Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

digi51

Zamieszcza historie od: 22 września 2010 - 8:54
Ostatnio: 17 sierpnia 2019 - 7:40
  • Historii na głównej: 207 z 230
  • Punktów za historie: 138508
  • Komentarzy: 3026
  • Punktów za komentarze: 19254
 

#85071

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnia sobota w pracy. Lato, centrum miasta, piękna pogoda, restauracja z urokliwym tarasem (tzn moje miejsce kelnerowania). W tak piękny dzień różne pomysły przychodzą ludziom do głowy...

1. Starsza pani z dorosłym synem na obiedzie, doprawdy urocza para, babunia słodka jak miód. Po jedzeniu sprzątnęłam talerze i pytam czy smakowało. Staruszka:

- Nie! Ani trochę - dodam, że talerz wylizany na połysk - w karcie było napisane, że ryba będzie panierowana, a nie była!

Podaję więc kartę i razem z panią przeglądamy menu:

- Proszę spojrzeć, zamówiła pani łososia, nie ma mowy w karcie o panierce. Panierowany jest sandacz.

- Aha...

Wyraziłam ubolewanie, że pani była zawiedziona, zapytałam czy coś jeszcze podać, powstrzymałam się przezornie od grzecznej porady, aby menu czytać dokładnie. Pani urażonym tonem poprosiła o rachunek. Gdy go przeanalizowała, krzyknęła zdumiona:

- Nie wierzę! Pani naprawdę doliczyła tego łososia do rachunku?! Przecież mówiłam, że mi NIE SMAKOWAŁO!

Syn zaczął palić się ze wstydu, pośpiesznie wręczył mi pieniądze za rachunek i dosłownie wyszarpał krzyczącą nadal matulę z krzesła, prosząc, aby nie robiła wstydu. Pomstowanie uroczej staruszki na nasze złodziejstwo słychać było jeszcze dobrych kilka minut.

2. Sytuacja powtarzająca się średnio co pół godziny. Ja rozumiem, ludzie są zmęczeni chodzeniem po mieście, chcą klapnąć, odpocząć. Ale serio? Zwalanie się na krzesło z głośnym jękiem, zdejmowanie butów i wywalanie nóg na krzesła przyciągnięte z sąsiedniego stolika? I nie wiem, co gorsze, wywalanie tych stópek, które po paru godzinach chodzenia w upale wydzielają zapach odbierający apetyt wszystkim na około, czy kładzenie stóp w brudnych butach na krzesła z poduszkami. Nie muszę chyba dodawać, że zwrócenie takiej osobie uwagi na niestosowne zachowanie skutkuje obrazą majestatu, no bo jak to, jakaś tam kelnerzyna będzie zwracać jaśnie państwu uwagę, że nie są u siebie na włościach?

3. Zbieram zamówienie od jednego stolika i kątem oka obserwuję, co się dzieje kilka stolików dalej. Goście wstają, na ich miejsce od razu siadają kolejni, którzy nie są w stanie poczekać pół minuty, aż ktoś z nas podejdzie i posprząta stolik, tylko przestawiają brudne szklanki i popielniczkę z petami na stolik obok. Przy którym siedzą inni goście. W trakcie jedzenia.

4. Pani chce przewinąć niemowlaka. Mamy miejsce, gdzie można to wygodnie zrobić, nie jest to w toalecie, ale przy toalecie i można się tam swobodnie poruszać. Pani jednak to nie odpowiadało, bo uważała to za warunki uwłaczające matce z dzieckiem, bo nie ma tam dość prywatności. Uznała, że lepszym pomysłem jest przebranie dziecka na stole nakrytym obrusem, serwetkami i sztućcami.

5. Na początku zmiany każda kabina w toalecie zostaje wyposażona w 3 rolki papieru. Jedną na uchwycie i dwie kolejne w zapasie na spłuczce. Na ile starcza nam czasu kontrolujemy toalety i uzupełniamy papier, ręczniki papierowe i sprawdzamy czystość. Zdziwiłam się więc, gdy jakieś pół godziny po kontroli starsza pani z oburzeniem stwierdziła, że w toalecie nie ma papieru. Ale cóż, ludzie czasem kradną ten nieszczęsny papier, więc idę dorzucić. Pani za mną. Ale niespodzianka, w obu kabinach nadal jest papier w zapasie na spłuczce, więc z uśmiechem zwracam do pani, że przecież papier jest. Kobitka się zapowietrzyła i spytała oburzona:

- Pani chyba się nie spodziewa, że ja sobie ten papier sama powieszę na uchwycie?

Ależ skąd. Ja pani zawieszę. I podam. I tyłek podetrę.

6. Zostawianie swoich śmieci na stole to jedna sprawa. Wśród nich często znajdują się butelki po napojach. Z jednego stolika sprzątnięto do połowy pełną małą butelkę wody z supermarketu. Standardowo poleciała do śmieci. 2 godziny (!) później przyszła pani, która butelkę zostawiła i poprosiła o zwrot. Zgodnie z prawdą, koleżanka mówi, że butelka wylądowała w śmieciach. Pani wpadła niemal w histerię, bo tam przecież jeszcze była woda, a poza tym to 15 centów kaucji! Sprawiedliwym rozwiązaniem w mniemaniu klientki byłoby podarowanie jej nowej butelki wody, oczywiście pełnej i większej.

7. Kolega mówi:

- Kuuuurła, spierd...lili bez płacenia!

