Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

bazienka

Zamieszcza historie od: 20 sierpnia 2011 - 17:54
Ostatnio: 23 lutego 2020 - 19:14
Gadu-gadu: 5477672
O sobie:

bazia, kotka (łac. amentum, ang. catkin) – odmiana kłosa lub grona, typ kwiatostanu, w którym pojedyncze kwiaty osadzone są na osi pędu bez szypułek lub z krótkimi szypułkami. Kotki mają przeważnie wiotką, zwieszająca się oś główną

  • Historii na głównej: 83 z 139
  • Punktów za historie: 24588
  • Komentarzy: 9041
  • Punktów za komentarze: 9502
 

#85661

(PW) ·
| Do ulubionych
O przyjaźni damsko-męskiej. Historia rozpoczęła się kilka lat temu, podczas separacji z troskliwym misiem (historia #85632), jakoś niedługo po mojej drugiej operacji i rozprawie sądowej. Na jakiejś fejsbukowej grupie polonijnej poznałam Mareczka. Mareczek był właśnie w separacji z żoną, w trakcie walki o opiekę nad dzieckiem i chciał zasięgnąć informacji na temat procedur rozwodowych w Polsce i w Niemczech.

Jako że siedziałam w temacie, napisałam do niego, "powiedziałam, co wiedziałam" i wywiązała się rozmowa, która przebiegała tak miło i sympatycznie, że postanowiliśmy kontynuować ją osobiście. Popisaliśmy do siebie jeszcze przez kilka dni, aż doszłam w pełni do siebie i mogłam swobodnie wychodzić z domu, i umówiliśmy się na kolację.

Był to najlepszy wieczór, jaki spędziłam już od bardzo długiego czasu. Rozmawiało nam się świetnie, zresztą super było pogadać z kimś po polsku, Mareczek okazał się bardzo inteligentnym, przesympatycznym i bardzo zabawnym facetem. Od razu złapaliśmy wspólny język i zagadaliśmy się tak, że kiedy zamknięto restaurację, przenieśliśmy się do baru, a kiedy o 2 w nocy zamknięto bar, a my zorientowaliśmy się, że każdemu z nas uciekł ostatni pociąg do domu i musimy przesiedzieć do 5 rano na dworcu, nie przeszkadzało nam to w niczym, kontynuowaliśmy rozmowę.

Od tego wieczoru zaczęliśmy spędzać w swoim towarzystwie mnóstwo czasu. Oprócz aktualnie podobnej sytuacji życiowej łączyło nas podobne poczucie humoru, spojrzenie na życie, zainteresowania, graliśmy nawet na tych samych instrumentach, do tego on uwielbiał gotować, ja uwielbiam jeść, jednym słowem pełna sielanka. Była tylko jedna różnica. O ile ja traktowałam naszą znajomość w kategoriach wyłącznie koleżeńskich, on wydawał się liczyć na coś więcej. Tutaj hamowałam jego zapędy, jako że dla żadnego z nas naprawdę nie był to dobry moment na wchodzenie w nowy związek.

Za jakiś czas w przyszłości dlaczego nie, ale nie teraz. Nie, dopóki obydwoje nie uporamy się ze swoimi sprawami i nie pozamykamy poprzednich relacji. Do tego nie podobało mi się, w jaki sposób wypowiadał się o swojej (prawie) byłej żonie. Ok, czuł się skrzywdzony, toczyli wojnę, ja o swoim też się nie zawsze cenzuralnie wypowiadałam (złamane męskie przyrodzenia latały dość często), ale coś mi nie grało. Tych szmat i k…w było na mój gust za dużo. Albo musi dać sobie czas i uporać się z uczuciami, albo jest facetem, z którym można się przyjaźnić, ale lepiej nie wiązać, żeby uniknąć takich określeń pod moim adresem. Na obecną chwilę trudno powiedzieć, poczekamy, zobaczymy.

Mniej więcej w tym czasie podjęłam decyzję o rezygnacji z walki o wyrównanie dochodów oraz musiałam zacząć spłacać adwokata, na co nie starczało mi pensji, więc musiałam podjąć się dodatkowego zajęcia. Dostałam propozycję prowadzenia indywidualnych lekcji niemieckiego dla amerykańskich expatów (poziom podstawowy), z której chętnie skorzystałam. Ponieważ pierwszy raz udzielałam lekcji języka w tej konfiguracji, do każdych zajęć musiałam się przygotować, wyszukać materiały, napisać prezentację, wybrać ćwiczenia itd. Generalnie 2-3 godziny przygotowań do każdej lekcji. Dodatkowe zajęcie sprawiało mi przyjemność, pomagało domknąć budżet, ale znacznie ograniczało wolny czas.

W którąś niedzielę byłam umówiona z Mareczkiem. Mareczek miał pracować do 15, potem miał zadzwonić i mieliśmy się umówić na wieczór: zrobimy kolację, pogadamy, obejrzymy jakiś film. Około 14 zabrałam się za przygotowania do zajęć, mając plan popracowania do 18 i spotkania z Mareczkiem o tej godzinie. Ledwo usiadłam do komputera, dzwonek do drzwi. Mareczek. Dlaczego o tej porze, skoro byliśmy umówieni dopiero na wieczór? Bo się stęsknił i tak się nie mógł doczekać, że urwał się wcześniej z pracy i co sił w kołach przyjechał. A dlaczego się nie zapowiedział? Bo mi chciał niespodziankę zrobić, poza tym, on nie lubi tych pseudonowoczesnych zwyczajów, tego całego dzwonienia, anonsowania się i tak dalej, on to by chciał tak jak za dzieciaka, kiedy to się spontanicznie wsiadało na rower i jechało do kolegi.


Skomentowałam, że no cóż, czasy się od dzieciaka trochę zmieniły, mamy również jakby więcej na głowie oraz po to istnieją telefony, żeby z nich korzystać. No ale jak już jesteś, to wejdź. Usiedliśmy i doszło do wymiany zdań. Zaczęłam mu tłumaczyć, że miałam już w określony sposób zaplanowany dzień, przed spotkaniem z nim chciałam ogarnąć rzeczy do pracy, więc tak szczerze, ta jego niezapowiedziana wizyta trochę mi rozwaliła plany. Owszem, skoro już przyjechał, to spędzę z nim czas, ale plan musimy zmienić w ten sposób, że posiedzimy sobie teraz 2-3 godzinki, a potem on wróci do domu, a ja zabiorę do pracy. A na przyszłość prosiłabym jednak bez takich niespodzianek.

Mogę nie mieć czasu, może mnie nie być w domu, mogę mieć gości, a mogę też leżeć w wannie z maseczką na twarzy i zwyczajnie nie życzyć sobie odwiedzin. On, bardzo niezadowolony odparł, że nie widzi problemu. Jeśli nie będzie mnie w domu, to zadzwoni, że przyjechał i żebym wróciła, jeśli będę mieć gości, to się przyłączy i posiedzi z moimi gośćmi, jeśli nie będę mieć czasu, to go znajdę, ale jeśli będę siedzieć w wannie, to on tam "chętnie do mnie wskoczy hue hue". A poza tym to on uważa, że nie powinnam tyle pracować, bo on nie może patrzeć jak się zamęczam, mam sobie odpuścić te lekcje, po co mi tyle pieniędzy, jeśli będzie brakować na życie, to przecież mogę jeść u niego. On się chętnie mną zaopiekuje.

Może miał dobre zamiary, może faktycznie się stęsknił i chciał zrobić niespodziankę, może faktycznie się martwił, chciał pomóc, próbował znaleźć wyjście z sytuacji, ogólnie chciał dobrze, ale moje doświadczenia z poprzedniego związku spowodowały, że w głowie zaświeciły mi się czerwone światła i zaczęły głośno wyć syreny alarmowe.


Facet "zwala mi się niezapowiedziany na chatę", nie chce wyjść, nie przyjmuje do wiadomości słowa "nie" i próbuje mi narzucić, ile mi wolno pracować, zarabiać i jeść. A ja oczywiście po to się uwolniłam od jednego troskliwego misia, żeby się uzależnić finansowo od drugiego… Grzecznie, ale stanowczo wyjaśniłam, że nic z tego nie będzie.

Nie powiedziałam mu oczywiście, że wewnętrzna paranoja podpowiada mi, że istnieje teoretyczne prawdopodobieństwo, że może być psycholem, użyłam drugiego argumentu, że naprawdę nie czas na wchodzenie w związek, dla żadnego z nas. Nawet jeśli on uważa, że czuje się na to gotowy, to ja się nie czuję, a już szczególnie nie pod presją. Jedyne, co mogę mu na obecną chwilę zaoferować to przyjaźń, na nic więcej ma nie liczyć. A to i tak pod warunkiem, że będzie szanował moją przestrzeń i nie będzie mi narzucał swojej wizji, jak ma wyglądać moje życie. Więcej nie mogę mu w tej chwili zaoferować, bierze albo nie.

Mareczek najpierw spytał, ile jeszcze dokładnie tygodni, dni, godzin oraz minut potrzebuję, żeby być gotowa na związek z nim, a następnie użył mojego ulubionego argumentu, czyli, że gdyby był bogatym Niemcem, to na pewno nie miałabym takich oporów i że będąc Polakiem "nie jest wystarczająco dobrą partią dla księżniczki". Odpowiedziałam tylko, że albo rozmawiamy jak dorośli, albo drzwi są tam. Obraził się i wyszedł.

