Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

anulla89

Zamieszcza historie od: 4 marca 2011 - 3:58
Ostatnio: 21 lipca 2020 - 7:53
O sobie:

Skoro już tu zajrzałeś, to Ci powiem co nieco... Urodziłam się w 89' w najpiękniejszym polskim mieście (czyli oczywiście we Wrocławiu). Mam wspaniałego, gburowatego męża, i dwie wiecznie uśmiechnięte córki (roczniki 2008 i 2018). Poza tym jestem fanką kotów, mam jednego biało czarnego, przygarniętego wprost z chodnika pod blokiem, lenia o niesamowicie miękkim futerku, i drugiego, szroburego rozrabiakę, uzyskanego w identyczny sposób :) Tyle chyba Ci wystarczy? Miłego dnia życzę:)

  • Historii na głównej: 12 z 19
  • Punktów za historie: 2385
  • Komentarzy: 403
  • Punktów za komentarze: 1222
 

#86707

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to piekielność dużego kalibru, ale irytująca jak cholera. Przeglądając stare historie, przypomniałam sobie jak ostatnio zadzwoniła do mnie wybitnie uparta konsultantka, ze wspaniałą, niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju i najlepszą we wszechświecie i okolicach, ofertą ubezpieczenia mojej skromnej osoby. Akurat jakiś czas wcześniej zastanawialiśmy się z mężem nad kwestią rozszerzenia naszych dodatkowych ubezpieczeń, więc uznałam, że co mi tam, posłucham, a nuż coś ciekawego mi zaproponuje. Pani z entuzjazmem zaczęła wyliczać mi wszystkie korzyści, niestety dość szybko w toku rozmowy wyszło, że to co mi proponuje, to już mam, nawet odrobinę lepsze. W tym momencie moje zainteresowanie opadło drastycznie, w związku z czym usiłowałam zakończyć rozmowę.

Usiłowałam jest tu słowem najbliższym prawdzie, bo choć starałam się zrozumiale przekazać, że jej oferta mnie nie interesuje, więc żegnam, miłego dnia, to niewiele z tego wynikało. Niestety pani była najwyraźniej nieźle wyszkolona w te klocki (a ja tego dnia miałam widocznie jakiś niedobór asertywności, /no i byłam przed pierwszą kawą.../), bo skubana tak mi za każdym razem niepostrzeżenie wchodziła w zdanie, że za cholerę nie szło zakończyć tej rozmowy. W takich okolicznościach postanowiłam wykorzystać myk, który pozwala mi zazwyczaj bezproblemowo zakończyć rozmowę, dodatkowo uszczęśliwiając konsultanta (a nawet ze dwa razy zdarzyło mi się rzeczywiście zawrzeć w ten sposób jakąś umowę). Mam osobnego maila na wszelkie cudowne oferty, do zakładania kont na różnych nieistotnych portalach itp., więc zwykle kiedy albo oferta rzeczywiście mnie interesuje, albo kiedy trafię na mocno zdeterminowanego konsultanta, a chcę stosunkowo szybko zakończyć rozmowę, pytam, czy jest możliwość, żeby przesłali mi ogólne warunki na maila, ja sobie poczytam, i wtedy pogadamy. Zadałam to pytanie kobiecie, która do mnie dzwoniła. Podejrzewam, że chyba ją zaskoczyła tak szybka propozycja podania maila, bo wygadała się, a pociągnięta za język nie bardzo miała jak mi naściemniać prosto w ucho, i wyszło, że ona jak najbardziej, z dziką wręcz rozkoszą, prześle mi umowę. Ale zaraz, jaką umowę? "No bo ta oferta działa tak, że zgoda na wysłanie przez nas maila jest jednoznaczna z akceptacją warunków, ale pani się nie martwi, można zrezygnować w ciągu trzech dni od otrzymania maila, i wtedy płaci się tylko pierwszą ratę, a ochrona ubezpieczeniowa i tak trwa 30 dni od otrzymania maila. No to słucham, na jaki adres wysłać umowę?". Wypowiedziane na jednym oddechu. No nie, ja nie chcę żadnej umowy, ja chcę przeczytać, co ewentualnie miałoby się w tej umowie znaleźć. "Niestety, tak się nie da, ale pani się nie martwi, można zrezygnować (...)". Zapętliła się kobieta. Mówię, że w takim razie, to ja podziękuję, wdech, żeby się pożegnać, a tu litania od nowa "ale niech pani się zastanowi! Nie zależy pani na rodzinie? Bo nasze ubezpieczenie nie tylko pokrywa koszty leczenia takich chorób jak x, y i z, czego inne ubezpieczenia zazwyczaj nie zawierają (no patrz, a moje jakoś zawiera...), ale dodatkowo w przypadku pani śmierci, rodzinie wypłacana jest kwota x przy składce a lub kwota y przy składce b" itd. Kiedy zbliżała się do końca zdania (a przynajmniej tak mi się zdawało), zaczerpnęłam powietrza, żeby się z nią definitywnie pożegnać, ale skubana, na końcówce wydechu dorzuciła "a zdaje sobie pani sprawę, ile kosztuje dziś pogrzeb, i jaka jest wysokość zasiłku pogrzebowego?". No i mój wdech zużył się na odpowiedź, że owszem, zdaję sobie sprawę, jednak /wdech, i znowu mi się wcięła/...
I tak wyglądała cała rozmowa od momentu, w którym babka poczuła, że zainteresowany z początku klient wyślizguje jej się z rąk. Całości przysłuchiwał się mój mąż, bo akurat jechaliśmy samochodem, i po skończonej rozmowie powiedział mi, że w sumie osiem razy próbowałam kulturalnie zakończyć tę rozmowę. Tzn. próbowałam więcej, ale tyle razy zdążyłam dojść do słów "dziękuję, do usłyszenia/żegnam/do widzenia" czy tam innego zwyczajowego pożegnania. Bardzo nie lubię tak robić, ale babka była tak nachalna, że ostatecznie pożegnałam się wypluwając słowa w tempie karabinu maszynowego, nie dając jej dojść do słowa, i po prostu się rozłączyłam, nie słuchając tym razem co tam jeszcze ma do powiedzenia, bo oczywiście coś jeszcze mówiła, kiedy wciskałam czerwoną słuchawkę.

Kurczę, rozumiem, że taka praca, ale bez przesady. Kobieta była tak napastliwa, że gdyby to była rozmowa twarzą w twarz, a nie telefoniczna, to pewnie stałaby tak blisko mnie, że czułabym co jadła na śniadanie, i mówiąc do mnie prawie dotykałaby nosem mojej twarzy... Owszem, można próbować przekonać klienta, ale jak po 5 minutach rozmowy potencjalny klient już wie na pewno, że nie chce danego produktu, a na każdy kolejny argument odpowiada "rozumiem, jednak, jak już mówiłam, nie interesuje mnie ta oferta", to ciśnięcie go kolejne 48 minut (serio, sprawdziłam w wykazie połączeń...) jest już nie tylko piekielne, ale i zwyczajnie nierozsądne, bo w tym czasie mogłaby zadzwonić do kogoś, kto rzeczywiście chciałby coś od niej kupić, zamiast zawracać gitarę komuś, kto jeszcze się nie rozłączył tylko dlatego, że nie potrafi być chamem. Dawno już nie dzwonił do mnie tak uparty i upierdliwy wciskacz, zwykle po usłyszeniu odmowy dopytują, czy aby na pewno, i normalnie kończą rozmowę, nieraz nawet życzą miłego dnia, dlatego byłam przekonana, że takie praktyki jak tej pani, zakończyły się już dość dawno, a tu taki psikus. Jej sposób prowadzenia rozmowy to niemal idealna wizualizacja mojego pojęcia "agresywnego marketingu", bo przez 90% czasu czułam się normalnie atakowana jej wspaniałą ofertą, i po chwili miałam serdecznie dość ciągłego bronienia się...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (71)

#86691

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim pierwszym liceum miałam nauczyciela, który co prawda uczył całkiem dobrze, tłumaczył zrozumiale i ogólnie na lekcjach nie było źle. W pierwszym semestrze pierwszej klasy wszyscy go polubiliśmy, bo wydawał się w porządku, w konfliktach na linii uczeń-inny nauczyciel zazwyczaj stawał po stronie ucznia (jeśli uczeń miał rację), a na zajęciach rzucał żartami, i ogólnie wprowadzał koleżeńską atmosferę, mimo że był koło pięćdziesiątki. Wymarzony nauczyciel, chciałoby się rzec...

Pan O. miał system oceniania semestralnego polegający na tym, że każda ocena miała swoją wagę, przy czym waga poszczególnych ocen mocno się różniła, bo np. sprawdzian miał wagę 100, kartkówka 30, a oceny za odpowiedzi ustne, aktywność, jakieś projekty itd. to był rozrzut między 1 a maksymalnie 10 (nie pamiętam dokładnej punktacji, ale proporcje są zachowane). Niestety sprawdziany u niego były cholernie trudne, do tego stopnia, że olimpijczycy z naszej szkoły, jeśli nie chodzili do niego na korepetycje, jechali na maksymalnie czwórkach na semestr, i to przy naprawdę intensywnej pracy, sporej wiedzy i aktywności na lekcjach graniczącej z upierdliwością i manią. Zwykli uczniowie ledwo prześlizgiwali się do kolejnej klasy.

Kiedy byłam w pierwszej klasie, komisa z matematyki miało 70% uczniów pierwszych klas, które uczył pan O. (w tym i ja, ale z różnych względów do niego nie podeszłam, po czym zmieniłam szkołę (w której okazało się, że materiał jednak mam opanowany na czwórki i piątki...), więc nie byłam bezpośrednim świadkiem późniejszych wydarzeń, ale znam relację z pierwszej ręki). Istniał niezawodny sposób na to, żeby mieć dobrą/lepszą ocenę z matematyki. Nawet dwa sposoby. Jednym była zwykła, ordynarna łapówka. Pan O. przyjmował od uczniów pieniądze i wiedzieli o tym praktycznie wszyscy uczniowie. Nie wiem, czy inni nauczyciele także wiedzieli, ale podejrzewam, że przynajmniej dyrekcja zdawała sobie z tego sprawę, bo kiedy dziewczyny z mojej klasy poszły na skargę na pana O., dyrektor je opieprzył i powiedział, że nie mają prawa oskarżać świetnego nauczyciela bez żadnych dowodów. Drugim sposobem były korepetycje. Ale nie jakiekolwiek, tylko u niego, ewentualnie u jego znajomej. Do niej najczęściej wysyłał chłopców i brzydsze uczennice, ładne dziewczęta wolał "uczyć" sam, choć gros z nich uciekało od niego do tej znajomej. Wtedy zdawały co prawda z klasy do klasy, ale już z niższą oceną niż gdy chodziły do niego. Bo pan O. bardzo cenił młode, jędrne ciała swoich uczennic, i nie ograniczał się bynajmniej do łapania za kolanko, o nie. Podobno, ale ile w tym prawdy nie wiem, kilka lat wcześniej musiał zasponsorować skrobankę jednej z uczennic.

Sytuacja była bardzo nieciekawa, ale okazało się, że trafiła kosa na kamień, mianowicie na moją klasę. Tak się złożyło, że dziewczyny z mojej klasy bardzo szybko się mocno zżyły (do dziś utrzymują ze sobą kontakt, świadkują sobie na ślubach, zostają chrzestnymi dzieci koleżanek z klasy itd.). W związku z tym dość szybko ustaliły, jak działa nasz pan "profesor", i równie szybko ustaliły, że nie zamierzają pozwalać na takie traktowanie. Miały trochę więcej możliwości niż dziewczyny z poprzednich roczników, bo w czasach mojego liceum telefon z dyktafonem nie był już bynajmniej fantastyką, a dziewczyna pochodząca z dość zamożnej rodziny miała też własną, niedużą kamerę. Po bezskutecznej skardze u dyrektora zrobiły prowokację. Udokumentowały na filmach i na dyktafonie propozycje pana O., "dobijanie targu", branie łapówek, a jedna poświęciła się i dała się dość intensywnie "zmacać", a zatrzymała pana "profesora" dopiero w momencie, kiedy sięgał już po prezerwatywę, tak że oglądający film dyrektor ani policjanci nie mieli żadnych wątpliwości, co zamierzał dalej pan O.

Skandal wybuchł w całej szkole, praktycznie każdego dnia zgłaszały się kolejne dziewczyny z innych klas, a nawet kilka absolwentek, gotowych zeznawać przeciw dawnemu nauczycielowi. Nie wiem jakim cudem, ale dyrekcji udało się jakoś nie dopuścić do tego, żeby sprawa wyszła poza mury szkoły, więc choć szukałam, to nie znalazłam żadnej prasowej wzmianki na ten temat, ani teraz, ani wtedy. Jedynie lokalna, osiedlowa gazeta wspomniała, że panu O. zostały postawione zarzuty za rzekome molestowanie i korupcję, ale nie znalazłam jej w wersji online, nie wiem nawet, czy jest nadal wydawana. Pan profesor poszedł na samoukaranie i to uratowało go przed odsiadką. Dostał wyrok w zawieszeniu, zakaz wykonywania zawodu nauczyciela, i ogólnie pracy z dziećmi i młodzieżą. Nie znam jego dalszych losów i niewiele mnie one obchodzą. A dziewczyny z mojej klasy, słusznie moim zdaniem, są z siebie dumne, że wyrwały tego chwasta z systemu edukacji.