Uciekli mu goście. Na szczęście tylko 2 małe piwka i cola, ale mimo wszystko parę euro w plecy, w dodatku tym bardziej karygodne, że państwo byli z dzieckiem, czyli dają piękny przykład. Godzinę później kolega krzyczy:

- Szybko, wołaj szefa!

Państwo wrócili. Bynajmniej nie, aby zapłacić. Chcieli znowu zamówić piwko. Byli już w takim stanie, że nie pamiętali, że już u nas byli. Na przedstawienie im przez szefa rachunku, którego nie zapłacili, wykłócali się dobrą chwilę, że zapłacili. Zupę, sałatkę i dwie lampki wina. Nie rozumieli, że to nie jest to co u nas konsumowali i mylą nas z innym lokalem. Pani była bardziej ugodowa i skłonna zapłacić, pan za to darł papę, że on jest poważnym biznesmenem i nie da się oszukiwać. Po dłuższej dyskusji szefowi puściły nerwy i poprosił ich o wyjście, bo i policji nie ma co wzywać do 10€. Mało? Państwo odmówili wyjścia i domagali się podania im zamówionego piwa. Dopiero telefon na policję przekonał ich do opuszczenia stolika.

Zupełnie normalna sobota.

gastronomia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (152)

#84877

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem gastro z drugiej strony. Gdy jestem na urlopie we Wrocławiu dużo chodzę po kawiarniach, pubach, restauracjach, na ogół jestem bardzo zadowolona z jakości usług, ale czasem trafię w takie miejsce, że zastanawiam się, dlaczego takie miejsca jeszcze funkcjonują i całkiem nieźle prosperują. Nazwy podaję celowo, bo czemu nie.

1. Lilli Caffe, Rynek.

Wstąpiłam z koleżanką na szybką kawę i zachciało mi się do niej ciastka. Kelnerka poprosiła o wybór słodkości przy witrynie przy kasie. Wybrałam powiedzmy szarlotkę, zamówiłam u pani, jak sądziłam, kasjerki. Pani kelnerki dłuższą chwilę nie widziałam, na ciastko się nie doczekałam, więc gdy tylko kelnerka pojawiła się w polu widzenia poprosiłam o rachunek. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zauważyłam, że na rachunku znalazło się to nieszczęsne ciastko. Ale, ale... pomyłki się zdarzają, więc grzecznie zwróciłam uwagę, że niestety szarlotka nigdy nie znalazła drogi do naszego stolika. Pani na chwilę zaniemówiła, po czym odparła:

- Ale jak to nie, przecież jest na rachunku.
- To widzę, i w tym problem.
- U kogo pani zamówiła?
- U pani przy kasie.
- Jak to, to była sprzątaczka!
- No dobrze, w każdym razie proszę o wykreślenie tego ciasta z rachunku.
- Ale skąd ja mam wiedzieć, że pani tej szarotki nie zjadła, skoro jest na rachunku?
- A przyniosła mi ją pani?
- Nie, ale może koleżanka...
- To proszę koleżanki zapytać.
- Ale jej już nie ma.
- ...
- Dobrze, to niech pani za to ciasto nie płaci! - wypowiedziane tonem wielkiej łaski.

2. Papa Bar.

Wieczorne drineczki z psiapsiółką, poleca Papa Bar, bo taki trendy i cool. A co mi tam - idziemy.

Leci któryś tam drink z kolei, zamawiam jakieś tam cudeńka, barman mówi, że będzie problem, bo brak jednego składnika. Odparłam, że no problemo, to proszę zrobić bez, albo czymś zastąpić.

Drink smakował, a jakże, ale zdecydowałyśmy, że to jednak ostatni i poprosiłyśmy o rachunek. Pijana już byłam, ale nie na tyle, aby nie zauważyć, że zamiast 6 drinków na rachunku jest jakieś pół baru i zamiast szacowanych 150zł jest o jakieś 30zł więcej do zapłacenia. Wołam przemiłego do tej pory pana barmana, aby zgłosić, że chyba mu się coś pomyliło z tym rachunkiem.

Pan jednak wyjaśnia, że ponieważ dostałam drinka ze składnikiem zastępczym, to on musiał wszystkie składniki nabić osobno na kasę, bo to już nie jest drink z karty, a specjalna mieszanka na życzenie. Spytałam więc czy nie uważa za stosowne poinformować mnie o tym zanim poda mi takiego drineczka za bagatela 60zł. Barman przewrócił oczami i stwierdził, że to normalne i każdy bywalec barów o tym wie, brakowało jeszcze nazwania mnie Grażyną nieobytą w świecie.

Zaproponowałam panu proste rozwiązanie. Płacę standardową cenę za drinka i wychodzę. Pan próbował jeszcze wygrażać się policją, gdy jednak koleżanka wyjęła telefon i zaoferowała, że sama zadzwoni, spotulniał, pomarudził, o tym, że "takie rzeczy trzeba wiedzieć" i przyjął pieniążki. Reszty chyba nie miał zamiaru wydać, bo na zwróconą uwagę, przewrócił znowu oczami.

3. Vincent Cafe, Oławska.

Wybrałam zupę z karty, mała porcja - 10zł. Zamawiam przy kasie, do tego mała woda mineralna. Kasjerka zaskakuje mnie ceną 25zł. Pytam więc, ile kosztuje u nich mała woda, 15zł? Pani odpiera, że zupa 18zł, woda 7zł. Powtarzam więc, że poproszę małą zupę.

