go w czasie demontażu oświetlenia...

Jak tylko zacisnęłam na kablu kombinerki usłyszałam huk, zobaczyłam błysk, i zgasło światło w całym mieszkaniu, bo oczywiście wywaliło korki. Nie wiem jakim cudem nie spadłam przy tym z drabiny.

Od tamtej pory wykazuję wręcz paranoiczną ostrożność przy kontakcie z elektryką, zwłaszcza wszelkiej maści kablami. I tak sobie myślę, że w sumie powinnam opieprzyć faceta od góry do dołu, bo ani w dniu przeprowadzki, ani później, nie zająknął się słowem o niezaizolowanym kablu, zwisającym luźno, którego koniec znajdował się na wysokości ok. 1,5m nad podłogą, a my wprowadzaliśmy się tam z ciekawską sześciolatką... Nawet nie chcę myśleć co by się mogło wydarzyć gdyby moja córka złapała sobie ten kabel w rękę.

Swoją drogą zostawili nam jeszcze kilka niespodzianek, jak np. nie uszczelniony brodzik, przez który zalaliśmy sąsiada z dołu, zapchaną na głucho wentylację w kuchni, zawaloną śmieciami na wysokość ok. 1,2m zabudowę rur i liczników wody, czy też plastikowe rurki doprowadzające wodę do kranu w kuchni, wychodzące bezpośrednio z podłogi, bez żadnych zaworów, zabezpieczone biurową taśmą klejącą, i jeszcze kilka innych ciekawostek, które odkrywaliśmy w miarę zadomawiania się, i pewnie jeszcze jakieś odkryjemy.

W czasie oglądania mieszkania wszystko wyglądało fajnie, a potem okazało się, że bardzo wiele rzeczy było zrobionych prowizorycznie, tak żeby działało i wyglądało, ale po bliższym przyjrzeniu się wychodziły takie kwiatki, że głowa mała. A wyglądali na zupełnie normalnych, rozsądnych ludzi...

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (118)

#86057

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyobraźcie sobie taką sytuację: policja otrzymuje zgłoszenie, że właśnie w tej chwili, na jednym z miejskich podwórek, pewien mężczyzna, znany już zresztą policji, między innymi z powodu posiadania narkotyków, siedzi sobie na schodkach, i waży, dzieli i rozkłada do woreczków conajmniej 50g marihuany, przeznaczonej na sprzedaż. Osoba zgłaszająca świetnie zna handlarza, więc policja otrzymuje jego pełne dane, włącznie z imionami rodziców, datą urodzenia, czy numerem telefonu. Osoba podaje pełny, aktualny rysopis, zawierający m.in. informację, że gość ma gips na ręce, podaje też rodzaj i kolor jego ubioru. Dodatkowo mężczyzna wypił już tego dnia kilka piw, więc jest nie do końca trzeźwy, co raczej utrudniłoby mu ewentualną ucieczkę. Poza tym swoją "pracę" z pakowaniem rozpoczął niedawno, więc spędzi w tym miejscu jeszcze trochę czasu. Osoba dzwoniąca podaje swoje dane, nr telefonu, i mówi, że jeśli będzie trzeba, to ona będzie zeznawać, a zna gościa całe swoje życie, więc dla policji byłaby świetnym źródłem informacji.

A zatem mamy handlarza narkotyków, z całym niezbędnym do tego procederu sprzętem, wystawionego jak na widelcu, wystarczy tam podjechać i go zgarnąć.

I co się dzieje w takiej sytuacji? Otóż policja owszem, podjeżdża na miejsce, owszem, "przeszukuje" delikwenta, który ze względu na porę roku (lato), ma na sobie tylko luźne szorty, koszulkę, sandały i bokserki. I nie znajduje przy nim nic! Absolutnie nic! A trzeba wam wiedzieć, że 50g marihuany zajmuje przestrzeń wielkości mniej więcej takiej jak conajmniej dwie puszki piwa, i baardzo intensywnie pachnie. Nie znaleźli nic bynajmniej nie dlatego, że nic przy sobie nie miał. Kolega będący z nim w tamtym momencie, opowiedział osobie zgłaszającej, przebieg całego zdarzenia, i okazało się, że facet na widok radiowozu wjeżdżającego w podwórze, upchnął plastikowy worek z uszami, w którym miał towar, w majtkach, a wagę, woreczki, i całą resztę przykrył wycieraczką. Funkcjonariusze podeszli, wylegitymowali obu panów, pobieżnie nawet ich "obklepali", po czym wsiedli do auta, i odjechali...

Do dziś się zastanawiam jakim cudem tego nie znaleźli...

Opisana sytuacja dotyczy mojego "drogiego" brata, na którego ja osobiście po chamsku doniosłam (co było wynikiem pewnej nieciekawej sytuacji, którą pewnie niebawem opiszę), więc w razie jakichś pytań służę, ale od razu zaznaczam, że wydarzyło się to ponad 10 lat temu, i mogę nie pamiętać dokładnie niektórych szczegółów, zwłaszcza, że to był mocno stresujący dla mnie dzień.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (138)

#86058

(PW) ·
| Do ulubionych
Wena mnie dziś dopadła, postanowiłam więc podzielić się z Wami swoją przygodą z długiem w banku.

Otóż moja śp. Teściowa wzięła w banku kredyt konsolidacyjny, z dodatkową gotówką. Całość opiewała na jakieś trzydzieści kilka tysięcy, do spłaty miało być ciut ponad 50 tysięcy zł, na okres pięciu lat. Niestety po spłaceniu niecałej połowy kredytu teściowa zmarła. Młoda w sumie kobieta, ale dorwał ją nowotwór. Żeby nie było, o chorobie dowiedziała się już dobrą chwilę po zaciągnięciu kredytu, a kredyt był ubezpieczony na wypadek śmierci. Po odejściu teściowej, ogarnięciu wszystkiego co należy ogarnąć po śmierci członka najbliższej rodziny, postanowiliśmy, że zarówno teść jak i mój mąż odrzucą spadek po mamie, bo tak było zwyczajnie najrozsądniej.

