Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

astor

Zamieszcza historie od: 2 sierpnia 2013 - 20:31
Ostatnio: 15 października 2019 - 12:26
  • Historii na głównej: 25 z 29
  • Punktów za historie: 10785
  • Komentarzy: 118
  • Punktów za komentarze: 478
 

#85066

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam właśnie tę historię: https://piekielni.pl/85063 i przypomniała mi się inna.

Kiedy dzieciak koleżanki skończył rok, a ona z mężem przeprowadzili się do większego mieszkania, postanowili przygarnąć psa. Oboje z mężem zawsze mieli jakieś zwierzęta w domu, po ślubie, gdy mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu, właściciel nie zgadzał się na zwierzę, potem ciąża, opieka nad dzieckiem, remont nowego mieszkania, dlatego w tym okresie nie chcieli żadnych kolejnych zobowiązań, aż do czasu wyprowadzenia się na swoje.

Pojechali do schroniska, przygarnęli fajnego kundla (takiego średnich rozmiarów, już dorosłego), przyprowadzili do domu, wcześniej wyjaśnili dziecku (na ile tak małemu dziecku da się pewne rzeczy objaśnić), co i jak. No i super. A raczej super być powinno, bo któregoś razu, już po jakimś czasie od przyprowadzenia psa, dziecko w nocy dostało ataku duszności.

Pogotowie, leki przeciwalergiczne, sytuacja niby opanowana tymczasowo, ale w późniejszym okresie ataki się powtarzały. W międzyczasie wizyty u alergologa, podobno u takich małych dzieci nie robi się testów i nie przeprowadza odczulania, ale drogą eliminacji wyszło, że dzieciak najprawdopodobniej ma alergię na sierść psa.

Co było zrobić? Koleżanka i jej mąż postanowili, że muszą znaleźć nowy dom dla psa, a robili to z bólem serca, bo i oni się przywiązali do kundla, i on do nich. W rodzinie nikt nie miał możliwości przygarnięcia, znajomi nie chcieli, więc... wrzucili ogłoszenie na FB i ze wstydem poprosili jakąś fejsbukową grupę zwierzolubów o pomoc. Zależało im na znalezieniu dobrego domu, ale komentarze, które pojawiły się pod ogłoszeniem sprawiły, że przestałam się dziwić, dlaczego niektórzy wywożą zwierzaki do schroniska lub lasu. A były w stylu:

- Alergia to nie koniec świata, można odczulić dziecko i żyć dalej (i bardzo dużo komentarzy w stylu: mam alergię i zwierzę, więc nie dramatyzuj, że musi przyjeżdżać pogotowie, dziecku wyjdzie to na zdrowie).
- Jestem alergiczką i mam 3 koty, a moja córka alergiczka ma 2 psy. Wstydź się kobieto!
- Przygarnąć pieska łatwo, ale jak się pojawiły pierwsze problemy, to od razu wyrzucić. Nie dorosłaś do posiadania nawet kwiatka na parapecie, a co dopiero zwierzęcia.

Ostatecznie pies znalazł dom... w bloku po drugiej stronie ulicy. Ktoś znalazł ogłoszenie na FB, skontaktował się z koleżanką i od słowa do słowa wyszło, że mieszkają na tym samym osiedlu. Pies jest szczęśliwy, ma psią koleżankę w domu i wiedzie przyjemne psie życie.

psy zwierzęta

Skomentuj (78) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (161)

#85022

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeżdżę sporo na rowerze i zawsze ubolewam, gdy takie osobniki jak ten, o którym poniższa historia, psują opinię całemu środowisku.

Do rzeczy. Miejsce akcji: Lublin, ul. Wrotkowska w kierunku Dziesiątej i Bronowic. Opis sytuacyjny dla osób spoza Lublina: jest to niedawno otwarta droga, z wiaduktem nad torami kolejowymi i drogą dla rowerów puszczoną po południowej stronie, a zatem ja jadąc w swoim kierunku miałam ją po prawej stronie.

Przed wiaduktem skrzyżowanie, na skrzyżowaniu, na prawym pasie jako pierwszy stoi sobie suzuki swift, za nim, na samym środku pasa, rowerzysta na wypożyczonym rowerze miejskim.

Za nim ustawiam się ja, próbując ogarnąć dlaczego gość stoi na jezdni, chociaż obok ma elegancką DDR-kę. I pisząc elegancką mam na myśli to, że naprawdę nie ma się tam czego przyczepić- asfalt (nie wkurzająca i zarastająca kostka brukowa), dobrze porobione wjazdy, równa, niepozapadana nawierzchnia.

W pewnym momencie rowerzysta objeżdża suzuki po prawej stronie. Myślę sobie: może wjedzie na DDR-kę przez przejście. Nie, nic z tych rzeczy. Ustawił się obok samochodu, sięgnął do tylnej kieszeni w spodniach, wyjął paczkę fajek i w oczekiwaniu na zielone zaczyna palić.