- No tak, mała zupa - 18zł.
- Ale w karcie jest napisane, że 10zł..
- Ale ceny z karty nie obowiązują.
- ???
- Ceny są wypisane na tablicach.
- To może wypadałoby zaznaczyć w karcie, że ceny się nie zgadzają?
- Ale te z tablic się zgadzają.
- Ok, dziękuję, rezygnuję w takim razie.
- Ale ja już nabiłam na kasę.
- Do widzenia.

Parę dni później przechodząc koło tej knajpy z koleżanką, opowiedziałam jej o powyższej sytuacji. Koleżanka miała swoje 3 grosze do dodania. Wstąpiła do lokalu na kawę i ciacho. Zamówiła tartę czekoladową oflagowaną ceną 10zł. Pan kasjer próbował policzyć 15zł, na zwrócenie mu uwagi, że yyyy, ale tam jest napisane 10zł, odparł, że owszem 10zł za taki kawałek jak w witrynie, ale on jej ukroił większy.

- Ale ja nie prosiłam o większy, zresztą gdzie jest napisane, że kawałki są wyceniane po wielkości?
- To chce pani mniejszy?
- To już wcale nie chcę, ile się należy za kawę?
- Ale ja już nabiłem na kasę...

A co mnie najbardziej denerwuje we wszystkich tych sytuacjach? Nie dasz się wycyckać na kasę i zorientujesz się, że ktoś cię robi w wała? Zamiast przeprosin dostaniesz przewracanie oczami i pogardliwe komentarze.

gastronomia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (202)

#84788

(PW) ·
| Do ulubionych
Sezon letni w gastro. Niby co roku to samo, a jednak co roku wydaje mi się, że poziom głupoty i bezczelności wśród klientów rośnie.

1. Niecierpliwi.

W lecie średnio co drugi klient uważa, że jest jakiś wyjątkowy i cała uwaga kelnera powinna się skupić na nim. W związku z tym, gdy za długo czeka:

- Pstryka palcami ze zirytowaną miną.
- Macha wściekle rękami i nie mam tu na myśli prostych gestów mających zwrócić uwagę kelnera, a naprawdę dzikie machanie łapami, jakby osy odganiał.
- Łapie kelnera za ramię. Najczęściej gdy ten ma w rękach sterty brudnych talerzy, gorące jedzenie, tablet pełen szklanek. Bo to, że w takich okolicznościach nie podchodzę do ciebie przyjąć zamówienia, to na pewno czysta złośliwość i nie ma nic wspólnego z tym, że nie jestem w stanie nawet tego zamówienia zapisać.
- Po 2 minutach od usadzenia tyłka, widząc, że wszystkie stoliki są zajęte i kelnerzy uwijają się w pocie czoła głośno komentują, że siedzą już od pół godziny i nikt do nich nie podszedł. Mam ochotę wtedy zapytać czy serio nie znudziło im się jeszcze siedzenie tam od pół godziny o suchym pysku.

- W "gorsze" dni informujemy klientów jeszcze przed zamówieniem, że na jedzenie trzeba będzie ok. godziny poczekać. Większość ze zrozumieniem kiwa głowami, zamawia, a po 15 minutach zaczyna się awanturować, bo oni muszą zaraz iść, bo stolik koło nich już dostał (bo zamówił wcześniej?), bo tamci już dostali, a zamówili po nich. Tłumacz koniowi, że przyrządzenie prostej sałatki trwa krócej niż usmażenie steka "well done".

2. To mój stolik!

W bardziej nerwowe dni stawiamy na tarasie napis z prośbą o poczekanie na wskazanie stolika. Pal sześć, że połowa to ignoruje. Gorzej, że potrafią w dwójkę zająć stolik dla 5/6 osób, lub usiąść przy stoliku z wielkim szyldem "rezerwacja". Na prośbę o zmianę stolika z wymienionych przyczyn, reagują histerią, bo im się ten stolik podoba i oni będą tu siedzieć i już! Po krótkiej dyskusji wstają wściekli komentując:

- Chodź, skoro nas tu nie chcą!

No, w tym jednym macie rację.

3. Brudasy.

Zmora. Nie będę czarować, przodują tu rodzice w bombelkami. Ja naprawdę nie chcę sprzątać ze stołu zasmarkanych czy zakrwawionych chusteczek, bo czyjeś słoneczko ma katar lub się skaleczyło, nie mam obowiązku sprzątać pustych słoiczków czy opakowań po ciastkach. To, że jakiś bombel ma dopiero 3/4 lata nie znaczy, że może pluć jedzeniem na stół i krzesła. Aha, stół w restauracji to nie śmietnik, na który można wywalić wszystkie śmieci, które nosi się ze sobą cały dzień po mieście, bo oczywiście na starówce 2 milionowego miasta brak koszów na śmieci.

Moim hitem była trójka pań z dwójką niemowlaków w wózkach. Pomijam, że z 3 pań tylko jedna była łaskawa cokolwiek zamówić. Pozostała dwójka raczyła się bardzo dyskretnie wodą z supermarketu. Panie umilały sobie czas dokarmiając chlebkiem to bombelki, to gołębie. Oczywiście 80% chlebka lądowało pod stołem, pod którym też finalnie wylądowały worki po chlebku. Gdy pani zapłaciła za kawę, wręczyłam im zmiotkę oraz szufelkę i poprosiłam o posprzątanie syfu, i zabranie swoich śmieci. Szok i niedowierzanie, one madki, klijętki, moim zasranym obowiązkiem jest po nich posprzątać. Yyyyy... nie?

