Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

bleeee

Zamieszcza historie od: 29 sierpnia 2012 - 15:42
Ostatnio: 18 kwietnia 2019 - 0:53
  • Historii na głównej: 21 z 22
  • Punktów za historie: 11091
  • Komentarzy: 566
  • Punktów za komentarze: 627
 

#84427

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/84424 zmotywowała mnie do opisania naszych przygód z dziadkiem w roli głównej.

Dziadek urodzony w 'przedwojniu' - rocznik '36. Od dawna nie widzi na jedno oko, na drugie kiepsko. Do tego ma białaczkę.

Historia działa się około 8-10 lat temu, gdy zaczęły się pogłębiać problemy z oczami. Dziadek stracił zdolność do oceniania odległości - ale nie stracił prawa jazdy ani zapału do jeżdżenia (ryby, sklep, kościół). I historia będzie dotyczyć właśnie wyjazdów do kościoła.

Wikariuszem w dziadka parafii był mój kolega ze studiów. Zadzwonił do mnie jednego dnia i mówi:

'Bleee, stary (proboszcz) jest wkurzony, bo twój dziadek mur przy kościele obił autem, trzeba będzie nowy tynk kłaść'.

Cóż, zadzwoniłem do dziadka, poprosiłem o to, żeby był ostrożny, a na konto parafii przelałem 400 zł - na pokrycie szkód.

Minął miesiąc - ta sama historia. Już zły, zapłaciłem za szkodę i wysłałem moją mamę, żeby dziadkowi przemówiła do rozumu, ale 'On tylko tak lekko puknął, tam się nic nie stało'. Cóż, zdjęcia pokazywały coś innego.

Za trzecim razem (miał co prawda prawie 4 miesiące przerwy od naparzania w płot) ustaliliśmy z księżmi, że zamiast naprawiać ogrodzenie 4 razy w roku, wyznaczymy dziadkowi jego własne miejsce, w które będzie mógł tłuc, ile wlezie, aż się murek nie przewróci. Ja wpadłem na dodatkowy pomysł - ściana na 'jego' parkingu jest wyłożona pianką izolacyjną, coby za bardzo samochodu nie uszkadzał.

I w ten sposób mój dziadek jest jedyną osobą w parafii, która ma dedykowane miejsce parkingowe, z tabliczką z numerem rejestracyjnym i 'kołderką' na ścianie.

Opisuję to dlatego, by pokazać, że ludzie w pewnym wieku nie dają sobie czasem pomóc i boją się utraty swojej niezależności, czasem nawet kosztem ryzykowania własnym zdrowiem czy życiem.

Żeby oszczędzić Wam komentarzy - w tym roku dziadek miał wylew i lekarz kategorycznie zabronił mu prowadzić i, co niezwykłe, tym razem dziadek posłuchał - od lutego prowadził tylko raz - przejechał się polną drogą, której nikt poza nim nie używa, w pobliże lasu, bo chciał pospacerować.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (125)

#84162

(PW) ·
| Do ulubionych
Zostałem weightistą. Podobno.

Pracuję w Wielkiej Brytanii. W biurze mamy dziewczynę, która wygląda trochę jak kulka - niska i bardzo otyła. Jej rodzice pochodzą z Nairobi, więc siłą rzeczy jej kolor skóry nie jest typowo 'europejski'. Jest przesympatyczną dziewczyną, pracuje u nas od roku - jako telefoniczny konsultant obsługi klienta. Na potrzeby historii nazwę ją Dziewczyną (D).

Nie byłoby tej historii, gdyby nie to, co wydarzyło się w sobotę.

Po siłowni postanowiłem wskoczyć do jacuzzi - ku mojemu zdumieniu, w jacuzzi już była D. Oczywiście zaczęliśmy rozmawiać i mimochodem wspomniałem, że widzę, iż zaczęła o siebie dbać, że basen, siłownia, jacuzzi (trochę przesadziłem, bo równie dobrze mogła tylko przyjść do jacuzzi, ale wydało mi się oczywiste, że nie przychodzi się na najdroższą siłownię tylko dla jacuzzi).

I tu pojawia się piekielność.