Przez tylną szybę stojącego przede mną suzuki widzę, że kierowca (kobieta) wychyla się w prawo i przez otwarte okno rozmawia z rowerzystą. Rozmowy nie słyszałam, ale mogę się jedynie domyślać, że jej przedmiotem jest wyznaczona wzdłuż jezdni DDR-ka, na której cyklista powinien się teraz znajdować.

Wymiana zdań trwa jakiś czas, rowerzysta zaczyna coraz bardziej energicznie gestykulować.

W pewnym momencie wyciąga papierosa z ust i wrzuca do suzuki przez otwarte okno, a następnie, zanim jeszcze zapaliło się zielone, pocisnął przez skrzyżowanie na czerwonym i zaczął się powoli wtaczać na wiadukt.

Babka z suzuki najwyraźniej dosięgnęła do papierosa i wyrzuciła przez okno, zapaliło się zielone i ruszyliśmy.

Na wiadukcie nieciekawy manewr wyprzedzania gościa, który na dodatek jechał samym środkiem prawego pasa, a lewym ciągnął się sznureczek samochodów, więc siłą rzeczy ludzie z prawego musieli toczyć się prędkością rozwijaną przez wypożyczonego mieszczucha.

Pani z suzuki, jak się okazało, jechała mniej więcej w to samo miejsce co ja, więc na parkingu podchodzę i pytam czy są jakieś straty. Pokazała mi przypaloną w jednym miejscu tapicerkę i odetchnęła z ulgą, że papieros nie wpadł w jakieś miejsce, z którego ciężko byłoby go wyciągnąć.

Nie ogarniam. Ani idei jazdy jezdnią, kiedy obok jest droga dla rowerów, ani tak prymitywnego i niebezpiecznego zachowania, jak wrzucenie komuś tlącego się papierosa do samochodu.

Rowerzyści

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (123)

#84920

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłam opisać tę historię, bo chyba coś we mnie pękło i muszę się wyżalić. Oraz naświetlić niektórym realia mojej pracy.

Kiedyś już wspominałam, że jestem młodym adwokatem (w październiku stukną dwa lata prowadzenia działalności).
Jakiś czas temu zostałam ustanowiona z urzędu kuratorem dla małoletniego pozwanego w sprawie o rozwiązanie przysposobienia. Od początku wiedziałam, że kokosów z tego nie będzie, ale prawo rodzinne to mój konik, od studiów jeździłam na wszelkiego rodzaju konferencje związane z tą tematyką, zainwestowałam w literaturę fachową. I lubię tę dziedzinę. A jednak nie spodziewałam się, że proces może się tak potoczyć...

Sąd, w którym toczyła się sprawa, jest w sąsiedniej miejscowości (z kancelarii mam około 10 km w jedną stronę).
Pierwszy termin - powód się nie stawił, przeprasza, ale starsze dziecko zachorowało. Rozumiem, zdarza się. Jego pełnomocnik zobowiązuje się do złożenia pisma, gdzie wskaże świadków, których chce powołać i na jaką okoliczność (w sumie powinno to być już w pozwie, ale ponieważ ja też miałam złożyć pismo, to nie widziałam sensu, żeby wnosić o oddalenie tych wniosków).

Termin numer 2. Ja w międzyczasie złożyłam wnioski dowodowe (przesłuchanie matki oraz małoletniego w błękitnym pokoju). Na ten termin sąd wezwał matkę, bo sygnalizowałam taki zamiar na poprzedniej rozprawie, sąd zarezerwował więcej czasu i jak wpłynęło pismo, to niezwłocznie ją wezwał. Pełnomocnik drugiej strony pisma nie złożył, wnosi o zakreślenie kolejnego terminu na pismo z wnioskami dowodowymi. Tym razem wnoszę o oddalenie, bo zgodnie z przepisami powinien zrobić to wcześniej itp. Ale sąd zakreśla termin. Pismo ostatecznie wpłynęło.

Trzeci termin - przesłuchanie dzieciaka w błękitnym pokoju. Biegła ma miesiąc na sporządzenie opinii, a kolejna rozprawa, na którą mają przyjechać świadkowie powoda wyznaczona za 2 miesiące.
Upłynęło ok. 1,5 miesiąca i zaczynam dzwonić do sądu czy wpłynęła opinia. Nie, nie ma. Dzień przed rozprawą - nie ma, biegła akt nie zwróciła, ale rozprawa się odbędzie. Jadę więc na rozprawę, na miejscu okazuje się, że jednak trzeba odwołać, bo akt nie ma. Ja, pełnomocnik drugiej strony i świadkowie - odprawieni z kwitkiem, odnotowano tylko w aktach zastępczych naszą obecność, termin za kolejne 2 miesiące.