Przy innym stoliku jakaś bombelina zabawia się wyciągając z kufla ze sztućcami serwetki, drąc je na strzępy i rzucając na ziemię. Rodzice przyklaskują. Zwracam uwagę, że to nie zabawka i raz, że serwetki też nas kosztują (a mamy serwetki takie jakby luksusowe), a dwa ktoś to będzie musiał posprzątać i pytam retorycznie, kto ich zdaniem ma to zrobić. Pan lustruje mnie zimnym wzrokiem, na chwilę zatrzymuje się na wysokości zaokrąglonego, z racji ciąży, brzucha, po czym wypala:

- Ciąża to nie choroba!

Owszem, ciąża to nie choroba, ale pomijając, że faktycznie nie na rękę mi się schylać, to i moi nieciężarni koledzy, nie mają obowiązku sprzątać syfu po waszym dzieciaku.

4. Madki i ojdzowie.

W nawiązaniu do punktu wyżej - czyli toksyczne zachowania tzw. rodziców.

Daj swojemu kilkumiesięcznemu bomblowi ćwiczyć raczkowanie/pierwsze koślawe kroki na tarasie restauracyjnym wyłożonym kostką brukową w środku wielkiego miasta. Hurr durr, bo bombel się zranił kamykiem lub kawałkiem szkła.

Zastaw przejście wózkiem. Na prośbę o przestawienie wózka - hurr durr, bo matka i ona wie najlepiej, gdzie ma stać wózek.

Zamów danie spoza karty dla bombelka. Hurr durr, bo nikt jej nie poinformował, że trzeba będzie za to danie zapłacić, skoro nie ma go w karcie, a przecież to dla dziecka.

Nie ma frytek i nuggetsów? Jak to nie? JAK TO NIE? TO CO BOMBELEK MA ZJEŚĆ?

Jedzenia nie ma w przeciągu 3 minut na stole? Przecież oni są z dziećmi!Co z tego, że przed nimi jest w kuchni kolejka zamówień! Oni są z dziećmi!

5. "Bogacze".

Bogacz charakteryzuje się tym, że każdym swoim gestem i słowem podkreśla swoje bogactwo, jednocześnie wykazuje się wyjątkowym januszostwem w wydawaniu piniędzy.

Najlepszy przykład - parka, którą miałam nieprzyjemność obsługiwać parę dni temu. Dystyngowani Austriacy w wieku średnio-zaawansowanym. Ona prosi o kartę win i polecenie dobrego białego wina. Po dłuższej chwili decyduje się na butelkę wina za bagatela 50€, jednak najpierw tylko kieliszek, potem MOŻE całą butelkę. No niestety, tego wina nie serwujemy na kieliszki tylko butelki. Z obrażoną miną zamawia kieliszek najtańszego wina i oczywiście karafkę wody w kranu do tego. On zamawia małą porcję zupy.

Raczą się winem z jednego kieliszka i wodą z kranu. Do zupy serwuję chleb, ok 3-4 kromek. Pani, z racji tego, że własnego posiłku nie zamówiła, dojada się mężowskim chlebem. Za chwilę proszą o doniesienie chleba i masło do tego - oczywiście tonem, jakby moim psim obowiązkiem było domyślić się, że potrzebują wincyj chleba i masło. Oczywiście dodatkowo zamówiony, dość bogaty koszyk pieczywa i masło znalazły się na rachunku. Luuuudzie, usłyszelibyście te oburzone krzyki, jak ja śmiałam to policzyć, im się suta porcja chleba i masła do porcji zupki 200ml należy jak psu buda, w Austrii by ich nigdy coś takiego nie spotkało. Cóż, trzeba było zostać w Austrii.

Kolejny przykład - rodzina turystów, najprawdopodobniej Rosjan. Żonka odstawiona jak stróż w Boże Ciało, mężuś w samych markowych ciuchach, obwieszony złotem jak choinka. Córcie z wyrazem permanentnego niezadowolenia i znudzenia na twarzy, w stroju sugerującym, że zaraz po obiedzie idą do pracy. Pod latarnię.
Milion pytań, totalny brak zrozumienia odpowiedzi, dyskusje po rosyjsku przyciszonych głosem i w końcu ostentacyjne zamknięcie kart i:

- Cztery szklanki wody w kranu, a potem zobaczymy.

Informuję, że wodę z kranu podajemy tylko do zamówionego posiłku. Wściekłe opuszczenie stolika bez słowa, za to zrzucając wszystko, co możliwe na ziemię.

6. "Bo u nas..."

Kocham, uwielbiam te teksty. Szczególnie jeśli chodzi o porównywanie cen.

- Ale mała porcja! U nas w Grajdołku Większym za taką cenę dostalibyśmy obiad dla całej rodziny.

Wierzę. Ale nie jesteśmy w Grajdołku Większym, tylko w centrum jednego z największych miast w kraju, gdzie i czynsz za lokal i pensje dla pracowników kosztują więcej niż na wsi, gdzie psy dupami szczekają.

A to dopiero czerwiec...

gastronomia

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (253)

#84129

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowo o działaniu agencji nieruchomości, bo gdzieś muszę wylać swoje frustracje.

