Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

dzikidzik

Zamieszcza historie od: 12 lipca 2019 - 14:25
Ostatnio: 26 sierpnia 2020 - 15:32
O sobie:

Obelgi i insynuacje w moim kierunku oraz zarzuty, że piszę nieprawdę oznaczają, że ich autorzy widzą w negatywnych bohaterach moich historii swoje lustrzane odbicie, przez co narasta w nich nienawiść, którą muszą wyzwolić w kierunku osoby, która pokazuje im jacy są.

  • Historii na głównej: 16 z 17
  • Punktów za historie: 3341
  • Komentarzy: 20
  • Punktów za komentarze: -199
 

#86649

(PW) ·
| Do ulubionych
Mizoandria i podwójne standardy.

Miałem na uczelni taką prowadzącą, doktorkę (jak sama się tytułowała), która była zatwardziałą feminazistką i nienawidziła mężczyzn, czemu na każdych zajęciach i na każdym egzaminie dawała wyraz. Faworyzowanie płci żeńskiej i gnojenie płci męskiej było na porządku dziennym, ale historia dotyczy jednej, konkretnej sytuacji.

Otóż mieliśmy wykład w kilka grup na auli. W pewnym momencie wszedł portier/dozorca i mówi, że ktoś zaparkował w taki sposób, że zablokował wyjście ewakuacyjne i że prosi, by przestawić. "Doktorka" się wściekła:
- Który idiota tak parkuje?! Osobiście dopilnuję, żeby uczelnia wyciągnęła wobec niego konsekwencje. Taki durny chłop powinien rowy kopać albo kilofem machać, a nie studiować! - I tak dalej w tym tonie, że faceci nadają się tylko do prac fizycznych, niewymagających myślenia, bo są idiotami, itd.

Jak skończyła, to pyta portiera, jakie to auto.
- Takie i takie.
Jedna z dziewczyn z sali pyta:
- Rejestracja zaczyna się XYZ?
- Tak.
- Ojej, to chyba mój. Nie wiem jak to się stało.
Na to "doktorka":
- Oj, niech się pani nie przejmuje, każdy może się zagapić.
- Naprawdę nie zauważyłam, przepraszam.
- Nic się nie stało, proszę iść i przeparkować. Poczekamy z wykładem.

Jako, że pani prowadząca wstrzymała wykład, po wyjściu sprawczyni tego zamieszania pytam:
- Pani doktor, a jakie to konsekwencję będą wyciągnięte? Wolałbym wiedzieć, jakbym ja się któregoś dnia zagapił.
Po sali rozszedł się pomruk, a pani przez zaciśnięte zęby wysyczała:
- Zobaczymy czy będzie pan taki mądry na egzaminie!

Mądry czy nie mądry, zaliczyłem w pierwszym terminie.

feministki mizoandria

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (315)

#86635

(PW) ·
| Do ulubionych
Świeża historia opowiedziana przez kolegę i zamieszczona za jego zgodą.

Po poluzowaniu obostrzeń i względnym uspokojeniu sytuacji na rynku dóbr i usług, kolega otworzył na nowo swój biznes. Szukał osoby do pracy na recepcji, bo poprzednia odeszła, a zaraz potem wybuchła pandemia.

Wymagania na to stanowisko praktycznie zerowe, praca prosta i bezstresowa, bo i firma mała. Przyszła Karyna. Wprawdzie nie tak się nazywała, ale to imię ją dobrze opisuje i tak ją nazwał kolega.

Szpachla na twarzy aż się kruszy, różowe włosy, tipsy tak na oko 3 centymetry długości i we wszystkich kolorach tęczy, kolczyk w nosie, a ubrana jakby spod latarni właśnie wyszła. No, ale mówią, że nie wolno oceniać ludzi po wyglądzie, więc kolega zadaje kilka standardowych pytań.

W CV stało tak:
Wykształcenie - liceum, ale bez matury.
Wiek - 21 lat.
Doświadczenie - modelka na instagramie.
Umiejętności - modeling i fotografia.