Po 2 miesiącach sytuacja się powtarza - akt nie ma, opinii nie ma, nie ma informacji o odwołaniu rozprawy (mimo, że na poprzedniej rozprawie z pełnomocnikiem powoda, prosiliśmy o stosowną informację, bo po co jeździć, szczególnie że świadkowie w podeszłym wieku). Rozprawa się nie odbyła, wyznaczono kolejny termin. Za 2 miesiące.

Po 2 miesiącach - tak, dalej nie ma akt, nie ma opinii, nie ma też świadków, bo okazuje się, że powód cofa jednak powództwo. Jego pełnomocnik złożył odpowiednie pismo, ja wyraziłam zgodę na cofnięcie powództwa i wniosłam o przyznanie kosztów nieopłaconej pomocy prawnej świadczonej z urzędu (zawrotne 240 zł, bo tak przewiduje rozporządzenie) i zwrot wydatków związanych z funkcją kuratora (za dojazdy według kilometrówki wyszło ok. 140 zł, kosztów znaczków pocztowych z lenistwa nie wliczałam). Kokosy, nie?

Wczoraj dostałam postanowienie o przyznaniu umorzeniu i przyznaniu... 144 zł netto tytułem wynagrodzenia. Kosztów dojazdu nie zasądził.

Jak zostało to obliczone? Ano, nowe rozporządzenie o wynagrodzeniu kuratorów przewiduje, że wynagrodzenie kuratora wynosi 40% stawki minimalnej (przy czym jako stawkę minimalną sąd nie wziął stawki w sprawach o rozwiązanie przysposobienia - 240 zł, a stawkę w innym rodzaju spraw, w ogóle nie związanym - 360 zł). Przy czym któryś kolejny paragraf tego rozporządzenia mówi, że wynagrodzenie zasądza się w kwocie wyższej niż 40%, ale nie wyższej niż stawka minimalna, jeśli przemawia za tym wkład pracy kuratora, w szczególności jego stawiennictwo na rozprawach. W praktyce, jeśli była przynajmniej jedna rozprawa, sądy w naszej apelacji zasądzają te 100% stawki minimalnej.

Podsumowując - 144 zł netto za 5 terminów rozpraw, a w sumie 6 wizyt w sądzie (bo wcześniej trzeba było się z aktami zapoznać). Nawet nie chce mi się szacować ile godzin spędziłam nad sprawą, a ile mniej bym spędziła, gdyby z sądu przynajmniej zadzwoniono, że rozprawa się nie odbędzie. Tak czy inaczej grubo poniżej wynagrodzenia minimalnego.

Piszę właśnie zażalenie. Pismo do Rady, że rezygnuję z urzędówek cywilnych już napisałam.

sądy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (166)

#84057

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako nastolatka przyjaźniłam się na osiedlu z pewnymi dwiema siostrami. Ich imiona nie są ważne dla historii, więc nazwijmy je Młodsza i Starsza.

Jeszcze w dzieciństwie młodszą pogryzł pies. Mały psiak sąsiadów, "on żadnej krzywdy nikomu nie zrobi", nie znam dokładnie okoliczności, ale złapał ją zębami za rękę. Zakończyło się kilkoma szwami, szczepieniem przeciwko tężcowi i strachem, który został na całe życie.

Starsza wzięła ślub jakieś 5-6 lat temu i wyprowadziła się z mężem. Starała się z o dziecko, ale po roku bezskutecznych prób stwierdzili, że przygarną psa. Ok, ich pies, ich odpowiedzialność. Szczeniak wyrósł na takiego psiaka powyżej kolana. Z tego, co wiem, to wkładali wiele wysiłku w jego ułożenie, ale czasami i tak nie dał się zegnać z kanapy, łóżka, nie przybiegał na wołanie i potrafił ciągnąć na spacerze.

Kiedy pies miał jakieś 3 lata okazało się, że Starsza jest w ciąży. Wiadomo - radość w rodzinie. W czasie ciąży jeszcze wychodziła z nim na spacer, ale po urodzeniu już zaczęły się problemy. Bo pies szczeka w domu i budzi dziecko. Bo ona musi dziecko nakarmić, mąż w pracy, a pies potrzebuje na spacer. Bo ona z dzieckiem na spacer i nie będzie wnosiła wózka z dzieckiem i z psią karmą po schodach na górę, bo mąż zapomniał kupić. Bo dziecko choruje, więc ona nie ma czasu bawić się z psem i poświęcać mu odpowiedniej uwagi, więc zaczął niszczyć meble. Wobec tego Starsza z mężem postanowili, że trzeba psa oddać. Zadzwoniła do Młodszej.

- Słuchaj, Młoda, bo wiesz... Bo dziecko, bo to, bo tamto. Nooo, i wiesz, oddamy ci psa, bo my nie mamy na niego czasu. Ale jak to? Nie weźmiesz go? No weź nie żartuj, jak ty go nie weźmiesz, to będziemy musieli do schroniska.