Zastanawia mnie tylko jak to możliwe, że dopiero moja klasa była na tyle zdeterminowana, żeby skutecznie dobrać się mu do tyłka. Bo facet uczył w tej szkole dobrych kilkanaście lat, wcześniej w innych placówkach, najwcześniejsze jego ofiary same już miały wtedy dzieci w podstawówkach i gimnazjach, a za chwilę w liceach... Moim koleżankom niby było łatwiej coś z nim zrobić, bo po pierwsze od początku cała klasa trzymała wspólny front (chłopcy dokumentowali łapówki), po drugie miały, że tak powiem, odpowiednie zaplecze techniczne, a dodatkowo wsparcie w rodzicach - ojciec jednej był policjantem, innej prokuratorem, a kolejna miała rodziców psychologów, ale serio? Nikt wcześniej nawet nie próbował? Jest to dla mnie niepojęte.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (154)

#86801

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu mój teść dostał szału po zobaczeniu swojego auta. Wyszedł rano z bloku, podchodzi do samochodu, a tu zbita przednia lewa lampa, wgnieciony zderzak, i przerysowany kawałek lewego nadkola. Ewidentnie ktoś wkomponował się w niego czymś sporym, wykręcając na przyblokowym parkingu, i zmył się z miejsca zdarzenia bez słowa.

Teść wkurzony tym bardziej, że jest taksówkarzem, i ledwo co kupił ten samochód do pracy. Miał go od kilku dni, dopiero skończył załatwiać wszystkie formalności, przełożył sprzęt z poprzedniego auta, a tego ranka chciał założyć koguta, i zacząć pierwszy dzień pracy nowym nabytkiem. Krew wartka, i spieniona go zalała, zadzwonił z "radosną" nowiną do mojego męża. Mąż kazał mu przejść się po sąsiadach z pytaniem, czy ktoś coś widział.

Trochę uspokoił teścia niepełnosprawny sąsiad z parteru, który widział całe zajście będąc na balkonie. Teść usłyszał, że auto przyozdobił mu kierowca busa pewnej dużej i znanej firmy kurierskiej, który po szybkim rzuceniu okiem na wyrządzone szkody ... wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Sąsiad usiłował go zatrzymać krzykiem, ale niewiele zdziałał. Jednak zdążył cyknąć telefonem fotkę odjeżdżającego busa. To jeszcze nie dawało gwarancji pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności, ale pozwalało przynajmniej żywić nadzieję na jego znalezienie - wszak firma raczej powinna wiedzieć, gdzie w danym momencie był ich kierowca, na zdjęciu widać było rejestrację, a sąsiad dodatkowo opisał mniej więcej jak facet wyglądał.

Po uzyskaniu tych informacji od sąsiada, teść ponownie zadzwonił do mojego męża, poradzić się jak tę sprawę ugryźć, i zdecydować co, i jak dalej robić.
I nagle - cud!
Na parking podjechał sprawca zamieszania. Nie zbyt skruszony, raczej naburmuszony, bo to szef, do którego zadzwonił na wszelki wypadek się wyspowiadać, nakazał mu natychmiast wracać na miejsce, znaleźć właściciela, przeprosić, i wybłagać spisanie oświadczenia, zamiast wzywania policji. Chłopak miał szczęście, bo teść tak się ucieszył z tego, że facet wrócił, że nie robił mu problemów, i odwołał wezwany już patrol. Spisali oświadczenie, teść naprawił auto z oc sprawcy, wczoraj odebrał je z warsztatu, więc sprawa zakończyła się dla niego pomyślnie (nie licząc spodziewanych problemów, i niższej wartości pojazdu przy przyszłej sprzedaży...)

Tak się tylko zastanawiam - o czym myślał ten gość uciekając z parkingu? Naprwdę sądził, że nikt go nie będzie szukał, a jeśli tak, to że go nie znajdą? Uszkodził komuś nie najtańsze auto, jadąc wybitnie charakterystycznym, służbowym samochodem, najprawdopodobniej wyposażonym w urządzenie zapisujące przejechaną trasę, o takiej godzinie, że choć to zadupie, to jednak w koło kręciło się sporo ludzi, dodatkowo tuż pod oknami, więc na bank ktoś to musiał widzieć (i jak wynika z historii - widział), i odjechał goniony krzykiem sąsiada. Poza tym w okolicy są conajmniej trzy kamery monitoringu okolicznych sklepów, i przynajmniej jedna miejska. A popołudniu do teścia zapukał inny sąsiad, z nagraniem całego zdarzenia, zrzuconym na kartę SD, bo jego auto, wyposażone w kamerkę z czujnikiem ruchu, stało obok, i wszystko się pięknie nagrało... Co dodatkowo mnie dziwi, bo na nagraniu widać, że gość obczajając okolicę, spojrzał prosto w obiektyw kamery, doskonale widocznej za przednią szybą, zaklął szpetnie, i szybko wsiadł do swojego samochodu (jak wrócił, to stanął tak, że kamera się nie włączyła, dlatego sąsiad nie wiedział, że sprawa się już wyjaśniła, i przyniósł nagranie). I już wyobrażam sobie poziom zdenerwowania teścia, gdyby szef chłopaka jednak nie kazał mu wrócić na miejsce, tylko musielibyśmy się kopać, żeby uznano winę kuriera (niby nie powinno to być trudne, przy takich dowodach, ale ile niepotrzebnych nerwów by wygenerowało, to wolę nawet nie myśleć). A nawet pomijając to wszystko - gdzie się podziała zwykła przyzwoitość?...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (114)

#86533

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdaję sobie sprawę, że o sąsiadach na tej stronie powiedziano już wiele, ale sąsiad mojego taty to wystarczający ananas, żeby go tu opisać.

Tato mieszka w wolnostojącym bloku, w starym budownictwie. Obok bloku jest wjazd na podwórko, na którym znajdują się komórki dla lokatorów, kilka garaży, kanał samochodowy, oraz kawałek trawnika, gdzie mieszkańcy urządzili mały plac zabaw dla dzieciaków, i siłownię na wolnym powietrzu. Całe podwórko jest ogrodzone, częściowo zasłonięte roślinami po drugiej stronie płotu, częściowo zabudowaniami. Bardzo przyjemny klimat, lubię jeździć do taty z moimi córkami, bo atmosfera wśród mieszkańców jest taka, jaką pamiętam ze swojego dzieciństwa, wszyscy się znają, dzieciaki się razem bawią, sąsiedzi tworzą całkiem zgraną wspólnotę, która dba o swoich członków (np. kiedy mój tato był chory, a ja nie mogłam być u niego codziennie, to sąsiadki przynosiły mu obiady). Normalnie podróż w czasie do lat 90'/80' i wcześniejszych. Ale w tym sielankowym krajobrazie nie może zabraknąć pana piekielnego.

Facet uważa się za najważniejszego mieszkańca bloku, bo jest jednym z najdawniejszych lokatorów, i jego mieszkanie jest własnościowe (mieszkań wykupionych jest o jedno mniej niż komunalnych, więc gość nie jest pod tym względem jakiś wyjątkowy). Sam koronował się na "gospodarza" bloku i notorycznie wku&@#%a pozostałych mieszkańców jakimiś durnymi zakazami/nakazami, typu "nie wolno myć auta w niedzielę", "nakazuje się wymianę drzwi w komórkach i piwnicach na takie z zawiasami po lewej stronie", czy "zakaz wnoszenia węgla z piwnicy po schodach po godz.18". Oczywiście wszyscy to olewają, ale on i tak co jakiś czas wrzuca takie bzdury na tablicę ogłoszeń, i próbuje egzekwować przestrzeganie tych wymysłów.


Jakiś czas temu, kiedy sąsiedzi zaczęli budowę siłowni, latał jak oparzony, darł się i groził wszystkimi plagami egipskimi każdemu napotkanemu sąsiadowi poniżej 50 r.ż. A dlaczego? Bo na środku terenu na którym jest plac zabaw, i siłownia, stał metalowy słup wysokości ok. 3m, i średnicy ok. 15 cm, który nie służył absolutnie do niczego, za to przeszkadzał (kilkoro dzieciaków zdążyło zaliczyć z nim bliskie spotkanie w czasie zabawy w berka, czy innej gonitwy, poza tym trzeba go było omijać idąc z materiałami do budowy), więc sąsiedzi słup usunęli. Pan piekielny strasznie się tym zbulwersował, i żądał postawienia słupa z powrotem na jego miejscu, bo jak nie, to on zgłosi to wszędzie gdzie się da (nawet prezydenta miasta chciał tym męczyć), odetnie prąd winowajcom (nikt nie wie jak on to niby zamierzał zrobić, bo nie ma takiej fizycznej możliwości, ale straszył), a jak się nie posłuchają już-teraz-natychmiast, to on wytnie gumówką metalową konstrukcję huśtawek, bo to on je stawiał w latach 70' i one nie mają żadnych atestów, poza tym to jego własność, i zrobi z nią co chce.


Zapomniał tylko, że w bloku mieszkają wciąż ludzie, którzy pamiętają, że te nieszczęsne huśtawki stawiał ktoś zupełnie inny, za to piekielny był tym który najgłośniej wtedy protestował. Co ważniejsze, skrawek ziemi na którym to wszystko stoi jest prywatną własnością jednego z mieszkańców, i właściciel zapowiedział, że jeśli piekielny cokolwiek tam ruszy, to pozwie go o zniszczenie mienia. Łatwo byłoby udowodnić jego winę, bo na teren jest skierowana kamera. Kamera zresztą nie pojawiła się tam przypadkiem, a właśnie ze względu na piekielnego. Swego czasu przeszkadzało mu, że bawią się tam dzieci i wychodzą psy, i wsypywał tłuczone szkło do piaskownicy, kilka razy podpiłował nogi ławki, dzięki czemu siadający na niej ludzie malowniczo lądowali na ziemi, rozrzucał też jakiś zardzewiały blaszany szmelc, żeby dzieciaki i psy się pokaleczyły. Zdarzało mu się też wyrzucać jakieś śmierdzące żarcie z gwoździami, z myślą o psach... Po zamontowaniu kamery akcje sabotażowe w jego wykonaniu ustały, ale chodził bardzo obrażony, że nie może już bezkarnie szkodzić w ten sposób sąsiadom. Po jakimś czasie ubzdurał sobie, że sąsiedzi czają się, żeby splądrować jego komórkę ze starociami, i zdewastować wejście do niej, więc zainwestował w porządną kłódkę i zamontował przy oknie własną kamerkę. Niby skierowaną tylko na jego komórkę, ale w rzeczywistości obejmującą prawie całe podwórko. Przez jakiś czas wzywał policję i pokazywał nagrania, że np. kilku sąsiadów przy grillu pije piwo, ale niewiele mu to dało. Po kilku pierwszych przyjazdach policjanci kazali mu nie zawracać więcej gitary, bo ustawa o wychowaniu w trzeźwości nie wymienia ogrodzonego podwórka jako miejsca z zakazem spożywania alkoholu, i postraszyli, że przy kolejnej takiej interwencji sam dostanie mandat za nieuzasadnione wezwanie.


Jedna z sąsiadek taty opowiadała mi, że piekielny przez kilka miesięcy dzwonił regularnie do właścicielki mieszkania, które dziewczyna wynajmuje z facetem i dziećmi, twierdząc, że wynajęła lokal patologii (bo nie są małżeństwem), i w związku z tym powinna przynajmniej raz w tygodniu przyjeżdżać na niespodziewane inspekcje, a najlepiej dorobić mu klucze, to on już tę hołotę ustawi do pionu. A jeszcze lepiej to ich natychmiast wywalić. Właścicielka nie chce mieć z nim problemów, więc nie wyśmiała go głośno, ale wytłumaczyła facetowi, że to jej mieszkanie, i jemu nic do tego. Ona nie zamierza naruszać prywatności swoich lokatorów w taki sposób, a na argumenty, że zdewastują jej mieszkanie, i jeszcze przyjdzie do niego z płaczem, odpowiedziała, że na taką okoliczność ma kaucję, i kulturalnie posłała go na drzewo. Wtedy zaczął uprzykrzać życie bezpośrednio lokatorce i jej rodzinie, ale oni już nie mieli takich oporów jak właścicielka, i piekielny przegrał krótką wojnę podjazdową którą rozpętał. Bolało go to finansowo, bo zdewastował ich samochód, nie mając pojęcia, że auto jest wyposażone w dwie kamerki...