D: Czyli uważasz, że ja o siebie nie dbam?
Bleee: No wiesz, chodziło mi o to, że fajnie, że zaczęłaś ćwiczyć, bo to dobrze dla serca i ogólnie szczupłym podobno w życiu łatwiej - tak słyszałem, bo do bycia szczupłym brakuje mi jeszcze 40 kg! ;)
D: To jest weighizm! Jakim prawem nazywasz mnie grubą? Nie znasz mojej historii!
B: Ale ja nie powiedziałem, że jesteś gruba, poza tym nie chodzi o wygląd, a o zdrowie, wiesz, nie mamy już naście lat (D jest w moim wieku, 30 nam już stuknęła) i trzeba zacząć myśleć o tym, żeby nie zejść na zawał za szybko.
D: Ja nie mam zamiaru chudnąć i nic nikomu do tego! Nikt nie ma prawa mi mówić jak wyglądać (wtf?) i co robić z moim życiem...

Koniec? No nie.

Wczoraj musiałem zacząć pracę wcześniej, więc D wparowała do biura, gdy ja już 'półleżałem na krześle, próbując nie umrzeć z rozpaczy' (tak tę pozycję opisuje mój szef).

Bez powitania zaczęła PŁAKAĆ i pobiegła do swojej szefowej, że ja ją obrażam i patrzę na nią z obrzydzeniem. A poza tym powiedziałem jej, że jest gruba. I najprawdopodobniej jestem też rasistą.

Póki co sprawa wygląda źle z jej strony, bo nie ma żadnych dowodów ani świadków. I na szczęście pracujemy w open space, więc każdy słyszy, jak się do niej zwracam.

Ale chyba będę bał się iść na siłownię, żeby jej tam nie spotkać.

Weighizm rasizm zagranica praca korpo

Skomentuj (102) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (172)

#84380

(PW) ·
| Do ulubionych
Taksówkarze protestują przeciwko wolnemu rynkowi, więc przypomniały mi się moje historie z polskimi taksówkarzami w roli głównej.

1) Zamówiłem taksówkę w jednej z korporacji w Poznaniu. Czas oczekiwania według pani dyspozytor: 10 minut. Po 20 zadzwoniłem ponownie (jechałem na lotnisko, więc zależało mi na czasie). Tak, już jedzie, ale ona nie wie gdzie jest, będzie za 10 minut. Aha. Po 40 minutach łącznie przyjechał Pan Taksówkarz w 'okularze' (Mercedes E-klasse). Pytam: korki? PT: Nie, panie, taki głodny byłem, a kolejka była w drive thru. Nie można było zrobić pauzy lub odrzucić zlecenia?

2) Miejsce akcji dla odmiany Gdańsk. Jechałem od znajomego do galerii handlowej. Nie znam miasta, według nawigacji od znajomego do Galerii powinienem iść jakieś 20 minut (ale padało, więc taxi). 2 korporacje odmówiły kursu (bo się nie opłaca jechać), przy trzecim telefonie udało mi się wykłócić, żeby pan jednak łaskawie podjechał.

3) Też Trójmiasto - powrót z klubu do znajomego. Do klubu (a właściwie restauracji obok klubu) zapłaciliśmy 27 zł. O 3 nad ranem, Pan Taksówkarz skasował ponad 90 zł. Ja rozumiem, nocna taryfa, ale raczej obstawiam wałek, bo zobaczył dwóch podpitych kolesi, z których ten wygadany (czyli ja) ewidentnie nie znał miasta.

4) Terminale płatnicze! XXI wiek! Przy zamawianiu taksówki wyraźnie pytałem 2 razy, czy szanowny Pan Taksówkarz ma terminal płatniczy, bo nie mam gotówki. Dojeżdżamy do celu, podaję kartę, a Pan Taksówkarz 'Panie, ale ja kartą nie przyjmuję'. Wściekły, ale mówię, ok, widzę bankomat, to podejdę wypłacić pieniądze. Wracam, a rachunek z około 30 zł wzrósł do ponad 40 zł. Bo Pan Taksówkarz włączył taryfę 'postojową'. Dzwoniłem, składałem reklamację, nic nie pomogło.

5) Pan Taksówkarz z terminalem. Zamówiłem taksówkę w Bydgoszczy, miała być płatność kartą. Na taksometrze 26 zł (około) na terminalu złotówka więcej. Bo Pan Taksówkarz pobiera złotówkę opłaty za płatność kartą...

6) 'Drobne, bo nie wydam!'. Nie pamiętam ile razy się zdarzyło, że Pan Taksówkarz nie miał jak wydać i 'urywało końcówkę' - wyszło 38 zł, no panie, ja dopiero zacząłem, nie mam drobnych, to będzie razem 40...

7) Paragony... Tylko jak płaciłem kartą to dostawałem paragon, przy płatności gotówką, za każdym razem musiałem się o niego upominać.

