Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

b1aster

Zamieszcza historie od: 9 lutego 2015 - 2:17
Ostatnio: 19 sierpnia 2018 - 10:55
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 959
  • Komentarzy: 16
  • Punktów za komentarze: 111
 

#82766

(PW) ·
| Do ulubionych
Dość długo się zastanawiałem, czy podzielić się tą historią, bo w gruncie rzeczy to sam jestem tutaj piekielny. Jeśli się zdenerwuję, to powiem, co myślę, a później dopiero widzę, co odwaliłem. Tak właśnie było tym razem.

Zdarzyło się to ponad 10 lat temu, gdy pracowałem jako kelner z doskoku na weselach. Chociaż kelner to za dużo powiedziane, zwykły podawacz. Szybka robota i szybka kasa, coś w sam raz dla studenta, żeby zarobić na kieliszek chleba.

Było to w hotelu czterogwiazdkowym, czyli taki trochę lepszy standard niż remiza. Było jeszcze wcześnie i wesele było dopiero przygotowywane w innej części budynku. Akurat byłem na restauracji po jakieś widelce, łyżki czy inny gastro-złom, gdy na parking wjechał merc o posturze karawanu i na niemieckich blachach.

Wytoczył się z niego koleś, dość niski i wiem, że nieładnie tak o kimś mówić, ale widać, że nie używał calgonu, bo mu bęben solidnie wywaliło. Widać, że pamiętał już niejeden oktoberfest i bier und wurst to jego codzienny pokarm. Miał taki zielony kapelusik z piórkiem a'la gajowy z czerwonego kapturka. Zielone gumofilce i solidny, rzucający się z daleka w oczy, gruby jak okrętowa lina WĄS! Do tego kurtka w moro. Razem z tym czochraczem spod nosa i w tym zielonym jebotku wyglądał jak pijany wędkarz znad rozlewiska. Już tylko czekałem, aż zacznie nucić przeboje Maryli Rodowicz, ale przypomniałem sobie, że to przecież obywatel Rzeszy niemieckiej, więc najwyżej zaśpiewa mi hymn.

Gdy wchodził do środka, to gadał przez telefon. Usłyszałem nasze przaśne, polskie i głośne spier...alaj rzucone w słuchawkę, więc byłem już pewien że to rodak. :-) I całe szczęście, bo mocno średnio wówczas szprechałem po dojczu. :-)

Wszedł, usiadł i sapał. Podałem mu menu, myśląc, że jak będzie sobie czytał, to skoczę po etatowego kelnera, żeby przyjął zamówienie. Jeszcze nie zdążyłem wrócić za bar, a ten zaczyna się drzeć! No ja rozumiem, że się można zdenerwować, a on zwyczajnie zaczął krzyczeć, żebym do niego przyszedł! Myślę sobie, co zdążyłem zrobić źle? Czyżby stół, przy którym siedzi, wołał o pomstę do Durczoka? No ale jest jeszcze wcześnie i nikt by go nie zdążył ufajdać. Tak sobie rozmyślam i podchodzę, a ten mówi: "Co za skandal! Gdzie Anglia, a gdzie Niemcy, Przecież do Niemiec bliżej!”.

Patrzę na niego tępo i nie ogarniam, poziom mojego iq był chyba na poziomie temperatury pokojowej. On patrzy na mnie, widzi moją gębę nieskażoną refleksją i wie, że musi rozwinąć swoje skróty myślowe. No i nadal się drze! Dlaczego menu nie jest po niemiecku! No a po angielsku jest. Po niemiecku powinno być! Czemu nie jest po niemiecku! Niemcy są bliżej, to powinno być po niemiecku dla Niemców!

Było wcześnie i nie piłem jeszcze kawy, ale ogarnąłem wreszcie, o co mu chodzi. Zwyczajnie i po prostu, tam gdzie stałem i na miejscu trafił mnie jasny szlag! Co ci menu nie pasuje?! Było dwujęzyczne, po polsku i drobnym druczkiem po angielsku, dla obcokrajowców. Jakoś każdemu pasowało, a jemu nie. Co to jest? Generalne gubernatorstwo? A że mój śp. Dziadek nie lubił bardzo Niemców, bo miał do tego solidne powody, to trochę też ta jego niechęć przeszła na mnie.

Zwyczajny wnerw zalał mi mózg! Myślę sobie, ty esbecki folksdojczu! Sługusie i zdrajco! Mój dziadek to kazałby mu zwyczajnie wyp... w wielkim pośpiechu opuścić lokal. :-) Ale sam się dziwię, że to jakoś zniosłem i jak się odezwałem w odpowiedzi na zarzuty, to zdziwiłem się, jak spokojnym głosem to mówię:

- Znajdujemy się w Polsce i tutaj mówimy po polsku.