Zmiękczyła serce Młodej, która ostatecznie psa od nich wzięła. I zaczęła się katastrofa. Pierwsze tygodnie - pies cały czas wył, ujadał, prawie nic nie jadł, bo tęsknił. Potem, gdy chyba zrozumiał, że powrotu już nie ma, odkrył, że Młoda się go boi i nie potrafi nad nim zapanować. Nie okazywał żadnego posłuszeństwa, na spacerach Młoda nie spuszczała go ze smyczy, bo wiedziała, że nie wróciłby do niej. Zrobił się agresywny wobec Młodej. Skargi Młodej do Starszej kończył się tekstem:
- No weź, nie potrafisz sobie z nim poradzić? No sierota jesteś.

Koszmar Młodszej trwa do dzisiaj, bo mimo, że dziecko Starszej podrosło, to jakoś tamci nie zamierzają odebrać swojego podopiecznego. Nawet jak Młodsza chce wyjechać na wakacje, to musi szukać opiekuna dla psa wśród znajomych, bo siostra zawsze ma coś ważnego w tym czasie.

Absolutnie nie jest to wina psa, tylko nieodpowiedzialnych właścicieli, którzy oddali go osobie panicznie bojącej się wszelkiej maści i rasy Burków i Fafików.

pies

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (147)

#81214

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj mijają równo 3 miesiące od momentu założenia przeze mnie kancelarii adwokackiej. Czas na podsumowanie drobnych piekielności związanych z tą branżą.

1. "Bo ja mam tylko jedno pytanie" - czyli próba wyłudzenia bezpłatnej porady prawnej przez telefon.
Czasami dzwoni telefon. Odbieram, mój rozmówca (lub rozmówczyni- dalej R) nawet się nie przedstawia, a po głosie wiem, że nie jest to żaden z moich klientów.
R: Dzień dobry. Bo wie pani, ja mam jedno takie pytanie.
I w tym momencie następuje kilkuminutowy opis stanu faktycznego, czasami bardzo skomplikowanego, innym razem wymagający sięgnięcia do przepisów albo np. rozrysowania "drzewka" kto po kim dziedziczy. Po tym opisie pada prośba: no niech mi pani mecenas powie, co ja mam z tym teraz zrobić.
Ja: Przykro mi, ale nie udzielam porad przez telefon. Zapraszam do kancelarii w takich i takich godzinach.
R: A nie, to ja nie mam czasu.
I się rozłącza.

Dlaczego nie udzielam porad przez telefon? Owszem, z jednej strony kwestie finansowe. Nikt mi nie płaci za odbieranie telefonów, a mój zawód w dużej mierze polega na korzystaniu z wiedzy, którą zdobywałam przez długie lata nauki (5 lat studiów i aplikacja, która oficjalnie trwa 3 lata, ale najpierw czekając na jej rozpoczęcie, a potem na egzamin i ślubowanie po jej zakończeniu wychodzą tak naprawdę 4 lata). Równie ważne jest to, że bardzo często udzielenie porady wymaga zapoznania się z dokumentami, które dzwoniący próbuje mi opisać. Tymczasem praktyka wskazuje, że jak ktoś mówi, że przegrał sprawę cywilną może mieć na myśli faktycznie, że ją przegrał, jak również że sąd umorzył postępowanie lub odrzucił pozew (bo przykładowo strona nie uiściła opłaty za pozew i nie wniosła o zwolnienie). I jeszcze ważna kwestia - ja biorę odpowiedzialność z udzieloną przeze mnie poradę. Dlatego tak istotne jest dla mnie spotkanie się z klientem, wypytanie o wszelkie szczegóły, zajrzenie do przepisów, komentarzy i orzecznictwa, a rozmowa przez telefon tego nie ułatwia.

2. "A może pani poleci jakąś kancelarię" - czyli mam pomóc w znalezieniu innego adwokata.
Przychodzi pani i od progu podejrzliwie na mnie patrzy. No cóż, mam 28 lat, ale wyglądam młodziej, co na pierwszy rzut oka może nie wzbudzać zaufania i rodzić podejrzenia o brak doświadczenia (tak, jakby 3 lata aplikacji nie stanowiły żadnego doświadczenia...). Pani wyłuszcza mi swój problem, opisuje i na koniec pyta: no, i może pani zna kogoś, kto się takimi sprawami zajmuje. Mówię, że identycznej nie miałam, ale miałam kilka bardzo podobnych i mogę poprowadzić sprawę.
Pani: Nie, ja to wolę kogoś innego, kto miał identyczną sprawę, i myślałam, że pani mi powie, do kogo pójść.
Nie poleciłam nikogo, bo nie wiem kto prowadzi dokładnie takie sprawy.
Swoją drogą Szanowni Czytelnicy: czy zdarzyło się Wam pójść do fryzjera, żeby dowiedzieć się, który inny zrobi najlepsze ombre, albo do stolarza, żeby zapytać kto z jego konkurencji zrobi najlepiej meble do kuchni?