Mieszkam na co dzień w Wielkiej Brytanii, korzystam głównie z Ubera, ale w moim miasteczku Ubera nie ma, więc radzę sobie taksówkami (rzadko, bo głównie jeżdżę własnym autem lub chodzę pieszo) i poza jednym taksówkarzem, który próbował mnie obwieźć (aczkolwiek tłumaczył się dobrymi intencjami - ominięciem korka) nie miałem żadnych nieprzyjemności.

Uberze, proszę wejdź do wszystkich polskich miast!

Taksówkarze protest złotówy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (153)

#84239

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam nadzieję rozpętać małą dyskusję.

Przejrzałem dzisiaj wiadomości z Polski i rzuciło mi się w oczy zdjęcie staruszki zbierającej z ulicy jabłka do siatki.

Jak doczytałem - rolnikom 'coś' nie pasuje (nie doczytałem nawet o co chodzi, poza tym, ze ceny w skupie są za niskie) i w ramach protestu chcieli zablokować ruch w Warszawie, wyrzucając tony jabłek na ulicę.

1. Mamy wolny rynek - przeciwko niemu Państwo rolnicy protestują? Ceny dyktuje rynek i jak jabłek jest dużo, to skupy dyktują niskie ceny. Co ma rząd zrobić? Z podatków innych dokładać rolnikom do tych jabłek? (to samo dotyczy każdego produktu). Jakoś nie słyszałem, żeby rząd dopłacał producentom stali, gdy ceny stali leciały na łeb na szyję.

2. Marnowanie żywności. Ta staruszka zbierająca te jabłka... Czy Wam, drodzy Rolnicy, nie wstyd? Jeśli chcecie protestować, blokować drogi - Wasza sprawa, chociaż osobiście nie sądzę, żeby utrudnianie życia zwykłym ludziom było najlepszą formą protestu. Ale dlaczego wyrzucacie jedzenie? Są nadal w Polsce ludzie, którzy nawet jabłka traktują jako dobro luksusowe - po kupieniu leków, opłacenia mieszkania i kupieniu kilku bochenków chleb - na owoce nie wystarcza.

W taki sposób społeczeństwo Was, drodzy Rolnicy, znienawidzi. Już teraz poparcie dla blokowania dróg ciągnikami po pół miliona złotych jest znikome. Wyrzucajcie żywność i rząd będzie miał mandat społeczny do siłowego rozwiązania...

protesty rolnicy

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (203)

#84067

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem historię o utracie dziecka i niezrozumieniu żałoby, którym wykazała się znajoma pytając po kilku miesiącach kiedy następne dziecko. Uważam, ze historia jak najbardziej piekielna, ale również w komentarzu zaznaczyłem, że w moim odczuciu, kobieta ta chciała dobrze - uznała to za formę 'pocieszenia'. I zostałem odżegnany od czci i wiary...

Opowiem historię, o której moi 'nowi znajomi' - czyli ludzie, których spotkałem już po moim wyjeździe z ojczyzny, nie wiedzą i nawet się nie mogą, mam nadzieję domyślać. Niebawem rocznica rocznicy...

W marcu 2014 roku postanowiliśmy z Miłością Mojego Życia wybrać się na narty. 'Byliśmy' w 3-cim miesiącu ciąży, ale po konsultacji z lekarzem - żadnych przeciwwskazań, tylko uważać trochę bardziej niż zwykle. Dla bezpieczeństwa - MMŻ miała karnet kupowany tylko na ośle łączki.

Spędziliśmy jeden z najlepszych urlopów w życiu - nie pokłóciliśmy się ani razu przez blisko 2 tygodnie (a zdarzało nam się kłócić 3 razy dziennie). Gdy zobaczyłem MMŻ zjeżdżającą na tej oślej łączce w otoczeniu dzieci, wyobrażałem sobie siebie za 4 lata, jak szukam takich maleńkich nart, kasku. I uśmiecham się pod nosem, patrząc jak mój syn niezdarnie, po ojcu, próbuje chwycić się orczyka i jak z duszą na ramieniu patrzę na jego każdy jego upadek.

3 dni przed wyjazdem zaproponowałem, że pojedziemy do sąsiedniego państwa - mieliśmy hotel bardzo blisko granicy, a wyczytałem, że w sąsiednim państwie można znaleźć znacznie lepsze stoki i widoki są podobno niesamowite. To była nasza pierwsza kłótnia - MMŻ nie chciała jechać. Bo jej było dobrze, bo podróż 2 godziny w jedną stronę, że będziemy zmęczeni. Skończyło się tym, że MMŻ miała się wybrać taksówką na zakupy do Większego Miasta 30 km od hotelu, a ja o 5 rano wyjechałem do sąsiedniego państwa.