No i powinienem się wtedy zamknąć i byłoby dobrze. W zupełności by wystarczyło. Ale nie! Musiałem dowalić na maksa i do bólu:

- Proszę pojechać do Oświęcimia. Po niemiecku to będzie Auschwitz-Birkenau, taki stary kompleks obozowy, może pan słyszał. Już nad bramą wejściową są niemieckie napisy, będzie se pan mógł poczytać. Jak pan pójdzie dalej, to będzie tam dużo do poczytania na ścianach. Będzie i po niemiecku i angielsku, a nawet w jidysz. Jak już pan poczyta to wszystko i zdjęcia zobaczy, to nie będzie się panu już chciało jeść i menu po niemiecku nie będzie potrzebne.

Koleś się na mnie popatrzył, jakbym mu nasikał w apfelstrudel. Pobladł trochę i wypier... w wielkim pośpiechu opuścił lokal. Wsiadł do swojego schwantz karawanu i odjechał w stronę zachodzącego słońca.

Później do mnie dotarło, że gdyby chciał gadać z właścicielem, to pewnie miałbym przewalone. Pewnie kazaliby mi spadać i bym nie zarobił. Ale najpewniej tylko by mnie ochrzanili, bo i tak nie mieli nikogo do roboty. Przecież by mnie nie zwolnili, bo i tak robiłem z doskoku i w dodatku "na bambo”, więc by się mi upiekło.

Na pewno nie zachowałem się dobrze, a już na pewno nie byłem miły i grzeczny. Moja odpowiedź była z pogranicza chamstwa. Zdaję się na Wasz piekielny i surowy osąd. Ale wiem, że Dziadziu byłby ze mnie dumny.

uslugi

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (250)

#81859

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ta przydarzyła się mojemu starszemu bratu, jeszcze za czasów studenckich. Było to bardzo dawno temu, bo w roku 1993. Dziwne to były czasy i jakże inne od naszych. Nie było żadnych smartfonów i fejsbuków. Nie było jutuba, tylko zwykły radiomagnetofon marki "kasprzak" leciał tylko Haddway- what is love, albo MC Hammer z kasety.

Jednakże w akademikach od tamtego czasu chyba niewiele się zmieniło. Postaram się odrobinę przedstawić ich warunki mieszkaniowe. Wystrój wówczas przypominał celę więzienną albo szpital psychiatryczny. Generalnie wystroju tam było niewiele. Jak to u facetów, meble mocno zdezelowane, a po imprezach takie rzeczy jak krzesła czy stoły nigdy nie znajdowały się w pozycjach przewidzianych przez producenta.

Mieszkali sobie tam we trzech. Mój brat Endrju i jego kumple Hans i Baryła. W pokoju znajdowały się łóżka, lub tzw. tapczany, po czseku taki mebel nazywa się rypok studentski. Na środku stał zdezelowany stolik, bliżej nieokreślonego koloru, ufajdany niemiłosiernie, pełen zaschniętych much i resztek jadła. Nie mieli zasłon, bo po co dawać coś co tylko wisi i nic nie robi? Mieli nawet jeden talerz, który głównie robił za popielniczkę. Chociaż za popielniczkę robiła też stara zeschnięta paprotka w doniczce na parapecie. W jednym kącie odpadał tynk, w drugim był grzyb, a w trzecim na dużej pajęczynie radośnie dyndał sobie czwarty lokator. Wypasiony pająk krzyżak o dźwięcznym imieniu dżordż, który w zamian za miejsce wyłapywał im muchy i komary. Do tego lamperia w kolorze sraczki dopełniała obrazu. Znawca tematu, niekoniecznie architekt określił by te warunki jako syf kiła i mogiła.

Po co o tym piszę? Ano po to żeby pokazać, że chłopaki do raczej delikatnych nie należeli. To nie są dzisiejsi wymuskani, bezglutenowi i delikatni hipsterzy. To twarde chłopy, których niewiele rzeczy jest w stanie zaskoczyć a jeszcze mniej jest w stanie wywołać odrazę. Udało się to piekielnemu czwartemu lokatorowi (lub piątemu, licząc razem z dżordżem).

Pojawił się u nich w pokoju jakiś dziwny koleś. Pochodził z jakiegoś malowniczo położonego zadupia z końca mapy. Charakterystyczną cechą owego gościa było to, że praktycznie wcale nie opuszczał łóżka. Mógł leżeć cały dzień, chodził tylko do klopa, chociaż pewnie gdyby pomieszkał z nimi dłużej to może podstawił by sobie wiadro.