W budynku przeważają rodziny z małymi dziećmi, i jest kilkoro seniorów, głównie samotnych. Pewnego razu dostarczył powodów do zmartwień kilku starszym lokatorkom, bo wywiesił na tablicy ogłoszeń informację (wydrukowaną na komputerze i z jakąś pieczątką, więc na pierwszy rzut oka wyglądającą dość autentycznie dla starszych osób), że w związku z zaległościami w płatności za wodę w kilku lokalach, niedługo woda zostanie odłączona w całym bloku. Nie wiem skąd wziął pomysł na takie trollowanie, ale przez jego debilizm trzeba było wezwać babkę z administracji, żeby uspokoiła starsze panie, zapewniając że nic takiego nie będzie miało miejsca. Dodam, że w bloku nikt nie ma zaległości za wodę... Wieszał tę swoją kartkę kilka razy, dopóki mój własny ojciec go na tym nie przyłapał. Akurat mieli małą widownię złożoną z kilku sąsiadów, kiedy tato zerwał ten świstek, zgniótł i wysyczał, że jak jeszcze raz zobaczy coś takiego, to "nie ręczy za siebie, a rękę ma ciężką". Piekielny zbladł i wycofał się chyłkiem na schody. Nie dziwię mu się, bo tato jest wysoki i dobrze zbudowany, a piekielny ma ok. 1,6m wzrostu i kiepską kondycję. Tato jest od tamtej pory "bohaterem bloku", bo choć w rzeczywistości jest wyjątkowo łagodnym i spolegliwym człowiekiem, to jest też jedyną osobą, której piekielny się naprawdę boi, dzięki czemu jego piekielna aktywność zmniejszyła częstotliwość.


Niestety wygląda na to, że zamiast ilości, postawił na jakość... Opisuję go właśnie teraz, bo ostatnio znowu coś odwalił. Pewne małżeństwo kupiło niedawno samochód na zagranicznych tablicach (auto kupione w Polsce, z komisu, jeszcze nie przerejestrowane), i zaparkowało go na podwórku. Ponieważ sytuacja jest, jaka jest, to i zmiana tablic trwała trochę dłużej. Piekielnemu nie podobało się, że na "jego" podwórku stoi auto na obcych blachach, i najpierw zostawił za wycieraczką karteczkę, że "ten gruchot ma stąd zniknąć, bo on sobie nie życzy, żeby jakieś obce auto zajmowało miejsce mieszkańcom". Piekielny doskonale wiedział czyj to samochód, nie tylko dlatego, że widział na własne oczy, i w obiektywie kamery kto z niego korzysta, właściciele auta byli też u niego, poinformować go, że to ich samochód. Ale sąsiadów, podobnie jak ich auto, uważa za obcych, bo mieszkają tam >dopiero< drugi rok. Na kolejnej kartce dopisał, że to ostatnie ostrzeżenie. Właściciele znów do niego poszli, żeby przestał się wydurniać, ale ta wizyta również nie przyniosła efektu. Nauczeni cudzym doświadczeniem, jeszcze tego samego dnia kupili i zamontowali kamerkę w aucie. I dobrze zrobili, bo następnego ranka mieli poprzebijane opony, urwane lusterka, i zamalowane szyby, lakier też trochę ucierpiał. Rzecz jasna wezwali policję. Ojciec akurat grzebał w swojej komórce, więc usłyszałam relację z pierwszej ręki. Piekielny obserwował wszystko z okna z uśmiechem.

Kiedy właściciel auta wyjął ze środka kamerkę i zaczął pokazywać policjantom nagranie, piekielny w trzy sekundy pojawił się na dole, krzycząc, że to spisek, oni (w sensie wszyscy sąsiedzi) chcą go zrujnować, on przecież specjalnie sprawdzał kilka dni temu, i żadnej kamerki nie było, to chamstwo, świństwo i znęcanie się nad starszymi, ola boga, panie władzo, chcą mnie wykończyć, zmówili się, itd. w tym tonie. Sporo osób zaczęło wyglądać z okien, kilka zeszło na dół, kilka podeszło z placu zabaw, była sobota, więc większość miała wolne i była na miejscu. Cyrk na kółkach, sąsiedzi też mieli co nieco do powiedzenia na jego temat, aż piekielny zagalopował się do tego stopnia, że w końcu uderzył policjanta. Rzucał się i pluł nadal, więc odjechał spod domu w gustownych bransoletkach, i od tamtej pory nikt go jak dotąd nie widział, choć raczej jest w domu, bo widać światło w oknie i słychać telewizor, ale siedzi jak mysz pod miotłą, więc mieszkańcy mają nadzieję, że tym razem został utemperowany na dobre...


To są tylko grubsze akcje z tych które piekielny odstawił odkąd mieszka tam mój tato, czyli w niespełna cztery lata. Na początku myślałam, że może się facetowi z wiekiem coś poprzestawiało, ale starsi mieszkańcy mówią, że gość jest taki od dziecka...

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (259)

#86450

(PW) ·
| Do ulubionych
Ło matko, nie przypuszczałam nawet, że znam tak pokręconych ludzi...

Ostatnio spotkałam przypadkiem znajomą, której bardzo dawno nie widziałam. Stałyśmy tak sobie i rozmawiałyśmy o wszystkim, i rozmowa zeszła na zwierzaki domowe. Ona opowiedziała o swoim psie i króliku, ja o dwóch kotach, które znalazłam i przygarnęłam. Koleżanka zapytała jak tam nasze myszki się trzymają przy kotach. Nie powiem, zdziwiłam się, bo pytała o myszki, które miałam ponad 8 lat temu, a taka "standardowa" mysz albinoska żyje dwa/trzy lata, no może max cztery, ale to przy bardzo pomyślnych wiatrach. Gdzieś kiedyś czytałam o rekordzistce, która dożyła sędziwego wieku niemal pięciu lat, ale ponad osiem, to już jakaś fantastyka by była (i tak, jestem pewna, że pytała o te konkretne dwie myszy, żyjące u mnie te 8 lat temu, a nie np. o ich potomków, czy kolejne zwierzaki). Uświadomiłam ją, że te zwierzaki nie żyją tak długo, i nieopatrznie dodałam, że nasze żyły nawet krócej, bo niestety obie zginęły tragicznie. Koleżanka oczywiście zapytała co się stało, więc jej opowiedziałam, jako i wam teraz opowiem.

Jedną mysz "zamordowała" moja starsza córka, gdy miała coś koło dwóch lat (córka, nie mysz), bo w czasie gdy ja sprzątałam klatkę, myszy przebywające na stole były "pilnowane" przez młodą, i jedna z nich wlazła jej do rękawa. Córa chciała ją wyjąć, ale niefartownie mysz zdążyła już zawrócić, i została wyjęta za głowę, co skończyło się dla niej tragicznie. Córka bardzo to przeżyła, do tego stopnia, że musiałam jej zabronić o tym opowiadać, bo z każdą kolejną opowieścią miała coraz większe wyrzuty sumienia, i coraz bardziej płakała relacjonując śmierć myszy. Całą sytuację pamięta do dziś, a ma już prawie 12 lat. I nadal jest jej trochę przykro. Kiedyś nawet opisałam to zdarzenie w komentarzu na tym portalu. Natomiast druga mysz po śmierci koleżanki, żyła z nami jak królowa, bo skubana nauczyła się wychodzić z klatki, i całe mieszkanie było jej królestwem. Długo się później odzwyczajałam od uważnego patrzenia gdzie stawiam stopy chodząc po domu (plus był taki, że córa też była bardzo ostrożna, więc ominęły nas atrakcje typu "dziecko wbiegło w drzwi/meble i rozwaliło sobie twarz"). Mysza przychodziła nawet w nocy sypiać z nami w kącie narożnika. Strasznie inteligentne bydlę z niej było.

Niestety, któregoś dnia do drzwi zadzwoniła sąsiadka, i nasza dobra znajoma w jednym, mąż otworzył, zauważywszy, że sąsiadka jest ze swoim labradorem. Pies zlokalizował mysz wcześniej niż ja, wyrwał do przodu i chwycił ją w zęby zanim zdążyłam krzyknąć "nie!!", i choć po tym okrzyku natychmiast ją wypuścił, to jednak było już po myszy... Szczęście, że córa była w pokoju, bo przynajmniej tego nie widziała, a widok był zdecydowanie gorszy niż przy jej "zbrodni". Sąsiadka przepraszała nas jeszcze kilka miesięcy później, chciała kupić nam kolejną mysz, albo i dwie, ale uznaliśmy, że tej zagryzionej nie da się zastąpić, więc od tamtej pory nie mieliśmy już więcej myszek. Za to sąsiadka miała paskudne poczucie winy, choć bardziej zawiniliśmy my niż ona, bo trzeba było złapać zwierza zanim otworzyliśmy drzwi...

Kiedy skończyłam to opowiadać spotkanej koleżance, ta zrobiła minę jakby ją ktoś właśnie obrzucał gównem, po czym odpaliła się z taką intensywnością i fantazją, że nie udało mi się zapamiętać całości jej monologu. W mocnym skrócie chodziło jej o to, że jesteśmy chorymi sadystami, powinno się nas odstrzelić, naszą córkę skierować na jakąś terapię, albo też odstrzelić, psa sąsiadki uśpić, a ją samą gdzieś zamknąć. Poza tym należy nam odebrać nasze zgarnięte z ulicy koty, albo lepiej żeby same zdechły zanim je zamordujemy. o.O

Na koniec stwierdziła, że powinnam się cieszyć, że jest epidemia, bo jakby mogła do mnie podejść, to wybiłaby mi zęby i napluła w twarz (tego ostatniego próbowała, ale nie doleciało...) Dodała jeszcze, że powie wszystkim jaką psychopatką jestem, i zgłosi to wszystko. Zastanawiam się tylko gdzie ona chce to zgłosić, i komu zamierza o mnie opowiedzieć, bo wspólnych znajomych to my zbytnio nie mamy, a ci spośród moich znajomych, którzy ją znali, doskonale wiedzą jaki los spotkał moje myszy, i niewiele ich to obchodzi po tylu latach. A jak przyjaciółka mi kiedyś mówiła, że ona jakaś dziwna jest i za nią nie przepada, to się dziwiłam o co jej chodzi... Od teraz będę bardziej ufać jej opiniom o ludziach :)

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (154)
zarchiwizowany

#86494

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o pani Kasi, mamie bliźniaczek, którą spotkałam na porodówce, wyszła długa jak wąż, więc podzieliłam ją na dwie, tu pierwsza część: https://piekielni.pl/86493

5. Zabawnie też słuchało się jej opowieści. W miarę upływu czasu spędzonego w szpitalu, wszystko co mówiła, mocno ewoluowało. Często jednego dnia zawzięcie spierała się np. ze mną w jakimś temacie, żeby nazajutrz, jakby nigdy nic, innej kobiecie (obecnej w czasie naszej wcześniejszej rozmowy) przedstawić mój punkt widzenia jako własny :) Co do samego faktu urodzenia bliźniąt też mocno zmieniała zdanie: pierwszej nocy, gdy wszystkie się obudziłyśmy po jej przybyciu na salę, oraz gdy rozmawiała przez telefon, mówiła, zgodnie z rzeczywistością, że dowiedzenie się o drugim dziecku w czasie porodu, było dla niej olbrzymim zaskoczeniem. Przy obiedzie już twierdziła, że ona się w sumie spodziewała bliźniąt. Drugiego dnia po porodzie, przy mężu, napomknęła "a pamiętasz kochanie jak w X miesiącu ciąży się śmiałam, że może będzie dwójka?" (jakoś nie pamiętał..). Kolejnego dnia rano stwierdziła, że od początku trzeciego trymestru podejrzewała, że urodzi bliźnięta, żeby już popołudniu zmienić zdanie, i powiedzieć, że ona od szóstego miesiąca wiedziała, że jest w ciąży bliźniaczej. Od czwartego dnia, aż do wypisu, twierdziła, że ona od początku była pewna, że urodzi bliźnięta :D