Pominę tu dokładne opisy pretensji rodziny, która została przez nas poinformowana, że tak się stanie, i poinstruowana co powinni zrobić, żeby nie przeszły na nich długi mojej teściowej. Na odrzucenie spadku ustawodawca daje pół roku od momentu uzyskania informacji o istnieniu spadku. Teść odrzucił spadek od razu, a mąż czekał do ostatniego dnia tego terminu, żeby przypadkiem nikt nie miał pretensji, że pozbył się problemu, i zrzucił go innym na głowę. Dodatkowo, ponieważ małoletnie dzieci dziedziczą spadek z dobrodziejstwem inwentarza, tzn. długi tylko do wysokości masy spadkowej (co w uproszczeniu oznacza, że dziecka nie można ścigać za długi zmarłej rodziny), postanowiliśmy nie odrzucać spadku za naszą córkę, żeby łańcuszek skończył się na niej. Mimo to radziliśmy rodzinie żeby odrzucili spadek, bo nigdy nie wiadomo na co wpadnie firma windykacyjna, a po co im problemy. Oj, nasłuchaliśmy się co niemiara. Jedna ciotka była wręcz oburzona, że musi zapłacić sama u notariusza za odrzucenie spadku (bagatelne 80zł), a jedna z kuzynek męża zupełnie olała sprawę, po czym przybiegła do nas z pretensjami kiedy napisał do niej bank. Miała farta jak nie wiem, ponieważ pismo z sądu, które miało ją informować o odrzuceniu spadku przez mojego męża, zawierało kluczowy błąd, bo informowało o przyjęciu tegoż spadku, dzięki czemu jej pół roku na odrzucenie biegło od dnia w którym dostała poprawne pismo. Oczywiście musiała się przez to trochę wysilić, i była strasznie oburzona. W dodatku obraziła się na mnie śmiertelnie, bo w czasie rozmowy podczas której w zasadzie podałam jej rozwiązanie problemu, stwierdziła, że to nie wypada tak odrzucać spadku po rodzicu, i że ona po swoim ojcu spłacała długi, na co odrzekłam, że owszem, ale tylko dlatego, że nie wiedziała, że nie musi...

Wracając do tematu: jeszcze zanim teść odrzucił spadek, wybraliśmy się we trójkę do banku, aby poinformować o śmierci kredytobiorcy. Całkiem miły facet wziął od nas dokumenty, i zapewnił, że jak najbardziej kredytu nikt spłacać nie musi, bo był ubezpieczony, mamy się nie martwić, i czekać na oficjalne pismo o uznaniu ubezpieczenia. Pięknie, nie? Tyle, że bank w ciągu kolejnego miesiąca połączył się z innym bankiem ( a raczej został przez niego przejęty), i się zaczęło. Nie tylko nikt nie słuchał, że przecież kredyt był ubezpieczony, nikogo też nie obchodziło, że spadek został odrzucony. Bank wysyłał do teścia, a potem do męża, na przemian wezwania do zapłaty, żądania dostarczenia różnych dokumentów (między innymi dokumentacji medycznej mamy, żeby stwierdzić czy nie wyłudziła od nich kredytu, wiedząc, że nie będzie w stanie go spłacić-swoją drogą okropnie było czytać takie przypuszczenia na temat osoby, która nigdy w życiu nikogo nie oszukała, i która wolała np. nie kupić mięsa na obiad, niż mieć zaległy rachunek, czy ratę), i stertę innej papierologii, którą można streścić słowami "oszusty jedne, oddawajcie nasze pieniądze, bo pójdziemy do sądu". Ale jakoś do sądu nie poszli. Teść dostarczył im wszelką możliwą papierologię w tej sprawie, i dodał do niej napisaną przez siebie epistołę, z opisem i wyjaśnieniem sprawy. Przez jakiś czas był spokój, myśleliśmy, że może do nich dotarło, i odpuścili.

Ale nie, jakiś czas temu napisała do nas firma windykacyjna. A właściwie nie do nas, tylko do naszej córki. Najpierw wysłali wezwanie do zapłaty, oczywiście chcieli te 50 tysięcy, a nie niespłacone raty, bo windykacje wszelkiej maści mają taki zwyczaj, że nie obchodzi ich ile realnie wisisz komuś kasy, tylko ile w ogóle jej wziąłeś. Zadzwoniłam, i próbowałam wyjaśnić kobiecie, że ubezpieczenie, że dziecko, że nie mogą żądać od małoletniej spłaty długu. Pani mi na to, że mogą, bo oni nie mają spisu inwentarza, i na pewno masa spadkowa przewyższyła wartość długu, i oni się nie dadzą oszukać. Radośnie poinformowałam panią, że może oni nie mają, ale ja i owszem, bo zrobiliśmy go zaraz po śmierci teściowej, właśnie na taką okoliczność, i ja im chętnie prześlę, tylko niech mi pani poda adres. Pani się rozłączyła...

Po kilku miesiącach córka otrzymała groźnie brzmiące, i podpisane przez jakąś kancelarię "ostateczne, przed-sądowe wezwanie do zapłaty". Zadzwoniłam do tej kancelarii, wyłuszczyłam sprawę ponownie, na co już milsza pani stwierdziła, że tych rewelacji to oni od wierzyciela nie słyszeli, i żebym przesłała im ten spis inwentarza. Znów był spokój na kilka miesięcy.

Ale po jakimś czasie dostałam od listonosza straszliwie grubą kopertę, adresowaną do córki, w której znajdował się pozew sądowy, wysmażony już przez inną kancelarię. Na takie dictum napisałam sprzeciw, w którym opisałam całą sprawę, powołując się między innymi na pogwałcenie zasad współżycia społecznego, poprzez próby wyłudzenia nienależnych im pieniędzy, od małoletniej chronionej prawnie przed takimi sytuacjami, zahaczyłam także temat ubezpieczenia widmo, a w dodatku po dokładniejszej analizie dokumentów zauważyłam, że dług przedawnił się, i to jeszcze na długo przed wniesieniem pozwu, a nawet przed pierwszym wezwaniem do zapłaty, co oczywiście także dodałam w swoim sprzeciwie. Podeszłam do prawnika, żeby zobaczył, czy w moim pisemku wszystko jest jak należy, i posłałam je w świat. Pani mecenas zapewniła, że to co tam jest w zupełności wystarczy, ale gdyby jednak jakimś cudem sąd uznał pozew, to mam do niej przyjść, bo ona się chętnie przyjrzy bliżej kwestii tego ubezpieczenia. Na rozprawie sędzia uznał mój sprzeciw, pozew został odrzucony, i jak na razie jest spokój. Mam tylko nadzieję, że tak już pozostanie.