Szukam mieszkania do kupienia we Wrocławiu. Na początku 2018 roku zleciłam szukanie pewnej agencji, na szczęście pobierającej tylko prowizję w przypadku kupienia mieszkania za ich pośrednictwem. Miałam konkretne wymagania, wiedziałam, że takich mieszkań na sprzedaż jest niewiele i od razu przy podpisywaniu umowy z agencją zaznaczyłam, że biorę pod uwagę, że może to długo potrwać, ale wymagań nie zmienię. Chodziło m.in. o konkretną ilość pokoi, wymagania co do minimalnego metrażu, konkretna okolica, balkon i oddzielna kuchnia, oczywiście także określony budżet i stan wymagający co najwyżej małego odświeżenia. Panowie potwierdzili, że może to potrwać, ale po zapewnieniu z mojej strony, że mi się nie spieszy podpisaliśmy umowę.

W ciągu pół roku agencja przysłała mi ok. 40 ofert, z czego JEDNA faktycznie spełniała wszystkie wymagania. Inne oferty to m.in:
- mieszkania o 10 m2 mniejsze niż minimalny metraż;
- o 50 tys. przekraczające mój budżet;
- na drugim końcu miasta;
- bez balkonu;
- po licytacji komorniczej, gdzie byli właściciele mieszkania nadal w nim mieszkają i na mocy wyroku sądu miałabym prawo wyrzucić ich dopiero, gdy gmina przyzna im lokal socjalny (dodam, że według słów agenta mieliby w tym czasie płacić wolnorynkowy czynsz, co wydawało mi się lekko dziwne, bo skąd ludzie mający prawa do mieszkania socjalnego mieliby pieniądze na wolnorynkowy czynsz za 3-pokojowe mieszkanie w dużym mieście? no więc wolnorynkowy czynsz według pana agenta to 500 zł zasądzone przez sąd);
- mieszkania zagrzybione, z instalacją elektryczną do wymiany, szczytowe w budynku z cieknącym dachem i jedno, które wyglądało jak klasyczna melina; syfu jaki tam panował i stanu w jakim były podłogi i ściany nie zapomnę chyba do końca życia.

Pisałam agentowi regularnie, że proszę o nieprzysyłanie ofert niespełniających podanych kryteriów, bo ja ich nawet nie biorę pod uwagę. Po kolejnym takim mailu dostałam listownie wypowiedzenie umowy z agencją, z uzasadnieniem, że z wysłanych kilkudziesięciu ofert nie wybrałam żadnego mieszkania. No to żegnam.

Zaczęłam szukać na własną rękę. Przetrzepywałam internet codziennie, wypatrując nowych ofert. Nagminnie powtarzająca się sytuacja - telefon na numer podany w ogłoszeniu i ten sam schemat rozmowy:
- Dzień dobry, dzwonię w sprawie mieszkania na ulicy X, czy oferta jest nadal aktualna?
- Niestety nie, mieszkanie zostało sprzedane dwa tygodnie temu (zdarzało się miesiąc temu, dwa miesiące, a nawet ROK temu - a ogłoszenie sprzed tygodnia), a czego pani szuka? Zapraszam do mnie do agencji, na pewno znajdę pani mieszkanie.
- Dziękuję, nie skorzystam, ale może warto, aby pościągali państwo ogłoszenia o tym mieszkaniu z portali, bo wprowadza ludzi w błąd.
- Ale my nie mamy na to wpływu.

Ogłoszeniodawca nie ma wpływu na to czy ogłoszenie jest na portalu? Serio?

Na koniec wybitne chamstwo jednego z agentów. Ten sam schemat rozmowy, po mojej uwadze, że ogłoszenie należałoby usunąć, pan pyta:
- A co? POŁASIŁA się pani na niską cenę?
- Pan chyba żartuje, jak na takie mieszkanie, cena była standardowa, co najwyżej o 5 tys. niższa niż porównywalne mieszkania.
- No to świetnie, bo ja mam podobne mieszkanie, w podobnej cenie.
- Tak? Proszę podać szczegóły.

Mieszkanie w ścisłym centrum (okolica, w której ja szukam jest ok.5 km od Rynku), o 40 tys. droższe, w dodatku okolica znana jako centrum spotkań wrocławskiej śmietanki towarzyskiej spod budki z piwem.

- Jedyne, co te mieszkania mają ze sobą wspólnego to liczba pokoi, cena i okolica są dla mnie nie do zaakceptowania, przykro mi, ale te oferty nie mają ze sobą nic wspólnego.
- No i od razu wiedziałem, że chodzi o pieniądze, jak pani nie stać, to naprawdę proszę głowy nie zawracać, ja mam poważnych klientów, inwestorów, którzy to mieszkanie wezmą z pocałowaniem ręki.

Witki opadają.

uslugi

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (159)

#84040

(PW) ·
| Do ulubionych
Duża impreza u nas w restauracji, firmowa, młody, dynamiczny zespół. Od organizatora wiemy, że jedna z pań jest wegetarianką, więc do wybranego menu musimy przygotować wariant wegetariański.

W wieczór imprezy okazuje się, że zonk, pani jest weganką, a nie wegetarianką, co trochę komplikuje sprawę, ale kuchnia na szybko obmyśla nowy zestaw dań dla spanikowanej kobiety, która już zdążyła zacząć się drzeć, że pewnie jak zwykle nic do jedzenia nie dostanie, zaczynają się głupie zaczepki w stylu:

- Pfff, jak nie umiecie nic przygotować bez ładowania wszędzie padliny, to zaraz sobie przyniosę sałatkę z McDonaldsa

Ale udało się, wszystkie 4 dania wykombinowaliśmy wegańskie, przedstawiamy pani jej menu, kiwa głową bez zachwytu, ale się zgadza.