Niewiele to koledze mówiło, oprócz tego, że Karyna robi sobie zdjęcia, wrzuca je na insta i z jakiegoś powodu nazywa to pracą, więc pyta:
- Gdzie pani wcześniej pracowała?
- Zajmowałam się modelingiem na instagramie.
- Dlaczego chce pani u nas pracować?
- Tata mi kazał poszukać normalnej pracy, w której będą mi płacić.
Tu mała dygresja - kolega stwierdził w rozmowie ze mną, że ta odpowiedź podobała mu się bardziej niż te wszystkie bzdety o rozwoju osobistym i samorealizacji poprzez siedzenie na recepcji albo pakowanie paczek w magazynie, które słyszy na ogół od kandydatów.
- Rozumiem - mówi kolega - a jakie ma pani umiejętności?
- Jestem modelką na instagramie.
- Pytałem, co pani potrafi robić.
- Potrafię fotografować i obrabiać zdjęcia, ale mogę robić wszystko i szybko się uczę.
- Czy oprócz zawodu modelki na instagramie wykonywała pani jakąś inną pracę? Odbyła pani jakieś praktyki, staż?
- Nie.

Praca na recepcji, zwłaszcza w niewielkiej firmie jak u kolegi, nie jest jakaś bardzo skomplikowana. Mimo takiej a nie innej aparycji i totalnego oderwania od rzeczywistości, kolega nie chciał jej skreślać. Mówił mi: "A nuż dziewczyna się ogarnie, porobi trochę, pozna jak praca wygląda, złapie kontakt z rzeczywistością, potem pójdzie do jakiejś większej firmy, rozwinie się zawodowo i wyjdzie na ludzi." No więc kolega pyta:
- Jakie są pani oczekiwania finansowe?
Karyna na to:
- 6000 zł na rękę na początek byłoby ok.

Kolega mówił, że w duchu pękał ze śmiechu, ale zachował profesjonalizm i nawet nie pytając skąd wzięła taką kwotę, powiedział słynne:
- Zadzwonimy do pani.

Mówił mi, że jak nie będzie lepszych kandydatów, to zadzwoni do niej, zaproponuje jej realną stawkę, a jak się zgodzi to ją zatrudni.

praca karyna

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (243)

#86591

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem historia ze szkoły.

W gimnazjum pojechaliśmy na dwutygodniową wycieczkę nad morze. Na miejscu był do dyspozycji jeden pokój ośmioosobowy, a pozostałe były cztero, trzy i dwuosobowe. Przy wybieraniu pokojów zgłosiliśmy się z kolegami, że możemy zająć ten ośmioosobowy. Nie było sprzeciwu, wychowawczyni powiedziała ok, więc poszliśmy się rozpakowywać.

Godzinę później pukanie do drzwi. Przyszła wychowawczyni i mówi:
- Bo dziewczynki [tu wymieniła z imion ósemkę koleżanek) mówią, że bardzo chciałyby być razem w pokoju. Zwolnicie im ten pokój, co?
Wszyscy zgodnie zapytaliśmy z jakiej racji, zwłaszcza, że wcześniej nie były tym pokojem zainteresowane.
- No bądźcie koleżeńscy - mówi.
- To się nie nazywa koleżeństwo, tylko równi i równiejsi - zauważył jeden z kolegów. W odpowiedzi pani powiedziała mu, że jest bezczelny i będzie miał obniżoną ocenę z zachowania, a jak się nie przeniesiemy z tego pokoju to wszyscy będziemy mieć. Tu niektórzy wymiękli, inni uznali, że w sumie co nam szkodzi się przenieść i tak też sprzeciw się załamał i musieliśmy opuścić pokój. Zapakowaliśmy się i przenieśliśmy do dwóch czteroosobowych. W sumie i tak siedzieliśmy zawsze całą ekipą w jednym pokoju, oprócz snu oczywiście.

Minęły cztery dni. Kolejna wizyta pani wychowawczyni. Okazało się, że "dziewczynki" ciągle się kłócą i nie mogą już ze sobą wytrzymać. W związku z tym mamy wrócić do tamtego pokoju, a one się rozdzielą.