Przykre jest to, że niby poważna firma próbowała wyłudzić grubą kasę od dziecka, licząc na to, że opiekunowie się wystraszą i nie będą znali swoich praw. Choćby fakt, że jeśli pozew został wniesiony na formalnym druku, to sprzeciw także musi wpłynąć w takiej formie, bo inaczej zostanie odrzucony, jest czymś o czym nie ma pojęcia 90% zwykłych ludzi z którymi rozmawiałam o tej sprawie. Ja też nie jestem prawnikiem, ale umiem korzystać z porad prawnych, dzięki czemu jakoś sobie poradziłam w tej sytuacji, niestety większość osób którym mówiłam, że dostaliśmy taki pozew, kiwało głową ze zrozumieniem, i mówiło "no to teraz musicie im zapłacić", a kiedy mówiłam, że bynajmniej, nie musimy, robili wielkie oczy, i pytali "ale jak to?"... I właśnie na takiej niewiedzy bardzo często żerują takie firmy. Nie neguję tutaj istnienia opornych dłużników, ale kiedy widać ewidentnie, że człowiek jest w prawie, a mimo to i tak liczą na naciągnięcie "frajera", to szlag mnie jasny trafia, i krew wartka zalewa po same uszy!

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (240)
zarchiwizowany
Zaszczyt i szczęście mnie wielkie spotkało, po wielu trudach, milionach wydanych monet i masie czasu, pewna państwowa instytucja pozwoliła mi posiadać >coś< (co konkretnie, nie ma najmniejszego znaczenia dla historii, więc pozwolę sobie zachować odrobinę tajemniczości, choć sam fakt, że ktoś musi mi "pozwolić" na to, żebym za własne pieniądze sobie coś kupiła, i w wolnym czasie używała, już jest moim zdaniem wystarczająco piekielny, jednakże nie o tym historia, więc zmilczę).

Ale nie ma tak pięknie-owszem, posiadać mogę, ale żeby sobie kupić wymarzone >cosie< potrzebuję jeszcze zaświadczeń uprawniających do zakupu. Mogłam oczywiście złożyć wniosek o zaświadczenia razem z wnioskiem o wydanie decyzji, ale nie miałam pewności czy decyzja będzie pozytywna, a zaświadczenia też kosztują, więc wolałam poczekać.
Ogólnie wydział tej instytucji w moim mieście jest dość przyjaznym miejscem dla petentów, wyróżnia się pozytywnie na tle kraju, ale nawet w tak sielankowej scenerii musi się trafić jakiś niemiły incydent, i stąd ta historia.

Jeśli chodzi o składanie wniosku o wydanie decyzji, i samo wydanie tejże, doświadczyłam samych pozytywnych zaskoczeń. Nie tylko urzędniczki były miłe, a nawet pomocne, ale w dodatku wyrobiły się z wydaniem decyzji szybciej niż musiały, co zaoszczędziło mi pewnych trudności, i związanej z nimi straty czasu. Na wydanie decyzji ustawodawca przewidział 30 dni, a one wydały ją w 26, w dodatku w grudniu, kiedy dni pracujących jest zdecydowanie mniej, a spraw do zamknięcia przed końcem roku zdecydowanie więcej, więc jestem wdzięczna. Ale z początkiem nowego roku jakby straciły impet, bo już z zaświadczeniami nie było tak różowo. Na ich wydanie instytucja ma tydzień. Poszłam złożyć wniosek we wtorek, miła pani sama zapytała, czy mają wysyłać pocztą, czy odbieram osobiście. Mam bliziutko, poza tym tak byłoby szybciej, więc oczywiście chciałam je odebrać sama, o czym, poza odpowiedzią na zadane pytanie, wspomniałam jeszcze dwa razy, a pani sobie to gdzieś zanotowała. Kazała mi przyjść w kolejny wtorek, bo wtedy już na pewno będą gotowe do odbioru.

Ukontentowana opuściłam gościnne progi instytucji, i jeszcze tego samego dnia, wraz z mężem, żywo zainteresowanym i zaangażowanym od początku w cały proces, pojechałam na rajd po sklepach, żeby poszukać, i w razie konieczności pozamawiać, moje wyśnione i wymarzone >cosie<. Poszukiwania były owocne, i jeszcze przed końcem tygodnia zarezerwowałam >cosie< w trzech sklepach, z czego w dwóch wpłaciłam zaliczkę, a w jednym zadatek, i poumawiałam się na odbiory we wtorek i środę, przy czym w dwóch z trzech sklepów zarezerwowałam ostatnie sztuki, i sprzedawcy zastrzegli, że jeśli nie pojawię się do końca tygodnia, to rezerwacja mi przepadnie, i o ile o zaliczkę nie musiałam się martwić, to o zadatek już owszem. Nie stresowałam się tym jednak za bardzo, w końcu wszystko było załatwione, i nic nie powinno być nie tak, a nawet jeśli, to od wtorku do piątku chwila jest, więc czym tu się martwić. Zwłaszcza w takim nastroju :) Gdyby ktoś się dziwił dlaczego tak mi było śpieszno, to usprawiedliwia mnie to, że czekałam na ten dzień (w sensie dzień zakupu) w sumie od ponad roku, w dodatku bez pewności czy kiedykolwiek nadejdzie (przy decyzji odmownej pewnie bym się odwoływała, ale nadzieja już by w zasadzie umarła), a marzyłam o tym już o ho ho i jeszcze trochę :)

Przyszedł wyczekiwany wtorek, pomknęłam do instytucji jak na skrzydłach, ale miła pani jak tylko mnie zobaczyła, już wyglądała ciut nie wyraźnie... Mówię radośnie, po co się tam znowu przypałętałam, miła pani przeszła do innego pomieszczenia, a gdy wróciła, oznajmiła, że "ojej, koleżanka wysłała pani zaświadczenia pocztą" No żeż niech to chudy, rudy byk na rogi weźmie, przecież wyraźnie mówiłam, w sumie trzy razy, że przyleze sama po te papierzyska! Trudno, mleko się rozlało, nie nakrzyczę na kobietę przecież, bo to i nie w moim stylu, i jeszcze nie raz będę tu coś załatwiać... Zapytałam grzecznie kiedy wysłała. W czwartek. A, no to nie tak źle, teoretycznie to nawet dziś może dojść.

Kopytkuję więc do domu, czekać na listonosza, jak na ukochanego wracającego z wojny, wypatrując i wypytując sąsiadów, czy go przypadkiem nie widzieli. Tak mi zeszło do wczesnego wieczora, i w przebłysku geniuszu pomyślałam, że śmignę na pocztę niedługo przed zamknięciem, może tam coś wiedzą. Nie wiedzieli... Ale sympatyczna babka z poczty poradziła mi "idź pani do placówki x, bo u nas listonosze zostawiają do odbioru awizowane przesyłki, ale na pani rejon, to wychodzą z placówki x, więc jeśli to przyszło dziś, to będzie u nich." Z językiem niemal na plecach dotarłam do placówki x, zdążyłam, jeszcze kwadrans do zamknięcia. Pytam kolejną sympatyczną kobietę o moją przesyłkę, pani sprawdza w komputerze-no nie ma, "ale pani zaczeka, ja zobaczę z tyłu, bo może jest, tylko jeszcze nie wprowadzona do systemu". Dzięki Ci uczynna pracownico poczty! Ale lipa, tam też nie ma... "A numer nadania pani ma? To bym pani chociaż powiedziała, gdzie teraz jest." No durna jestem jak but, nie zapytałam o numer! Ale nic straconego, rano zadzwonię do instytucji i zapytam. Zawiedziona wróciłam do domu.