Przez tydzień się nie odzywał, po tygodniu zadzwonił i przeprosił za swoje zachowanie. Poniosło go, chyba od rozstania z żoną nie radzi sobie z emocjami, faktycznie, miałam rację, on też musi na razie dać sobie czas i pobyć sam ze sobą. Jeśli moja oferta nadal jest aktualna, on ją bardzo chętnie przyjmie. Oferta była aktualna. I muszę powiedzieć, że staliśmy się chodzącym dowodem na to, że bliska przyjaźń damsko-męska jest jak najbardziej możliwa. Spędzaliśmy ze sobą wolny czas, pomagaliśmy sobie we wszystkim, w każdej sytuacji mogliśmy na siebie liczyć, wspieraliśmy się w ciężkich chwilach, ale też jeździliśmy na wycieczki, chodziliśmy na koncerty i robili inne fajne rzeczy.

Nawet kiedy nadszedł czas, że każde z nas zaczęło chodzić na randki, opowiadaliśmy sobie wrażenia i udzielali nawzajem rad. I tak to trwało jakiś rok, półtora. Jedyną denerwującą cechą, którą u niego zauważyłam, było to, że był dość przewrażliwiony na swoim punkcie i czasami zdarzało mu się o coś obrazić, bez wyjaśnienia uciąć kontakt, po czym za jakiś tydzień-dwa zachowywać się, jakby nic się nie stało. Nie zdarzało się to często (góra 3 razy w ciągu półtora roku), więc nie przeszkadzało to jakoś specjalnie.

Nadszedł moment, kiedy obydwoje poznaliśmy "te jedyne" osoby i weszliśmy w związki. Tak się złożyło, że obydwa nasze związki na odległość. Mój facet mieszkał wówczas w swojej rodzinnej Szwecji, natomiast Edyta, dziewczyna Mareczka, mieszkała na północy Niemiec, pod duńską granicą i pracowała w Danii. Jako że w prawie każdy weekend albo odwiedzaliśmy swoich partnerów, albo oni odwiedzali nas, do tego każde z nas przechodziło ekscytację nowym związkiem, mieliśmy mniej czasu dla siebie nawzajem i relacja trochę się rozluźniła. Staraliśmy się jednak utrzymywać w miarę regularny kontakt.

Trzy miesiące później Mareczek zaskoczył mnie informacją, że Edyta się do niego wprowadza. Na moje pytanie, czy to aby trochę nie za szybko, odpowiedział, że ona też ponoć miała takie wątpliwości, ale on nie uznaje takiego "pie*dolenia się w tańcu", jakichś dojazdów, srazdów i dał jej wybór: albo się do niego przeprowadza i zamieszkują razem (on się nie przeprowadzi ze względu na dziecko), albo do widzenia (tu miałam deja vu, zupełnie jak mój były ze ślubem). Dziewczyna nie była pewna, jak sobie da radę ze znalezieniem pracy, bo co prawda zna biegle angielski i duński, ale niemieckiego ni huhu, a w jej pracy (wcześniej pracowała jako recepcjonistka oraz w obsłudze klienta) bez języka nie da rady.

Mareczek roztoczył przed nią wizję, jak to w Monachium praca leży na ulicy, wystarczy się tylko schylić, niemieckiego tez nie trzeb znać, z samym angielskim da radę, będzie dobrze. A w razie czego, on przecież zarabia i nie da jej zginąć, od tego przecież są partnerzy. Zasugerowałam mu jeszcze, że to jest poważna decyzja i nie powinien takich rzeczy na nikim wymuszać, ale stwierdził, że nic nie wymusił, ostateczną decyzję podjęli wspólnie. No i Edyta się przeprowadziła.

Po jej przeprowadzce okazało się, że rzeczywistość wcale nie była taka różowa, jak to Mareczek opowiadał. Pracy w zawodzie oczywiście nie znalazła, na sprzątanie czy wykładanie towaru na półki nie bardzo miała ochotę, ale za to urząd pracy przyznał jej zasiłek na rok oraz wysłał na intensywny kurs języka. Do tego dziewczyna zajmowała się hobbystycznie stylizacją paznokci (nie mogła się tym zająć "na pełny etat" ze względu na jakieś problemy zdrowotne), więc podłapała kilka klientek, żeby zarobić na swoje wydatki (większość kosztów życia wziął na siebie on) i jakoś im się to kręciło.

Za każdym razem, jak rozmawiałam z Mareczkiem, opowiadał, jaki jest szczęśliwy i że znalazł kobietę życia, że ma o kogo dbać, kogo rozpieszczać. Tylko przez długi czas nas sobie nie przedstawił. Nie wiem dlaczego. Poznałyśmy się dopiero pół roku po jej przeprowadzce. I szczerze mówiąc nie wiedziałam, co o niej myśleć. Nie odzywała się ani słowem, nie dało się z nią nawiązać kontaktu. Kiedy spotykaliśmy się w trójkę lub w czwórkę, potrafiła przesiedzieć cały wieczór w milczeniu.

Na zdane pytania odpowiadała półsłówkami. Mareczek jej z każdej strony nadskakiwał, ona siedziała jak głaz. Zaczęłam korzystać z jej usług "paznokciowych", stwierdziwszy, że dobry manicure nie jest zły (miała faktycznie talent), a niech sobie dziewczyna dorobi, ale nasze spotkania też ograniczały się do patrzenia na siebie w milczeniu lub monologów z mojej strony.

Ponieważ, mimo przyjaźni z Mareczkiem, cały czas miałam z tyłu głowy jego "wyskok" z początku znajomości, zastanawiałam się, na ile to milczenie wynika z charakteru i czy dziewczyna nie jest przypadkiem zastraszona. Próbowałam ją nawet wypytywać, kiedy byłyśmy same, czy wszystko na pewno jest w porządku, gdyby coś było nie tak, może mi śmiało powiedzieć, spróbuję pomóc, ale mnie zbywała, mówiąc, że nie rozumie o co mi chodzi, wszystko jest ok, Mareczek jest super facetem, a ona jest z nim bardzo szczęśliwa. No dobrze, chowam swoja paranoję do kieszeni, skoro jest ok, to nie będę się nieproszona wcinać w cudzy związek i doszukiwać w nim problemów, bo tylko namieszam i narobię sobie wrogów.

Po kilku miesiącach mój facet dostał ofertę bardzo dobrej pracy w Monachium i jako że byliśmy już razem dobrze ponad rok, podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu. On złożył wypowiedzeniem w pracy i zajęliśmy się tematem jego przeprowadzki (sprzedaż jego mieszkania, zorganizowanie miejsca u mnie na jego rzeczy, niekończące się dyskusje, co ma sprzedać, co zabrać, a co oddać/wyrzucić).

W ramach przygotowania mojego mieszkania, trzeba było odmalować pokój gościnny oraz kupić nowe meble, pasujące do tych, które on zabierał ze sobą. Opowiadaliśmy Mareczkowi o postępach, padło tez hasło, że kupujemy w IKEI tę dużą szafę PAX i będziemy musieli zamówić ekipę, która ją zmontuje, gdyż o ile z komodami poradzę sobie sama, to do szafy są potrzebne dwie osoby, a Gustav nie może przyjechać, gdyż będzie w tym czasie zajęty pakowaniem i sprzedażą mieszkania. Na to Mareczek zareagował słowami, że mamy nie wydawać bez sensu kasy, on nam to chętnie poskręca, pomaluje pokój, w ogóle wszystkim się zajmie, w końcu od tego są przyjaciele. My na to, że bardzo się oczywiście cieszymy, jesteśmy bardzo wdzięczni, ale czy jest pewien, bo to będzie naprawdę kupa roboty. Ależ oczywiście, nie ma żadnego problemu.

Ponieważ bardzo chcieliśmy się zrewanżować za przysługę, Mareczek zaproponował, żeby Gustav zaprosił go na kolację do pewnej restauracji, za którą on już od dawna wodził oczami, a zawsze miał pilniejsze wydatki. No nie ma sprawy. Stanęło na tym, że w najbliższą sobotę Mareczek i ja odwalamy robotę, a Gustav po przeprowadzce zaprasza nas na steki z wołowiny wagyu i dobre wino.

W sobotę, kiedy mieliśmy zająć się pokojem i szafą, Mareczek przyjechał dopiero o 15, bo coś tam. Jako że czas naglił, wzięliśmy się od razu do pracy, uwinęliśmy się z malowaniem, po czym zabraliśmy się za szafę. Przez półtorej godziny powyciągał części i śrubki z paczek, przestudiował instrukcję, wkręcił kilka śrubek i stwierdził, że musi iść, bo jest umówiony. Jak to? A co szafą? Przecież mieliśmy to dzisiaj zrobić, przecież byliśmy umówieni, przecież obiecał. On nie zdawał sobie sprawy, że to tyle roboty, wk…a go wkręcanie tych śrubek, ma dość, weźcie sobie ekipę z Ikei zamiast się nim wysługiwać.

No chwila kolego. Po pierwsze, do rozgrzebanej szafy już nam żadna ekipa nie przyjedzie, bo to się załatwia w momencie kupna, poza tym mieliśmy taki zamiar, to nas wyśmiałeś i uparłeś się, że zrobisz to sam. Zadeklarowałeś się, to dotrzymaj słowa i rób. No dobra, dzisiaj już co prawda musi jechać, ale ok, przyjedzie jutro i skończy. W niedzielę przyjechał sfochowany, nie odezwał się do mnie ani słowem, podłubał przy szafie, po czym stwierdził, że to pie*doli i wyszedł. Na szczęście korpus był postawiony, środek zrobiłam już sama, drzwi pomógł mi zawiesić sąsiad.