Jeden kolega otwarcie wybuchł śmiechem. Drugi powiedział, że tym razem nic z tego, bo już raz ustąpiliśmy i nie jesteśmy workami ziemniaków żeby nas rzucać z miejsca na miejsce. Wszyscy przyznaliśmy mu rację. Ze strony pani padły te same "argumenty" co wcześniej, czyli że mamy być koleżeńscy, jakby to miało cokolwiek wspólnego z koleżeńskością. Groźby obniżenia zachowania też nie pomogły. Pani zaczęła coraz silniej naciskać, więc mówię:

- Zaraz zadzwonię do ojca i powiem mu jak na wycieczce, za którą zapłacił, traktowany jest jego syn.
Koledzy mi zawtórowali, mówiąc, że zrobią to samo, a jeden uniósł do góry telefon i powiedział:
- Informuję panią, że nagrywam tę rozmowę.
Pani zrobiła się purpurowa, postała chwilę zbierając myśli, po czym wyszła, mówiąc, że nie potrafimy się zachować i psujemy wycieczkę całej klasie.
- Taa, my psujemy, bo to my od początku wycieczki się kłócimy i robimy problemy z niczego - rzucił za wychodzącą panią kolega.

Przez resztę wycieczki pani robiła co mogła by nam ją uprzykrzyć. Nasze pokoje były kontrolowane i przeszukiwane codziennie (inne raz czy dwa w ciągu całej wycieczki), do każdej atrakcji byliśmy ostatni, a jednego dnia jak byliśmy w parku narodowym i padał deszcz, to dziwnym trafem zabrakło dla nas jednorazowych płaszczy przeciwdeszczowych. Tylko dla nas.

Po powrocie z wycieczki pani nikomu zachowania nie obniżyła, ale przez jakiś czas jeszcze nam wypominała naszą "niekoleżeńskość".

PS: Oczywiście kolega blefował z tym nagrywaniem.

równi i równiejsi

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (291)
zarchiwizowany
Niektórzy ludzie mają dziwne pojęcie dobrej zabawy.

Kiedy wszyscy byliśmy jeszcze młodzi i piękni, kilkoro znajomych zrobiło łączoną imprezę z okazji 25 urodzin, tak zwaną ćwiarę. Wynajęli niewielki klub, z DJem, open barem i ochroną, każde zaprosiło znajomych z osobami towarzyszącymi i tym sposobem była impreza na kilkadziesiąt osób.

Wśród zaproszonych znalazła się też moja była. Przyszła ze swoim nowym facetem. Wydawało mi się, że rozstaliśmy się w zgodzie, ale ona chyba ciągle żywiła do mnie jakąs urazę. Najpierw zaczęła tańczyć (czyli machać swoimi "wdziękami" w rytm muzyki) przy loży, gdzie siedzieliśmy z grupką znajomych. Widząc, że wszyscy ją totalnie ignorują, przestała. Potem jak szedłem do baru to mnie zaczepiła i powiedziała, że będzie się dobrze bawić bez względu na to, że tu jestem.
- Cieszę się - mówię - ale niezbyt mnie to interesuje.
Syknęła i poszła się bawić.

Niedługo później widziałem i słyszałem jak kłóci się ze swoim facetem. Chłopak nie wytrzymał, powiedział że pier**** taką imprezę i sobie poszedł. Potem siedziała przy barze, płakała i waliła shoty, a koleżanki ją pocieszały. Później widziałem jak idzie do toalety z jakimś gościem, którego nie znam. Jakoś po godzinie 23, jak staliśmy z kolegami przed klubem i paliliśmy, ochroniarz akurat prowadził ją zarzyganą i półprzytomną do taksówki. Kolega skwitował:
- Ale porządna dziewczyna, bo wraca do domu przed północą.

Mam nadzieję, że mimo mojej obecności bawiła się dobrze.

impreza była dobra zabawa

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (303)

#86541

(PW) ·
| Do ulubionych
Zemsta to jedno z najcudowniejszych uczuć jakich można doświadczyć.