Rano zadzwoniłam i zapytałam. I dowiedziałam się, że numer nadania mogę dostać najwcześniej za dwa dni :O Bo instytucja jest duża, i ma dużo różnych działów, i korespondencja z nimi wszystkimi jest obsługiwana przez taką ich wewnętrzną pocztę. I żeby wydobyć od nich ten numer, to pani może wysłać oficjalne zapytanie, a oni jej oficjalnie odpowiedzą. Za dwa dni conajmniej... Trudno, mówię, pytaj ich kobieto, najwyżej się nie przyda jeśli by przesyłka przyszła wcześniej. Po południu odbyłam kolejną wycieczkę do obu placówek poczty, ale i tego dnia wróciłam do domu zawiedziona. Już się powoli zaczynałam martwić o ten nieszczęsny zadatek, i zastanawiałam się, czy kolejnego dnia dzwonić do sklepów, czy poczekać z tym do piątku.

W czwartek odbyłam kolejną (niemal rytualną już) wyprawę na obie poczty. I bingo! Wreszcie jest, w placówce z której kolejnego ranka już zabrałby ją do mnie listonosz, czyli do sklepów i tak bym nie zdążyła, bo listonosz w moim bloku pojawia się zawsze mniej więcej o tej samej porze, czyli między 15 a 16, sklepy są rozrzucone w trzech różnych krańcach miasta, a ja mieszkam w samym centrum. Dodatkowo pani z poczty radośnie poinformowała mnie, iż moja przesyłka trafiła do nich niecałe pół godziny wcześniej, czyli gdybym poszła tam przed zrobieniem zakupów na kolację, a nie po, to bym jej tego dnia nie zobaczyła. Najprawdopodobniej straciłabym w ten sposób kilka stów zadatku, i kilka tygodni oczekiwania na kolejne egzemplarze >cosiów<, bo te "moje" najpewniej by się sprzedały, i musiałabym czekać na kolejną dostawę, albo wybrać coś innego, co wcale mi się nie uśmiechało. Ale dzięki niech będą wszelkim duchom opatrzności, bo rzutem na taśmę się udało, i choć straciłam niemal cały tydzień, w którym miałam rozpocząć intensywne użytkowanie nowych zabawek, to przynajmniej nie straciłam kasy, i w sumie został mi jeszcze weekend.

Daty na zaświadczeniach i data nadania się pokrywają, więc to nawet nie ich wina, że szły do mnie tydzień, ale prosiłam, do nagłej, jasnej, dajcie mi te papiery do ręki... I jeszcze bym zrozumiała, gdyby ten konkretny rodzaj papieru który mi wystawiały wychodził od nich hurtowo, i w nawale identycznych spraw gdzieś im umknęło, że ta upierdliwa baba przyjdzie sobie sama to odebrać, ale tego wcale nie ma tak dużo, o czym świadczy choćby to, że, już po mojej drugiej wizycie tam, byłam kojarzona kto ja zacz i czego tam od nich chcę, a wielokrotnie słyszałam, jak do znakomitej większości petentów zwracały się po imieniu, bo poprostu taka specyfika tego miejsca, i zakresu jego "usług", że osoby tam pracujące znają, a przynajmniej kojarzą prawie każdego petenta, bo wcale nas jakoś bardzo dużo nie ma. I tylko nerwów szkoda, tym bardziej, że dałoby się uniknąć tego całego cyrku i mojego biegania, gdyby się pani wysyłająca trochę bardziej skupiła, będąc w końcu w pracy...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (21)

#84934

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedaleko mojego domu jest lodziarnia, serwująca modne ostatnio (i naprawdę pyszne) lody naturalne. Właściciele to kilkoro młodych osób.

Ostatnio stałam tam w kolejce, a przede mną obsługiwany był zrzędliwy gość. Pełna profeska, dziewczyna na zaczepki nie reaguje, cały czas się uśmiecha i cierpliwie odpowiada na kolejne pytania. Kiedy podawała rachunek, uśmiechnęła się jeszcze szerzej (chyba z ulgi, że już sobie facet pójdzie :) ), a gość na to:

- No i czego się tak szczerzysz?

Już mnie troszkę irytował i zaczęłam otwierać usta, żeby coś powiedzieć, ale dziewczyna mnie uprzedziła, mówiąc:

-Wie pan, mi za to płacą. A pan jest złośliwy z zamiłowania czy po prostu niewychowany?

Facet się, rzecz jasna, zbulwersował i pierwszy raz w życiu naprawdę usłyszałam mityczną już niemal wiązankę "nie wiesz, kim jestem, znam właściciela, już tu nie pracujesz itd.". Serio, nigdy nie wierzyłam w takie opowieści, a tu proszę, pod samym nosem mam opisywany szeroko gatunek pieniacza "z koneksjami".

Pan niestety najwyraźniej nie miał pojęcia, że obsługująca go dziewczyna jest jedną z właścicielek. Po wyjściu faceta jeszcze rzuciła do dwóch dziewczyn za kontuarem "wybaczcie dziewczyny, pan już chyba do nas nie wróci" z miną, jakby właśnie wygrała na loterii.

Ta sytuacja poprawiła mi humor na resztę popołudnia.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 261 (265)

#84904

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam sobie właśnie komentarz, do historii o natrętnym facecie, marudzącym o rasizmie, kiedy przypomniała mi się poniższa sytuacja.

Wrocław jest dość dużym miastem, jak na polskie standardy całkiem zróżnicowanym kulturowo (w moim bliskim sąsiedztwie mieszka dwóch Murzynów, kilku gości wyglądających z arabska, kilku Azjatów prowadzi knajpę po drugiej stronie podwórka, to wszystko na przestrzeni jakichś 700 m2, o Ukraińcach nawet nie mówiąc, bo ich we Wrocławiu widać i słychać na każdym kroku).