Mareczek przestał się odzywać. W międzyczasie widziałam się z Edytą (po skręcaniu mebli paznokcie wymagały reanimacji). Wydawała się być w bardziej towarzyskim nastroju niż dotychczas, pochwaliła się, że w końcu, po roku bezrobocia, udało jej się dostać pracę i to taką, jaka chciała. Wspomniała też, że Mareczek ma żal, że go wykorzystałam i potraktowałam jak darmową siłę roboczą. Do tego twierdzi, że on nic takiego nie proponował, wszyscy źle słyszeli, wymusiliśmy to na nim. Podsumowała to słowami: "sama wiesz, on ma trochę trudny charakter".

Tuż po przeprowadzce Gustava, Mareczkowi foch widocznie przeszedł, bo uradowany do nas zadzwonił, no jak tam po przeprowadzce, jak się szafa spisuje, kiedy na te kolację idziemy, jak to się nie odzywał, nie no zabiegany po prostu był, wcale nie był obrażony, wydaje się nam. Gustav stwierdził, że obiecał mu tę kolację, to chodźmy. Spotkaliśmy się, atmosfera jak dawniej, tzn. Mareczek tryska humorem, błyszczy elokwencją, zabawia towarzystwo, Edyta się nie odzywa.

Przez następny miesiąc-dwa widzieliśmy się w czwórkę jeszcze ze dwa razy, aż któregoś dnia zadzwonił do mnie Mareczek, zanosząc się płaczem. Czy możemy się spotkać, bardzo mnie w tej chwili potrzebuje. Miałam akurat wolne, więc pojechałam do niego. Wyglądał jak kupa nieszczęścia. Rozstali się z Edytą, wyprowadziła się. Powód? Zdradziła go, w dodatku wybrała tego drugiego, jakiegoś głupiego kundla. A on ją tak kochał, złamała mu życie. Tu popłynął stek wyzwisk pod jej adresem, że szmata, suka, on jej tak ufał, a ona tak się skundliła i tak dalej.

Trudno mi było tutaj zabrać stanowisko, nie znałam dziewczyny, nie nawiązałyśmy za bardzo kontaktu, nie wiem, co nią kierowało, czy szukała wrażeń, czy była nieszczęśliwa, czy w ogóle przyczyna rozstania nie była zupełnie inna, a Mareczek ściemnia. Kilka dni później Edyta w ogóle przysłała mi swoje nagie zdjęcia bez żadnego komentarza, co też mnie skołowało. Czy szukała atencji, czy wysyłała do kogoś innego i przez pomyłkę poszły do mnie, o co chodzi. Było mi zbyt niezręcznie ją na ten temat zagadać, ona tematu też nigdy nie poruszyła. Jedyne, co na razie mogłam zrobić, to pocieszać Mareczka i spróbować zorganizować mu czas, żeby zajął czymś myśli. Strasznie cierpiał i był mi go bardzo żal.

Po jakimś czasie Edyta napisała do mnie i spytała, czy nadal chciałabym przyjść do niej na manicure. Zgodziłam się, raz, że była w tym dobra, a dwa, może uda mi się poznać jej wersję, co tam się stało. Spotkałyśmy się i stanęła przede mną zupełnie inna dziewczyna.

Uśmiechnięta, rozgadana, szczęśliwa, jak nie ten człowiek. Wyglądała pięknie, rozkwitła. Usta się jej nie zamykały, jedyne, o czym nie chciała mówić, to o Mareczku. Zamknęła temat i nie chce do tego wracać. Parę rzeczy zaczęło mi się układać w całość, ale dziewczyna nie chce nic mówić, to nie będę cisnąć. Od tej pory spotykałyśmy się raz w miesiącu, robiła mi paznokcie, gadałyśmy o pupie Maryni. Głębszej więzi między nami jednak nie było, temat Mareczka też nie był poruszany.

Za to Mareczek powoli zaczynał się robić nie do wytrzymania. "Radykalizował się w poglądach" i zaczynał bić od niego coraz silniejszy incel vibe. Może nie do końca incel, bo powodzenie u kobiet jak najbardziej miał, ale zaczął pałać nienawiścią do całej płci przeciwnej i każdą jej przedstawicielkę karać za swoje życiowe niepowodzenia. Na przykład, umawiał się z dziewczynami, takimi naprawdę 9 lub 10/10 (a wybredny był bardzo), uwodził je, po jakimś czasie randkowania zapraszał do siebie, tam: kolacyjka, świece, wino, muzyka, lądowali w łóżku, po czym jak tylko pozbawił dziewczynę ubrań, wynajdywał jej szybko jakiś defekt (za mały biust, zbyt płaski tyłek, blizna po wyrostku, krzywy mały palec u nogi), po czym z obrzydzeniem w głosie je o tym informował i kazał natychmiast opuścić jego mieszkanie.

Na moje pytanie, "co ty odpier…", czym to tłumaczył? Bo szmaty musza znać swoje miejsce w hierarchii. Do tego zaczął toczyć jakąś wojenkę z byłą żoną, polegającą na tym że np.. Kiedy kupiła dziecku nowe buty, na co on nie wyraził zgody, próbował podać ją do sądu. Nas z kolei próbował przekonywać, że toksycznie na siebie oddziałujemy i powinniśmy się natychmiast rozstać, a w ogóle to związki są przereklamowane. Ponieważ próby przemówienia mu do rozsądku skutkowały jedynie fochem, ograniczyłam kontakt i zaczęłam wycofywać się z tej znajomości.

Jakoś przed zeszłorocznymi świętami (bodajże na początku grudnia), Mareczek zamówił sobie coś przez internet, jakiś śpiwór, taki z górnej półki. Ponieważ zamawiał z polskiego sklepu, musiał podać polski adres do wysyłki. Jako że sam nie wybierał się do Polski na święta, a ja tak, poinformował mnie, że wysłał na adres mojej mamy i czy ja byłabym tak miła i mu go przywiozła. Nie mógł spytać w momencie zamawiania, bo był środek nocy, dlatego informuje po fakcie. Skoro już zamówił, to mu przywiozę. Powiadomiłam mamę, paczka doszła.

W połowie grudnia dostałam od Mareczka wiadomość głosową, w której z dumą opowiadał, jak to Finanzamt (urząd podatkowy) niechcący przysłał list do Edyty na jego adres. "I jemu się ten list tak niechcący otworzył i niechcący przeczytał, że Edyta ma niedopłacony podatek za zeszły rok, po czym niechcący mu się podarł i wyrzucił na śmietnik. Ups, taka z niego niezdara, i przez to głupia suka nie zareaguje w terminie na pismo i będzie mieć na głowie komornika. Taki prezent gwiazdkowy od niego hue hue hue chrum".

Zagotowało się we mnie. Można mieć do kogoś żal z powodu złamanego serca, ale pewnych rzeczy się nie robi. Zadzwoniłam do Edyty i mówię, czego się dowiedziałam i żeby się szybko kontaktowała z Finanzamtem, a przede wszystkim dała im swój nowy adres. Ona na to, że o wszystkim wie, Finanzamt nowy adres ma od dawna, szybko zdał sobie sprawę z pomyłki i już się z nią skontaktował. A skoro widzi, że może mi zaufać, to czy możemy się spotkać, coś mi opowie.

I opowiedziała. I wyszło na to, że moje początkowe obawy względem Mareczka nie były jednak paranoją. Miałam pełną rację. Kiedy tylko przeprowadziła się do niego i okazało się, że jest bezrobotna i zależna od niego finansowo, zaczął ją gnoić. To, co zostawało jej z zasiłku po opłaceniu kursu językowego, musiała oddawać jemu w ramach dokładania się do czynszu i rachunków. Z tym że kwota, którą od niej pobierał, połowę czynszu i rachunków znacznie przewyższała (o czym dowiedziała się dopiero teraz ode mnie).

Paznokciami zaczęła sobie dorabiać, żeby w ogóle mieć co jeść, bo produktów Mareczka nie wolno jej było dotknąć. Podczas spotkań towarzyskich milczała, gdyż Mareczek kategorycznie zabronił jej rozmawiać z jego znajomymi, bo to "nie jej liga". Oprócz tego regularne wyzwiska, poniżanie, odcinanie internetu, zabieranie telefonu i ogólnie cały pakiet "psychol plus". Przechodziła mniej więcej to, co ja z moim byłym, z tym że była z znacznie gorszej sytuacji, gdyż była w obcym miejscu, bez pracy, bez znajomości języka, bez rodziny (rodziców już nie miała, a jej siostra mieszkała w Danii i miała swoje problemy), bez znajomych i jakiejkolwiek nadziei na wyrwanie się z tej sytuacji. Wtedy, kiedy ja wypytywałam ją, czy wszystko na pewno jest w porządku, nawet zbierała się w sobie, żeby mi opowiedzieć, co przechodzi, i poprosić o pomoc, ale doszła do wniosku, że ja w końcu jestem jego koleżanką, a nie jej i za bardzo się bała, że ja mu wszystko powiem, a on będzie się mścił, więc zdecydowała się udawać, że wszystko jest dobrze. Trochę więcej odwagi nabrała, kiedy dostała pracę i miała perspektywę niezależności finansowej.