Kto był na nartach wie, że jak zjeżdżasz, to telefonu nie słyszysz... A jak jesteś na dole, to biegniesz na górę i telefonu z kieszeni wyciągać się nie opłaca, bo zanim zdejmiesz te wielkie mokre rękawice, kurtkę i spodnie to już ci kolejka przejdzie. Telefon sprawdziłem po około 4 godzinach zjeżdżania - około 12, jak szedłem na obiad. Miałem 20 nieodebranych połączeń od MMŻ. Nogi się pode mną ugięły, próbowałem oddzwonić. Kilka razy. Nie odbierała, więc praktycznie pobiegłem do auta i bez zastanowienia postanowiłem wrócić do hotelu, próbując dzwonić co jakiś czas do MMŻ.

Gdy dojechałem na miejsce już wiedziałem, że 'coś' się stało - recepcjonista w hotelu zaprosił mnie do takiego małego pomieszczenia za recepcją. Powiedział, że MMŻ poprosiła rano o zamówienie taksówki, że taksówkarz dzwonił chwilę po wyjeździe, że szpital, że MMŻ... niewiele pamiętam z tej rozmowy, odpłynąłem, nie wiedziałem co się dzieje. Po chwili zacząłem myśleć o tym, co się mogło stać - myślałem o poronieniu... Zamówioną taksówką pojechałem do szpitala w Większym Mieście. Zajęło mi 40 minut znalezienie kogokolwiek, kto mógłby mi udzielić jakiejkolwiek informacji, wtedy wydawało mi się, że ja całe lata chodzę po tych korytarzach, że czuję jak mi włosy siwieją ze zmartwienia.

MMŻ nie lubiła siedzieć na tylnym siedzeniu. Po prostu nie lubiła. Jadąca za szybko osbówka wypadła ze swojego pasa na zakręcie, prosto w taksówkę, którą jechała MMŻ. Kierowcy osbówki ani taksówkarzowi nic poważnego się nie stało - poza ogólnym szokiem i siniakami. MMŻ zginęła na miejscu. Ratownicy próbowali dzwonić z jej numeru na numer, który miała zapisany jako ICE, ale jej 'ICE' zamiast spędzać z nią czas wolał szusować w sąsiednim kraju. Bo widoki były piękne. I na góry i na życie...

Ja do swojej żałoby potrzebowałem kopa. Najpierw to była praca, z której prawie nie wychodziłem, później doszła siłownia. Ale nic mnie bardziej nie doprowadzało do szału niż ludzie chodzący na paluszkach, żeby mnie nie urazić. Miałem ochotę krzyczeć na każdego, który chciał być wrażliwy i miły...

Żałoba

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (180)

#83891

(PW) ·
| Do ulubionych
Postaram się krótko opisać bardzo świeżą (i nie ukończoną jeszcze) epopeję pod tytułem 'Polak po przerwanym doktoracie w Polsce, rezydent w UK, pracujący w niemieckiej firmie próbuje się dostać na Uniwersytet w wieku 30 lat'.

Jakiś czas temu postanowiłem, że skoro pracuję w niemieckiej firmie, wypadałoby podszkolić się z niemieckiego. Coś tam mówię, dogaduję się, ale byłoby miło, gdyby szło to łatwiej.

Październik.
Wyszukałem na stronie Coverntry University studia pierwszego stopnia z języka niemieckiego. Całkiem niedrogo, jak na warunki UK, i co dla mnie istotne, 11 godzin zajęć w tygodniu, głównie popołudniowe, a część porannych można było przenieść na zupełny wieczór (dołącza się wtedy do grupy 'kursu językowego, po ukończeniu którego nie uzyskuje się stopnia naukowego - KJPKNUSSN ;) ).
Cud, miód i orzeszki.

Rejestruję się, ale w związku z tym, że mój dyplom z Polski nie jest przetłumaczony, muszę się stawić na rozmowę z koordynatorem studiów. Więc jadę (mieszkam ładny kawałek drogi od Coventry).

Po weryfikacji dokumentów pani stwierdza, że nie dostanę stypendium ani pożyczki studenckiej ani też miejsca w akademiku, bo mam już stopień naukowy (nasza magisterka, czyli dla nich Master Degree). No i mi to gra, bo o żadne z tych trzech się nie zamierzałem ubiegać. Ale nie jest tak łatwo.