6. Kolejną irytującą rzeczą były odwiedziny jej gości. Do każdej z nas regularnie przychodził ojciec dziecka, to oczywiste. Od czasu do czasu wpadały też inne osoby, jednak każda z nich starała się spędzać jak najmniej czasu na sali, można było spokojnie wyjść na korytarz, gdzie były ławki, krzesełka, a nawet kilka stolików. Natomiast goście naszej gwiazdy, w zdecydowanej większości zachowywali się jakby wpadli do niej do domu na kawkę. I o ile mogłybyśmy jeszcze od biedy wybaczyć im, że nie wiedzą jak się zachować, o tyle mocno irytował nas wszystkie całkowity brak reakcji z jej strony, tym bardziej, że prosiłyśmy ją o zapanowanie nad gośćmi, oraz to, że siedzieli u niej naprawdę długo. Jednego razu przyszło do niej osiem (!) osób dorosłych + jeden chłopiec, na oko miał ze 3-4 lata. Żeby usiąść, przynieśli sobie dwa krzesła z korytarza, bo na sali były tylko trzy luźne (reszta "przypisana" do łóżek), a pozostali usiedli na łóżku. Sama ich liczba powodowała, że nie można było się swobodnie poruszać, do tego jeszcze zachowywali się bardzo głośno, śmierdzieli fajkami (bo przecież tuż przed wejściem na oddział położniczy trzeba koniecznie wypalić papierosa, a w czasie wizyty kilka razy iść zapalić, razem ze świeżo upieczoną mamą...) Mały z kolei nudził się jak mops (świetnie go rozumiem, też za dzieciaka nie znosiłam odwiedzać kogoś w szpitalu), więc najpierw marudził, a jak dorośli go olewali, to zaczął biegać, wrzeszcząc, i potrącając zarówno ludzi, meble, jak i łóżeczka z noworodkami, i zaglądał wszędzie gdzie się dało. Osobiście odganiałam go, jak zaczął mi grzebać, upaćkanymi czekoladą łapkami, w torbie z ciuszkami dla mojej córy, a później w szafce przy łóżku dziewczyny z naprzeciwka. Trochę mi go było szkoda (choć ogólnie za dziećmi nie przepadam), próbowałam nawet go czymś zająć, ale był strasznie pobudzony, a ja dodatkowo średnio umiem zajmować się obcymi dziećmi, więc po chwili znów radośnie demolował otoczenie, na co żadna z osób z którymi przyszedł zupełnie nie zwracała uwagi... Siedzieli na oddziale ponad 6 godzin (była sobota), w międzyczasie skład się trochę zmienił, bo część poszła, inni przyszli, też z chłopcem w podobnym wieku, jakimś jego kuzynem, więc chociaż mały szatan zajął się czymś innym niż robienie rozpierduchy... Na szczęście nie cały ten czas spędzili na sali, bo po około godzinie przyjechał mój mąż. Sama zamierzałam się już odezwać, ale mnie uprzedził. Jednak jego sugestia, żeby się może przenieśli na korytarz, nie odniosła spodziewanego skutku, a jedynie lekkie poruszenie, zakończone poprzysuwaniem krzeseł bliżej łóżka Kasi. Poprosił więc o interwencję położną. Jak weszła i zobaczyła, że jedna dziewuszka poleguje w kurtce na łóżku, dwie inne na nim siedzą, oba dzieciaki mają smarki niemal do pasa, i ogólnie ile tam jest osób, to wygoniła ich w trzy sekundy, a potem jeszcze opieprzyła panią Kasię z góry na dół. Mimo to co jakiś czas wracali, w mniejszych grupach, posiedzieć w sali. Szczęściem chociaż dzieciaki wolały zostawać wtedy na przestronnym korytarzu, niż kisić się w sali... Niestety ta sytuacja nie dała kobiecie do myślenia, i nadal traktowała wspólną salę jak własny salon. Zwracałyśmy jej na to uwagę nie raz, i nie raz same prosiłyśmy jej gości, żeby na chwilę wyszli z sali. Wiecie, to takie niezbyt komfortowe, kiedy musisz nakarmić dziecko, czy użyć laktatora, a 1,5m od ciebie siedzi kilka zupełnie obcych osób. Poza tym był grudzień, okres w którym sporo osób kicha, prycha, i rozsiewa w koło zarazki, a byliśmy w końcu w szpitalu położniczym, do jasnej, a nagłej ... !

Jej mąż, choć całkiem sympatyczny, miał irytujący zwyczaj siedzenia przy żonie i córkach tak długo, jak to tylko możliwe. Z jednej strony się nie dziwię, bo musiał wiedzieć jak jego żona "opiekuje" się dziećmi, a dodatkowo był absolutnie zafascynowany dziewczynkami. Nie byłoby nic złego w jego długich wizytach (sama ze dwa razy żegnałam męża przed 22, kiedy przyjeżdżał po pracy, inni ojcowie też nie raz przychodzili późno, i zostawali do podobnych godzin), gdyby nie fakt, że cały ten czas siedzieli w sali. Ja z mężem, jeśli był u mnie dłużej, siadaliśmy zwykle w takim jakby przedsionku, czasowo zamkniętym od zewnątrz, gdzie nikomu nie wadziliśmy, położne same zachęcały do siedzenia w tym, i innych ustronnych miejscach na korytarzu, żeby nie przeszkadzać innym kobietom na salach. Częstym widokiem na korytarzu były więc pary szepczące nad łóżeczkiem, w jakimś odosobnionym kącie. Mąż pani Kasi natomiast cały swój wolny czas spędzał przy żonie leżącej w łóżku, a potrafił wyjść ze szpitala tuż przed północą (o północy zamykano drzwi, gdyby nie to, pewnie siedziałby dłużej). Na to też zwracałyśmy im uwagę, co drugi dzień, bo działało tylko do kolejnej wizyty... Jemu nawet było trochę głupio, czasem próbował wyciągnąć żonę na korytarz, ale ona przecież nie będzie łazić, jak może leżeć. Co z tego, że reszta "współlokatorek" chciałaby iść spać...


7. Na koniec temat nieco może kontrowersyjny, i w zasadzie indywidualny dla każdej mamy, ale i tak go poruszę. Pani Kasia jeszcze w ciąży postanowiła, że nie będzie karmić piersią. Ok, jej decyzja. Tylko nie kumam zupełnie po co, zamiast zwyczajnie powiedzieć "nie chcę i nie będę tego robić", próbowała zrobić z siebie przed nami męczennicę, bo "ona by tak chciała, ale nie może, bo przyjmuje jakieś tam leki" (swoją drogą zastanawiałam się przez chwilę co takiego strasznego bierze, bo sama przyjmuję pewien mocno uzależniający specyfik, a mimo to mogłam karmić piersią, musiałam tylko odpowiednio pokierować procesem odstawiania dziecka, kiedy przechodziło na mleko modyfikowane) Niestety kłamstewko wyszło na jaw przy pierwszym obchodzie, i od tamtej pory, choć nikt jej o to nie indagował, mówiła, że nie będzie karmić, bo to długo trwa, jest bolesne, i potem ciężko odzwyczaić dzieci od piersi. Lekarze i położne parę razy prosili wręcz, żeby, jeśli nie chce karmić bezpośrednio z piersi, to przez pierwsze 3-4 doby choć odciągała siarę laktatorem (udostępnianym przez szpital). Prosili, bo siara, czyli mleko produkowane w piersiach przez pierwsze 3 do 6 dób od porodu, to dla noworodka taki turbo-dopalacz, który ma niebagatelny wpływ na rozwój odporności i układu trawiennego malucha. Ale Kasia tak się zafiksowała na swoich argumentach przeciw karmieniu, że nie przyjmowała do wiadomości, że odciągnięty pokarm podaje się butelką, więc ani to nie boli, ani nie trwa długo, ani nie trzeba dziecka od niczego odzwyczajać. No cóż, jak pisałam, jej decyzja, choć ja jej ani nie rozumiem, ani nie popieram (ale toleruję).


Po wyjściu pani Kasi do domu, wszystkie odetchnęłyśmy, a myśląc o bliźniaczkach pocieszałyśmy się faktem ,że ojciec jest w nich absolutnie zakochany, i od pierwszego dnia widać było, że dziewczynki będą jego księżniczkami, i krzywdy im zrobić nie da. Naprawdę przyjemnie było obserwować z jakim zapałem i radością się nimi zajmuje, zwłaszcza widząc jaki kontrast stanowi to względem zachowania matki. Ale i tak trochę im współczuję. Tym bardziej, że rozmawiałam z dwoma najstarszymi braćmi, i choć Kasię kochają, to jednak sami twierdzą, że bardzo oględnie mówiąc, nie jest najlepszą matką na świecie. Nie spodziewałam się, że spotkam tam aż tak piekielną osobę, że mimo upływu czasu, i wszystkiego co się od tamtej pory wydarzyło, nadal pamiętam wszystko tak wyraźnie. I zdaję sobie sprawę, że nie ma matek idealnych, i do każdej, ode mnie zaczynając, można się o coś przyczepić, ale w porównaniu z Kasią, wszystkie >normalne< matki, to dosłownie mistrzynie świata i okolic. Nie da się w takiej historii wiernie oddać charakteru takiej osoby, ale cieszcie się, że nie mieliście z nią styczności...

*karetkę wezwaliśmy kiedy jeszcze miałam nadzieję, że dzięki temu zdążę do szpitala, bo autem nie było na to szans, akcja rozwijała się ekspresowo (poza tym nie bardzo byłabym w stanie do niego dojść, po wszystkim to już inna sprawa, czułam się wręcz fantastycznie), ale poród był błyskawiczny, więc pogotowie dojechało dosłownie dwie minuty po urodzeniu się mojej córki, więc zawieźli nas do szpitala.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 9 (43)
zarchiwizowany

#86493

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia wyszła długa jak wąż, więc podzieliłam ją na dwie, tu druga część: https://piekielni.pl/86494

Niedawna rozmowa z przyjaciółką, przypomniała mi dokładniej mój ostatni pobyt na oddziale położniczym. Postanowiłam zatem opisać pewną kobietę, z którą tam przebywałam, a która urodziła bliźnięta. Co wcale nie takie łatwe i oczywiste - urodziła je siłami natury, za co należą się jej gratulacje. Ale poza tym wyczynem, cała reszta otoczki "ciążowo-noworodkowej" w jej wykonaniu zdecydowanie zasługuje na opisanie na tym portalu. Na potrzeby historii obdarzę panią imieniem Kasia. Polecimy od punktów:


1. Szczęśliwa mama dowiedziała się o tym, że jest w ciąży bliźniaczej dopiero na porodówce, a to dlatego, że pani Kasia przez całą ciążę w ogóle nie była u lekarza! I to nie tylko w tej ciąży, ale także w trzech poprzednich. A dlaczego? Bo w pierwszej ciąży, również bliźniaczej, do lekarza chodziła, a i tak jedno z dzieci nie przeżyło. Uznała zatem, że chodzenie do lekarza w ciąży nie ma sensu. Jej logika mnie dosłownie przygwoździła, i nie zapytałam o to więcej... Co dość zabawne, kiedy uświadomiłyśmy jej, że nie dostanie tzw. becikowego, bo wymagane jest zaświadczenie o pozostawaniu pod opieką lekarza od najpóźniej 10tyg. ciąży, była okropnie zbulwersowana i zawiedziona. Tak bardzo, że nawet próbowała wymóc na kilku lekarzach z oddziału sfałszowanie dla niej takiego zaświadczenia.


2. Pani Kasia trafiła do nas z przytupem, po kłótni z personelem szpitala, bo z sali porodowej na zwykłą upierała się iść o własnych siłach, na co personel oczywiście się nie zgodził (normalnie kobiety są przewożone na wózkach lub łóżkach, takie procedury, nawet ja, mimo, że urodziłam w domu, po czym sama zeszłam po schodach do karetki*, na salę i tak trafiłam na wózku). Kiedy tylko zamknęły się drzwi za ostatnią położną, Kasia zaczęła latać po sali, układać swoje rzeczy, stukać jakimiś kubeczkami i sztućcami, walczyć zawzięcie z łóżkiem, (które ostatecznie i tak ustawiła w pozycji, w jakiej je zastała), wszystko w akompaniamencie sarkania na "głupie piguły i konowałów". Jak się już urządziła, to choć był środek nocy, i wszyscy na sali usiłowali spać, zadzwoniła jeszcze do kilku osób, podzielić się radosną nowiną. Pogratulować energii, bo większość położnic zwykle szybciutko zasypia :)


3. Pani Kasia miała dość "luźne" podejście do zaspokajania potrzeb swoich nowonarodzonych córek. Ja rozumiem, że jako matka czterech synów w wieku 18-25 lat, ma jakieś tam doświadczenie w opiece nad dziećmi. Wie np., że nie trzeba się natychmiast zrywać za każdym razem, kiedy dziecko lekko zakwili, i zapewne nie chciała przyzwyczajać bliźniaczek do nadmiaru uwagi, żeby nie mieć przekichane w domu, bo jednak opieka nad dwójką dzieci jest cięższa niż nad jednym. Naprawdę to rozumiem. Tyle, że w tamtym momencie była w szpitalu, na sali z trzema, a później czterema innymi kobietami, i ich dziećmi, które niekoniecznie mają siłę i ochotę słuchać płaczu dziewczynek dużo dłużej niż to konieczne, bo też dopiero urodziły, i chciałyby trochę odpocząć. Noworodki naprawdę dużo nie płaczą jeśli są zdrowe (a u nas wszystkie były), no chyba, że się je za długo olewa, tak jak pani Kasia. Podobno >każda< matka budzi się, kiedy jej dziecko płacze... To my we trzy zdecydowanie nadrabiałyśmy za Kasię, bo zawsze najpierw po kolei budziłyśmy się my, i dopiero któraś z nas budziła ją, bo ona sama przespałaby chyba nawet salwę armatnią... Oczywiście najpierw próbowałyśmy upokajać dziewczynki na własną rękę, ale kiedy ewidentnie dziecko domagało się jedzenia, czy przwinięcia, no to nie ma siły, matka musiała się podnieść, co zawsze wywoływało grymas niezadowolenia na jej twarzy, i cierpiętnicze pojękiwania przy wyplątywaniu się z pościeli. Przez pierwsze dwie doby jej pobytu na sali przekonywałyśmy się wzajemnie, że babka jest pewnie wykończona po takim porodzie, i po ludzku trzeba jej dać wypocząć, w związku z czym budziłyśmy ją tylko w ostateczności. Zmęczeniu przypisywałyśmy też mocny sen, ale tu z błędu wyprowadził nas jej mąż, mówiąc, że ich synów do szkoły musiał szykować on, bo gdyby matka miała ich budzić, to trafiali by tam może na czwartą lekcję...