Po jakimś czasie od jego pojawienia w pokoiku pojawił się trudny do identyfikacji i jeszcze trudniejszy do lokalizacji smród. Coś musiało tam rzeczywiście walić bardziej niż zwykle, bo chłopaki komisyjnie stwierdzili, że chyba kot się tam gdzieś musiał skasztanić, bo wytrzymać nie szło. Tylko skąd tam kot? Okna za bardzo nie dawało się otwierać, bo to już późna jesień była i nieźle wówczas przymroziło.

Jak to ze studentami bywa, chłopaki mało jedli ale za to więcej pili. Hans był na spotkaniu z kolegami, zabrał nawet swój zeszyt do politechniki, w celu wymiany notatek i wrócił oczywiście totalnie narąbany. Żyroskop się mu rozregulował i zniosło go do przydrożnego rowu. Było zimno, ale przezorny Hans przykrył się rowerem. O dziwo nie pomogło i strasznie się przeziębił. Początkowo nie był w stanie leżeć bez trzymanki, później miał kacora giganta. Wtedy nie było mowy o otwieraniu okna.

Smród był już przeogromny, jako że kaloryfery napierdzielały jak grzejniki w PKP w letnie popołudnie.

Jako że Piekielny z wyra się nie ruszał, był też głównym podejrzanym odnośnie smrodu, bo pojawił się praktycznie razem z nim. Chłopaki mieli już tego dość. Wysłali piekielnego w miasto po klina dla Hansa, Wkręcili mu że im się zapasy skończyły, a gdy wyszedł, rozpoczęli przeszukiwanie. Szybko okazało się że smrodek zawiewa od jego łóżka. Postanowili je odsunąć.... i to był błąd. Okazało się że za wyrem pomiędzy materacem a ścianą były poupychane majty i skarpety. Gościu nosił je chyba dość długo a potem zamiast prać, tylko upychał za łóżkiem. Te na dole już zaczynały zmieniać kolor na zielony i chyba porastały mchem a na pewno pleśnią. Obraz zmroził im krew, a smród powalił. Hans wytrzeźwiał i puścił horyzontalnego pawia. Baryła wybiegł z krzykiem a mój brat opowiadał mi że poczuł się jakby mu ktoś w morde dał. Usłyszeli jeszcze ciche pacnięcie. To dżordż stracił przytomność i odpadł z pajęczyny.

Skończyło się na tym że piekielny nie miał później z nimi życia i musiał się wyprowadzić.

A ja się tylko zastanawiam skąd się biorą tacy ludzie? Mają jakiś wstręt do wody? Fakt że działo się to ponad 20 lat temu daje jednak nadzieję, że dzisiaj już nie spotyka się takiej patologi.

akademik

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (262)

#65177

(PW) ·
| Do ulubionych
Praca w Polsce. Tego typu historii było już wiele, ale to co mnie spotkało, jest klasycznym i jaskrawym dowodem na to, że polski kapitalizm przypomina raczej jego najgorszą odmianę z początków XIX wieku.

Pracuję w hotelu, jestem recepcjonistą. Doświadczenie 7 lat. Wcześniej pracowałem jeszcze w dwóch innych. Angielski ok, niemiecki taki sobie. Na nocnych zmianach trzeba obsługiwać bar, w związku z czym posiadam kilka dodatkowych umiejętności:
Noszę po cztery talerze z żarciem.
Umiem robić drinki, ale nie znoszę gdy jakiś koleś chce szybko upić laskę i każe przygotować mi jakiś "dupołamacz".
Potrafię pół litra na trzech rozlać po równo.

Niedawno dowiedziałem się, że w okolicznym miasteczku otwiera się nowy hotel, gwiazdek cztery. Lokalizacja dobra, bo miałbym dość blisko. Właściciel ma jeszcze 3 inne i jakąś hurtownię ubrań. Myślę że spróbuję. Jak mnie będą chcieli to poproszę obecnego szefa o podwyżkę, a jak odmówi to będę miał argumenty. Składam papiery, jest telefon, umawiam się na rozmowę itp.

Jestem na miejscu, obiekt robi wrażenie. Czekam na audiencję. Podjeżdża audi r8, wygląda na nowe. Wysiada koleś w średnim wieku, chyba ok 40, ale trudno stwierdzić. Wygląda jakby się z katalogu urwał. Jego garniak kosztuje chyba więcej niż mój samochód. Na dodatek zaparkował swój bolid obok mojej 12 letniej A3 - która wygląda obok jego fury jak upośledzona starsza siostra. Zdejmuje bryle od gucciego. Szczerzy równiutką i bielutką klawiaturę. Podaje wypielęgnowaną łapę do przywitania, gładzi wypolerowany, świecący żelem fryz a'la alwaro i zaprasza do środka.