Kierunek jest dofinansowywany przez rząd. I jest dostępny dla studentów bez stopnia naukowego, czego na stronie nie napisali. Zapytałem, ile kosztuje kurs bez dofinansowania, na co uzyskałem odpowiedź, że mniej więcej 15% więcej, ale i tak się nie dostanę, bo kurs jest kierowany do osób w wieku do 29 lat.
Ale próbuję walczyć, wyciągając oręż najcięższy jaki może być w tym kraju: DYSKRYMINACJA. AGEIZM i w dodatku MASTERDEGEEIZM! Pani kordynator (powiedzmy Nowak, chociaż nazwisko inne, ale równie popularne) nic nie może. COMPUTER SAYS NO.

Już miałem się poddać, ale wpadł mi do głowy pomysł. Skoro i tak część zajęć miałbym z grupą 'KJPKNUSSN', to się zapiszę na ten kurs. Trudno, nie muszę mieć ładnego dyplomu Coventry University na ścianie, poza tym zaoszczędzę dobrych kilka tysięcy funtów.

Ale pani nie była przekonana. Zaproponowała mi inną alternatywę. Kurs języka MANDARYŃSKIEGO. Bo mają miejsca i nie jest limitowany wiekowo. Ewentualnie ARABSKIEGO.

Historia trwa, bo co prawda zapisałem się na 'KJPKNUSSN', ale złożyłem odwołanie od decyzji pani o pięknym, polskim nazwisku i z pięknym, wschodnim akcentem (to 'ZEN' zamiast 'then' - uwielbiam).
Minął miesiąc (kursy i tak zaczynają się w lutym, więc miałem jeszcze mnóstwo czasu na 'zabawę') i otrzymałem odpowiedź.

Zostałem serdecznie przeproszony za podanie nieprawdziwych informacji o tym, że kurs posiada ograniczenia wiekowe. Ale jednak posiada ograniczenia związane z dofinansowaniem dla 'pierwszorazowych studentów'. Więc od nowa: nowe odwołanie - przecież ja nie chcę dofinansowania, ja po prostu chcę się języka nauczyć!

Odpowiedź przyszła na początku grudnia...
'Dziękujemy za zainteresowanie naszą uczelnią, jednakże w związku z dofinansowaniem, na wybranym kierunku obowiązują ograniczenia wiekowe - nie przyjmujemy studentów w wieku powyżej 29 lat'.

Baśń toczy się dalej. Robię kopię pierwszego listu, w 2-ch zdaniach odpisuję, że mogliby się zdecydować, skoro nie chcą mnie na tych studiach, to chociaż niech mi dadzą konkretną odpowiedź dlaczego.

Właśnie otrzymałem odpowiedź: 'Szanowny Panie, dziękujemy za pańskie odwołanie, jednakże pragniemy poinformować, że termin przyjęć na wybrany przez pana kierunek upłynął 07.01.2019.
Pragniemy przypomnieć, że nadal trwa rekrutacja na język MANDARYŃSKI oraz ARABSKI'.

Odpisywać po raz kolejny? Czy może wziąć MANDARYŃSKI, który z pewnością przyda mi się w paneuropejskiej firmie...

Uniwersystet Język Nauka Wielka Brytania UK

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)

#83796

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzień dodawania historii.

Koniec listopada i początek grudnia spędzałem w centrali mojej firmy w Niemczech. Nie pierwszy raz.
Firma wynajęła hotel, dała auto (elektryczne - mega frajda ;) ). Ale nie dała na wyżywienie. Zawsze jak jeździłem do Niemiec, była tam moja szefowa, spaliśmy w jednym hotelu i to ona była moim sponsorem i tzw. 'hostem', więc płaciła za wszystko, nawet za alkohol ;)

Tym razem szefowa była w Holandii i uznała, że znam już biuro, ludzi, miasteczko na tyle dobrze, że nie muszę mieć 'hosta'.

Dzwonię do oddziału Wielka Brytania i pytam naszej 'dyrektor sekretariatu' - bo taki sobie nadała tytuł (jest jedynym pracownikiem sekretariatu), czy dostanę delegacyjne pieniądze, czy mam sam płacić i zbierać rachunki, itp.
Odpowiedziała, że mi się nic nie należy, bo takie przepisy w UK, że się nie należy. Że dobra wola firmy, nasza daje hotel i samochód, ale wyżywienie we własnym zakresie 'bo jak jesteś na miejscu, to też wydajesz na jedzenie'.