Jednak kiedy najpierw wszystkie trzy, po kolei zobaczyłyśmy, że z łóżka ciężko jej wstać, ale zejść dwa piętra po schodach, żeby zapalić papierosa, potrafi bez problemu (swoją drogą paliła w każdej ciąży i mówiła o tym otwarcie), a następnie do naszej sali doszła kolejna mama, po naprawdę ciężkim porodzie, którego o mało nie przypłaciła życiem, i ta kobieta, kiedy tylko lekarz pozwolił jej wstawać i opiekować się noworodkiem, mimo, że jeszcze była blada, i nadal osłabiona, zajmowała się dzieckiem normalnie, uznałyśmy, że koniec wykorzystywania, i zwyczajnie zaczęłyśmy budzić panią Kasię za każdym razem, kiedy dziecko, lub dzieci, nie uspokajały się po naszej pierwszej interwencji. Dotychczas potrafiłyśmy stać nad łóżeczkami od kilku, do czasem ponad 20 minut, podawałyśmy smoczki, bujałyśmy, nawet coś po cichu nuciłyśmy, i w trzech na cztery razy to działało, dziewczynki się uspokajały, i zasypiały, więc ich mama nawet nie wiedziała, że się przebudziły, dopóki jej o tym nie powiedziałyśmy. Ale teraz kiedy maluchy domagały się uwagi, ograniczałyśmy się do podawania im smoczka i uspokajania głosem, i jeśli to wystarczało, to fajnie, ale jeśli nie, i dziecko nadal plakało, lub po minucie czy dwóch, zaczynało znowu, to budziłyśmy mamę. Żeby nie było, swoje dzieciaki nawazajem ogarniałyśmy w ten sam sposób, jedynie przy bliźniaczkach bardziej sie z początku angażowałyśmy, bo chciałyśmy pomóc kobiecie szybciej dojść do siebie po wymagającym porodzie, o czym Kasia doskonale wiedziała. Kiedy któraś z nas zwracała jej uwagę, że powinna trochę wcześniej reagować, bo my też chciałybyśmy odrobinę wypocząć, kiedy nasze dzieci na to pozwalają (i szkoda dzieciaków), to co prawda przepraszała, ale od razu też zaczynała tłumaczyć, że ona jest tak strasznie zmęczona, niewyspana (a my to tam chyba na wakacjach byłyśmy..), i w ogóle olaboga... Niby racja, choć w gruncie rzeczy kobieta spała najczęściej i najdłużej z nas wszystkich :) Ale kiedy rozmawiałyśmy normalnie, w ciągu dnia, to twierdziła, że świetnie się czuje, i że ona to jest w ogóle "niezniszczalna", a urodzenie bliźniaków to dla niej nie był żaden wyczyn. Jestem gotowa w to uwierzyć, bo kobieta była postawna, silna, a to był jej piąty (i od razu szósty) naturalny poród. Sama też czułam się świetnie i rozpierała mnie energia.


3.1. Ok, mocny sen to jedno, z trudem, ale jeszcze do przełknięcia. Jednak pani Kasia miała też irytujący zwyczaj ignorowania płaczu, jeśli akurat była >zajęta<. Kiedy jadła, robiła sobie herbatę, korzystała z telefonu, itd., nawet nie próbowała szybciej zakończyć, czy na chwilę przerwać wykonywanej czynności, żeby sprawdzić dlaczego dziecko płacze. Kiedy zauważyła dezaprobatę w naszych spojrzeniach, zaczęła mówić do dzieci. Wyglądało to tak, że np. pisząc smsa, nawet nie patrząc na dziecko, wygłaszała kwestie typu: "poczekaj kochanie, nie płacz tak strasznie, mamusia tylko napisze do cioci X"... I dalej radośnie klepała w klawiaturę, sądząc zapewne, że to załatwi sprawę, jeśli nie płaczu, to przynajmniej naszej niechęci. No jakoś nie załatwiło. Zwróciłyśmy jej kilka razy uwagę, ostatnim razem dość ostro, i na szczęście choć ten problem ustał. Piszę ustał, a nie zniknął, bo już rankiem tego dnia, gdy wychodziła do domu, wróciła do starych zyczajów. Dodatkowo wychodziła z założenia, że chcąc wyjść na chwilę bez dziecka (do toalety, kiosku na parterze, automatu z kawą), nie musi nam nawet o tym mówić, bo to przecież oczywiste, że jesteśmy tam tylko po to, żeby doglądać jej córek. Normalne kobiety w takich sytuacjach mówią przynajmniej "ej, chciałabym skoczyć >gdzieśtam<, popatrzysz przez moment na mojego syna/córkę?" Niektóre nawet dorzucają przy tym tak niedorzeczne zwroty jak "mogłabyś", albo "proszę cię" - no durne jakieś, nie?...


4. Równie "luźne" podejście miała do higieny, i to zarówno swojej, jak i swoich córek. Z jej zapachem nauczyłyśmy się radzić sobie trochę podstępem. Kiedy któraś z nas chciała wziąć szybki prysznic, prosiłyśmy się wzajemnie o popilnowanie dziecka, więc kiedy Kasia zaczynała nieciekawie pachnieć, a nie miała akurat nic innego do roboty, mówiłyśmy "skocz sobie teraz pod prysznic, my się zajmiemy maluchami", na co nie bardzo miała jak odpowiedzieć inaczej niż "dzięki", i podreptać do łazienki. Gorzej było niestety z dziewczynkami... Obie jej córeczki bardzo obficie ulewały (co swoją drogą wynikało poniekąd z tego, że kiedy tylko zaczynały marudzić, troskliwa mama wpychała im w usta butelkę, przez co obie dziewczynki były solidnie przekarmione, za co regularnie, acz bezskutecznie, strofowali ją lekarze). Normalny człowiek kiedy widzi, że jego dziecko ulało tak bardzo, że jest całe mokre, i mokre jest również to na czym leży, ogarnia malucha, wyciera go, jeśli trzeba przebiera, i to samo robi z łóżeczkiem. Pani Kasia natomiast wycierała wszystko z grubsza, podkładała córkom pieluchy tetrowe na prześcieradło, i zakładała im na wierzch suche ubranko... Któregoś razu przechodząc koło łóżeczek z bliźniaczkami poczułam bardzo dziwny zapach. Kiedy się nad nimi nachyliłam, okazało się, że dziewczynki mają na sobie już trzecią warstwę ciuchów, i po kilka pieluch położonych na prześcieradłach... Dzięki bogom wszelakim, że choć ojciec o nie dbał, i je przebierał, bo by jej się te dzieci chyba w końcu rozpuściły albo ukisiły...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (51)

#86389

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam postanowienie, że nie będę pisać nic o tematyce około-wirusowej, ale oczywiście życie zweryfikowało moje postanowienia, i powstała poniższa opowiastka, zahaczająca o tzw. "godziny dla seniorów", czyli zakaz robienia zakupów dla osób poniżej 65r.ż. w godzinach 10-12.

Dziś rano stałam niedaleko wejścia do niewielkiego centrum handlowego, czekając na swoje zamówienie z knajpy obok. Po kilku minutach przed wejściem do CH pojawiła się policyjna "suka", z której wysiadło czworo policjantów, chodnikiem w ich stronę zmierzało dwóch strażników miejskich, a dwóch kolejnych strażników wyszło w tym momencie z rzeczonego CH, w towarzystwie starszej pracownicy jednego z działających sklepów. Zamienili za sobą kilka słów, z których wynikało, że w środku znajduje się jakiś mężczyzna, z powodu którego zostały wezwane służby, i wszyscy razem weszli do środka, znaleźć tego pana. Po ok. dwóch minutach od ich wejścia, z CH wyszedł mężczyzna na oko przed czterdziestką, podszedł do kobiety, która na niego czekała na zewnątrz, i oddalili się.

Gdy mnie mijali, usłyszałam fragment ich rozmowy, w którym gość mówił kobiecie, że miał problem ze znalezieniem toalety, ale w końcu mu się udało. Po kolejnych kilku minutach wyszli policjanci i strażnicy miejscy, stanęli między wejściem, a radiowozem, i gadali chwilę na temat wezwania. Z tej rozmowy dowiedziałam się, że jakiś pracownik CH wezwał służby do agresywnego mężczyzny, który robił rozróbę w środku. Niestety pana nie udało się znaleźć, ochrona ponadto twierdzi, że nic takiego nie zauważyli, i oni w sumie nie wiedzą dlaczego ktoś najpierw wezwał policję, zamiast wewnętrzną ochronę. Dodatkowo jedna policjantka powiedziała, że jadąc tu szykowali się na jakąś naprawdę grubą awanturę, bo dyspozytor mocno ich ponaglał, i kazał jechać na gwizdkach.
Część z tych rzeczy wiem z prywatnej rozmowy funkcjonariuszy, a część z "raportu", który jeden z policjantów przekazywał przez radio, jak się domyślam, dyspozytorowi. Nic dziwnego, czy piekielnego, jak na razie.

Ale! Kiedy służby odjechały, przed CH wyszły dwie jego pracownice. Jedna to starsza babka, która wcześniej wyszła ze strażnikami, i jak się okazało, również ta, która wezwała policję. Panie wyszły na papierosa, i rozmawiały na temat wydarzenia, którego części byłam świadkiem. I tu dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Dialog pani wzywającej (PW) z koleżanką (K) brzmiał mniej więcej tak:

(K): Ty, słuchaj, kto to wezwał policję?

(PW): No ja.

(K): A ten gość to naprawdę robił jakąś awanturę? Bo ja w sumie nic nie zauważyłam?

(PW): Nie, ale jakbym tak nie powiedziała, to by pewnie nie przyjechali, a już po 10 jest przecież!

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (148)

#86325

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakaś drobna pierdoła sprawiła, że dojrzało we mnie wreszcie pragnienie opisania bratowej mojego męża. Od razu zaznaczam, że będzie bardzo długo, więc jeśli nie masz czasu, albo ochoty, to odpuść od razu. :)

Przedstawię Wam ją ogólnie oraz opiszę dokładniej jeden epizod z naszego życia, bo w zasadzie to, co działo się na przestrzeni dwóch tygodni, które zrelacjonuję dokładniej, to całkiem niezła próbka jej charakteru i możliwości.

Mój szwagier z żoną i w tej chwili już pełnoletnią córką mieszkają w Wielkiej Brytanii. Na potrzeby historii nazwijmy ich Emilia i Marek, a ich córkę Kasia. Wyjechali z Polski z jednym z pierwszych rzutów osób emigrujących do UK, około 15 lat temu, nie powiem Wam, kiedy dokładnie, bo sama nie jestem pewna, ale gdy poznałam mojego męża w 2007 r., oni już jakiś czas mieszkali za granicą. Z opowieści męża i jego rodziców wyłaniał się obraz mojej szwagierki bynajmniej niezachęcający do bliższych interakcji, choć moja ś.p. teściowa starała się mówić oględnie, nie obmawiać pierwszej synowej i raczej przemilczeć, niż wywlekać jej wady i dziwne zachowania (ale moja teściowa to ogólnie cudowna kobieta była), a mimo to Emilia jawiła mi się jako osoba przesadnie pedantyczna, bardzo nerwowa, wybuchowa, momentami wręcz agresywna, czepialska, wymagająca, krytykująca wszystko i wszystkich, zwłaszcza swoje najbliższe otoczenie, mocno despotyczna, ogólnie bardzo trudna w pożyciu, a moim zdaniem w dodatku niezrównoważona emocjonalnie i psychicznie. Ale specjalistą nie jestem, więc może to po prostu wredna suka jest? ;) Jeszcze wiele podobnych negatywnych cech mogłabym tu wymienić, a to przecież tylko złagodzona wersja. :) Ja zawsze byłam osobą cichą, spokojną, zdecydowanie nieśmiałą, i o mocno zaniżonej samoocenie (na szczęście już mi przeszło ;D ), więc poznanie mojej drogiej szwagierki było dla mnie wizją mocno nieprzyjemną, na szczęście nikomu się do tego nie spieszyło.

Przed emigracją Emilia i Marek z maleńką Kasią mieszkali z moimi teściami i młodszym bratem Marka, czyli moim przyszłym ślubnym - nazwijmy go po prostu M. Stamtąd przeprowadzili się na jakiś czas do służbowego mieszkania Emilii, z którego szczęśliwie wyjechali za granicę.