Przez jeden rok studiów wynajmowałem razem z kolegą mieszkanie blisko uczelni. Jak to w studenckich mieszkaniach, bywały czasem imprezy. Pewnego dnia mieliśmy organizować gruby melanż. Nazajutrz kolega miał jechać do domu rodzinnego, więc byłem przeciwny organizacji imprezy u nas, gdyż zostałbym sam do sprzątania po wszystkim. Kolega mówi, że spoko, że on pojedzie dopiero jak posprzątamy. Wstaniemy, ogarniemy mieszkanie i dopiero pojedzie. Uwierzyłem mu, choć nie powinienem, bo był typem cwaniaczka, który lubi wyręczać się innymi.

Budzę się koło 11 na kacu, rozglądam się, burdel nieziemski, a kolegi nie ma. Dzwonię, ale nie odbiera. Jego butów i kurtki też nie ma, do pokoju mu nie zaglądałem oczywiście, ale wszystko wskazywało na to, że pojechał po cichu z samego rana i zostawił mnie z okrutnym bałaganem po imprezie. Posprzątałem, trudno. Czyszcząc obrzygany kibel byłem pewien, że nie zostawię tak tego. Kolega zadzwonił dwa dni później i wcisnął jakąś ściemę, że coś mu wypadło, miał coś rano do ogarnięcia, a potem od razu musiał jechać i nie mógł posprzątać ze mną. Nie ciągnąłem tematu, ale zapamiętałem i postanowiłem poczekać na odpowiedni moment. Później, jak wrócił, ani nie przeprosił ani nawet w żaden sposób nie próbował mi tego zrekompensować, choćby stawiając przysłowiowe piwo. Zamiast tego nadal cwaniakował i wydawało mi się, że próbuje jeszcze bardziej się mną wyręczać od momentu jak zobaczył, że raz mu się udało. Klamka zapadła.

Odpowiedni moment nadszedł kilka lat później, już po studiach. Cwaniaczek się przeprowadzał i szkoda mu było kasy na ekipę przeprowadzkową, ale przypomniał sobie że mam dostawczaka i mogę mu pomóc.
- Oczywiście - mówię - pewnie, że ci pomogę.
Umówiliśmy się, że zniesie wszystko na dół przed blok, a ja podjadę i załadujemy. Umówionego dnia do mnie dzwoni i mówi, że właśnie znosi rzeczy i że mogę już właściwie podjechać. Powiedziałem mu, że mam coś do załatwienia i będę później, ale niech zniesie wszystko to akurat załadujemy jak podjadę.

W końcu podjeżdżam pod klatkę i widzę go jak stoi ze swoimi rzeczami - kilka dużych kartonów i jakieś tam meble. Podjechałem najbliższej jak się dało, otworzyłem okno, pokazałem mu środkowy palec i śmiejąc się odjechałem.

Od razu zaczął wydzwaniać i wypisywać co ja w ogóle robię, co to ma być, itd. Poczekałem aż się trochę bardziej nakręci, aż w końcu odebrałem i mówię:
- Pamiętasz jak mnie zrobiłeś w ch*ja i musiałem za ciebie sprzątać, choć zarzekałeś się, że pomożesz? No, to teraz sobie na plecach te graty tachaj, frajerze!
- Ty jesteś jakiś po***bany! - powiedział i się rozłączył.

Koleżka auta nie miał, mieszkanie musiał zdać tego samego dnia, nowe lokum było w innym mieście, oddalonym o 40 km, a on został sam z rzeczami przed blokiem.

Znajomość oczywiście się zakończyła, ale było warto!

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (458)

#86416

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się taka historia sprzed paru lat.

Poznałem kobietę na imprezie, spodobaliśmy się sobie, oboje chcieliśmy się jeszcze zobaczyć, więc wymieniliśmy się numerami. Odezwała się i umówiliśmy się na spotkanie.

Siedzimy w ogródku piwnym, pijemy bezalkoholowe, rozmawiamy, a tu nagle dzwoni jej telefon.
- Przepraszam, ale muszę odebrać, bo to mąż.
Myślałem, że żartuje, ale odebrała i wcisnęła mu szybki kit, że właśnie jest w galerii i sobie chodzi po sklepach. Jak skończyła, to mówię:
- Nie wiedziałem, że masz męża.
- A jakie to ma znaczenie?
- Dla mnie ma, bo nie ruszam cudzych kobiet.
- Ale to tylko przygoda!
- Ja mam na to nieco inne określenie.
Wstałem, zapłaciłem za swoje piwo i wyszedłem.