Nie wiem z czego to wynika, może to mój wielki tyłek :), ale jeśli już zdarza się, że ktoś próbuje mnie podrywać, to w 7 na 10 przypadków jest to właśnie obcokrajowiec, i to zazwyczaj ciemnoskóry. Ignorowanie to dobra metoda, ale jak mnie ktoś zaczepia na ulicy, to zwykle jednak zatrzymuję się, bo rodzice mnie nauczyli, że się pomaga ludziom, zaczynam ignorować, kiedy zorientuję się, że to kolejny co szuka miłości... Kilku było natrętnych, zwykle w miejscu osadza ich wzmianka o mężu i dziecku (teraz już dwójce), ale jeden to mnie kiedyś serio przestraszył, i właśnie o nim, po tym przydługim wstępie, będzie opowiastka.

Z przystanków pod Galerią Dominikańską do mojego domu jest trochę ponad 700 m, zwykle ta trasa zajmuje mi niecałe 10 minut, ale tego wieczora przeszłam ją chyba w 4... Od samej galerii szedł za mną facet, jak mu się bliżej przyjrzałam, to chyba hindus. Niemal na wprost mojego bloku jest hostel, więc myślałam, że może tam zmierza. Ponieważ było już bardzo późno, postanowiłam jednak delikatnie sprawdzić, tak dla własnego spokoju, czy jednak nie lezie za mną. Po serii dziwnych manewrów miałam pewność, że facet ewidentnie idzie za mną, więc jeszcze bardziej przyspieszyłam, i ponieważ mój złomiasty telefon oczywiście się rozładował, to w duchu modliłam się, żeby mój mąż zostawił otwarte okno, żeby w razie co usłyszał moje wołanie.

Na ulicy pusto, mimo, że to lato, ale środek tygodnia, ja w spódnicy do kostek biegam średnio, więc już się szykowałam, żeby ją łapać w ręce i zwyczajnie wiać, bo gość już coraz bliżej. Błogosławione moje bałaganiarstwo, bo nagle w bocznej kieszeni dawno nie używanej torby wymacałam gaz, więc poczułam się odrobinę pewniej (zawsze to te kilka dodatkowych sekund na start, zanim gość się ogarnie i zacznie gonić, a może i całkiem zrezygnuje...).

Kiedy więc wreszcie doszedł do mnie na odległość, z której postanowił się w końcu odezwać, nie uciekłam od razu (tak mnie kiedyś uczyli-zachowuj się normalnie, i zrywaj się do biegu, kiedy druga strona się tego najmniej spodziewa), tylko wysłuchałam (utrzymując odpowiedni dystans), co tam miał do powiedzenia. A kiedy okazało się, że to zwykły student, któremu się zebrało na podryw, to zrugałam go tak, że dobre kilka minut mnie przepraszał. "Bo on nie pomyślał, że ja się go mogę przestraszyć"! No debil! Grubo po północy, cicho wszędzie, głucho wszędzie, idzie samotna babka, a on zamiast zagadać od razu, kiedy staliśmy razem na przejściu dla pieszych, to lezie za mną prawie pod sam dom, zachowuje się jakby mnie śledził, i to w co najmniej niejednoznacznych zamiarach, bo co chwilę rozglądał się na boki (próbował zapamiętać drogę, bo był w mieście dopiero kilka dni...), przyspiesza równo ze mną, więc pewnie jak zacznę biec, to on też.


Tak mnie przestraszył, że jak już się wszystko wyjaśniło, naprzepraszał się za trzech, spławiłam go i ruszyłam do domu, to jak opowiadałam mężowi co mnie spotkało, to z nerwów i ulgi bez przerwy się śmiałam.

Tak więc, drodzy Panowie: jeśli chcecie zgadać na ulicy do dziewczyny, to pomyślcie jak to zrobić, żeby jej przy tym nie wystraszyć na śmierć. Ja tylko tego gościa objechałam z góry na dół, ale moja dobra znajoma, kiedy w podobny sposób próbował zaczepić ją jej obecny mąż, była tak przestraszona, że zanim dokończył zdanie, leżał na ziemi ze złamaną ręką, bo akurat niosła coś ciężkiego i uderzyła odruchowo w wyciągniętą do niej w geście powitania rękę.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (165)
zarchiwizowany

#46600

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Taki sobie absurdzik. Może ktoś z was miał podobną sytuację, i wie jak można to załatwić? Tak dla potomności, bo mi to już na szczęście nie potrzebne. Ale do rzeczy.

Mój mąż kupił motocykl. Pojeździł nim trochę, i po jakimś czasie stwierdził, że jest już gotowy na większą pojemność. Co ważne-nie przerejestrowywał go, i jeździł na starej rejestracji, i ze starym dowodem rejestracyjnym. Zamieścił ogłoszenie, sprzedał go pewnemu chłopaczkowi z naszego miasta, i zadowolony rozpoczął poszukiwania nowej maszyny. Po jakimś miesiącu od sprzedaży odezwał się do nas ojciec kupca i zgłosił pewien problem, do którego rozwiązania potrzebna była mu nasza pomoc.

Okazało się, że poprzedni właściciel, wypełniając umowy kupna-sprzedaży zamienił kolejność imion mojego ślubnego (czyli zamiast np. Adam Krzysztof, wpisał Krzysztof Adam), a mój mąż nie zwrócił na to uwagi, więc tak zostało na umowach. Z tego powodu, nowy właściciel nie mógł przerejestrować pojazdu na swoje nazwisko. Próbował w obu urzędach w naszym mieście, oboje wykonaliśmy w tej sprawie masę telefonów do różnorakich urzędów i instytucji, z prostym pytaniem-co ma zrobić, żeby ten motocykl zarejestrować.

Pierwsze co przyszło do głowy zarówno jemu, jak i nam, to zwyczajnie poprawić umowę. Niestety, nie można tego zrobić, bo poprzedni właściciel wyrejestrował motocykl, i w urzędzie w jego mieście jest kopia umowy bez poprawek. Gdyby po sprzedaży w ogóle nie pojawił się w urzędzie, to teraz nie było by problemu, bo była by tylko umowa przedstawiona przez nowego właściciela, którą moglibyśmy sobie poprawić, i nikt nie miałby z tym problemu, ale teraz problem jest, bo umowy nie mogą się przecież różnić. Urzędniczka z którą rozmawiałam powiedziała, że musimy znaleźć tamtego właściciela, i poprosić go, żeby poprawił umowę którą ma w domu, i zgłosił poprawkę w swoim urzędzie. Wtedy mój mąż mógłby zrobić to samo ze swoją umową, i wszystko byłoby cacy. Sęk w tym, że jesteśmy z Wrocławia, a motor kupowaliśmy w Gnieźnie, więc średnio uśmiechała nam się dwustu kilometrowa wycieczka, w dodatku w cudzym interesie, bo na dobrą sprawę, mogliśmy olać nowego właściciela, i powiedzieć, że to jego problem. Ale trochę poczuwaliśmy się do pomocy mu, bo gdyby mój mąż spróbował zarejestrować motocykl od razu po kupieniu, to teraz już nie było by tego problemu. Na moje pytanie co będzie, jeśli nie uda nam się skontaktować z poprzednim właścicielem, pani urzędniczka odrzekła "to wtedy będziemy się martwic i myśleć co dalej"... W między czasie dowiedzieliśmy się, z niemałą ulgą, że wcale nie musimy jechać do Gniezna, wystarczy tylko, ze obie strony poprawią swoje umowy w ten sam sposób. Próbowałam więc znaleźć poprzedniego właściciela przez internet, ale nic to nie dało.