Przewijamy do przodu o kilka lat. W tak zwanym międzyczasie pojawiłam się ja, wzięłam ślub z moim mężem, na świat przyszła nasza pierwsza córka. Mieszkaliśmy z moimi teściami. Zdążyłam poznać szwagra z rodziną, gdy przyjechali na urlop do kraju. Okazało się, że opowieści o Emilii nie są ani trochę przesadzone, a wręcz mocno ocenzurowane, na szczęście byli u nas tylko tydzień, drugi tydzień spędzili u rodziców Emilii, w niewielkiej miejscowości niedaleko naszego miasta. Po dwóch tygodniach wrócili do UK, a ich córka została u dziadków, po czym jeszcze pod koniec pobytu w kraju znów trafiła na trochę do nas. Ogólnie program wakacyjny był realizowany w ten sam sposób za każdym razem, przynajmniej co 2-3 lata, a jeśli była taka możliwość, to i co roku. Za każdym razem byłam mocno zdziwiona różnicą w zachowaniu małej w czasie kiedy była u nas z rodzicami i w czasie, kiedy była sama. Nie zrozumcie mnie źle - dziecko było grzeczne, kulturalne, sympatyczne, chodzi mi raczej o poziom swobody w kontaktach i to jak bardzo było widać, że dziewczynka przy matce leci, za przeproszeniem, na dupościsku i lękliwie sprawdza co jakiś czas, czy przypadkiem nie zrobiła czegoś, co nie spodoba się mamie. Co prawda Emilia nie biła córki, ale terror psychiczny był spory... Podobną zresztą reakcję obserwowałam u Marka, kiedy był u nas bez żony, bo np. została u swoich rodziców, a on miał coś do załatwienia w naszym mieście albo kiedy przyleciał na weekend, żeby zabrać Kasię do domu po wakacjach, bo nie mogła przecież lecieć sama.

Nasza córka nie chodziła do żłobka, bo na początku nie było takiej konieczności, miał się kto nią zająć, kiedy byliśmy w pracy. Niestety u mojej teściowej zdiagnozowano nowotwór, w związku z czym, żeby ją odciążyć, najpierw zmieniłam pracę na inną, gdzie miałam tylko część etatu, a kiedy mamie się pogorszyło, całkowicie zrezygnowałam z pracy, żeby zająć się w domu obiema paniami. Ileż ja się wtedy nasłuchałam podczas rozmów przez skypa, że Emilka to by nie tylko dała radę pracować na pełen etat (albo i dwa...), ale jeszcze w domu robiłaby absolutnie wszystko, tak żeby mama mogła tylko leżeć i patrzeć chyba w sufit. W rzeczywistości nie było takiej opcji, bo moja teściowa zawsze była bardzo pracowita i energiczna. Już samo to, że nie mogła pracować zawodowo ją dobijało, a gdybym jeszcze w domu robiła wszystko za nią, to chybaby ją szlag na miejscu trafił. Nie, nie, to nie ma znaczenia, że mama lepiej się czuje, kiedy ma jakieś lekkie zajęcie, ani to, że w zasadzie to mogę co najwyżej robić tak, żeby mama czuła, że jej pomagam, ale przecież nie będę dorosłej, rozsądnej kobiecie zabraniała np. wytrzeć kurzu w jej własnym mieszkaniu, ani nawet to, że lekarz kategorycznie zabronił nam wyręczać ją we wszystkim, bo poczuje się niepotrzebna i będzie myśleć, że jest ciężarem dla bliskich, co w wyzdrowieniu jej zdecydowanie nie pomoże. Nie, Emilka wie lepiej, ja się nie znam, bo jestem gówniara, a w ogóle to jestem leniem śmierdzącym i wpędzę teściową do grobu, bo pozwalam jej np. iść ze mną i wnuczką na spacer, albo podlać kwiaty, czy podłubać trochę w ogródku pod oknami... Tak jakby w ogóle potrzebowała mojego pozwolenia na cokolwiek. :D Poniekąd powinnam nawet być szwagierce wdzięczna, bo dzięki niej nauczyłam się w końcu olewać głupie gadanie wszechwiedzących ludzi. :)

Nadeszło kolejne lato, w które przylecieli do Polski. Teściowa w pierwszym kwartale roku przeszła mastektomię i z dobrymi wynikami zakończyła, teoretycznie ostatni, cykl chemii. Rokowania na początku były niezłe, niestety jakoś na przełomie maja i czerwca pojawiły się niepokojące objawy, a zanim lekarze doszli do tego, co i gdzie się dzieje, okazało się, że przerzuty w kilku miejscach są dość zaawansowane, z powrotem włączamy chemię i dodatkowo radioterapię, kilogramy leków i reszta atrakcji... Samopoczucie takie sobie, ale nie tracimy nadziei.

Lato minęło, ale tego roku pojawił się problem z powrotem Kasi do domu, ponieważ Emilia już nie miała możliwości wzięcia wolnego, a Marek niedawno zmienił pracę i nie chciał tak na dzień dobry prosić o urlop. Z różnych względów stanęło na tym, że my (w sensie ja, mąż i nasza córka) ją odstawimy do domu i spędzimy u nich dwa tygodnie. Rozważaliśmy wtedy możliwość wyjazdu za granicę za jakiś czas, więc miał to być taki urlop połączony z rekonesansem. Dogadani byliśmy tak, że za bilety w jedną stronę płacimy my, a za powrotne oni. Nie bardzo podobało nam się, że zostawimy mamę na dwa tygodnie tylko z moim teściem (on też by się nadawał do opisania tutaj...), ponieważ teść jest alkoholikiem, co prawda nie jakimś menelem, ale jednak z definicji taka osoba nie jest wzorem odpowiedzialności, a jednak opieka nad chorą osobą jej wymaga. Jednak mama namawiała, twierdziła, że całe życie potrafiła nad nim zapanować i sobie radzili, więc teraz też sobie poradzą, poza tym sytuację miały też monitorować jej siostry. Daliśmy się przekonać i polecieliśmy.

Jeden z symptomów świadczących o tym, że kobieta jest chyba "ciut" zbyt surowa: kiedy wysiadaliśmy z samolotu, Kasia z przerażeniem w oczach zaczęła gorączkowo się rozglądać wokół swojego fotela. Okazało się, że nie ma jej bluzy. Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że w zamieszaniu zostawiliśmy ją na lotnisku w Polsce. No trudno, to tylko ciuch, jest ciepło, nie zmarzniesz. Ale nie o to chodzi! Ciocia, błagam, nie mów rodzicom, albo przynajmniej mamie, że zgubiłam bluzę! Na szczęście Marek przyjechał po nas sam, więc na boku powiedziałam mu, co się stało, na co on do Kasi, żeby się nie martwiła, jeśli mama sama się nie zorientuje, to jej nie powiedzą. Kasia odetchnęła z ulgą, za to Marek jeszcze przez chwilę był trochę zdenerwowany. Ok, nie moja sprawa, jakie tam u nich relacje panują, ale to chyba nie do końca normalne tak się przejmować zwykłą bluzą z sieciówki...

Dojechaliśmy do domu, przywitaliśmy się, na razie jest ok. Przyznaję się, głupia byłam, pomyślałam, że może Emilia się trochę zmieniła i nie będzie źle. O, słodka naiwności! Nawet sobie nie wyobrażam, jak trudno musiało jej być udawać normalną i być dla nas miłą. Bo Emilka, oględnie mówiąc, za nami nie przepada. Mojego męża nie znosi, bo jako nastolatek zdecydowanie nie był święty, więc już odruchowo Emilia oskarża go o całe zło tego świata. No cóż - jest wygadany, pewny siebie i bezpośredni, więc mimo tego, że jest od niej młodszy, to nigdy nie miał problemu z tym, żeby wprost powiedzieć jej co myśli o niej, czy o jej zachowaniu, z czego nie raz dawniej wybuchały awantury. Mnie z kolei nie znosi za to, że odkąd M. mnie poznał, stał się zdecydowanie spokojniejszy, kulturalny, odpowiedzialny i nauczył się hamować. Swoją drogą to nie tylko moja zasługa, ale także tego, że po prostu dorósł. Ponaprawiał te błędy młodości, które mógł, poprostował, co się dało, poprzepraszał tych których powinien przeprosić, a za resztę odpokutował. Wiadomo, nie jest nieskazitelny, ale teraz Emilka nie ma się już za bardzo o co przyczepić, w dodatku rodzina wyznaje zasadę, że nie można wiecznie kogoś karać za dawne grzechy i skoro się ogarnął, to nikt mu nie ciosa kołków na głowie za to, co było i słusznie minęło. No i teraz biedna Emilka nie może już narzekać na niego do każdego chętnego słuchać, jaki to on jest zły i okropny. W dodatku mimo tego, że naprawdę starał się zadośćuczynić dawnym czasom, to, choć oficjalnie mu łaskawie wybaczyła, w rzeczywistości nadal czuje się tą pokrzywdzoną i jest zbulwersowana tym, jak to możliwe, że rodzina nie dostrzega, że nie ma takiej rzeczy którą mógłby zrobić, żeby ona poczuła się dostatecznie przeproszona. Zupełnie nieważny przy tym jest fakt, że nie licząc jednego incydentu i niewyparzonego języka, to w sumie wobec Emilii nawet nie za bardzo zawinił. Ale przecież zawsze uważała go za tę czarną owcę, a teraz nie ma do tego podstaw i to wszystko moja wina.

Zaskakujące jest tylko, że mimo wszystko Emilia naprawdę szczerze lubi naszą pierwszą córkę (druga ma trochę ponad rok, więc nawet za bardzo się nie znają). Koniec przydługiej dygresji, wracamy do opowieści. :)

Dom, w którym mieszkają w Anglii, kupili na kredyt i wprowadzili się do niego trochę ponad dwa miesiące wcześniej, więc jeszcze się tam urządzali i w trakcie jakiejś rozmowy, drugiego dnia naszego pobytu, pojawił się temat podłogi w łazience przy ich sypialni, którą chwilowo zajmowaliśmy (swoją drogą ja wolałam spać na dole, w salonie, na narożniku, ale Emilia kategorycznie stwierdziła, że to nie wypada, żeby goście dostali gorsze łóżko, choć przecież oba były w zasadzie nowe, a my u siebie też mamy narożnik... (sporo rozwiązań w jej życiu jest właśnie na zasadzie "nie wypada" i "co ludzie powiedzą"), poza tym oni w tym czasie normalnie pracowali, kuchnia była w połowie otwarta na salon, z drugiej strony był otwarty mikro korytarz do głównego wejścia, więc uznała, że będziemy sobie nawzajem przeszkadzać, kiedy będą się szykowali do pracy). Oni by w tej łazience chcieli położyć kafelki, tylko Marek wiecznie nie ma na to czasu, bo ciągle pracuje. Nasza sugestia, że dom postawiony ledwie trzy miesiące temu jeszcze pracuje, w dodatku obok nadal budują kolejne, więc wciąż chodzi tam ciężki sprzęt, i może lepiej jeszcze poczekać z tymi kafelkami, została początkowo zupełnie zignorowana. M. po rozmowie z bratem stwierdził, że jak tak bardzo chcą, to on, przy mojej skromnej pomocy, im te kafelki położy. Zna się na tym, nie raz robił takie rzeczy, nawet jakiś papier ma z kursu na malarza-glazurnika. Jak wymyślono, tak uczyniono i pojechali do sklepu po materiały. Rano położyliśmy kafle, po południu fugi - łazienka była mikroskopijna, a klej szybkoschnący, więc dało się to bez problemu zrobić, nie niszcząc porannej pracy. Co prawda oboje mówiliśmy, że lepiej zaczekać z fugowaniem przynajmniej do jutra, ale szwagierka się uparła... Mąż zaznaczył, że jeśli klej nie wysechł wystarczająco, to fuga może jej się odbarwić - nie szkodzi, róbcie jak najszybciej. Ok, to twój dom.

Ale Emilka, jak już wspominałam, jest chorobliwie wręcz pedantyczna. Kiedy obejrzała efekt naszej pracy (o dziwo nawet go pochwaliła), poleciała po mopa, ścierki, gąbki, wiadro, i dawaj myć to wszystko. Nie, nie było bardzo brudno, ale jednak do idealnej czystości nieco brakowało - kto kiedykolwiek kładł glazurę, ten wie, że nie ma szans, żeby od razu po skończonej pracy wszystko wyglądało jak z katalogu. Niestety nie dała sobie wytłumaczyć, że to musi porządnie wyschnąć, zanim będzie mogła nie tylko tam wejść, ale i zlać podłogę wodą i wyszorować tak, jak ma na to ochotę. No i wlazła do tej łazienki, spędziła tam ponad dwie godziny, w czasie których mój mąż wku... denerwował się nad zmarnowaną robotą, a szwagier zapewniał, że on jej wytłumaczy, że to jej wina, kiedy z podłogą zaczną dziać się cyrki. Bo to, że zaczną, było jasne jak słońce. Pierwsze pęknięcie w fudze pojawiło się niecałą dobę od orgii na mopie, a pierwszy kafelek obluzował się jeszcze przed naszym wyjazdem. Jak się zapewne domyślacie, według Emilii to była wyłącznie nasza wina, nic nie umiemy, a w ogóle, to pewnie specjalnie tak spartaczyliśmy tę podłogę, żeby jej zrobić na złość i narazić na koszty. Poza tym ona przecież tłumaczyła nam, że budynek pracuje i jest za wcześnie na takie prace. :D Tego wszystkiego dowiedzieliśmy się już następnego dnia, bo Emilka była dla nas względnie miła tylko do momentu, w którym skończyliśmy pracę, potem mogła już pokazać cały swój parszywy charakterek.