Do teraz mi szkoda tego faceta jak sobie pomyślę jakie on musi mieć poroże...

kobiety

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (299)

#86178

(PW) ·
| Do ulubionych
O najbardziej żałosnym typie mężczyzny, czyli białorycerzu.

Jak mówi definicja:

"Rozszerzona wersja pantoflarza, od którego różni się tym, że służalczą i podporządkowaną postawę wykazuje nie wobec tylko jednej, swojej kobiety, a wobec wszystkich kobiet. (...) Białorycerz rzadko kiedy bywa w związku, gdyż jego postawa sprawia, że kobiety nie widzą w nim mężczyzny, a jedynie pociesznego kolegę, co na ogół prowadzi go do friendzone, w którym jest intensywnie eksploatowany jako chłopiec na posyłki."

Pełna definicja tutaj: https://www.miejski.pl/slowo-Bia%C5%82orycerz


A teraz do sedna.

Impreza domówka. Godzina 2 w nocy, zostaliśmy tylko ja, jeden kumpel, dwie koleżanki, no i gospodarz. Czas się zbierać. Niestety jesteśmy na strasznym zadupiu, gdzie uber nie jeździ. Mówię, że trzeba taksówkę jakąś zamówić, a koleżanka na to:
- Ja wam załatwię transport i to za darmo, każde pod sam dom!
Wyciągnęła telefon, napisała wiadomość, po dosłownie sekundzie dostała odpowiedź i mówi:
- Za pół godziny będzie.
- Kto będzie? - pytam.
- A, taki tam znajomy.
- O drugiej w nocy będzie mu się chciało jechać? - zapytała zdziwiona druga koleżanka.
Kolega i ja również zaczęliśmy żywo ciekawi wypytywać co to za znajomy, że w środku nocy będzie jechał na jakieś zadupie, a potem woził obcych ludzi po domach. Odpowiedziała, że to jej znajomy z pracy, który za nią lata, a ona go wykorzystuje- a to żeby gdzieś ją zawiózł, a to żeby przywiózł, to do tego, to do tamtego, a on z radością to robi, licząc na bliższą relację.
- A przewidujesz bliższą relację? - pytam.
- Z nim? Hahaha, no co ty!
Mimo, że białorycerstwo jest żałosne, to człowieka mi było szkoda. Było mi go szkoda tak, jak jest mi szkoda ludzi chorych, gdyż białorycerstwo uważam za chorobę.

Przyjechał, na przywitanie dała mu buzi w policzek, a on miał minę jakby łaska boża na niego spłynęła.
- Odwieziemy jeszcze koleżankę i dwóch kolegów - oznajmiła.
- Dobrze - przytaknął białorycerz.
Załadowaliśmy się do fury i jedziemy. Miałem wysiadać pierwszy, więc zbliżając się pytam:
- Ile ci za benzynę dać?
- Nic, nie trzeba - mówi koleżanka.
- Pytałem kolegi.
- Nic, nie trzeba - powtórzył kolega.
Zrobiłem facepalma, widząc, że ten człowiek jest w gównie po uszy. Zaglądam do portfela - 40 zł. Dojechaliśmy pod mój blok i mówię:
- Nie wiem jakie tam układy macie, ale ja jednak za benzynę i fatygę ci dam.
I wcisnąłem mu do ręki te 40 zł. Kilka dni później dowiedziałem się, że kolega i druga koleżanka też mu na siłę wcisnęli pieniądze, mimo że tamta oponowała, a on jej wtórował.