Po pewnym czasie ojciec nowego właściciela podziękował nam za nasze starania i stwierdził, że jeśli nie uda mu się zarejestrować motoru, to syn będzie jeździł tak jak jest, a problem zrzucą na głowę kolejnemu właścicielowi. Niby nie fair, ale z drugiej strony-co zrobić? Nie utrzymywaliśmy dalej stałego kontaktu z nowymi właścicielami, jednak jakiś czas temu dostałam maila od ojca chłopaka, że poradzili sobie z tym problemem, trochę mniej legalną drogą, ale przynajmniej dokumenty mają teraz w porządku, i nie muszą się martwic kłopotami z policją, przy każdej kontroli.

W czasie rozmów z urzędnikami zadałam kilka pytań, które brzmiały mniej więcej tak: Co, jeśli nie uda nam się znaleźć poprzedniego właściciela? Co jeśli uda nam się go znaleźć, ale nie będzie chciał pomóc/nie będzie miał jak pomóc, bo np. przebywa za granicą? Co, jeśli poprzedni właściciel nie żyje? Co, jeśli nie posiada już swojej kopii umowy, bo np.uległa zniszczeniu? Na żadne z tych pytań nie uzyskałam konkretnej odpowiedzi, chociaż pytałam kilka różnych osób, a każda z nich teoretycznie powinna wiedzieć, jak działać w takich sytuacjach. Mam nadzieję, że trafiałam po prostu na strasznie nie ogarniętych urzędników, a nie, że jest to problem nie do rozwiązania...

Jedyny plus tej sytuacji, to to, że od tamtej pory każdą umowę kupna-sprzedaży przeglądam dziesięć razy, i to samo każę robić drugiej stronie, żeby uniknąć takich pomyłek, bo prawda jest taka, ze cała ta sytuacja nie miałaby miejsca, gdyby mój mąż od razu zwrócił na to uwagę. Mam jednak wrażenie, ze takie problemy powinno się rozwiązywać "trochę" łatwiej...


Z góry przepraszam, jeśli coś pokręciłam, ale ta sytuacja miała miejsce już jakiś czas temu, i mogłam o czymś zapomnieć.

urzędy? pomyłki?

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (64)
zarchiwizowany

#35922

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Opowiem wam jak straciłam pracę i zostałam przy tym złodziejką i ćpunką.

Pracowałam jako sprzątaczka w jednej z cukiernio-kawiarni w moim mieście. Praca nie zbyt ciężka, ekipa z grubsza sympatyczna, pieniądze w miarę przyzwoite. Pracowałam po ok. dwie godziny dziennie, przychodziłam przed otwarciem, ogarniałam dwie sale dla gości i kiedy już pojawiali się pierwsi klienci, ja zwykle kończyłam sprzątać zaplecze.
Niestety było jedno "ale" - nasza główna kierowniczka, nazwijmy ją Irena. Była to istota tak fałszywa, jak to tylko możliwe. Wspomnę jeszcze, że tę pracę "odziedziczyłam" po koleżance, która musiała zrezygnować, bo znalazła inną i nie pasowały jej godziny. Koleżanka ostrzegała mnie przed Ireną, jak się okazało, całkiem słusznie. Mówiła, że obrabia tyłki wszystkim po kolei i trzeba uważać co się przy niej mówi, bo drugiej takiej plotkary w życiu nie widziała, a i nie jest pewna czy nie byłaby zdolna do czegoś gorszego. Po pierwszym spotkaniu z kierowniczką stwierdziłam, że moja koleżanka trochę chyba przesadza, bo Irena wydawała się sympatyczna, pięknie się uśmiechała i ogólnie sprawiała wrażenie bardzo miłej osoby. Poza tym wyznaję zasadę, że do pracy chodzi się pracować, a nie szukać przyjaciół, więc nawet jeśli będzie mnie obgadywać, to mam to gdzieś.

W miesiącu w którym zaczęłam tam pracować, przyjęło się całkiem sporo nowych osób. Wiadomo jak to nowi- coś zepsują, coś zmarnują, czegoś zapomną schować, coś wsadzą nie tam gdzie trzeba, ogólnie stary trochę większe niż normalnie. Któregoś razu po przyjściu do pracy zastałam małą burzę- jedna z kierowniczek wyliczała Irenie co poprzedniego dnia nabroiły jej nowe podopieczne. Do strat zaliczały się między innymi kompletnie zniszczone trzy torty (po 150zł każdy), kilka kuwet roztopionych lodów, ogólny syf na zapleczu, zostawione w pracowniczej lodówce żarełko, które się zepsuło i zaczęło śmierdzieć, oraz kilka mniejszych przewinień. Irenka stwierdziła, że z nimi porozmawia i w zasadzie temat powinien być zamknięty.

No ale prezes straszna żyła, jak ona mu powie, że 450zł w plecy na samych ciastach i to jednego dnia? Przecież nie może mu tego powiedzieć. Więc wymyśliła sobie wspaniały plan - powie, że ktoś ukradł! Genialne, nie? Dziewczynom i tak potrąciła z pensji, no ale trzeba znaleźć złodzieja, żeby historyjka była wiarygodna. Więc padło na mnie - sprzątaczkę łatwo przecież zastąpić, nie trzeba marnować czasu na szkolenie, no i robi na czarno, więc nie będzie żadnych problemów z umowami itp.. Ale trzeba mieć jakieś dowody. Więc genialna Irenka wpadła na świetny pomysł. Z rana zawsze była sama, ja przychodziłam jako druga, a pierwsza z kelnerek pojawiała się jakieś pół godziny przed moim wyjściem. Irenka zrobiła karteczkę, przed moim przyjściem wszystko liczyła i wpisywała na karteczkę. Oczywiście o kilka sztuk, czy parę deko więcej. Liczyła takie rzeczy jak jakieś batoniki, ciastka, pączki, ważyła ciasta, torty, ciasteczka na wagę, itd., a po moim wyjściu robiła to jeszcze raz, tym razem z którąś z pracownic. Oczywiście moja wina była bezsporna i wręcz namacalna, ale trzeba było mnie "złapać na gorącym uczynku".