Tak sobie trwaliśmy w nieco skisłej atmosferze, na szczęście szwagierka normalnie pracowała, więc sporą część dnia jej nie było, a nasza córa i bratanica męża świetnie się bawiły razem z dzieciakami z sąsiedztwa. Poza tym szwagier pracował na nocki, więc sporo czasu przebywał z nami, a to naprawdę fajny facet, więc nie było tak źle. Oczywiście zdarzały się jakieś dzikie pretensje ze strony Emilii. Na przykład kiedy zapytałam ją na samym początku naszej wizyty w czasie sprzątania po kolacji, czy w czymś jeszcze jej pomóc, okazało się, że każde z nas ma już przydzielone obowiązki i to bynajmniej nie ma być jakaś dobrowolna pomoc, którą zresztą sama zaproponowałam, ale normalna lista, jak dla domownika i to takiego niezbyt lubianego. ;) Ja dostałam przydział na mycie naczyń, podłóg i okien ("w jej domu okna myje się przynajmniej raz w tygodniu, a te od ulicy raz na 3 dni" - serio, jakbym tego nie przeżyła, tobym nie uwierzyła), ogólne sprzątanie kuchni, toalety na parterze i wieszanie prania, a M. miał odkurzać podłogi, trzepać dywany, odpowiadał za porządek w salonie i ogrodzie ("trawę też kosi się raz na tydzień, jakbyś miał ogród, to byś wiedział"), czystość w łazience na piętrze i na podjeździe. Usłyszałam przy tym, że przecież to oczywiste, że goście mają swoje obowiązki w domu gospodarzy.

Na moje stwierdzenie, że w moim domu jedynym "obowiązkiem" gości jest dobrze się czuć, Emilka się nadęła i obraziła. Marek później próbował mnie namówić, żebym ją przeprosiła, bo ona jest tak wychowana i dla niej to norma. Popukałam się tylko w czoło, i powiedziałam, że mogę co najwyżej wspaniałomyślnie nie mówić więcej, co myślę na ten temat. Jeśli myślicie, że po prostu nas wykorzystała do gruntownego wysprzątania domu, to grubo się mylicie - poza tym, co robiliśmy my, cała jej rodzina, z nią na czele, pucowała dom na równi albo i nawet bardziej niż my. Emilia codziennie po dwa razy odkurzała dywan na schodach, myła je i wycierała poręcz, dokładnie odkurzała wszystkie bibeloty stojące na półkach, zdjęcia i obrazki na ścianach oraz same ściany i półki. Po nocy trzepała dokładnie pościel, po czym rozkładała ją na parapecie do wietrzenia (nie, bynajmniej nie były to pierzyny, tylko zwykłe, cienkie, letnie kołdry), wycierała specjalnym płynem wszystkie blaty i fronty szafek kuchennych (mimo tego, że wieczorem ja robiłam dokładnie to samo, widać nie dość dobrze ;D ), innym płynem myła szafki wewnątrz i robiła całą masę innych rzeczy, żeby jej dom był idealnie czysty i schludny.

Zapadła mi w pamięć sytuacja, kiedy po zjedzeniu wspólnego posiłku i pozbieraniu naczyń, poprosiła swojego męża o wytarcie stołu. Na stole leżała taka podłużna serwetka (chyba bieżnik się to nazywa). Marek zdjął i wytrzepał go nad zlewem, wytarł stół, położył serwetkę, wypłukał i rozwiesił ścierkę, spłukał zlew i wytarł go ręcznikiem papierowym. Po tym Emilia rzuciła okiem na stół, wykrzywiła twarz i zaczęła go objeżdżać z góry na dół, dobre kilka minut, bo - uwaga - położył serwetkę do góry nagami/na lewą stronę (jak wolicie, w każdym razie odwrotnie), tak że szwy były na wierzchu. Normalna kobieta w takiej sytuacji by po prostu poprawiła tę nieszczęsną serwetę, może zażartowała z nieuwagi męża albo zwróciła mu uwagę, żeby następnym razem spojrzał uważniej. A on biedny wysłuchał tyrady, jak to do niczego się nie nadaje, bo głupiej serwetki nie umie ułożyć jak należy...

Ja w tamtej chwili zaczęłam się bardzo poważnie zastanawiać co on takiego w niej widzi, że jeszcze nie uciekł i jak to możliwe, że nigdy jej nie strzelił w pysk - naprawdę, za największą bzdurę potrafiła krzyczeć do niego takie rzeczy, że chyba tylko świętego by nie świerzbiła ręka. W czasie "awantury o kafelki" sama wyskoczyła z łapami do mojego męża, kiedy zabrakło jej argumentów, ciśnienie podskoczyło do 200, a M. w dodatku ciągle był spokojny (wiedział, że będzie miała do niego pretensje i po prostu postanowił zlać to ciepłym moczem, zamiast się niepotrzebnie przekrzykiwać z furiatką).

Pogląd ogólny już w sumie macie, więc przemilczę resztę awantur (głównie jednostronnych, bo szybko stwierdziliśmy, że nie ma sensu się z nią przekrzykiwać). Z grubsza rzecz ujmując, to jesteśmy okropnymi gośćmi, strasznymi ludźmi, a ona cierpi, ilekroć pomyśli, że jest z nami spowinowacona. :D

Na drobną wzmiankę zasługują jednak kontakty towarzyskie naszego szwagrostwa. Otóż Emilia przy obcych ludziach, poza własnym domem, potrafi całkiem nieźle grać zupełnie normalną, nawet całkiem sympatyczną osobę, toteż zawieranie nowych znajomości nie stanowi dla niej większego problemu. Oczywiście jeśli nowo poznana osoba lub osoby w jakiś sposób zasługują na jej potępienie, to mogą być pewne, że zostaną obsmarowane od stóp do głów przed każdym, kto będzie chciał słuchać. :) Ale jeśli jakimś cudem uzyskają aprobatę pani idealnej, to zaczyna się zacieśnianie znajomości. Jakieś wspólne wyjścia, zapraszanie się wzajemnie do domu itd. Niestety choćby nie wiem jak Emilia się starała ukryć swoją prawdziwą twarz, ta i tak po jakimś czasie wypełza na wierzch. No i zaczynają się zgrzyty, zakończone zwykle niewąską kłótnią, po której następuje znaczące ochłodzenie lub całkowite zerwanie kontaktów. I zawsze scenariusz wygląda tak samo: Emila i Marek lub jedno z nich poznają jakąś osobę lub parę. Kiedy nowi znajomi uzyskają aprobatę, następuje nieustający ciąg zachwalania ich po całej rodzinie i wszystkich znajomych.

Jakiś czas przed naszym przyjazdem słuchaliśmy peanów na cześć mieszkającej w ich sąsiedztwie pary homoseksualistów. "Och, jak on cudownie piecze! No po prostu musicie spróbować tych ciasteczek! A jak ten drugi wspaniale wyszkolił psa! No w życiu nie widziałam tak dobrze ułożonego zwierzaka!" i dalej w ten deseń... Oczywiście w czasie naszej wizyty musieliśmy koniecznie poznać nowych najlepszych przyjaciół Emilii, bo przecież jeden z nich jest wysoko postawionym pracownikiem banku, a drugi rozchwytywanym fotografem modowym, więc należy się pochwalić tak znamienitymi znajomościami. :) Chłopaki całkiem w porządku, dobrze się z nimi gadało, jak zazwyczaj z inteligentnymi ludźmi, ciastka rzeczywiście smaczne i w sumie spędzilibyśmy naprawdę miły wieczór, niestety rozmowa zeszła na niebezpieczne tory, tj. na nieszczęsną podłogę w łazience. No i jeden z nich, zupełnie neutralnie, stwierdził, że tak szybkie umycie tej podłogi nie było najlepszym pomysłem... Wieczór skończył się szybko, głośno i pozostawił paskudny niesmak u wszystkich poza Emilią, u której królowały uczucia złości, poczucia krzywdy i zdrady. Już dwa dni później "sympatyczna para gejów" zmieniła się w "paskudnych zboczeńców, co nic nie wiedzą o prawdziwym życiu, i mają okropnego kundla, a po ciastkach zawsze miała wzdęcia". :D I tak to wygląda za każdym razem. Jedyne osoby, z którymi utrzymują stały kontakt, to jej brat i jego żona i to bynajmniej nie dlatego, że taka miłość między rodzeństwem panuje, tylko dlatego, że Emilia jest dla brata ostatnią deską ratunku, kiedy brakuje mu kasy, nie mają z kim zostawić dzieci albo żona go pogoni na jakiś czas, a siostra pozwoli przenocować, więc on z zasady nigdy się na nią nie obraża, potulnie pozwala jeździć po sobie jak po łysej kobyle, myśląc w tym czasie swoje.

Sytuacja, którą teraz opiszę, podnosi mi ciśnienie do dziś i do dziś jest jedynym tematem, który przy mnie Emilia omija skrzętnie, bo choć z natury jestem spokojna, to gdyby wyartykułowała z siebie coś niestosownego na ten temat, to bym ją chyba udusiła.

Kończył się pierwszy weekend naszej wizyty, kiedy odezwała się do nas ciotka, siostra mojej teściowej. Udało jej się załatwić dla mamy miejsce w jednej z najlepszych klinik onkologicznych w kraju, ale mama musiałaby się tam pojawić we wtorek, a to spory kawałek od domu. W dodatku ciotka nie może się dodzwonić ani na stacjonarny ani na komórkę teściowej, a na miejscu nikt nie otwiera. Mieliśmy planowo wylatywać w kolejną niedzielę, ale w takiej sytuacji chcieliśmy wracać jak najszybciej do domu. Nie dość, że nie wiadomo, co się tam dzieje, to było też oczywiste, że to my byśmy mamę zawieźli do kliniki, bo nie wyobrażaliśmy sobie w tej roli mojego teścia.

Natychmiast po rozmowie z ciotką zeszliśmy do salonu i poprosiliśmy Marka o przebookowanie biletów. On z początku nie miał nic przeciwko, w końcu to też jego matka, ale musieliśmy poczekać aż Emilia wróci z pracy, bo cośtam (nie pamiętam czemu konkretnie, ale nie mógł zrobić tego sam). Po powrocie i zaznajomieniu się z sytuacją, stwierdziła "poczekajmy jeszcze, bo może niedługo sytuacja się wyjaśni". No ok, może i tak, ale bez względu na to i tak chcemy wylecieć możliwie najszybciej... Zamiast skupić się na tym, całkiem zręcznie przekierowała nasze zainteresowanie na kwestię skontaktowania się z teściową lub teściem. Następnego dnia rano udało nam się dodzwonić do mamy. Okazało się, że poprzedniego dnia gorzej się poczuła. Na tyle, że teść wezwał karetkę, i zabrali ją do szpitala. Nie wzięła ze sobą ładowarki, telefon padł, a dopiero teraz siostra przywiozła jej kilka rzeczy, bo teść jak poczuł wolność, to oczywiście się upił i niechcący lub specjalnie odłączył telefon domowy (mógł to zrobić, żeby nikt mu nie przeszkadzał albo pijany zaczepił nogą o kabel, nie wiadomo, jak było). Nie mogła się wcześniej dostukać, bo albo go nie było, albo spał na.ebany...

Ciotka już powiedziała mamie o miejscu w klinice i konieczności stawienia się tam w konkretnym terminie, więc część rozmowy była za nami. Ale mama się uparła, że przecież nie zostawi ojca samego, a informację o tym, że chcemy wcześniej przylecieć kategorycznie odrzuciła. Nas to niewiele w tym momencie obchodziło, bo oboje dobrze wiedzieliśmy, że będąc na miejscu przekonamy mamę do wyjazdu - ale Emilka dostała to, czego chciała, bo uznała, że przecież nie możemy tak po prostu zignorować woli mamy, że ona wyraźnie powiedziała, że mamy zostać do końca, zgodnie z planem, a poza tym (i tak naprawdę tylko o to chodziło) przebookowanie biletu będzie ją kosztowało x funtów (zabijcie, nie pamiętam ile dokładnie, w przeliczeniu na złotówki nie była to kwota oszałamiająca, ale też wcale nie taka mała, jednak w granicach do wyciśnięcia z normalnego miesięcznego budżetu). Zrozumiałabym może, gdyby naprawdę nie miała tych pieniędzy, choć i tak na jej miejscu bym je pewnie od kogoś spróbowała pożyczyć. Tym bardziej, że w tej samej chwili, kiedy wyjechała z tym argumentem, oboje z mężem, niemalże jednocześnie powiedzieliśmy, że przecież oddamy im te pieniądze od razu po powrocie (mieliśmy w domu odłożoną gotówkę, ale przy sobie i na koncie prawie nic, tyle co na drobne wydatki na miejscu). Nie, nie, kategorycznie nie, ona się nie zgadza, ona nie ma pieniędzy, a poza tym mama powiedziała... Miałam ochotę zacząć nią potrząsać...