A o co chodziło z ta zdradą i jak to Mareczek nazywał "skundleniem się"? O kundla właśnie, w dosłownym znaczeniu. Edyta miała psa. Takiego małego, słodkiego kundelka, miała go już ponad 10 lat i świata poza nim nie widziała. I Mareczek był zazdrosny. Do tego stopnia, że któregoś wieczoru, a właściwie nocy zażądał, że jako "dowód miłości" ona ma się tego psa pozbyć. I to nie oddać komuś czy do schroniska, ale teraz natychmiast wyrzucić na ulicę. Bo jaśnie pan żąda.

Tego było dla nie za dużo. Pierwszy raz w życiu mu odmówiła. On nie mógł tego przeżyć i w środku nocy na ulicę wyrzucił ją. Noc spędziła w samochodzie, potem udało jej się podnająć pokój u jakiegoś dawnego znajomego jej siostry, który przypadkiem okazał się mieszkać w okolicach Monachium i mieć spore mieszkanie. Mareczek z zemsty najpierw nie chciał oddać jej rzeczy, a potem włamał się jej na różne konta (poczta, Facebook itd.), pozmieniał hasła i porozsyłał do jej znajomych jej nagie fotki, które kiedyś (jeszcze w dobrych czasach) jej zrobił (no to już wszystko jasne, dlaczego je dostałam).

Na policję tego nie zgłaszała. Bo się wstydziła, poza tym chciała uniknąć potencjalnych kontaktów z Mareczkiem z sądzie. Przechwycenia jej listu też nie chce zgłaszać, zależy jej tylko na świętym spokoju i żeby zapomnieć o tym człowieku. Zresztą niedługo wyprowadza się z Monachium, nie chce tu mieszkać, nic jej tu dobrego nie spotkało, wraca do Danii i zaczyna nowe życie.

Kilka dni później musiałam podjechać do Mareczka zwrócić mu jakąś wkrętarkę czy coś (nie pamiętam już, co to było, w każdym razie było zbyt duże i ciężkie, żeby odesłać pocztą). Z obawy, że mogę stracić panowanie nad sobą, nie chciałam się z nim wdawać w dyskusję, chciałam oddać mu tylko to coś i wyjść. Jednak mnie ubiegł, pytając: "i jak, dostałaś moje nagranie? Fajnie ją załatwiłem, szmatę jedną hue hue". W tym momencie, jak to mówią, strzelił mnie jasny c…j.

Nastąpił wybuch w stylu Gesslerowej rzucającej garnkiem z okrzykiem "Czy ty jesteś k…a normalny?!!!" Wygarnęłam mu, ze rozmawiałam z Edytą, że o wszystkim wiem, jakie jej piekło urządził, że jest skończonym przyrodzeniem, a na koniec, że muszę go rozczarować, ale z jego nikczemnego planu nic nie wyjdzie, bo Finanzamt od razu zorientował się z pomyłką. On patrzył na mnie z coraz większym niedowierzaniem, w końcu wydusił, że jeszcze nikt go nigdy tak nie rozczarował. Myślał że się przyjaźnimy, a tu taka zdrada, taki nóż w plecy. Jak ja mogłam, taki doskonały plan mu zepsuć. Czyli nic do niego nie dociera, taki jest przekonany o swojej zaje*istości.

Dodałam jeszcze, że powinien się mocno stuknąć w czoło i zamiast się martwić niewyjściem planu, powinien się raczej modlić, żeby dziewczyna na policje nie poszła, bo to co jej zrobił jest nie tylko czystym sk…wysyństwem, ale również złamał kilka paragrafów (m.in. nielegalna eksmisja, włamanie się na konta, rozsyłanie nagich zdjęć, przechwycenie korespondencji urzędowej) i jak będzie miał sprawę karną, do tego była żona pozbawi go praw do dziecka, to mu dopiero plan nie wyjdzie. Jako że on tylko uparcie powtarzał, jak to go zdradziłam, wbiłam nóż na przemian w plecy lub w serce i ze nigdy mi tego nie wybaczy, stwierdziłam, że dalsza dyskusja nie ma sensu i wyszłam.

Minęły święta i Nowy Rok, nadszedł czas zbierać się z Polski z powrotem do Niemiec. Z Mareczkiem od ostatniej rozmowy nie mieliśmy kontaktu, i dobrze. Pakujemy się do samochodu, w tym momencie moja mama przypomina nam, że leży u niej pudło z tym nieszczęsnym śpiworem. Hehe, no tak, zapominałam… Szczerze mówiąc, miałam największą ochotę go tam po prostu zostawić i niech się Mareczek sam martwi, jak go odebrać i robi sobie wycieczkę.

Mój facet jednak mnie przekonał, żebyśmy po pierwsze nie wciągali mojej mamy w ten cały konflikt, bo on będzie jeszcze jej tyłek zawracał, a poza tym, może mu przyjść do głowy oskarżyć nas o kradzież, i po co nam to. Weźmy, dajmy mu i niech znika z naszego życia. Z tym że nie będziemy mu się narzucać, poczekamy, aż sam się skontaktuje.

Na kontakt od Mareczka nie trzeba było długo czekać. Ledwo wróciliśmy, przyszedł sms: "masz mi przywieźć moja własność do domu jutro punktualnie o 13". Na pewno, już biegnę. Może jeszcze frytki do tego. Nie odpowiedziałam. Następnego dnia o 13:30 przyszedł kolejny sms: "Nie rozumiesz po polsku? Wyraźnie zażądałem przywiezienia mi śpiwora o 13. Masz już pół godziny spóźnienia". Tym tonem nie będziemy rozmawiać, nie odpowiedziałam. Wieczorem Gustav zaproponował, że on mu odpisze. Napisał mniej więcej, że udało mu się mnie przekonać, żeby zabrać ten jego śpiwór z Polski i oszczędzić mu niepotrzebnych wyjazdów, ale widząc w jaki sposób on się z nami komunikuje i jak okazuje swoją wdzięczność za wyświadczoną mu grzeczność, bardzo żałuje swojej decyzji.

My nie mamy obowiązku niczego mu przywozić do domu, śpiwór może odebrać od nas z mieszkania. W najbliższy weekend proponujemy niedzielę po 17. Mareczek odpisał, że nie ma pojęcia, za co miałby okazywać jakąkolwiek wdzięczność "zdrajcom i kapusiom", ale przyjedzie w niedzielę po odbiór. Przyjechał, ja nawet nie wychodziłam z pokoju, bo nie miałam ochoty go oglądać, Gustav dał mu śpiwór i tak na wszelki wypadek kazał pokwitować odbiór.

Następnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, Gustav z uśmiechem na ustach powiedział, że nie uwierzę, jaką wiadomość dostał właśnie od Mareczka. Pokaż. Wiadomość była po niemiecku, którym Gustav posługuje się słabo, więc może była to jakaś próba dowartościowania się, a brzmiała mniej więcej: "Drogi Gustavie, mówiłeś coś o okazywaniu wdzięczności. Pozwól zatem, że swoją wdzięczność okażę ci w ten sposób, że nie powiem ci, do czego twojej dziewczynie potrzebny jest związek z tobą. Podpowiem ci tylko, że nie mam tutaj mowy o żadnych uczuciach, a jedynie o cwaniactwie i wyrachowaniu.

Nie powiem ci również, że osoba, którą uważasz za partnerkę, jest naprawdę zwykłą k…ą, zresztą jak wszystkie Polki, której celem życia jest wyrwanie bogatego frajera, którego może wrobić w dziecko, a potem rzucić pracę i wieść wygodne życie na jego koszt. Ze swojej strony mogę tylko życzyć ci szczęścia, bo będzie ci bardzo potrzebne, a może raczej zdrowego rozsądku, bo widzę, że kompletnie go nie masz. Pozdrawiam, Mareczek". Wow, popłynął, naprawdę popłynął…

Patrzyłam z niedowierzaniem i spytałam Gustava, czy coś mu na to odpowiedział. On na to z jeszcze większym uśmiechem: "tak, zobacz co. Napisałem po szwedzku, niech teraz on się pomęczy z tłumaczeniem". Odpowiedź brzmiała: "Drogi Mareczku, żyję na tym świecie parę lat dłużej niż ty i myślę, że skoro do tej pory doskonale dawałem sobie radę bez twoich światłych rad, to będę sobie nadal świetnie radził bez nich. A jeśli chodzi o szczęście, to biorąc pod uwagę, co który z nas w życiu osiągnął, to raczej ja powinienem życzyć go tobie. Pozdrawiam serdecznie, Gustav". Mareczek chyba poradził sobie z tłumaczeniem, bo zaraz zablokował nas oboje. I tak zakończyła się nasza przyjaźń.

Postscriptum. Kilka miesięcy później, jadąc z pracy, zobaczyłam Mareczka idącego chodnikiem (mieszka niedaleko mojej pracy). Po eleganckim stroju i róży trzymanej w dłoni domyśliłam się, że idzie na randkę (czyt. polować na kolejną ofiarę).