Na początku pracy przebierałam się normalnie, w szatni dla pracowników, jednak po jakimś czasie stwierdziłam, że to bez sensu, bo szatnia znajdowała się na poziomie zero, a ja zawsze znosiłam rower na poziom -1, szłam na górę się przebierać, po czym wracałam na dół po odkurzacz. Wyeliminowałam więc bieganinę po schodach i zaczęłam przebierać się w kąciku w którym stawiałam rower. I kiedy ja kończyłam sprzątać zaplecze na poziomie zero, Irenka dzielnie grzebała w moich rzeczach w poszukiwaniu czegoś co pozwoliłoby jej mnie zwolnić. I niestety w końcu znalazła. Nieświadoma niczego, wzięłam do pracy batonika- nie pierwszy raz, ale tym razem, na swoje nieszczęście, takiego który był dostępny w mojej kawiarni.

Ach, zapomniałam jeszcze o pewnej rzeczy- ponieważ pracowałam bez umowy, a już zdarzyło mi się nie dostać kasy za taką pracę, to byłam umówiona na rozliczanie się w każdy piątek (weekendy miałam wolne). Jednak w mój ostatni w tym miejscu piątek, po skończonej pracy jak zwykle szukam Ireny żeby się rozliczyć. Ale dziewczyny mówią, że Ireny nie ma i dziś już nie wróci (często wychodziła w trakcie pracy, a to po jakieś owoce, a to po świeżą prasę, itp.). Więc dzwonię do niej wracając do domu i mówię, że zapomniała mi dać kasę. Dowiedziałam się wtedy, że ma odgórny zakaz wypłacania tygodniówek i muszę czekać na normalną wypłatę, raz w miesiącu. Średnio mi się to spodobało, no ale co było robić... Postanowiłam, że w poniedziałek z nią porozmawiam i poproszę o podpisanie mi chociaż jakiegoś oświadczenia, na mój własny użytek, że tu pracuję i dostaję tyle a tyle, żeby mnie nie wystrzelili w powietrze.

W poniedziałek poszłam do pracy jak zwykle, tylko z tym nieszczęsnym batonikiem w plecaku... Po skończonej robocie jak zwykle zeszłam na dół się przebrać. Irenka poszła za mną i poprosiła o okazanie zawartości mojego plecaczka (który chwilę wcześniej przegrzebała...) Zdziwiłam się niepomiernie i spytałam z jakiej okazji mnie pierdyknął taki zaszczyt, że sama pani kierowniczka chce oglądać moje klamotki. Irenka uśmiechnęła się zjadliwie i odrzekła, że już od dawna podejrzewała mnie o okradanie kawiarni, i że dzisiaj widziała jak otwierają się drzwi od szafy ze słodyczami, a ja po chwili zbiegam do swojego grajdołka. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, ale sumienie miałam czyste, a w dodatku nie wiedziałam, że mają tam te nieszczęsne batoniki, bo takie rzeczy nie były nigdzie wyłożone, poza tym krótko tam pracowałam i nie widziałam jeszcze większości rzeczy które tam serwowali, bo jak już wspominałam, wychodziłam zanim dziewczyny wszystko powykładały. Otworzyłam więc ten plecak i wyjęłam z niego te kilka pierdół które w nim miałam, między innymi tego cholernego batonika. Irenka z triumfem na twarzy chwyciła moja przekąskę i zakrzyknęła "Wiedziałam! Wiedziałam, że to ty kradniesz. Zabieraj swoje rzeczy i wyjdź!" Zaczęłam oczywiście protestować i próbowałam się bronic, ale na nic się zdały moje krzyki. A darłyśmy się po chwili obie tak, że aż goście zaczęli zerkać na zaplecze. Koniec końców straciłam batonika, masę nerwów, pracę i poniekąd dobre imię, przynajmniej wśród pracowników knajpy, i oczywiście nie dostałam swoich pieniędzy za ostatni tydzień pracy, bo rzekomo mają pokryć poczynione przeze mnie straty. Wyszłam stamtąd tak zdenerwowana, że aż mnie telepało i jeszcze dobre kilkaset metrów musiałam prowadzić rower, bo nie byłam w stanie na niego wsiąść.

Powiecie dobra - jest złodziejka, ale gdzie ta ćpunka? Otóż moja droga kierowniczka nie poprzestała na zniszczeniu mi opinii wśród współpracowników, zadzwoniła również do koleżanki która mi tę pracę załatwiła, jak się później dowiedziałam, ten pomysł podsunęła jej któraś z dziewczyn tuż po moim wyjściu i, jak przypuszczam, postanowiła go zrealizować dla utrzymania wiarygodności. Ale kiedy koleżanka powiedziała, że jej nie wierzy i zaczęła mnie bronic, Irenka postanowiła walnąć z grubej rury. Kazała jej sprawdzić wygląd moich rąk, rzekomo noszących ślady ukłuć igłą ( w rzeczywistości trochę podrapanych po zbieraniu owoców na działce), powiedziała, że masę czasu spędzałam w toalecie i na pewno wtedy ćpałam ( w rzeczywistości raz spędziłam w toalecie ponad 20 minut, bo miałam straszliwe zatrucie pokarmowe i nikogo, kto mógłby za mnie pójść do pracy), podobno "dziwnie" się zachowywałam i byłam wiecznie senna i dziwnie zmęczona ( niesamowite, że osoba która pracuje na trzy etaty, wstaje o 5 rano i dodatkowo rozchorowało jej się akurat dziecko bywa zmęczona w pracy), a na dodatek, jako koronny argument powiedziała, że po jednej z moich dłuższych wizyt w toalecie na ścianach była krew. A i owszem, była, sama ją sprzątałam, a potem osobiście opieprzyłam nierozgarnięte dziewczę, które ubabrało krwią całą toaletę i zostawiło zużyty tampon na podłodze. Ach, i jeszcze podobno dziewczyny znalazły w śmietniku opakowanie po strzykawce i igle. Nie chce mi się w to wierzyć, ale jeśli to prawda, to może naprawdę maja tam jakiegoś narkomana? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wiem natomiast, że jak tylko wyczaję, że zatrudnili nową sprzątaczkę, to naślę im na łeb inspekcję pracy, bo na bank nie dadzą jej umowy, tak jak i dziewczynom które wcześniej tam sprzątały. I może jeszcze sanepid, bo nie dość, że niektóre ciasta potrafią tam leżeć grubo ponad tydzień, to w dodatku w pomieszczeniu w którym są przechowywane znajduje się całkiem spore gniazdo mrówek, z którym nikt nic nie robi, mimo, że kilkakrotnie zwracałam na to uwagę.