Przystawkę zjadła, zupę wychłeptała z apetytem, a przed podaniem dania głównego, zagaja mnie i słodkopierdzącym głosikiem pyta:

- A mogę te kotleciki jaglane jeszcze zamienić na sznycel cielęcy, który dostaną moi koledzy? Tak mnie ochota naszła...

gastronomia

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (224)

#83941

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem z koleżankami czytam sobie dla rozrywki recenzje naszej restauracji w necie. Czasem robi się naprawdę miło, a czasem... No cóż, powiedzmy, że my niektóre sytuacje mamy inaczej w pamięci.

1. "Wyproszono nas z lokalu, bo kelnerkom nie spodobało się, że moja koleżanka [skorzystała - przyp. red.] z toalety przed zamówieniem, totalne chamstwo!”.

Nie, droga Pani, zostałyście wyproszone, gdyż jeszcze przed zajęciem stolika pani koleżanka zamknęła się w toalecie na 20 min., po tym, jak ją zwolniła, smród czuć było aż na sali, a wejście do kibelka powodowało odruch wymiotny i łzy w oczach. Winny temu był zapewne obiad zjedzony po taniości u chińczyka na dworcu i porozrzucany po kabinie osrany papier toaletowy, który Pani koleżanka po sobie zostawiła.

2. "Bezczelna kelnerka zaproponowała mojej ciężarnej żonie alkohol i odmówiła podania deseru do alkoholu”.

Ciężarna żona popijała cały wieczór winko z kieliszka męża, a o tym, że szczuplutka pani jest oczekująca, dowiedziałam się, gdy, już lekko wstawiona, próbowała zamówić mus czekoladowy, ale bez alkoholu. Powiedziałam, że to niemożliwe, gdyż alkohol jest w musie, a nie dodawany przed podaniem. Stwierdziłam także, że to tak niewielka ilość, że raczej nie jest w stanie nikomu zaszkodzić. Pani zaczęła najpierw się drzeć, a potem prawie szlochać, że ona jest w ciąży, i że ja chyba nienawidzę dzieci i chcę jej zaszkodzić. Aha.

3. "Obsługa była chamska, nerwowo reagowała na nasze prośby i zamówienia i trzaskała talerzami!”.

Cierpliwie znosiłam wołanie mnie do stolika co 2 minuty, bo:

- więcej wody z kranu,
- więcej chleba,
- więcej masła,
- widelec mi spadł, daj mnie nowy,
- więcej serwetek,
- nowy obrus, ten jest brudny (sami wybrudzili),
- przynieś mi płaszcz, idę zapalić,
- już wróciłem, odwieś płaszcz,
- proszę mi podać kartę - po czym bez otwierania karty - a jakie macie piwa, wina, dania wegetariańskie, danie rybne, desery, przystawki…

Przy sprzątaniu brudnych talerzy poprosiłam jednego z panów o podanie mi talerza, bo siedział w kącie stołu i ciężko mi było po niego sięgnąć bez nachylania się w sposób mało przyzwoity nad innymi osobami przy stole. Pan uniósł talerz i zajęty rozmową nawet nie czekał, aż ja talerz przechwycę. Talerz upadł na stół, dobrze, że ani się nie rozbił, ani nie rozchlapał się jakiś sos. Huk był, a owszem.

Punkt kulminacyjny, kiedy przestałam być miła, nastąpił, gdy jedna z pań poprosiła, abym skoczyła do apteki, bo kolacja ze znajomymi to najlepszy moment na test ciążowy, bo jak będzie pozytywny, to można od razu opić. Zadałam jej ubrane ładnie w słowa pytanie, czy przypadkiem się nie pomyliła i nie myli kelnerki z osobistą asystentką.

4. "Beznadziejna restauracja dla rodzin, brak propozycji dań dla dzieci".

Nie brak propozycji dań dla dzieci, tylko brak cheeseburgerów, frytek i milkshake'ów, których głośno domagał się uroczy grubasek przez bitą godzinę na kolacji z rodzicami.

5. "Odmówiono nam stolika, bo jesteśmy Azjatami. Kierownik powiedział, że wszystkie stoliki są zarezerwowane, a lokal był pusty. Para, która weszła po nas bez problemu dostała stolik, wyglądali europejsko."

Było pusto, bo weszliście tuż po otwarciu, a para po was dostała stolik, bo go zarezerwowali. Paranoja i kompleksy bardzo?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (228)

#83442

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak miło usłyszeć czasem podziękowania za bycie pomocnym.

Pracuję w restauracji. Wieczór, zbliża się czas zamknięcia. Został już tylko jeden stolik, trzech młodych, eleganckich panów. Panowie zapłacili rachunek, uprzejmie podziękowali za miłą obsługę i wyszli. Płacili rachunek razem, więc nie wiedziałam, kto dokładnie, ile dorzucił i w jakich banknotach. Tuż po ich wyjściu sprzątam sobie stolik, a tu na ławeczce przy stoliku leży sobie portfel. Najwyraźniej wypadł któremuś z panów z kieszeni. Wylatuję więc sprintem za nimi, na szczęście jeszcze ich dogoniłam i pytam, czy zguba należy do któregoś z panów. Jeden z nich:

- Ojej, to mój, dziękuje pani serdecznie...

Otwiera portfel i się zaczyna:

- Proszę pani, sekundę, ja tu miałam 50€ w portfelu, a tu nic nie ma, gdzie te pieniądze?