Nie wiem kto jest tu gorszy. Ten facet, że jest taki ślepy, głupi, naiwny i pozbawiony poczucia godności i własnej wartości, czy koleżanka, że go wykorzystuje zamiast powiedzieć, że nic między nimi nie będzie.

kobiety białorycerz białorycerstwo

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (301)

#85895

(PW) ·
| Do ulubionych
Zacznijmy od początku. W liceum miałem w klasie takiego lekko ciapowatego kolegę. Był on zakochany w koleżance z klasy, ale ta była złą i wręcz sadystyczną osobą, która zamiast jasno powiedzieć mu "nie", zrobiła sobie z niego pomagiera, którego regularnie wykorzystywała, jednocześnie wyśmiewając i poniżając przy całej klasie, a on na to pozwalał, cały czas mając nadzieję, że coś z tego będzie. W pamięć zapadła mi (i jak się okazało, nie tylko mi) scena, gdy zapytał ją nieśmiało czy mogą porozmawiać, a ona zajęta pisaniem sms-a rzuciła krótko, nawet na niego nie patrząc: "Sp*****laj". Popłakał się wtedy, ale też najwidoczniej zrozumiał, bo dał sobie z nią spokój.

Minęły lata, długie lata i udało nam się całą klasą umówić na spotkanie. Wynajęliśmy salę, catering, open bar, pełen wypas. Przyszła prawie cała klasa. Wszyscy się zmienili. Kolegi na początku nie poznałem. Z nieśmiałego, wrażliwego chłopca zmienił się pewnego siebie, pragmatycznego mężczyznę. Skończył studia, został inżynierem, pracuje w firmie lotniczej i dobrze zarabia. Koleżanka za to dzieciata, mieszka z facetem, który nie jest ojcem jej dziecka, nie pracuje, żyje z zasiłków i 500+ i choć wizualnie nadal atrakcyjna, to widać było na jej twarzy efekty znacznego nadużywania papierosów, alkoholu i mocniejszych specyfików, którymi osładza sobie smutną i pozbawioną nadziei egzystencję.

Zobaczywszy kolegę i usłyszawszy. jakie ma życie, zaczęła się nim intensywnie interesować, prawdopodobnie pamiętając. jak za nią latał w szkole i ujrzawszy w nim szansę na poprawę swojego bytu.

Kolega jednak nie jest w ciemię bity.

Podczas imprezy, w miarę działania alkoholu, zaczynała coraz bardziej się do niego przystawiać. Ten grzecznie, choć stanowczo jej odmawiał. Raz, drugi, trzeci i kolejne. Całe towarzystwo patrzyło na to z zażenowaniem, a potem już obrzydzeniem, zwłaszcza pamiętając, jak traktowała go w szkole. Padło nawet z czyichś ust krótkie i niezwykle trafne słowo określające kawałek materiału lub też kobietę, która zdradza swojego partnera, gdyż to właśnie koleżanka chciała zrobić. Po którejś kulturalnej odmowie kolegi, odpuściła. Jak się okazało, tylko chwilowo. Wyszliśmy na zewnątrz przewietrzyć się, a palący zapalić. Rozmawiamy w małych grupkach, ja stoję z kolegą i trzema innymi, palimy, a tu podchodzi do niego koleżanka i zaczyna znowu coś gadać. On na to, wypuszczając od niechcenia dym i nawet na nią nie patrząc, rzucił krótko: "Sp*****laj". Wybuchnąłem śmiechem, inni też. Ona się popłakała. Koło się zatoczyło.

Po szlugu wróciliśmy do sali, koleżanka, nadal płacząc, wzięła torebkę i wyszła. Przez resztę imprezy wszyscy piliśmy zdrowie kumpla.

karma

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 305 (445)

#85651

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak z frajera, którego nikt nie lubi stać się jeszcze większym frajerem, którego tym bardziej nikt nie lubi.

Mieliśmy w ekipie takiego kolegę, który wszystkich wokół denerwował swoim wywyższaniem się, krytykowaniem wszystkich za wszystko i gadaniem, że on by to (znaczy wszystko, cokolwiek) zrobił lepiej, bajkopisarstwem (czego to on nie robił) i obgadywaniem każdego za plecami. Słowem - frajer. Tak też będę go nazywał w dalszej części tej historii.

Został więc frajer z ekipy wydalony i poddany ostracyzmowi, czyli nikt nie odbierał od niego telefonów, nikt do niego nie dzwonił, nikt go nigdzie nie zapraszał. Ja niestety musiałem spędzać z nim czas, bo pracowaliśmy razem.