No i tak sobie wydałem 300 euro.

Po powrocie dzwoni moja szefowa z Holandii (dział IT jest trochę porozrzucany po świecie i mimo, że należę do działu mojej szefowej, ona mieszka w Holandii i ma umowę z centralą w Niemczech, ja wolałem podpisać kontrakt z oddziałem UK - kwestie podatkowe), pytając jak mi się wyjazd udał. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że jestem zachwycony szkoleniami, tym, że mogłem się spotkać z ludźmi i powspominać początki naszego oddziału (które były ekstremalnie trudne), no cud miód i orzeszki, ale teraz muszę oszczędzać, bo przecież wydałem 300 euro...

Pogadaliśmy 15 minut i się pożegnaliśmy, a po pół godzinie kolejny telefon - dzwoni nasz CEO. Prawie na baczność odbieram (ostatnio jak dzwonił to powiedział, że docenia moją pracę, ale jak się nie wezmę w garść to mnie zwolni :D )

CEO: Herr Bleeee, na co pan wydał u nas tyle pieniędzy?
Bleeee: Jedzenie głównie. Kebab, dwa razy meksykańska restauracja, etc.
CEO: No, ale ma pan rachunki? Przecież panu się zwrot należy! W domu sobie może pan ugotować, a jak pan w hotelu nocuje, to jest pan zmuszony jeść w restauracji.
B: Eeeee, no nie mam rachunków, a przynajmniej nie wszystkie, bo DS (dyrektor sekretariatu) powiedziała, że mi się nie należy zwrot.
CEO: Jak to? Pan zapisze na kartce mniej więcej gdzie i za ile pan zjadł, jak było kartą płacone to może pan dołączyć wydruk z karty... I pan da tej kobiecie...

2 dni później zanoszę moje menu z orientacyjnymi cenami.

DS: Po co mi to? Ja ci bez rachunków nie zapłacę za to!
B: CEO powiedział...
DS: CEO jest szefem w centrali, tutaj ja jestem dyrektorem!
B: No ok, przedzwonię do niego. Poza tym mnie okłamałaś mówiąc, że nie należy mi się nic.
DS: JA NIC TAKIEGO NIE MÓWIŁAM.

Po kolejnych 4 dniach dostałem przelew, prosto z niemieckiego konta, nie 'naszego' brytyjskiego. Na trochę więcej niż to, co wypisałem na kartce.

Co ciekawe, rozmawiałem z innymi managerami u nas w oddziale, którzy też na początku byli na szkoleniu w Niemczech. DS też im powiedziała, że nic się im nie należy.

Ja rozumiem, gdyby firma bankrutowała, albo DS płaciła ze swoich własnych pieniędzy. Ale ona to robi po prostu złośliwie, chyba po to, żeby pokazać swoją 'władzę'.
Czekam teraz tylko na jej potknięcie, bo będę każde notował. Każdy wyjazd po kanapkę służbowym autem. Każdą puszkę coca-coli zero, za którą zapłaci służbową kartą będę zgłaszał... Ach, bo zapomniałem dodać: DS robi u nas zakupy (kawa, herbata, ciasteczka). I jak jedzie do marketu, to zawsze kupuje sobie colę zero ze służbowej karty - za fatygę. Jak się bawić to się bawić ;)

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (170)

#83795

(PW) ·
| Do ulubionych
Okres przedświąteczny - pewnie mnóstwo historii będzie podobnych do mojej.

Zamawiałem paczkę (ubrania dla siebie, nie prezenty ;) ). Ponieważ jestem większość dnia w pracy i chciałem ułatwić pracę kurierowi - zaznaczyłem, że dostawa ma być do punktu odbioru (duży sklep z elektroniką przy trasie dom-praca).
Paczka miała być w środę po 12.00 do odbioru. A teraz piekielności:

1) Środa, godzina 8.30 (więc ja już w pracy). Telefon:
'MATE*, już jestem ale nikt drzwi nie otwiera u sąsiada zostawię'
Troszkę zdziwiony mówię, że przecież zamawiałem do sklepu X.
'Sorry, MATE, zostawię u sąsiada'.
Bleeee: Nie zostawisz u obcych ludzi paczki za 250 funtów! Zawieziesz ją do X...
Kurier: Sorry mate, już tam byłem, nie pojadę drugi raz.
B: Nie obchodzi mnie ile razy będziesz tam jeździł, paczkę odbieram w X i tyle...
K: Pierd..l się, mate.
B: Ty też, jak paczka nie będzie o 12.01 w X, to piszę na ciebie skargę, a rozmowę nagrywam. I jeszcze raz usłyszę 'mate' to napiszę skargę choćby paczka była na czas.
K: Ok, mate.