Uff... Trochę długo wyszło, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Dziękuję za uwagę :)

gastronomia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (292)
zarchiwizowany

#22920

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dawno, dawno temu (dokładniej do 1998r.) mieszkaliśmy na czwartym pietrze pewnego bloku w centrum Wrocławia. Na każdym piętrze były 3 mieszkania, my zajmowaliśmy to w środku, po prawej stronie mieszkało bardzo miłe, starsze małżeństwo, a po lewej bohaterka mojej opowieści. Nasza kochana sąsiadka była starszą panią, z poważnymi problemami psychicznymi. Pani B. mieszkała sama, bo jej jedyny syn zwiał jak tylko wyczuł okazję, jeszcze zanim moja mama zamieszkała w tym bloku. Pani B. przez większość czasu była miłą, acz trochę dziwną sąsiadką-jej "dziwność" objawiała się np. tym, że pewnego razu przyniosła mojej mamie żywego gołębia, złapanego na parapecie, ze słowami:

-Pani Ewuniu, przyniosłam pani gołąbka, zrobi pani dzieciom rosołek, bo to takie zdrowe mięsko.

Mama ślicznie podziękowała i wypuściła gołębia przez okno.

Pani B. była osobą chorą psychicznie, wszyscy mieszkańcy bloku mieli tego świadomość, ale dopóki jej syn mieszkał we Wrocławiu, regularnie prowadzał ją do lekarza i pilnował żeby brała leki. Wtedy wszystko było w miarę w porządku. Problemy zaczęły się kiedy syn przeprowadził się na drugi koniec Polski, a pani B. chodziła do lekarza coraz rzadziej, leki brała nieregularnie, a na początku 1994r. całkowicie zrezygnowała z leczenia. I wtedy zaczęły się dziać takie rzeczy, że do dziś nie wiem jakim cudem moja rodzina wyszła z tego cało.

Pani B., z nieznanych mi przyczyn, zaczęła oskarżać mojego tatę o tak dziwne rzeczy, że teraz już tylko można się z tego śmiać, ale wtedy bynajmniej nie było to ani trochę zabawne. Najpierw zaczęła rozpowiadać wśród sąsiadów, że mój ojciec przychodzi do niej w nocy i kradnie jej różne rzeczy, typu szklanki, cukier, garnki itp.. Później zaczęła przyklejać nam na drzwi kartki. O najróżniejszych treściach, co najmniej jedną dziennie. Na kartkach z początku pojawiały się żądania zwrotu różnych rzeczy, które rzekomo mój tato jej podprowadził. Później groźby i wyzwiska, a potem jeszcze dopiski co i w jakich okolicznościach mój tatuś "nabroił". Oskarżała go np. o to, że w nocy wchodzi do jej mieszkania przez dziurkę od klucza(!) i:
-tnie jej koszule nocne,
-plącze jej we śnie włosy,
-przesypuje różne rzeczy w kuchni(np. sól do cukierniczki, mąkę do herbaty, itp.)
-nosi jej sztuczną szczękę
-ubiera się w jej sukienki (:D)
-założył jej kłódkę na lodówkę i ona teraz przez niego umrze z głodu
-sika jej do wanny
i robi całą masę innych równie idiotycznych rzeczy.

Kilka razy wzywaliśmy policję, bo na kartkach pojawiały się różne groźby pod adresem mojego taty, poza tym nasza droga sąsiadka używała do tych kartek takiego kleju, że kilka razy malowaliśmy drzwi, bo żeby się tego cholerstwa pozbyć trzeba było używać opalarki. Niestety policja niewiele mogła zrobić, bo pani B. nigdy nie otwierała im drzwi, a jeśli jakimś cudem dorwali ją gdzieś na klatce schodowej, to kończyło się na tym, że osobie chorej psychicznie nie mogą nic zrobić. Doszło do tego, że pan dzielnicowy był u nas na tyle częstym gościem, że moja mama wyswatała go ze swoją koleżanką :)

Ale pani B. nie poprzestała na niszczeniu i debilnych oskarżeniach. Niejednokrotnie sterczała pod naszymi drzwiami i słuchała co dzieje się w środku. Ja i mój starzy brat nie wychodziliśmy nigdy sami z domu, bo mama się o nas bała, jak się okazało całkiem słusznie. B. kilka razy atakowała mojego tatę na klatce z różnymi narzędziami, typu tłuczek do mięsa, nóż kuchenny, jakiś kij, itp. Na szczęście mój tato jest dużym chłopem, a B. była tylko lekko otyłą staruszką, bo mogło się to źle skończyć. Ale policja nic nie zrobi, bo B. jest psychiczna, poza tym nie ma świadków,a ona wszystkiemu zaprzecza. Do psychiatryka jej nie mogą wziąć wbrew jej woli. I tak się z nią męczyliśmy prawie trzy lata, aż sama sobie załatwiła przepustkę do szpitala, totalnie przeginając pałkę.

Mój tato jest kierowcą-pewnego razu pani B. usłyszała, że następnego dnia tato jedzie w trasę i będzie wychodził z domu w środku nocy. Nie zgadniecie co zrobiła-zaczaiła się na niego na półpiętrze z... siekierą! Mój tato tylko cudem nie został nią trafiony, bo B. zrobiła za duży zamach i spadła ze schodów. Sąsiedzi zwabieni hałasem powychodzili ze swoich mieszkań, a B. zaczęła się wydzierać i zdradziła wszystkim, że ona by go zabiła, wsadziła do jego ciężarówki stojącej pod blokiem i zepchnęła gdzieś do rowu, że niby miał wypadek. Tym razem już byli świadkowie, policja przyjechała bardzo szybko i zabrała B. trzymaną przez czterech(!) sąsiadów.

A syn pani B. kiedy tylko dowiedział się co się stało przyjechał do Wrocławia, odnowił mieszkanie i wynajął dwóm sympatycznym studentkom. Do matki nie zajrzał nawet na minutę i od starych sąsiadów wiem że w mieście pojawia się tylko kiedy zmieniają się lokatorzy w jego mieszkaniu. W sumie nawet za bardzo mu się nie dziwię. My wyprowadziliśmy się stamtąd około roku po tym wydarzeniu, a nowi sąsiedzi, mimo, że zupełnie zdrowi, też nadają się do opisania na tej stronie, choć tym razem przynajmniej nikt nikogo nie próbował zabić.

ech...sąsiadka

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (170)