Wcześniej tego dnia lał bardzo intensywny deszcz, a że jezdnia była z tym miejscu dość nierówna, powstały dość głębokie kałuże. I kiedy mijałam Mareczka, tak samo jak jemu niechcący otworzył się, przeczytał i podarł list, mnie się tak zupełnie niechcący wjechało z dużym impetem w kałużę, obryzgując go od stóp do głów brudną wodą. Ups, niezdara ze mnie…

zagranica

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 350 (418)

#85647

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ma już kilka lat, a dziś było jej powtórzenie.

Basen. Jak wiecie, są tam prysznice do wymycia przed i po. Kiedyś robiłem z przyjaciółką wypady na basen, a Agata, jak to po basenie, do prysznica rozbierała się i jednocześnie przepierała kostium, a potem okryta ręcznikiem szła do szafki i przebieralni. A co wtedy stało się piekielnego? Weszła madka, prowadząc do damskich pryszniców na oko 12-latka.

A czemu o tym piszę? Bo żona z córką były dziś na basenie i analogicznie myły się bez kostiumów i weszła kobieta z chłopcem, na oko 13 lat. A na uwagę, że do męskiej powinien iść, odpowiedziała: "To jeszcze dziecko”.

Komentarze pominę.

Basen

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (164)

#85539

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny piekielny rodzaj rodzica. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

Zanim zacznę, chciałbym dodać dlaczego to wszystko opisuję. Mam nadzieję, że może ktoś z was zauważy, że jest takim rodzicem, że robi coś nie tak, że może przemyśli czasem odrobinę swoje zachowanie, czy wobec dziecka czy wobec nauczycieli. Być może zwrócę też waszą uwagę na osoby, które was otaczają. Jeśli to zmieni życie choć jednego dziecka na lepsze, to będzie dla mnie sukcesem. My jako nauczyciele chcieliśmy zawsze pomóc, nawet jeśli już tam nie pracuję, nadal chcę to robić.

Rodzic przesadnie kochający [PK]. Często słyszy się, że dzieci niepełnosprawne (czy umysłowo, czy fizycznie) są wyjątkowe, czy to prawda? Według mnie to zależy od dziecka. Znam dzieci chore, które są wręcz małymi aniołkami, a znam też dzieci chore rozwydrzone do granic możliwości. Sytuacja opisana poniżej trochę mną nawet wstrząsnęła, ale nic tu na to nie poradzimy. W sumie to niejedna taka sytuacja, było ich wiele z udziałem tej właśnie rodziny, najpierw trochę nakreślę, niestety nie mogę opisać wszystkich szczegółów.

Dajmy na to, że były to dwie dziewczynki, jedna z poważną chorobą utrudniającą normalne funkcjonowanie [A], druga całkiem zdrowa [B]. PK wręcz uwielbiała A! Wiele razy widziałem, jak się przytulały, pokazywała nam tonę zdjęć z A w cyrku, na basenie, w parku. Szczerze mówiąc wszyscy byliśmy w szoku, jak odkryliśmy, że PK ma drugą córkę! Nigdy nie widziałem zdjęć B, a samą B poznałem, jak matka zaczęła w pewien dzień w tygodniu odbierać ją jako pierwszą ze szkoły, bo kończyła akurat bardzo wcześnie, a nie chodziła do naszej szkoły, tylko do zwykłej podstawówki. Kiedy matka odbierała A powitanie było nieziemskie, coś w stylu „No chodź mój cukiereczku najukochańszy, dobrze się bawiłaś? B, weź jej plecak! A, mój aniołku, a co dzisiaj robiłaś? Rysowałaś? Wooow” itd.

B była bardzo odsunięta na drugi plan, ale najbardziej poruszyła mnie sytuacja, w której B raz przy mnie i jeszcze jednej pani zapytała nieśmiało mamę, czy może jechać na wycieczkę szkolną, choć raz. Odpowiedź matki? „NIE! Przecież wiesz, że potrzebujemy pieniądze dla A!”
Niby ok, prawda? Tylko, że... A bierze udział w każdej wycieczce (mama z nią jedzie), przedstawieniu, itp. Ma tonę zajęć dodatkowych, niekoniecznie niezbędnych, np. basen. Ma smartfona, tonę drogich zabawek, przepiękne ubranka, często widziałem zdjęcia jak były np. w restauracjach no i sytuacja finansowa rodziny ogólnie nie była taka zła, choć oczywiście na chore dziecko zawsze idzie mnóstwo pieniędzy.

Ta jedna sytuacja tego nie obrazuje, ale widząc przez cały rok, jak matka odnosi się do dziecka A, a do dziecka B... No czuć było różnicę. Nie mogę powiedzieć, że B była zaniedbana. Miała stary telefon (jeszcze z klapką), ubrana była, choć dość tanio, to schludnie, ale porównawszy to z A z najpiękniejszymi, drogimi ubraniami, ze smartfonem, będącą u fryzjera co rusz... I żadnych zdjęć B. Czy matka zabierając A na deser lodowy nie brała ze sobą B? Nie wiem. W sumie do dzisiaj o niej czasami myślę. Szczerze boję się, że swoją nienawiść przeleje na siostrę, która w sumie winna nie jest.

Dodatkowo często odnosiliśmy wrażenie, że A w grupie czuje się ważniejsza niż inne dzieci i przyjmuje postawę „bo mi się należy”. Co więcej A nigdy nie będzie całkowicie samodzielna, a jestem przekonany, że matka skutecznie zniechęca B do opieki nad siostrą gdy rodziców zabraknie. To naprawdę dziwna i trudna sytuacja, nie rozmawialiśmy jednak z matką na ten temat, nie mamy w sumie takiego prawa, a prywatnie nikt z nas także się nie wtrącał. Teoretycznie nic złego nie robi... Po prostu bardzo wyraźnie jedno dziecko kocha bardziej.

Uprzedzając pytania:
1. Matka nigdy otwarcie nie mówiła, że B ma się zajmować w przyszłości siostrą. Było to bardziej ignorowanie drugiej córki. B była starsza.
2. Ojciec był, owszem, ale osobiście nigdy go nie widziałem, głównie zajmował się pracą, ale ponoć zarabiał całkiem nieźle. W sumie po samym wykonywanym zawodzie (którego oczywiście nie podam) można było to wywnioskować. Nie znam jego relacji z córkami.
3. Nigdzie tego nie zgłaszaliśmy ani nic z tych rzeczy, bo z prawnego punktu widzenia znęcanie się to nie jest...

Rodzice przesadnie kochający bardzo często też uważają, że ich dziecko jest ważniejsze od innych, lub tak jak wspominałem w innych historiach „bardziej chore” niż inne dzieci i wymagają 100% uwagi nauczyciela lub robią wiele rzeczy za te dzieci, bo one są biedne, chore i nie mogą. To niestety jest złe, bo kiedy dziecko nie jest leżące albo mocno upośledzone, to naprawdę wielu niezbędnych rzeczy może się nauczyć. To jest nawet ułatwienie dla rodzica, bo dopóki dziecko ma 7 lat, to ubrać je nietrudno, ale jak ma już 17, to będzie problem, a wiek nigdy nie sprawi, że ono magicznie nauczy się wszystkiego. Często w swojej pracy widziałem dzieci w różnym wieku, które nie potrafiły się podcierać. Chodzi mi o te dzieci, które mogły się tego spokojnie nauczyć, bo były na tyle mentalnie i ruchowo sprawne. Rodzice robią to za dziecko, możliwe, że w obawie przed nieprawidłową higieną? Mimo to spokojnie mogą się tego nauczyć.

Miałem przypadek rodzica, który odmówił opuszczenia placówki i chciał być ze swoim dzieckiem na każdej lekcji. Według naszego statutu nie było takiej możliwości. Oczywiście było straszenie kuratorium, wysuwanie wniosków, że np. znęcamy się nad dziećmi kiedy nikt nie widzi itp. Ale pomyślcie co by było, gdyby niektórzy rodzice byli na lekcjach... Spodziewam się czegoś w stylu „Pan wytłumaczył, a Piotruś nadal nie rozumie, może pan wytłumaczyć Piotrusiowi jeszcze raz?” albo „Widziałam jak Bartek kopnął krzesełko, na którym siedzi Piotruś, a pan nie zareagował, co z pana za nauczyciel?!” (wszystkiego nie widzimy, jak patrzę np. na chłopca, który udziela odpowiedzi nie widzę dziewczynki, która jest za mną, logiczne). „Proszę podejść do mojego dziecka, ono nie potrafi tego wyciąć, niech panu mu to wytnie!”. To są przykłady z lekcji otwartych dla rodziców, więc cóż... Już nie mówię o wykonywaniu samosądów na innych dzieciach (przez rodziców mam na myśli oczywiście), bo zdarzało się i bez lekcji otwartych, bo „Bartuś uderzył Piotrusia, ja mu pokaże, że się mojego Piotrusia nie bije!!”. Tak. Dorosły człowiek uderzył czyjeś dziecko, żeby mu pokazać, że z jego dzieckiem się nie zadziera. Osobiście spotkałem się tylko z tym jednym przypadkiem, ale z opowieści słyszałem, że to wcale nie takie rzadkie zjawisko. Przez to mamy monitoring na korytarzach...

Był też przypadek, gdzie mimo naszych naprawdę wielkich próśb, by tego nie robił, PK notorycznie dawał dziecku tonę słodyczy „żeby głodny nie chodził”. Co z tego, że dziecko z nadwagą jak Dudley Dursley z książek o Harrym Potterze?