Siadam w jego biurze. On naprzeciwko. Spod mankietu wystaje zegarek omega z charakterystycznym logo w postaci ostatniej litery greckiego alfabetu. Rozglądam się po wnętrzu. Mahoń, dąb, drzewo sandałowe czy cokolwiek to jest. Po kątach jakieś kosztowne i gustowne duperele. Cycata blondi asystentka przynosi mój papier i proponuje kawę. Zapowiada się spoko. Koleś czyta moje CV, coś tam mruczy do siebie. Pyta o doświadczenie, zagaduje o szczegóły związane z robotą i w końcu pada sakramentalne: Ile chce Pan zarabiać? Myślę sobie, czy on sprawdza jaki jestem zdesperowany? Robotę mam, mogę zagrać ostro. Mówię, że tyle ile maksymalnie może mi zaoferować. Chyba nie bardzo mu się taka odpowiedź spodobała, ale wali prosto z mostu, że Uwaga: NA POCZĄTEK może mi zaoferować 1500 zł.

Ja słucham i mu mówię, że początek to ja miałem 11 lat temu jak poszedłem do pierwszej roboty i dymałem za najniższą krajową (600 zł wtedy to było), a od 7 lat pracuję w hotelach, więc początek to ja mam już dawno za sobą. Do tego języki i w ogóle znajomość programów komputerowych. Robota może i nie ciężka fizycznie, ale praca po 12h, do tego w święta i weekendy. Odpowiedzialność, faktury, duże kwoty pieniężne itp.

To ten mi ładuje, że to nowy hotel i musi mnie sprawdzić (sic) a do tego to trzeba zrobić stronę www (w siwi napisałem, że umiem takie rzeczy), ponadto założyć konta na portalach rezerwacyjnych (nie będę robił kryptoreklamy, jeden na B, drugi na H a trzeci na T) jeszcze miałbym się zajmować rezerwacjami grup wycieczkowych i jak na razie to będę sam.

Ja trawię to co mi mówi i zaczynam ogarniać. Koleś chce żebym zorganizował od podstaw recepcję, robił za webmastera, miał część obowiązków managera, albo najlepiej to i całość, odwalił brudną robotę przy rejestracji (w sumie to nie takie to trudne, jak się wie co i jak, ale za umiejętności się płaci) i to za półtora tysiąca polskich złotych!? Ano tak! Jeszcze łaskawca da mi umowę o pracę, a nie śmiecia o dzieło czy na zlecenie.

Jak się mam bawić w managera, to poprosiłbym i o wynagrodzenie na poziomie. Taki ktoś to w ogóle nie zaczyna rozmowy, jeżeli pensja nie oscyluje wokół średniej krajowej, a pan ładny szuka jelenia do odwalenia roboty i żeby było kogo ochrzanić jak coś pójdzie nie tak. A najlepiej to żebym tam siedział chyba na okrągło, bo będę na razie sam, a na jak długo, to jeszcze nie wiadomo.

Po prostu chwilę jeszcze pogadałem i mu grzecznie podziękowałem. Tyle dobrze, że wyłożył kawę na ławę, bo gdyby mi naobiecywał i zwolniłbym się z roboty to nieźle bym się przejechał.

Żałuję że mu nie powiedziałem, że skoro tak, to może się jeszcze umaluję? Chcę być ładny kiedy będzie mnie dymał! Ale riposta zawsze przychodzi z opóźnieniem.

Oczywiście w mojej starej pracy nie pytałem o podwyżkę. Później dowiedziałem się, że przeniósł do nowego obiektu część ekipy ze starych hoteli. Podobno kucharka zarabia 9 zł/h i to na czarno! Wiem z pewnego źródła, ale i tak nie mogę uwierzyć. Jeżeli tak, to gość rzeczywiście musiał się nieźle zdziwić, że nie padłem mu do nóg i nie pocałowałem w tyłek, bo przecież oferował mi umowę o pracę! Ależ ze mnie roszczeniowy i niewdzięczny nierób! Ominęła mnie niepowtarzalna okazja zarobienie dla niego na komplet nowych opon do jego wypasionej fury. Jego zafajdany zegarek kosztuje więcej niż ja miałbym zarabiać przez miesiąc!

Ja rozumiem, że jak miasteczko małe to i o pracę trudno, ale naprawdę dziwię się takim ludziom jak ta kucharka. Nie wiem jaką ma sytuację i nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale jak można pracować po 15 godzin, co drugi dzień (tak, takie tam mają zmiany) po 9 zeta i to bez umowy? Jeżeli to prawda, to dopóki będą ludzie pracujący za takie stawki, tak długo takie pajace będą się na nich tuczyć. Bo jak najłatwiej szybko się dorobić? Jeden musi okraść wielu, którzy uczciwie i ciężko pracują.

praca

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 579 (687)

1