Wyszliśmy z mężem do ogrodu, odetchnąć i zastanowić się co dalej. Słyszeliśmy krzyki z wnętrza domu (to była jedna z naprawdę nielicznych sytuacji, kiedy Marek próbował się postawić żonie), po chwili szwagier do nas dołączył, a Emilia obrażona trzasnęła drzwiami i poszła do jakiejś znajomej z pracy. Postanowiliśmy, że spróbujemy sami przebookować ten bilet, ale po wejściu do domu okazało się, że Emilia wzięła ze sobą laptopa, a my nie zabraliśmy naszego z Polski, więc znów pozostało nam czekać aż wróci... Gdy wróciła, nie mogliśmy w żaden sposób zmusić jej do przebookowania tych cholernych biletów, a gdy chcieliśmy zrobić to sami, kiedy poszła spać, okazało się, że zmieniła hasło do kompa... Nie bardzo było jak zrobić to z czyjegoś kompa, bo dane potrzebne do tej 'operacji' znajdowały się na tym konkretnym (rezerwacja połączona z jej mailem, do którego rzecz jasna Marek hasła nie ma), a zarezerwowanie zupełnie nowego biletu byłoby wielokrotnie droższe, na co już naprawdę w tamtej chwili nie było nas stać. Nastał wtorek, było po ptokach, miałam ochotę ją zabić, a musieliśmy się przemęczyć jeszcze do niedzieli...

Szlag mnie trafia za każdym razem, jak o tym pomyślę, bo po czasie okazało się, że pobyt mamy w szpitalu w czasie naszego wyjazdu był początkiem końca. Wróciliśmy do domu w pierwszą niedzielę września, teściowa co jakiś czas trafiała na chwilę do szpitala, wychodziła na parę dni, a kiedy karetka zabrała ją pod koniec października, to do domu już nie wróciła, bo zmarła na początku listopada. I ciągle mam z tyłu głowy pytanie, czy gdyby trafiła wtedy do tej kliniki, to może żyłaby choć trochę dłużej albo przynajmniej mniej cierpiała w ostatnich tygodniach życia...

Jeden jedyny raz wygarnęłam to Emilii i jeden jedyny raz wtedy widziałam, że naprawdę jej głupio, nawet na chwilę zaniemówiła. Żadna to pociecha, ale przynajmniej ma świadomość, za co i jak bardzo jestem na nią wku.wiona. Cała ta rozmowa miała miejsce w dniu, w którym przylecieli na pogrzeb mamy. Tu zresztą też się "wykazała".

Przylecieli rano w dniu poprzedzającym pogrzeb, czyli już kilka dni po śmierci mamy. Ja w tym czasie razem z mężem załatwiałam wszystko, co załatwić należało, doglądając teścia, który na lekach uspokajających wyglądał i zachowywał się jak zombie (w dniu, w którym dowiedział się, że mama zmarła całkowicie przestał pić i o dziwo nie pije do dziś, dobre i to, choć gdyby się trochę szybciej ogarnął, to oszczędziłby wszystkim masy zmartwień), a w czasie kiedy byliśmy w domu i nie miałam innych obowiązków, zaczęłam wręcz obsesyjnie sprzątać całe mieszkanie. Zaczęłam, bo miałam świadomość, że zaraz zacznie się do nas zlatywać cała rodzina z kondolencjami, a po wizytach oczywiście plotkować o tym, co zobaczyli... Ale gdy już zaczęłam, okazało się, że to świetny sposób na oderwanie myśli i tak bardzo się tym zajęłam, że naprawdę nigdy wcześniej ani później nigdzie nie przeprowadziłam tak dokładnych, generalnych porządków. Emilia natychmiast po przyjeździe zaproponowała, że "ona troszkę posprząta, bo przecież ludzie przyjdą, a na pewno jest brudno". I nie była to propozycja w stylu "pomogę ci, bo pewnie nie miałaś do tego głowy", tylko, niemal dosłownie "zrobię to, bo ty pewnie nic nie ruszyłaś, przecież wiem, że jesteś leniem, i nie umiesz sprzątać". Nie wstając z fotela odparłam, że mieszkanie jest posprzątane, ale jak jej tak bardzo zależy, to droga wolna, niech sobie szoruje, co chce. Po dwóch godzinach poszukiwań brudu, w czasie których umyła pod prysznicem sztucznego kwiata w doniczce i wytarła ramy dwóch obrazów, poddała się i usiadła na dupie, strasznie oburzona, ale nie bardzo miała na co narzekać, więc przynajmniej siedziała cicho.

Naprawdę nie miałam wtedy ochoty na kłótnię, ale kiedy rano szykowaliśmy śniadanie i rozmawialiśmy o dupie maryny, Emilka zahaczyła o nasz pobyt u nich, nie zdzierżyłam i w domu zapanowała iście piekielna awantura. Podejrzewam, że niektóre z momentów, kiedy Emilia się zapowietrzała były wywołane tym, iż do tej pory raczej nie wykazywałam zbytniej inicjatywy, czy temperamentu w czasie drobniejszych kłótni, ale tym razem szlag mnie trafił, i wykrzyczałam jej wszystko w takiej skali, że później sąsiedzi na mnie dziwnie patrzyli. Emilia stwierdziła, że ona dłużej u nas nie zostanie (przylecieli na tydzień, żeby pozałatwiać formalności) i od razu po pogrzebie jedzie do swoich rodziców. Powiedziałam tylko, że jestem za, możemy ją nawet odwieźć. Szczegół, który bardziej mnie rozbawił niż zdenerwował - po powrocie do domu znalazłam za łóżkiem, w którym mieli spać "zestaw sprzątaczki", czyli kupione w drodze z lotniska najtańsze w mijanym hipermarkecie środki czystości (jakieś mleczka, proszki czyszczące, odkamieniacze do sanitariatów itp.), gąbki, ścierki, szczotki, a nawet gumowe rękawiczki. Nie jestem pewna, co ona się spodziewała zastać u nas w domu, ale przygotowała się jak na walkę z zapuszczoną meliną... Nawet płyn do mycia naczyń i proszek do prania kupiła... I gdyby komuś przyszło do głowy, że może kupiła to dla siebie, bo np. takich używa na co dzień, albo coś w tym stylu, to śpieszę zapewnić, że nie, sam Marek ze wstydem przyznał, że kupiła to wszystko specjalnie na tę okoliczność, bo, jak stwierdziła, ja przecież jestem taką syfiarą, że pewnie nawet płynu do mycia naczyń nie mamy...

Po tej sytuacji kontakt z Emilią urwał się całkowicie na ładnych parę lat, z Markiem mąż czasem rozmawiał, ale i tu stosunki się trochę ochłodziły. Rozumiem i jednego i drugiego pana, bo Marek nie bardzo miał jak wybierać między lojalnością wobec żony (która swoją drogą wepchnęła go pod pantofel bardzo głęboko), a M. z kolei był trochę zły na brata, bo wieczorem przyjechał do nas w tajemnicy przed żoną i przepraszał za nią, mówił, że mamy rację, ale w godzinie "zero" nie odezwał się ani słówkiem, choć jak żona nie patrzyła, to kiwał głową na moje słowa, więc od początku miał wyrobiony pogląd na całą sytuację. Topór wojenny został przysypany (bo całkowicie zakopać się go chyba nie uda) dopiero kiedy nasza pierwsza córka szła do komunii, bo Marek chciał być na uroczystości i wymusił na Emilii przeprosiny. Ona udawała, że przeprasza, my udawaliśmy, że jej wybaczamy i tak sobie żyjemy, choć jedyna zmiana, jaka zapanowała w naszych kontaktach jest taka, że gdy chłopaki rozmawiają przez internet, to Emilia nie znika z zasięgu wzroku (wcześniej siedziała i słuchała, ale się nie pokazywała), a gdy spotykamy się osobiście, to rozmawiamy ze sobą kulturalnie, krótko i o niczym, zamiast całkowicie się unikać. Zastanawiam się tylko, jak to wszystko będzie wyglądało za parę lat, bo oni zamierzają wrócić do kraju, więc będziemy się widywać zdecydowanie częściej. Mam nadzieję, że nie będzie tak tragicznie, bo jednak wszyscy jesteśmy trochę starsi i, mam nadzieję, mądrzejsi. Zauważyłam też przy okazji ich ostatniej wizyty w Polsce, że Emilia się jakby trochę uspokoiła i rozluźniła, ale po trzydniowej obserwacji nie jestem w stanie stwierdzić, czy to tak na stałe, czy akurat miała dobry humor... Przynajmniej wie już, że nie pozwolę sobie wejść na głowę i to też jakiś plus, bo wcześniej zdawało jej się, że skoro jestem od niej ponad 10 lat młodsza, to może traktować mnie jak dziecko.

Wybaczcie taką ilość tekstu, naprawdę starałam się nie rozwlekać, ale jednocześnie chciałam wszystko możliwie najlepiej wyjaśnić, a założę się, że i tak będą jakieś pytania. :)

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (242)

#86156

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając starą historię o psuciu sprzętu elektronicznego, oraz komentarze pod nią, przypomniałam sobie jak o mały włos sama bym się usmażyła, w sporej mierze z własnej głupoty...

Kilka lat temu zamieniliśmy mieszkanie. W naszym obecnym domu mieszkało młode małżeństwo i babcia lokatorki. W dniu przeprowadzki, po usunięciu sterty kartonów z korytarza, zauważyłam zwisający luźno kabel, niewidoczny wcześniej zza kartonów. W czasie oglądania mieszkania, kiedy jeszcze było umeblowane, w tym miejscu stała spora szafa, a obok niej mała szafeczka, na której stał telefon stacjonarny. Zapytałam byłą lokatorkę co to za kabel, bo nie było na nim żadnej końcówki, pomagającej w identyfikacji. Kobieta mu się przyjrzała, i orzekła, że to na pewno kabel od telefonu. Uwierzyłam jej, bo raz, że widziałam telefon w pobliżu, a dwa, w końcu mieszkała tam 14 lat, więc chyba powinna wiedzieć co to za kabel... A trzeba było zapytać jej męża...

Ponieważ ten kabel nie był mi do niczego potrzebny, a wkurzało mnie, że tak zwisa na środku ściany, i nie bardzo było jak go gdzieś ukryć, postanowiłam go uciąć jak najbliżej miejsca, z którego wychodził. Dziękuję wszystkim bogom, że użyłam kombinerek z gumowanymi uchwytami, bo inaczej bym pewnie nie pisała dziś tej historii. Bo kabel oczywiście nie był kablem telefonicznym, tylko elektrycznym, pociągniętym od żyrandola, a używanym przez poprzednich lokatorów do oświetlania wnętrza szafy. Mąż kobiety obciął go w czasie demontażu oświetlenia...

Jak tylko zacisnęłam na kablu kombinerki usłyszałam huk, zobaczyłam błysk, i zgasło światło w całym mieszkaniu, bo oczywiście wywaliło korki. Nie wiem jakim cudem nie spadłam przy tym z drabiny.

Od tamtej pory wykazuję wręcz paranoiczną ostrożność przy kontakcie z elektryką, zwłaszcza wszelkiej maści kablami. I tak sobie myślę, że w sumie powinnam opieprzyć faceta od góry do dołu, bo ani w dniu przeprowadzki, ani później, nie zająknął się słowem o niezaizolowanym kablu, zwisającym luźno, którego koniec znajdował się na wysokości ok. 1,5m nad podłogą, a my wprowadzaliśmy się tam z ciekawską sześciolatką... Nawet nie chcę myśleć co by się mogło wydarzyć gdyby moja córka złapała sobie ten kabel w rękę.

Swoją drogą zostawili nam jeszcze kilka niespodzianek, jak np. nie uszczelniony brodzik, przez który zalaliśmy sąsiada z dołu, zapchaną na głucho wentylację w kuchni, zawaloną śmieciami na wysokość ok. 1,2m zabudowę rur i liczników wody, czy też plastikowe rurki doprowadzające wodę do kranu w kuchni, wychodzące bezpośrednio z podłogi, bez żadnych zaworów, zabezpieczone biurową taśmą klejącą, i jeszcze kilka innych ciekawostek, które odkrywaliśmy w miarę zadomawiania się, i pewnie jeszcze jakieś odkryjemy.

W czasie oglądania mieszkania wszystko wyglądało fajnie, a potem okazało się, że bardzo wiele rzeczy było zrobionych prowizorycznie, tak żeby działało i wyglądało, ale po bliższym przyjrzeniu się wychodziły takie kwiatki, że głowa mała. A wyglądali na zupełnie normalnych, rozsądnych ludzi...

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)