3. "Może tak po koleżeńsku mi pomożesz..." - czyli klasyka w każdym zawodzie. A gdzie zaczyna się biznes, tam często kończy się koleżeństwo.
Ogólnie nie mam obiekcji, żeby pomagać dobrym znajomym - napisać im pismo, podpowiedzieć gdzie i co załatwić itp. W przypadku dobrych znajomych wiem, że mogę liczyć na jakąś wzajemność z ich strony, kiedy ja będę czegoś potrzebowała, a jeśli nawet nie będę nic chciała od nich, to często razem wspólnie się bawimy, jeździmy na wspólne wyjazdy, dobrze się dogadujemy i przyjaźnimy.

Trochę inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku dalekich znajomych, którzy nagle sobie przypominają, że może warto o coś spytać prawnika. I tutaj sytuacja z dnia wczorajszego, która była bezpośrednią przyczyną napisania całej historii.

Godz. 22, leżę już w łóżku i czytam książkę. Słyszę charakterystyczny dźwięk messengera. Patrzę, a tam wiadomość od znajomego (nazwijmy go Krzysiek), który średnio raz na miesiąc ma problem prawny, przy czym dotyczą one dziedziny, której kompletnie nie znam (fundacje, stowarzyszenia). I chociaż ze 2-3 razy mu podpowiedziałam co i jak (wczytując się wcześniej w przepisy i komentarze), do tej pory nie zaoferował nawet kawy czy piwa w zamian.
Krzysiek: Hej. Mogę mieć pytanko prawne?
Ja: Ale ja już jestem po godzinach pracy :) (liczyłam, że załapie aluzję).
Krzysiek: Wiem. To Ci napiszę o co chodzi, a Ty mi odpiszesz jak będziesz w kancelarii.
Dłuuuugi opis stanu faktycznego, przy czym mocno poplątany. Chodziło o jakiś statut fundacji. Cóż, dzisiaj grzecznie odpisałam, że nie zajmuję się tym, owszem, mogłabym się tym zająć, ale to wymaga ode mnie zaczerpnięcia wiedzy, być może spędzenia trochę czasu w bibliotece, a ja za to biorę pieniądze.
Krzysiek: Ojej, a myślałem że tak po koleżeńsku mi pomożesz.

4. I absolutny hit "pani mecenas, bo to jest bardzo pilne"
Wigilia. 23.30. Zbieram się na pasterkę, a nagle dzwoni telefon. Odruchowo odbieram. Rozmówca się nie przedstawia, na 100% to nie jest mój klient.
Rozmówca (bełkocząc jak pijany): Dzień dobry, bo wie pani, bo mam pani numer z Internetu. I ja wczoraj dostałem takie pismo z Sądu i ja mam 14 dni, żeby na nie odpowiedzieć. Bo to o spadek chodzi. Pomoże pani?
Ja: Czy pan sobie zdaje sprawę z tego, że jest Wigilia, dochodzi północ, a ja nie pracuję już.
Rozmówca: No ale ja muszę odpowiedzieć!
Ja: W porządku, rozumiem, ale są Święta. Proszę skontaktować się po Świętach.
Gość jeszcze coś nabluzgał i rozłączył się, a później nie dzwonił. Do tej pory nie wiem, czy był tylko wstawiony, czy postanowił sobie stroić żarty. Od tego momentu jednak sprawdzam, czy wyłączyłam telefon firmowy na noc.

I póki co byłoby tyle.

kancelaria_adwokacka

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (160)

#79397

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy zamiast przeczytać regulamin, masz pretensje do organizatora.

Niedawno brałam udział w pewnym rajdzie rowerowym. Rajd był odpłatny, można było zapisać się przez formularz na stronie internetowej, a każdy, kto się zapisywał, musiał przeczytać i zaakceptować regulamin.

Kilka informacji, które były tam zawarte:

- jedzie samochód, ale zabiera on wyłącznie bagaże (karimaty, śpiwory, ciuchy na zmianę itp.), nie ma możliwości zabrać rowerzysty i roweru;
- na trasie nie ma żadnej możliwości podjechania pociągiem lub powrotu do domu tym środkiem transportu (wniosek: trzeba liczyć na siłę swoich nóg, ewentualnie na znajomego z samochodem);
- trasa rajdu w pierwszym dniu będzie liczyła ponad 120 km, prowadzi drogami asfaltowymi, głównie powiatowymi i przez kilkanaście kilometrów stosunkowo ruchliwą drogą wojewódzką, będą też dłuższe podjazdy.

Wystartowaliśmy.

Po 10 km kilka osób się przyznaje, że ich dotychczasowe życiówki to 30-40 km w ciągu dnia.

Po kolejnych 20 km jedna osoba (wiek 50+) przyznaje się, że w tym roku pierwszy raz siedzi na rowerze, a nic nie trenuje. Organizator zadaje pytanie, czy w takim razie wraca do domu, czy jedzie z nami dalej. No jasne, że jedzie, przecież zapłacił!