- Nie wiem, proszę pana, nie zaglądałam do portfela, leżał na ławce przy panów stoliku, więc...
- Proszę pani, może była pani niezadowolona z napiwku, ale to nie powód, aby sobie samemu ten napiwek brać.

- Proszę pana, proszę nie szarżować z tymi oskarżeniami, chciałam oddać portfel, aby nie miał pan problemów, piękne podziękowanie z pana strony.

- Ok, ja powiem tak, zaraz zadzwonię na policję...

Tu wtrąca się jeden z kolegów:

- Stary, a ty przypadkiem nie dorzuciłeś tych 50€ jak płaciliśmy rachunek?

- Yyyy, do widzenia.

Czasem aż się odechciewa....

gastronomia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (210)

#83155

(PW) ·
| Do ulubionych
Jedna z bardziej kuriozalnych sytuacji, jakie przydarzyły mi się tego lata w pracy.

Sezon turystyczny, u nas w lokalu słychać wszystkie możliwe języki. Pewnego dnia wpada 5 osób, od progu słychać, że głośno rozmawiają po rosyjsku. Myślę sobie, fajnie, poćwiczę sobie mój łamany ruski, jakoś się dogadamy. Witam towarzystwo po rosyjsku, wszyscy odpowiedzieli również po rosyjsku, poza jedną panią, typową matroną w wieku średnim-zaawansowanym, która zaczęła się zwracać do mnie po włosku. Zbiło mnie to trochę z tropu, pani była najwyraźniej kimś w rodzaju dowódcy grupy, mówiła za wszystkich, pięknym, płynnym włoskim, z czego rozumiałam co 5. słowo, zwróciłam więc pani uwagę, że jej nie rozumiem, możemy chętnie spróbować porozumieć się po rosyjsku, angielsku i oczywiście, z racji tego, że jesteśmy w Niemczech, po niemiecku.

Pani z wyraźną irytacją twardo mówiła jedynie po włosku, reszta grupy sprawiała wrażenie mocno zdezorientowanej, w końcu pani poinformowała swoich towarzyszy konspiracyjnym szeptem po rosyjsku, że nie może się ze mną dogadać, bo jestem jakaś głupia i nie rozumiem po włosku. W końcu ze wściekłością poprosiła o rozmowę z moim szefem.

Szefu podszedł i razem staramy się zrozumieć, w czym problem. Szef po włosku rozumie jeszcze mniej niż ja, w końcu jeden z towarzyszy matrony przejął inicjatywę i po angielsku wytłumaczył, że powodem irytacji wielkiej damy jest fakt, że nie jestem w stanie obsłużyć jej po włosku we włoskojęzycznym kraju. Hę?

Mała uwaga: rzecz dzieje się w Monachium. Nazwa włoska: Monaco di Bavaria. Końcem końców okazało się, że owa dama mieszka we Włoszech, reszta towarzystwa przyjechała do niej na wakacje z Rosji i w ramach wycieczki postanowiła wybrać się do Monako. Organizatorka zabrała ich do Monachium, wmawiając, że są w Monako. Państwo byli w wielkim szoku, gdy dowiedzieli się od nas, że znajdują się w Niemczech. I teraz tak się zastanawiam, jakim cudem nawet w drodze/na lotnisku czy dworcu nie zorientowali się, że znajdują się w innym państwie, niż chcieli? Nawet zakładając, że był to ich pierwszy dzień mieście.

Czy matrona wiedziała, że jadą do Monachium i odgrywała teatrzyk, czy może jest zwykłą idiotką?

I najważniejsze - OD KIEDY JĘZYKIEM URZĘDOWYM W MONAKO JEST WŁOSKI?

Miły akcent: towarzystwo zjadło u nas obiad, typowo niemiecki, pochwalili szefa kuchni, nawet napiwek zostawili, a ja życzyłam im miłego zwiedzania Monachium. ;)

gastronomia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (209)

#82502

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasza restauracja sąsiaduje ze sklepem z butami. Nie z byle jakimi, bo specjalistycznymi i dość drogimi.

Tak sobie gadam czasem z sąsiadem i oto jakie piekielności go spotykają:

1. Panie, tyle za trampki?

Sklep oferuje towar z najwyższych półek. Ceny wyższe niż w innych, sieciowych sklepach, ale i jakość lepsza.

Wpada Janusz z Grażyną, oglądają buty pobieżnie, w większości jedynie szukając metek z ceną. Kręcą nosem, w końcu sąsiad pyta, czy może pomóc. Państwo szukają butów trekkingowych dla syna na urodziny, ale niezbyt się znają. Sąsiad prezentuje kilka par, państwo tylko się krzywią. W końcu Janusz wypala:

- Panie, masz pan coś poniżej 100 Euro?

- Owszem, obecnie najtańszy model, jaki mamy w ofercie to (tu prezentacja butów), kosztuje 65 Euro, przecenione ze 119.

- Ło, panie, to ja za to mu oryginalne Adidasy bym kupił, a nie jakie trampki!

- Te buty są świetnej jakości, wytrzymałe...

- A idź pan! Jak ja patrzałem w internetach, to takie ło trampki, to po 20 Euro chodzą! Żeś pan zachłanny, to nie zarobisz!

2. Bo ja widziałem w internecie...

W nawiązaniu do punktu 1. Przychodzi młoda parka, szukają butów do biegania. Uprzejma rozmowa, prezentacja najnowszych modeli. W końcu młodzież telefony w łapkę i podsuwają sąsiadowi pod nos zdjęcia chińskiej taniochy i pytają:

- Czy to te same?