Nie powiem, szlag mnie trafiał, ale o 14 dostałem maila, że paczka do obioru w sklepie X. Happy days?

2) 19.00. Jestem w sklepie X.
Starsza Pani Sprzedawca (SPS): Ale jak duża ta paczka?
B: A bo ja wiem? Trochę ubrań ze sklepu Y, nie wiem... taka [gimnastykuję się, żeby pokazać].
SPS: Bo był kurier z paczkami, ale nie było żadnej miękkiej paczki. Ale dwa razy był, ale miękkiej paczki to nie widziałam.
B: A może pani po prostu sprawdzić po imieniu? Po numerze?
SPS: No tak, ale nie było miękkiej paczki...
B: Ile macie tych paczek? Milion?? W czasie jak tu dyskutujemy, już by pani sprawdziła.
SPS: No, ale ubrania, to miękka paczka będzie
(i tak przez dobre 10 minut...). W końcu proszę o kierownika. Przyszedł Chłopiec (Ch) max 20 lat. Zapytał czy mam kod paczki z maila, zeskanował go i po 10 sekundach przyniósł moją paczkę.

W kartoniku.

I tak sobie myślę - gdyby nie to, że się uparłem, to pisałbym skargę na biednego kuriera, który specjalnie dla mnie wracał się parę kilometrów do sklepu X. W dodatku mojej paczki bym nie dostał. Bo paczka nie była miękka.


*Mate - w UK to jest taki 'ziomek', nie cierpię jak ktoś się tak do mnie zwraca.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (123)

#83688

(PW) ·
| Do ulubionych
Daaawno nic nie dodawałem. :)
Trochę się w życiu pozmieniało i pomieszało, ale kilka (niebawem będzie 4) lat temu wylądowałem (bez języka) w kraju 'rządzonym' od ponad 66 lat przez Elżbietę II. Zapytacie dlaczego? Przeczytajcie historię o piekielnym szefie.


W Polsce pracowałem w dużej firmie zajmującej się...nieważne czym :D Jako piewszy asystent Pana Wiceprezesa, właściciela spółki. Asystentów było 3-4 (poza mną i Panem 'Staśkiem' - imię zmienione) zmieniali się oni dość często, bo PW był...specyficzny i bardzo wymagający. Od innych. Jako pierwszy asystent żyłem Jego życiem, Jego spotkaniami, Jego pracą (którą najczęściej sam musiałem wykonać). Płacił bardzo dobrze, ja lubiłem wyzwania, więc było dobrze. Przez grubo ponad 3 lata.

Akt. 1.
Wtorek. 8.20 Biuro Bleeee.
PW (radośnie): Panie Bleee, projekt dla klienta XXX (kolejna gigantyczna Polska firma z branży, powiedzmy, drzewnej) gotowy do druku? Chciałbym się zapoznać zanim pojedziemy na spokanie.
Bleeee: Jaki projekt? Jakie spotkanie?
PW: Jutro jedziemy, na pewno Panu mówiłem. W każdym razie o 15 mamy jutro spokanie w Warszawie. Tam wielkiego projektu nie trzeba, góra 60-70 stron.
B(MYSLI):K... 60-70 tekstu, w oparciu o obowiązujące przepisy, dla klienta z branży o której nic nie wiem. Na jutro...
B: Nie ma szans. Nic nie wiem...
PW: Da Pan radę.
B(Debil): spróbuję.

Spędziłem 19 godzin przygotowując projekt, kolejne 7 szlifując go i sprawdzając czy to, co obiecam będzie zgodne z polskimi przepisami.
Zdążyłem. 76 stron, czcionka 12. Nie byłem w stanie drukować, więc wysłałem projekt do PW mailem i pojechałem wziąć prysznic przed wyjazdem na spotkanie.

Akt 2.
Środa, 15.00. Biuro klienta.
PW: Serdecznie dziękujemy za szansę przedstawienia naszej oferty dla Państwa firmy, szczegóły za chwilę przedstawi pan Bleeee, w międzyczasie opowiem o naszej firmie i rozdam państwu po egzemplarzu projektu...

Bam. Projekt, oprawiony jak praca magisterska ląduje przed moim umęczonym obliczem. Myślę: super, nie spałem od ponad 30 godzin, ciekawe czy zasnę w trakcie prezentowania 'NASZEGO' projektu.