No to jedziemy.

Dojechaliśmy do podjazdów. Przez jakieś 5-6 km trasa była na przemian raz w górę, raz w dół, ale podjazdy takie, że nie da się z rozpędu, bo dosyć długie. Przed tym odcinkiem krótki postój. Ruszamy wszyscy razem.

Po przejechaniu "górek" zatrzymujemy się pod sklepem. Na ostatnią osobę, tę, która pierwszy raz siedziała na rowerze w sezonie, czekaliśmy ze 40 minut…

Dramat. Bo nigdzie nie było informacji o takich podjazdach... Bo ta osoba już zmęczona, nie da się, żeby samochód organizatora po nią przyjechał? Co? To dopiero połowa trasy?

Ok, odpoczęliśmy, ruszyliśmy dalej, jeden z organizatorów został z tyłu. Wieczorem żal i pretensje, bo za szybko (średnia wyszła mi 16 km/h, bo starałam się dostosować do grupy), bo takie góry (wyżyny tak mają...), bo ruchliwa trasa (trasa była do obejrzenia w Internecie, każdy mieszkaniec tego regionu Polski mniej więcej wie, jak wygląda), bo dystans niedostosowany do formy uczestników (wszyscy dojechali cali i zdrowi, zadowoleni ze swoich nowych życiówek, poza tą jedną osobą).

Następnego dnia ta osoba została zwinięta przez jakiegoś znajomego samochodem do domu.

I tak sobie myślę... Chociaż lubię chodzić po górach, to w Himalaje nie pojadę, bo sobie tam nie poradzę. Niektórzy nie ogarniają, że podobna zasada działa również w tego typu rajdach. Problem miała ta osoba, problem miała grupa, która miała zdążyć na określoną godzinę na obiad i problem mieli przede wszystkim organizatorzy.

rajd_rowerowy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (160)

#79367

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponieważ lada moment otworzę własną kancelarię adwokacką, wzięło mnie na wspominki o najdziwniejszych klientach, którzy przewinęli się przez kancelarię, w której robiłam aplikację.

I tak oto przypomniał mi się dzień, w którym do kancelarii przyszła kobieta w wieku około 60 lat z mniej więcej o połowę młodszym synem.

Poinformowałam, że nie ma w chwili obecnej żadnego z adwokatów w kancelarii, mogę podać numery telefonu, żeby się umówili na spotkanie itp.

(Słowem wyjaśnienia: aplikanci nie mogą sami przyjmować spraw, u mnie w kancelarii pierwsze spotkanie było zawsze z adwokatem, potem - jeśli miałam zajmować się sprawą - uczestniczyłam w tych spotkaniach, chodziłam na sprawy itp.).

Kobieta: A tutaj adwokaci prowadzą sprawy o rozwód?
Ja: Oczywiście. Pani mecenas XYZ zajmuje się wyłącznie sprawami rodzinnymi.
Kobieta: O, to dobrze trafiliśmy. Bo my właśnie w sprawie rozwodu. Bo mój syn się rozwiedzie.

Patrzę na jej syna i zwracam się do niego.

Ja: Musi pan umówić się na spotkanie z panią mecenas, ja w tej chwili nie mogę nawet żadnej porady prawnej udzielić.
Kobieta: Ale nie! Nie ten syn. Drugi, starszy.
Ja: W takim razie on musi się umówić...
Kobieta: Ale on tego nie zrobi. Bo on tę k*** podobno kocha. Więc ja chcę, żeby pani mecenas mu zrobiła sprawę, żeby to małżeństwo zakończyć.

Na chwilę zawiesił mi się system. Próbuję przetrawić to, co przed chwilą usłyszałam. W międzyczasie słyszę, jaka ta synowa niedobra, że teściowej nie odwiedza, że na prezent kupiła jakiś tani wazon, a przecież ją stać na droższe prezenty... Argumenty w stylu "bo zupa była za słona" sypią się jeden za drugim.

Kobieta: I wie pani. Ja dam pieniądze na ten rozwód. Ale syn nie może wiedzieć.
Ja: To nie jest możliwe. Prawo do złożenia pozwu o rozwód przysługuje tylko małżonkom, nikomu innemu z rodziny.
Kobieta: No chyba pani żartuje? Ale ja zapłacę i powiem, co i jak, pani adwokat napisze ten papier, on do tego czasu zmieni zdanie. Ja mu powiem, żeby zmienił.

Starając się zachować spokój objaśniłam, że kancelaria przyjmie sprawę jedynie wtedy, gdy jej drugi syn zjawi się osobiście i udzieli pełnomocnictwa.

Kobieta: Pani to niedouczona jest. My przyjdziemy później, jak będzie pani adwokat, bo z panią porozmawiać się nie da.