W tych wszystkich przypadkach najbardziej przerażające jest to, że rodzic chce dobrze. Tylko, że wytłumaczenie mu, że to co robi mimo wszystko jest złe, jest bardzo trudne, a często wręcz niemożliwe.

Szkoły

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)

#85294

~OkrutnaZolza ·
| Do ulubionych
Mam teraz 24 lata, ze swoim (od roku) już narzeczonym jesteśmy razem od ośmiu. Oboje z Oskarem bardzo realistycznie podchodzimy do życia i w wieku 21 lat postanowiliśmy wyjechać za granicę.

Nie studiowaliśmy, bo oboje wiedzieliśmy, że studia nam się nie przydadzą. Ja zapalona maniaczka robienia paznokci, on typowa złota rączka, więc chcieliśmy po prostu zarobić na dom (piękną ziemie dostałam w spadku i postanowiliśmy się wybudować) i rozkręcenie naszych biznesów.

Było ciężko, nie powiem, że nie. W polsce zostawiliśmy wszystko, rodzinę, przyjaciół, a tam jedyne co mieliśmy to siebie i nawał pracy bo chwytaliśmy się wszystkiego co się dało.

Pół roku temu wróciliśmy do Polski, stawiamy dom niedaleko mojej rodzinnej wsi (ja chciałam być niedaleko rodziny, a on chciał wyjechać z miasta).
Oboje po powrocie przeżyliśmy mały szok, połowa naszych znajomych w związkach małżeńskich, druga połowa dzieciata, a jedyne co ich łączy to klepanie biedy. Na pierwszym ognisku który zorganizowaliśmy po powrocie 3/4 osób zaproszonych przyszła z dziećmi mimo, że zaznaczaliśmy, że to nie miejsce dla nich (niedaleko jezioro, las, chłodno, a do tego dookoła nic prócz jednej altanki) ale okej, nie mój problem jak bombelek zachoruje.

Jednak to co dzieje się od tamtego czasu gdy przyznaliśmy, że lada dzień ruszają prace nad budową i ja już mam lokal (wynajmuję) na swój biznes to jakaś komedia.. kiepska komedia.

1. Koleżanka Anita, bombelek cztery lata, ojciec małego daje jej alimenty ale nie miesza się i nie poczuwa do odpowiedzialności. To, że ona wychowuje dziecko na niedorajdę to jedno (mały sam nawet nie podniesie zabawki tylko w ryk i aż mamusia poda). Anitka według facebooka pracuje jako mama na pełen etat. W praktyce ciągnie każdą zapomogę jaką może i tylko żali się, że pieniędzy nie ma.
Nic dziwnego w tym by nie było gdyby nie to, że Anitka co trzeci dzień jest u kosmetyczki, nosi drogie ubrania (i nie z ciuchlandu, bo to obrzydliwe). Ma telefon z jabłkiem z nowszych modeli, pieszo nie przejdzie 100m bo po co jak może podjechać (jeździ starym benzyniakiem, co od cholery pali).

I Anitka wpadła do mnie do rodziców ostatnio:
A: No bo wy macie tyle pieniędzy, a ja to do gara nie mam co włożyć. Może byście kupili tableta małemu,on bardzo by chciał, a mnie nie stać.
J: Słucham?
A: No wiesz, on potrzebuje do zabawy.
J: Okej, skoro nie ma zabawek to kupię mu klocki.
A: Nie, nie żadne klocki. On musi mieć tableta, ja ci pokażę jakiego.
I pokazała.. najnowszego samsunga.
Odmówiłam i teraz tylko po wsi rozpowiada jaką jestem sknerą.

2. Kolega Janusz. To nie jego imię choć powinien zmienić bo jest typowym Januszem. Pracy się brzydzi, wie najlepiej wszystko, a żyje ze swoją Basiulą od kredytu do kredytu, bombelek dosyć mały bo może z pół roku. Tym razem rozmawiał z Oskarem:
J: Słuchaj bo wiesz my byśmy chcieli, żebyś ze swoją OkrutnąZołzą zostali chrzestnymi Brajanka (niestety imię prawdziwe)
O: No nie wiem, zapytam. Musimy to przemyśleć.
J: Daj spokój, wy macie tyle kasy, co to dla was? Kupicie raz na rok jakiś telefon i będziemy kwita.
ŻE WHAAAT?!

3. Ola, lat 23 mama na pełen etat dwójki bombelków. Żyje w starej chałupinie bez bieżącej wody. Odkąd przyjechałam to zastanawiam się czy te dzieci wiedzą kto jest ich matką. Olka codziennie podrzuca je komuś innemu, a sama jest skupiona na szukaniu potencjalnego dawcy spermy. Rano po łowach, przychodzi i odbiera dzieci.
Żyje z alimentów i innych zapomóg.
O: Ty, OkrutnaZołza pożyczyłabyś mi parę stówek. Wy tacy bogaci, a ja z dwójką dzieci nie daje już rady.
J: Coś się stało? W domu coś nie tak? Wiesz, mogę poprosić Oskara żeby wpadł tam ci coś pomóc (oby nie tylko zrobić kolejne dziecko)
O: Nie nie, ale wiesz ja idę w piątek na imprezę i nie mam z kim dzieci zostawić, na opiekunkę mi trzeba.
AŻ TYLE?
J: A to mama nie zostanie?
O: Ta stara k&$#a powiedziała, że mam dorosnąć i sama zajmować się dziećmi. Ona nie rozumie, że ja to robię dla ich dobra!
J: Yyy... (konsternacja). No to ja zostanę z nimi ten jeden wieczór.
O: Ale wiesz.. ja to bym chciała jeszcze sukienkę jakąś. Wiesz, nie każda ma takiego Oskara jak ty. Inne kobiety muszą sobie inaczej radzić..
Ilość osób która zwróciła się do nas po pieniądze na wieczne nieoddanie przerosła nasze oczekiwania. Jak nie na kredyt to na tablet dla bombelka.

Nie rozumiem, skoro nie mają pieniędzy to po co żyć ponad stan? Szukałam pracownicy na recepcję (zapisywanie klientek i dobieranie telefonów, czasem dwa razy dziennie zmyć podłogę) to ŻADNA z dziewczyn które wyciągały ręce po kasę nie chciała. Sprzątać nie będą, a już na pewno nie za 2 tysiące złotych.. Może to i mało ale za posiedzenie 5h na tyłku? (stwierdziłam, że rano i wieczorem sama dam rade, tylko od 12 do max 17 potrzebuje kogoś na zapisywanie).

Nie po to wyjechaliśmy za granice i nie po to harowałam za pięciu żeby teraz rozdawać ciężko zarobione pieniądze. Serio, dlaczego każdy ma przeczucie, że MUSIMY pomóc?
Teraz czekam aż rozniesie się, że pożyczyłam pieniądze Aśce... Matce małej dziewczynki której mąż zginął w wypadku(tysiąc złotych na zakupy dla małej i rachunki). Aśka mając na głowie roczne dziecko podziękowała mi za możliwość pracy i pierwszy tysiąc mi odpracuje, a ja zaoferowałam, że moja teściowa czasem może popilnować małej.

Da się? Da się, tylko trzeba chcieć.

odmęty polski

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (277)

#84999

~eagmdskznjdfs ·
| Do ulubionych
Jestem na skraju wytrzymania nerwowego, wiem, że prędzej nabawię się silniejszej nerwicy, ewentualnie kaftanów niż zrozumienia u większości ludzi... Jednak muszę się wyżalić, to taka masochistka ze mnie.

Zacznę od tego, że całe swoje życie mieszkałam w bloku, następnie w akademiku. Każdy wie, że w takich miejscach nie jest idealnie cicho - zwłaszcza w akademiku. Wychowałam się w latach 90, pod blokiem mieliśmy boisko, na którym często kopano w piłkę. Nie tak daleko od boiska był plac zabaw, dzieciaki wiedziały, że pod oknami sąsiadów się nie wyje, nie piszczy, nie piłuje mordy, bo po 1. sąsiad/sąsiadka cię zwymyśla, a po 2. rodzicielka, jak się dowie od sąsiada, co wyprawiasz, także powie ci kilka słów i ewentualnie zakaże wyjścia na podwórko. O dziwo skutkowało to znakomicie, dzieci bawiły się normalnie, grały, rozmawiały, śmiały się - nikt nie miał o to pretensji, bo hałas nie był "ponad miarę".

Od niedawna wynajmuję mieszkanie, a jakże - w bloku. Na moje nieszczęście, pod oknami mam plac zabaw, a co za tym idzie pobudkę o 8 - bo w soboty i niedziele budzą mnie krzyki i piski, jakby bachory robiły zawody, kto szybciej sprowokuje sąsiada do wybuchu. Są wakacje, kiedy wracasz z pracy około siedemnastej i jeśli liczysz na to, że dzieciaki pójdą w cholerę za 2-3 godziny, to jesteś w błędzie. Często mamusie z bombelkami wysiadują na zmianę na placu do 22. Powtarzam, nie przeszkadzają mi rozmowy, śmiechy, kopanie w piłkę czy użytkowanie huśtawek czy ślizgawki - o nie. Ja nie mogę zdzierżyć i mam ciarki z powodu ciągłych pisków - i uwierzcie mi, bachory są na bank w wieku przedszkolnym.

Najpierw prosiłam o ciszę, co było zlewane, więc pomyślałam, że odpalenie Arki Satana na maxa da radę - niestety mam słabe głośniki i nie słychać na tyle, by madki miały jakąkolwiek nauczkę i zabrały swoje nieszczęścia z placu.