Podczas gdy PW opowiadał o 20-letniej historii mojej firmy postanowiłem otworzyć 'NASZ' projekt.

Strona tytułowa.

PROJEKT DLA FIRMY XXX

Podstawa prawna YYY YYY YYYY

Autor: Pan Wiceprezes

Co k...a. Może ze zmęczenia, nazwiska mamy podobne, możne niedowidzę. Ale czytam znowu:

Autor: Pan Wiceprezes

Przeglądam każdą stronę, szukając choćby mojego inicjału. NIC. ZERO.

B: Przepraszam, muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.
Wyszedłem, zapaliłem mentolowego. Po 15 minutach wyszedł PW.
PW: Co jest, panie Bleeee? Tam czekają na prezentację.
B: To niech AUTOR ją zaprezentuje. Nie mój cyrk, nie moje małpy.
PW: ALE PRZECIEŻ JA TEGO NAWET NIE CZYTAŁEM! Proszę natychmiast wracać, bo pojadę po premii!
B: Trudno, życzę miłego dnia. Wezmę taksówkę do Bydgoszczy. Wypowiedzenie zostawię na biurku, nie musi Pan podpisywać.


Po powrocie do domu zadzwoniłem do znajomej i powiedziałem, że jestem wolny. Poczułem się niesamowicie. Wiedziałem, że mam dość pieniędzy, żeby odbić sobie te 4 lata bez normalnego urlopu. A że ona leciała do kuzynki do Anglii - tydzień później siedziałem w samolocie do Londynu, nie wiedząc, że będą to najdłuższe wakacje w moim życiu.

Posłowie.
PW rozpaczał, obiecywał gruszki na wierzbie, zorganizował imprezę pożegnalną, dał mi bardzo dużo prezentów (włączając nowy telefon, który był moim służbowym). Czasem dzwoni, pyta co u mnie. Tak, dzwoni do dzisiaj, mimo, ze minęły blisko 4 lata. Bo 'Stasiek', który miał być moim następcą powiedział, że choćby mu złote góry dał - on chce być 'drugim' z bardzo ograniczonym kontaktem z PW. A kto został pierwszym? Cóż, wakat, rekordzistka wytrzymała 7 tygodni, z czego 2 na zwolnieniu lekarskim od lekarza psychiatry.

Kurtyna.

Praca Janusz projekt zagranica oszustwo

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (188)

#66749

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś czas na kolejną historię o sąsiadach, co ważne - zmieniłem miejsce zamieszkania kilka miesięcy temu. Ot, z jednego osiedla na drugie, bliżej centrum.

Od października moja kuzynka studiuje zaocznie w moim mieście. Czasem, gdy ma wcześnie rano zajęcia w niedzielę, nocuje u mnie, żeby już nie jeździć bez sensu, a wersalka w salonie i tak wolna i dość wygodna. Niby nic nadzwyczajnego, zawsze zgarnę za to czekoladę czy inną pizzę :D

Ale ostatnio było zebranie wspólnoty naszego bloku. Pan z parteru, poruszający się na wózku, lat około 80, w czasie tzw. wolnych głosów, przemówił w te słowy:
- Kategorycznie nie zgadzamy się, aby w naszym bloku, w którym mieszkamy bez mała od 40 lat, uskuteczniane były orgie seksualne w każdy weekend. Do najnowszego lokatora co tydzień przyjeżdża jakaś dziewczyna, przyjeżdża późno wieczorem, nieraz jak już śpimy z żoną, to jest po 23 i wychodzi od razu rano, przed 7.30. To jest skandal, bo przecież wiadomo co mogą tam robić!

Widzą przez sen nawet ;) Wiem, że pan starszy wysyła wieczorami żonę na klatkę schodową, żeby podsłuchiwała co się dzieje w innych mieszkaniach. Skąd wiem? Ano mieszkam na piętrze trzecim, a w dalszej części wypowiedzi usłyszałem:
- Żona wyraźnie słyszała w ubiegłą sobotę po 22, jak u tego pana w mieszkaniu były dziwne krzyki, odgłosy i śmiechy! Tam ciągle tylko orgie.
Tak, w ubiegłą sobotę oglądaliśmy z kuzynką jedną z głupich amerykańskich komedii dla młodzieży :D

Drugi raz na tym portalu zacytuję Big Cyc: "Sąsiedzi, sąsiedzi, sąsiedzi, tak bardzo, bardzo kocham Was!"

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 534 (562)