Wyszli i, jak się później okazało, umówili się jednak na spotkanie z moją szefową. Powiedziała im to samo, a przez drzwi słyszałam, jak kobieta co chwilę wpada w histerię i krzyczy, że ona to małżeństwo rozwali i znajdzie kancelarię, gdzie prawnicy są mądrzy i znają się na przepisach.

Kilka dni później na profilu kancelarii na FB pojawił się wpis, w którym zostaliśmy obsmarowani od góry do dołu przez tę babkę, że nie znamy się, odmówiliśmy poprowadzenia sprawy bez przyczyny i że nas nie poleca. :)

kancelaria_adwokacka

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (230)

#75673

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio przyznałam się, że jestem aplikantką adwokacką. Dzisiaj opowiem Wam o klientach z urzędu, tj. tych, dla których adwokata czy radcę prawnego wyznacza sąd (w sprawach karnych) albo na wniosek sądu - właściwa rada (adwokacka lub radcowska). Nie chcę wrzucać wszystkich klientów z urzędu do jednego worka, bo są wśród nich ludzie sympatyczni, ale dosyć często zdarzają się niestety osoby roszczeniowe i niechętne do współpracy.

Moja szefowa została wyznaczona do prowadzenia sprawy z zakresu ubezpieczeń społecznych dla X. X napisał piękne odwołanie od decyzji organu rentowego i wniósł w nim o wyznaczenie dla niego pełnomocnika z urzędu, bo nie stać go na opłacenie wynagrodzenia adwokata. Sąd Okręgowy oddalił mu ten wniosek, wobec czego X napisał jeszcze ładniejsze zażalenie na postanowienie o oddaleniu wniosku o odmowie wyznaczenia mu pełnomocnika z urzędu. Sąd Apelacyjny uchylił to postanowienie i w rezultacie, po ponownym rozpatrzeniu sprawy, Sąd Okręgowy postanowił przyznać X pomoc prawną z urzędu.

Tylko X, podobnie jak wielu klientów z urzędu, stracił zainteresowanie pełnomocnikiem w chwili jego wyznaczenia, najwyraźniej wychodząc z założenia, że jak już ma prawnika, to prawnik sam wszystko ogarnie. X nie skontaktował się z kancelarią (od terminu odebrania pisma z rady miał na to 4 miesiące; rada adwokacka po wyznaczeniu szefowej przesłała do X pismo z danymi kontaktowymi do kancelarii - adres, telefon). Dodatkowo u nas w kancelarii praktykowane jest, że wysyłamy klientowi sami pismo, w którym informujemy, że prowadzimy jego sprawę, podajemy ponownie dane kontaktowe i prosimy o kontakt w celu ustalenia stanowiska strony (czy będzie składał jakieś wnioski dowodowe? może opinia biegłego?). Dodam, że adwokat nie dysponuje numerem kontaktowym klienta z urzędu, bo nie ma go ani w piśmie, ani we wniosku o ustanowienie pełnomocnika z urzędu. Wobec tego jedyna możliwość na skontaktowanie się to list, chyba że klient zadzwoni pierwszy.

O 8.30 byłam na sprawie X. X pojawił się. Z pretensjami do mnie. Bo nie dzwoniliśmy. Bo olaliśmy jego sprawę (serio? kilka godzin czytania akt, przepisów, orzecznictwa?). Bo przecież mogliśmy do niego przyjechać do domu (to nic, że być może nikt by go nie zastał w domu). Nie dał sobie nic wytłumaczyć (jeszcze na korytarzu energicznie gestykulował, wydzierając się na mnie na oczach innych aplikantów, adwokatów, radców, pracowników sądu), na rozprawie złożył wniosek o zmianę pełnomocnika, bo do nas (w sensie - do kancelarii) utracił zaufanie.

Sąd nie zwolnił nas od prowadzenia jego sprawy, jednak ze względu na dotychczasowy brak uzgodnienia stanowiska, odroczył termin rozprawy na... 6 miesięcy (w tym wydziale mniej więcej tyle czeka się na kolejny termin). X wściekły wyleciał z sali, nie powiedział "do widzenia" (drobiazg), nie zostawił do siebie numeru. Odgrażał się jedynie postępowaniem dyscyplinarnym...

piekielni klienci

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (157)

#75437

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem aplikantką adwokacką.

W dniu dzisiejszym próbowałam dodzwonić się do Sądu w sąsiedniej miejscowości (z kancelarii mamy tam około 15-20 km), żeby dowiedzieć się, czy strona przeciwna złożyła apelację w sprawie. I akurat w tej sprawie nie możemy czekać na ewentualne pismo z sądu, w którym prześlą nam informację o przyjęciu apelacji i jej odpis.