Po x czasu zaczynam mieć naprawdę straszne myśli, jak chętnie każdym możliwym sposobem uciszyłabym te cholerne bomble, bo już od migren i nerwów chce mi się wymiotować.

Jest godzina 21, piski przybierają tylko na sile, a ja jestem bezradna. Na ławeczce dwie mamusie i ich seby, a dookoła biegają bachory sztuk 4 i piłują tak, że niedługo pękną mi bębenki w uszach.

Czy da się coś z tym zrobić?

Opole zaodrze

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (165)

#83841

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z pracy w korpo, o moim byłym szefie, nazwijmy go M.

Na początek trochę wprowadzenia, bo planuję o nim kilka historii...

Gdy ja przyszedłem do firmy, M. już tam był, pracował jako specjalista. Chwilę pracowaliśmy razem w zespole, ten się rozrósł i M po roku awansował na kierownika zespołu. W sumie tego się spodziewałem - on był wyciągnięty do tego projektu z wnętrza firmy, więc pewnie dostał jakąś mniej lub bardziej mglistą obietnicę, że jak projekt wypali i zespół się rozrośnie, to zostanie jego kierownikiem. Należy też mu oddać, że ciężko na ten awans pracował. Czasem moim zdaniem nie do końca fair - zaraz po nim do zespołu trafiły 2 osoby z zewnątrz (jedna to ja), ale nie mieliśmy nad sobą kierownika, jako dział pilotażowy podlegaliśmy bezpośrednio dyrektorowi jednostki, w ramach której stworzono ten zespół i to M, jako osoba obeznana z firmą i ludźmi, komunikował się z dyrektorem, odcinając mnie i kolegę od możliwości wzięcia ambitniejszych zadań czy ogólnie pokazania się. Jednocześnie trzeba mu oddać, że w swój awans włożył sporo pracy, harówki w nadgodzinach, delegacje. To, co dostał z takich ambitniejszych zadań - zrobił dobrze.

Zespół się rozrósł, przestaliśmy być tylko projektem, zostaliśmy przeniesieni w struktury istniejącego działu, żebyśmy raportowali do kogoś niższego stanowiskiem, sprawa kierownika też była kwestią czasu i wiadomo było, że to M. na 99% to stanowisko dostanie.

Na początku miałem wrażenie, że uderzyła mu lekka sodówka do głowy, nawet raz mu na to zwróciłem uwagę, ale potem już nie było raczej problemów czy scysji, więc myślałem, że nabrał doświadczenia w zarządzaniu ludźmi i nauczył się na błędach.

Przez 2 lata M. był kierownikiem i nad sobą miał menadżera, nazwijmy go W., wspaniałego człowieka, za którego jego podwładni daliby się pociąć. Nasz zespół był jednak dla niego taką jakby doczepką, dodatkiem do zespołów zajmujących się czym innym. Nie zawsze miał dla nas tyle czasu, ile by chciał, więc bardzo polegał na M., który jako cwany korpo-gracz umiał się dobrze kryć ze swoją piekielnością i swoje zadania wypełniał dobrze. Dlatego też dyrekcja wydzieliła nasz zespół spod W. i awansowała M. na menadżera.

Szybko okazało się niestety, że M. dobrze się krył ze swoją piekielnością lub po prostu W. hamował jego zapędy do zarządzania zespołem z perspektywy wieżyczki strażniczej w obozie pracy. W. wychodził z założenia, że szef ma wspierać, pomagać, służyć radą. M., że wymagać, pilnować, stać z batem. Zaczęło się od zebrania zespołu 3 dni po ogłoszeniu awansu, jeszcze przed jego wejściem w życie.

M. oznajmił nam, że z zespołu odchodzi K., całkiem doświadczona koleżanka, robiąca dobrą robotę, i nikogo za nią nie dostaniemy, więc czeka nas ciężka praca. W. w takiej sytuacji zdjąłby z nas część biurokracji, natomiast M. postanowił dołożyć nam kilka dodatkowych raporcików do wypełniania, gdyż chciał móc mierzyć naszą wydajność. Do tego wprowadził spotkanie dzienne zespołu, na którym każdy miał mówić, co będzie robił (3 priorytety na dzień), w ten sposób traciliśmy 15 minut dziennie (razy 13 osób) na gadanie o tym, co będziemy robić, gdy tak naprawdę każdy wiedział, co ma robić.

Jakby tego było mało, zaczął wzywanie nielubianych (a przede wszystkim tych słabych mentalnie) podwładnych do salki, gdzie ich opieprzał za różne pierdoły - jedna koleżanka wyszła 2 minuty za wcześnie, kolega też miał w systemie jakieś niedoczasy w 3 dniach miesiąca (łącznie 4 minuty, ale za to w inne dni był po 5-10 minut dłużej). Generalnie osoby przez niego upatrzone miały ciężko.

Jednej dziewczynie dorzucił w zasadzie cały etat K. i powiedział jej, że to dla niej szansa na rozwój.

Szczytem były jednak 2 inne rzeczy, które chciałbym opisać:

1) Wyżej wymieniona koleżanka w ramach zadań odziedziczonych po K. obsługiwała placówkę w USA, było to coś trochę innego niż robiła reszta zespołu. W ramach tego procesu przygotowane przez nią dokumenty musiał podpisać dyrektor w Stanach (ręcznie, potem skanował i odsyłał do niej). Ponieważ było to upierdliwe dla obu stron, postanowiono zmienić to na podpis elektroniczny, w systemie. No ale dyrektor w USA miał problem z obsłużeniem systemu, zainstalowaniem go itp., sprawa się przeciągała. M oznajmił koleżance, że nie da jej urlopu, póki ten gość w USA nie zacznie klepać w systemie, a nie ręcznie.

2) Wyżej wspomniane spotkania dzienne mieliśmy około 9.15 rano. Przed spotkaniami, koło 8.45-9.00 chodziliśmy po herbatę/kawę, całym zespołem. Faktycznie jednego dnia zasiedzieliśmy się tam dość mocno, ale na spotkaniu dziennym M. nie zwrócił nam na to uwagi. Po spotkaniu wezwał 3 osoby z zespołu do salki (pojedynczo) i opieprzył je za zbyt długie przebywanie w kuchni. W gronie wezwanych była koleżanka z punktu 1., ta dziewczyna, która raz wyszła 2 minuty za wcześnie oraz kolega, który dodatkowo dostał opieprz za to, że w czasie, gdy włączał mu się komputer, gadał z w/w 2 osobami nie o pracy.

Najlepsze było to, że dzień później po przyjściu do pracy ja i drugi kolega gadaliśmy o meczu przy M. i ten słowa nam nie powiedział, co więcej, pół godziny później mieliśmy we 3 spotkanie z dyrektorem działu i ten zaczął rozmowę od meczu właśnie.

Na razie zakończenia nie będzie, dodam je w ostatniej z planowanych historii z tym bohaterem.

Korpo

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (116)
Z ostatniej chwili:

Siedzę na lotnisku, czekam na opóźniony samolot.

Jakaś stara purchawa siadła przy mnie, choć mnóstwo miejsc wokół było wolne i zaczęła puszczać jakieś słodkopierdzące kawałki świąteczne z komórki. Uprzejmie zapytałem czy nie ma słuchawek. Powiedziała, że nie ma, a co? Wyjaśniłem ,że że sklepu obok dobiega już muzyka i robi się trochę kakofonia. Powiedziała OK, uśmiechnęła się z wyższością i wróciła do swojej komórki...

Wojna? Ok. U mnie na facebookowym feedzie też są jakieś filmiki. Co by tu... Może Behemoth? Może sex pistols? E tam. Puściłem to: https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=2152272444818455&id=164916136887439&ref=bookmarks

Po 10 sekundach odwróciła sie do mnie i powiedziała, że jak mi się nie podoba jej muzyka to się mogę przesiąść. Powiedziałem OK i uśmiechnąłem się szeroko.

Wytrzymała kolejne 40 sekund, zabrała swoje manele i poszła.

Lotnisko

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (213)

#83028

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
O piekielnej cioci. Mam nadzieję, że jej syn nie czyta Piekielnych...

O zniszczonej rodzinie będzie.

Moja babcia jest najstarsza z całej gromadki swojego rodzeństwa. Dlatego mam wiele cioć i wujków starszych ode mnie zaledwie kilka lat lub kilka miesięcy. Jedna z sióstr babci w 1980 roku urodziła swoje drugie dziecko, roboczo niech będzie Konrad. Konrad ma porażenie mózgowe
[EDIT: nie jestem lekarzem, tak mi wytłumaczono, kiedy jako dziecko pytałam, czemu Konrad jeździ na wózku. Wiem tylko, że nie jest w stanie chodzić, ledwo mówi, nie jest w stanie sam korzystać z toalety ani łazienki, trzeba go też karmić i ubierać].

Dziś Konrad ma 38 lat. Jest bardziej samotny niż ktokolwiek, kogo znam. Jego rodzice już nie mają siły go dźwigać i wysadzać (niestety) i właściwie cała opieka nad nim po śmierci rodziców przypadnie na starszą siostrę.