- Nie, buty na zdjęciu to podróbka niskiej jakości, można to rozpoznać po...

- Ale skoro one tu kosztują 5 Euro, to czemu u pana 99?

- Proszę państwa, tłumaczę...

- Zdziera pan z ludzi, te buty w hurtowni kosztują pewnie kilka centów, a tyle kasy zgarnia pan dla siebie!

- Do widzenia.

3. Wodoodporne buty.

Pani kupuje specjalistyczne buty, cechujące się między innymi wodoodpornością. Buty takie na 20 lat, ale pod warunkiem dbania o nie i regularnej pielęgnacji. Wydatek niemały, więc sąsiad dorzucił od siebie środki do czyszczenia i wytłumaczył, jak o buty dbać. Pani wróciła po paru miesiącach z butami wyglądającymi, jakby przejechał po nich traktor. Pani przyszła z reklamacją, bo buty miały być wodoodporne. Więc ona wrzuciła je do pralki, a że były bardzo brudne, to wyprała w 90 stopniach. Czemu one teraz tak wyglądają?

4. Turyści.

Centrum miasta, więc dużą część klienteli stanowią turyści. Są jednocześnie największą zmorą.

Zawracanie dupy, bez zamiaru kupowania czegokolwiek, okraszone komentarzami typu:

- ale brzydkie,
- ale drogie,
- ludzie serio w tym chodzą?
- w życiu tyle nie wydam na dupy*.

Wchodzenie z jedzeniem, dotykanie butów rękami upaćkanymi sosem, przymierzanie butów, trzymając jednocześnie loda w ustach, który to lód ścieka na buty. Sceny niczym ze sklepu Ala Bundy'ego, gdzie ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości, że skoro buty w ich zwyczajnym rozmiarze są za małe, to lepiej przymierzyć większe, a nie próbować rozepchać buta, wierzgając dziko nogami.

Demolowanie małego sklepu wielkimi plecakami, torbami, walizkami. Plus celowe kopanie wystawionej przed drzwiami ekspozycji po prośbie o opuszczenie sklepu z powodu zachowania.

I prawie każda z tych sytuacji powtarza się chociaż 2-3 razy w tygodniu.

*Pozostawione dla potomnych. :) - przyp. red.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (149)

#82397

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzieci w restauracji.

Restauracja, w której pracuje, sąsiaduje z kilkoma innymi na tyle blisko, że odległość między tarasami poszczególnych lokali wynosi nie więcej niż kilka (-naście) metrów. W sobotnie popołudnie, gdy wszystkie te tarasy pękają w szwach u naszych sąsiadów usiadła sobie rodzinka 2+2. Chłopiec w wieku wczesnoszkolnym siedział grzecznie z rodzicami, a dziewczynka może 3-letnia została puszczona samopas na zwiedzanie sąsiednich tarasów. Przyłaziła do nas co rusz, kręciła się między stołami, siadała na wolnych krzesłach z tabletem w łapie i puszczała jakieś bajki na cały regulator. Wyganiam grzecznie raz, drugi, ósmy. Idę w końcu do kelnera od sąsiadów, mówię:

- Słuchaj, powiedz coś rodzicom tej małej, przychodzi do nas, przeszkadza gościom, zaczepia, robi burdel...

- Kurczę, już mówiłam, mała wcześniej latała u nas po całym lokalu, właziła kelnerom pod nogi, pchała się do kuchni, powiedzieć mogę, ale cudzych dzieci wychowywać nie będę...

- Jasne, spoko, dzięki.

Faktycznie coś tam rodzicom szepnął, ci popatrzyli w naszą stronę gniewnym wzrokiem, matka wzięła dzieciaka i posadziła na krześle koło siebie. Nie mija 10 min, młoda znowu zwiedza świat z nieodłącznym kompanem, tabletem, w rączce. Zaczyna być coraz śmielsza, zrzuca poduszki z krzeseł na ziemię, ściąga obrusy ze stołów. No nic, biorę za rękę, odprowadzam do rodziców i proszę o pilnowanie dziecka z wymienionych wyżej powodów. Odpowiedzi brak, znowu gniewne spojrzenie. Po kilku minutach cyrk zaczyna się od nowa. Tym razem młoda urządziła sobie zabawę w czołganie się pod ziemi pod stołami.

Pech chciał, że wypełznęła pod nogi mojej koleżance, która niosła talerze z jedzeniem. No i klops, koleżanka straciła równowagę, talerz wypadł jej z ręki, szczęście w nieszczęściu, nie na gówniarę, a na jej najlepszego przyjaciela - tablet. Mała w ryk, rodzice lecą do koleżanki z mordą. Standardowa dyskusja, jak tak można nie uważać, tu jest dziecko, coś pani narobiła, dawaj hajsy za tablet. Przyleciał szef, starzy drą mordę na całego, szef próbuje załagodzić sytuację, kuchnia naprędce przygotowuje żarcie od nowa. Szef oczywiście odmówił oddania kasy za tablet, przyjeżdża policja (!). Winy naszej się nie doszukali, to też wzięli państwa na stronę i coś tam dyskutowali.

Państwo niepocieszeni wrócili do swojego stolika. Mała parę minut później zaczyna rundkę, tym razem po tarasie sąsiadów z maminym telefonem w ręku...

gastronomia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (199)