Gdzie piekielność? W dodzwonieniu się ;)

Do sekretariatu odpowiedniego wydziału nie da się dodzwonić - jest automatyczne przekierowanie na Biuro Obsługi Interesanta (BOI). A na BOI... No cóż, nauczona doświadczeniem wykręcam numer, podkręcam głośność telefonu na maksa, odkładam słuchawkę na biurko i zajmując się swoimi innymi sprawami, nasłuchuję:
"Witamy w Sądzie Rejonowym (...). Prosimy oczekiwać na połączenie z konsultantem. Obecnie jesteś w kolejce:..."
Na dzień dobry byłam w kolejce siódma. Słuchawka leży przy laptopie, piszę jakieś pismo i nasłuchuję "umilającej" czas muzyczki przerywanej co chwila informacją o tym, która jestem w kolejce.

Po około 5 minutach byłam czwarta. Po kolejnych 15 awansowałam już na drugie miejsce. I chwilę potem byłam już pierwsza. Zadowolona z siebie już nie mogę się doczekać, aż ktoś po drugiej stronie odbierze słuchawkę (bądź co bądź zatrudnione tam panie to złote kobiety).
Po kolejnych dziesięciu minutach usłyszałam jedynie komunikat: "Przepraszamy. Czas oczekiwania jest zbyt długi. Prosimy zadzwonić później". I sygnał rozłączonej rozmowy.

Łączny czas oczekiwania na rozmowę, której nie było - ponad 30 minut.
A ja zakładam kurtkę i wybieram się do sądu samochodem, bo coś czuję, że dzwonienie tam nie ma sensu.

sądy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (282)

#75132

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy sprzedawca wie lepiej, czego chce klient...

Idzie jesień, a ja po przeglądzie szafy z butami stwierdziłam, że przydadzą się jakieś nowe "patatajki" do pracy. Mój typ: płaskie, skórzane, czarne, ewentualnie ciemny brąz, czyli kolory neutralne (mniejsza o to dlaczego tak, a nie inaczej).
Pojechałam do galerii handlowej na drugim końcu miasta, gdzie jest kilka, o ile nie kilkanaście butików z butami, w tym parę moich ulubionych. Od drzwi prosto lecę do pierwszego z nich, gdzie kupiłam już kilka innych par i zawsze dobrze mi się nosiły.

Na dzień dobry lekkie zdziwienie, bo zamiast dwóch pań ekspedientek w wieku 50+, za ladą stoi młodziutka dziewczyna. No nic, może obsada się zmieniła, może urlop, zwolnienie lekarskie albo inna przyczyna zastępstwa.

Zaczynam chodzić między półkami i oglądać poszczególne modele. Dziewczyna, jak się okazało Piekielna (P), podchodzi.
(P): W czym mogę pomóc?
(Ja): Poszukuję butów skórzanych, czarne lub ciemny brąz, płaskie, w rozmiarze 38.
Piekielna pokiwała głową, poleciała gdzieś między półki i po chwili przyniosła mi pudełko. Wyciąga z niego prawy but i zachęca do przymierzenia.
Przyglądam się: jest płaski, jest czarny, jest skórzany, ale... dziwnie duży. Biorę do ręki i patrzę, a tam rozmiar 40.
(Ja): Ale ja chciałam 38.
(P): Z tego fasonu nie ma. Proszę przymierzyć, może będzie dobry. Ten jest w przecenie.
Dla świętego spokoju mierzę, a nuż rozmiarówka skopana. Ale nie. Za duży. Informuję o tym ekspedientkę.
(P): Dobrze, już szukam czegoś innego.
Znowu poszła latać między półkami, przerzuca pudła i przynosi kolejne. Jest! Na pudełku 38! Ale w środku... but pomarańczowo-niebiesko-czerwony.
(Ja): Ale ja chciałam czarne lub brązowe.
(P): Oj wie pani, czasami trzeba zaszaleć, a nie chodzić w takich smutnych kolorach.
Schowała but i poleciała szukać dalej. W międzyczasie sama się rozglądałam, kilka fasonów przykuło moją uwagę, ale na wystawie było po jednej parze i musiałam zapytać Piekielnej czy jest mój rozmiar. Nadchodzi do mnie po raz kolejny.
(P): Te będą bardzo ładne i wygodne.
I wyciąga... Szpilki. Bardzo wysokie szpilki.
(Ja): Wie pani, ja mówiłam, że szukam płaskich, a nie żadnych na obcasie, na szpilce czy koturnie. A z tych tutaj (pokazuję na trzymany w ręku but) jest może 38?
Piekielna patrzy na mnie i na ten but, a w końcu ciężko wzdycha.
(P): Może są. Ale z pani wzrostem (1,6 m) powinna pani szukać obcasów, a nie płaskich.
Oznajmiłam Piekielnej, że chyba jednak się nie dogadamy i wyszłam ze sklepu.

Nie, nie złożyłam skargi. Po prostu więcej tam nie zajdę. A buty kupiłam w butiku obok. Czarne, płaskie, super wygodne.

sklepy zakupy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (269)