Konrad na przestrzeni lat był absolutnie nieznośny i męczący w swoich poszukiwaniach pomocy, ale zamiast iść do psychologa, wyżalał się nam. Kiedy miałam jakieś 13 lat, Konrad wybuchł przy mnie płaczem, że on już nie daje rady. W tamtym czasie kilka lat różnicy robiło swoje i nie wiedziałam, jak pomóc chłopakowi, który marzy o miłości.

Powiedzmy sobie szczerze: jaka dziewczyna chciałaby się związać z chłopakiem, którego do końca życia trzeba wysadzać? Konrad zawsze chciał poznać smak miłości fizycznej, ale jego mama absolutnie wybiła mu to z głowy, bo seks tylko po ślubie. Zresztą na tematy męsko-damskie nie może rozmawiać z rodzicami, jak sam kiedyś przyznał.

Pamiętam, że kiedy miał ok. 20 lat, to nauczył się sam jeść, a nawet ubierać. Niestety po jakimś czasie matka znowu zaczęła te czynności robić za niego. To były początki czatów i portali internetowych, na których Konrad poznał kilka dziewczyn, ale niestety nic z tego nie wyszło.

Kiedyś przyleciała do nich nasza wspólna rodzina z zagranicy. Chcieliśmy się wszyscy spotkać na mieście. Jako osobę ustalającą wybrano Konrada. Efekt był taki, że się nie spotkaliśmy, bo Konrada przez telefon nie da się zrozumieć. Kiedy poprosiliśmy, żeby dał kogoś innego do telefonu, to rozpętała się awantura i rodzina się skłóciła.

Na przestrzeni lat dostawaliśmy (ja, Mama, brat, kuzynostwo dalsze) wiadomości na mailu, Naszej Klasie, Facebooku itp., że go rodzice nie rozumieją, że on to chyba samobójstwo popełni.

Dawaliśmy mu dobre rady, jakie tylko umieliśmy znaleźć, ale nie oszukujmy się - nie wiemy, jak to jest być niepełnosprawnym i nie umiemy mu pomóc. Raz Mama napisała mu dość dosadnego maila, że powinien wziąć się za siebie, na co jej ciocia dostała prawie szału. Bo jej synek jest taki biedny i przez tego maila płakał trzy dni.

Jedyne, co mogliśmy zrobić, to dać za przykład sławnych niepełnosprawnych, którzy są dowodem na to, że wózek inwalidzki nie jest przeszkodą. Niestety Konrada to nie motywowało. Z roku na rok gnuśnieje coraz bardziej i stał się już tak nieznośny i męczący, że musiałam go zablokować w necie. Przykre to, ale serio nie wiem, jak mu pomóc.

On nie słucha argumentów, tylko ryczy, że jest niepełnosprawny. Bez żadnego dystansu do siebie, bez poczucia humoru, bez radości w życiu.

Ze swoimi rodzicami Konrad nie ma praktycznie kontaktu, bo każde z nich żyje już we własnym świecie. Ojciec popadł w alkoholizm z żalu, że nigdy nie nauczy syna jeździć samochodem. Matka popadła w fanatyzm religijny, modli się i dziękuje za to, że ma niepełnosprawnego syna, bo to jest "jej krzyż" i "kara za grzechy”, jak bywała mówić.

Wiem, moja babcio-ciocia i jej mąż popełnili rażąco dużo błędów w wychowaniu, ale wierzę, że chcieli jak najlepiej. Efekt jest jednak taki, że rodzina jest zniszczona. Nikt nie chce do nich jeździć, bo Konrad za każdym razem co chwilę prosi, żeby pójść z nim do jego pokoju, bo on chce pogadać. A te rozmowy są zawsze monologiem z płaczem. Ja natomiast nie jestem psychologiem.

Sytuacja jest absolutnie patowa. I nikt z nas nie wie, jak w tej sytuacji pomóc. Kiedyś jeszcze próbowaliśmy.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (191)

#82894

(PW) ·
| Do ulubionych
Zacznijmy od tego, że mam 21 lat i lubię dzieci - dzieci, a nie niewychowane bachory, a to spora różnica.
Mieszkam w bloku na parterze, obok jest plac zabaw. Wiadomo, że w wakacje dzieci się tam bawią, krzyczą, hałasują, ale to mi nie przeszkadza, bo po to jest plac zabaw.

Piekielność zaczyna się, gdy grają w piłkę. Przed każdym blokiem jest tabliczka z zakazem gry, a 2 minuty od mojego bloku jest boisko, zbudowane kilka lat temu, z bramkami itp.

Wiele razy już krzyknęłam na dzieci, które grały centralnie pod moim oknem w piłkę. W bloku okna nie są ani bardzo nisko, ani też zbyt wysoko, więc da się w nie kopnąć piłką. Podejrzewam, że gdyby któreś z nich zbiło szybę, to mamusia by powiedziała "ojej, to tylko dziecko".

Ale ostatnio wracałam z pracy, wykończona po 10h i jeszcze miałam okres. I pod moją klatką dzieciak tak kopnął piłkę, że uderzyła mnie w brzuch. Wiele kobiet pewnie aż zabolało po przeczytaniu tego, bo wiedzą, że jak ma się okres, to ból brzucha jest często tak silny, że trzeba jechać do szpitala.

Zje*ałam dzieciaka, wkurzona niesamowicie i obolała poszłam do domu. Nie minęło 10 minut i przyszła do mnie jego matka, że co ja sobie wyobrażam, że ja na jej niuniusia (!) nie będę się darła.
Spytałam jej się, czy jej "niuniuś" się pochwalił, co zrobił. Odpowiedziała, że tak, ale to tylko dziecko i piłka. Wkur*iona już niemiłosiernie rzuciłam w nią piłką mojego psa. Z tonu "niuniuś" przeszła na "Ty głupia szmato, co robisz?!". Odpowiedziałam jej, że to przecież tylko piłka, więc po co drze mordę.

Od tamtej pory dzieciaki już nauczyły się, gdzie jest boisko.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (264)

#82863

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielności dostarczyć może wiele rzeczy. Nawet coś tak prozaicznego, jak brak posiadania rodziny / bycie singlem.

Singlem byłam przez wiele lat i nie przeszkadzało mi to wcale. Nie dążyłam też na siłę do zmiany swojego stanu związkowego. :-)

Niestety, ewidentnie przeszkadzało to innym ludziom i wręcz prowadziło do sytuacji, że czasem czułam się dyskryminowana. Oto przykłady rozmów i sytuacji, jakie przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

1. "To jak to tak? To ty miłości nie uprawiasz? To może idź do klubu, to sobie kogoś znajdziesz?”.
Nie, dziękuję, nie skorzystam. :-)

2. "- Co robiłaś na wolnym?" - Byłam w kinie. "- A z kim?"  - Sama. Bardzo chciałam zobaczyć film taki i owaki. "- Jak to sama? Przecież do kina chodzi się z kimś”.
Innymi słowy popełniałam regularnie jakieś straszne faux pas przez chodzenie do kina samotnie.
Single, pamiętajcie: premiery kinowe to nie dla was, wy musicie czekać na DVD!

3. "- Słuchaj, ja wiem, że miałaś mieć wolny weekend, ale do X przyjeżdża rodzina męża, a tobie to i tak wszystko jedno, prawda?" - No niekoniecznie,  zapłaciłam już za wycieczkę i kupiłam bilet dokądś tam, na coś tam. "- No nie bądź taka samolubna. Sama zrozumiesz, jak to jest, jak już będziesz miała rodzinę”.

4. " - Y musi dzisiaj wcześniej wyjść, bo wyjątkowo odbiera dzieci z przedszkola, to zostaniesz za niego na recepcji." - Niestety, mam wizytę u lekarza / okulisty / lekcję jazdy / cokolwiek innego, nie dam rady. "- No ale on musi odebrać dzieci. Zrozumiesz, jak będziesz mieć własne”.

5. "- Nowa pracownica nie może pracować w soboty, bo ma dzieci, to powiedzieliśmy, że nie ma problemu, bo ty nikogo nie masz. To będziesz mieć wolne w niedziele i czwartki." - Wolałabym dwa dni po rząd, to może chociaż niedziele i poniedziałki? "- Nie da rady, bo ona nie może robić egzaminów, a w poniedziałek mamy egzaminy”.

6. "- Słuchaj,  Z właśnie rzuciła dziewczyna, to może się z nim umówisz?"  - Sorry, ale ja go nawet nie lubię. " - Nie powinnaś wybrzydzać, bo na zawsze zostaniesz singlem”.
No cóż, w tym przypadku to lepsze nic niż taki, zawsze trochę poplamiony i nie do końca świeży, rydz. ;-)

7. "- Kuzyn męża mojej siostry przyjeżdża na weekend i chciałby się trochę zabawić. To mogę cię z nim umówić, jak chcesz." - Dziękuję,  ale mam już plany na weekend. "- Jakie ty możesz mieć plany, przecież ty nikogo nie masz!”.

Czasami naprawdę można się było poczuć jak człowiek gorszego sortu...

Ale jak już się taki jeden przypałętał i związek się stworzył, to podobno w pracy jedna laska  (młoda, ładna, zgrabna, zawsze "zrobiona") wręcz płakała, że ona dostanie depresji, bo taka gruba i nieupacykowana Gosh znalazła sobie faceta "na stałe", a ona nie może i wszystkie związki się jej sypią po tygodniu czy dwóch...

Ludziom nie dogodzisz. :-) Zawsze im coś będzie przeszkadzać.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (223)