Pewnego razu inny kolega z ekipy miał urodziny i robił imprezę. Niestety, na drugi dzień musiałem iść do pracy, dlatego wypiłem tylko cztery piwa i zawinąłem się wcześnie. Frajer oczywiście nie został zaproszony.

Wchodzę nazajutrz do pracy i pierwsze co widzę to kierownika, który mnie zaprasza do siebie. Wchodzę do pokoju, a ten mi daje alkomat. Dmucham bez stresu i wychodzi oczywiście 00. Błyskawiczna analiza w głowie i wszystko już wiem.

Otóż frajer, wiedząc że jest impreza i na pewno na niej będę, a jego nie zaproszono, chciał mi zrobić na złość i doniósł szefostwu, że przyjdę do pracy pijany.
Nie omieszkałem opowiedzieć o tym WSZYSTKIM w zakładzie, co do osoby (co nie było trudne, bo zakład niewielki i wszyscy się znali, kilkanaście osób), z kierownikiem włącznie, który wprawdzie potwierdzić nie mógł, ale nie próbował nawet zaprzeczać jak mu powiedziałem, że wiem kto na mnie doniósł.

Efekt - stosunek innych pracowników do frajera zmienił się z neutralnego na wysoce negatywny. Ten oczywiście twierdził, że to nieprawda, że zmyśliłem sobie, ale oczywiście nikt mu nie uwierzył, bo do tego czasu ludzie zdążyli się na nim poznać, a sytuacja ta tylko utwierdziła ich w przekonaniu kim jest - frajerem.

Nikt nie lubi złośliwych mend.

frajerstwo

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (221)

#85640

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwielbiam uczyć złych ludzi pokory i szacunku.

Dzisiaj będzie popularny temat, czyli o wojującej feministce.

Historia dość stara, bo ze studiów. Otóż mieliśmy w grupie taką świrniętą laskę. Uroda 6/10, intelekt 0/10, kultura osobista 0/10. Wojująca feministka, lewaczka i zatwardziała mizoandryczka, co na każdym kroku podkreślała. Uczelnia z tych "otwartych i tolerancyjnych" toteż wykładowcom nie przeszkadzały potoki jadu jakie z siebie wylewała w kierunku mężczyzn i każdej kobiety, która się z nią nie zgadzała. Potrafiła przejąć wykład i nadawać swoje farmazony, a prowadzący nie śmiał jej przerwać.

Któregoś dnia zimą (wtedy jeszcze były w Polsce zimy) wychodzę po zajęciach, godzina 17 i ciemno, a tu na parkingu stoi cała moja grupa. Podchodzę, a to naszej ulubionej koleżance auto padło, a konkretnie akumulator, bo nie zgasiła świateł. Auto na tyle nowe by odpalanie z pychu nie pomogło i na tyle stare by nie było jeszcze pikacza, który informuje o niezgaszonych światłach. Kilku kolegów z grupy zgodnie z prawdą stwierdziło, że jedyne co może pomóc to kable rozruchowe, których niestety nikt przy sobie nie miał.

Wiedziałem, że teraz będzie ubaw.

Poszedłem do swojego auta, wyciągnąłem kable z bagażnika, pokazuję i pytam, choć wiem:
- Czy chodzi może o takie kable?
- Tak - mówi ktoś.
- Daj - mówi feministka.
- Daj to był chiński sprzedawca jaj - mówię ja.
Widzę zdziwienie i oburzenie na jej twarzy i po chwili słyszę:
- No daj bo muszę do domu jechać.
- Od początku roku [to był pierwszy rok na uczelni] mnie obrażasz, a teraz oczekujesz, że ci pomogę?
Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała co. Włączyła się koleżanka:
- No nie bądź taki, daj jej te kable.
No to mówię:
- Przecież wiele razy mówiła, że mężczyźni są bezużyteczni i niepotrzebni, więc gdyby nas nie było to i tak nikt jej by tych kabli nie dał i musiałaby sobie jakoś poradzić. No to niech sobie radzi, a przede wszystkim niech nauczy się popierać swoje słowa czynami.
Po grupie przeszedł pomruk "mmmhm" co znaczyło mniej-więcej, że przyznają mi rację. W jednym koledze tylko odezwał się białorycerz:
- Dobra, nie p****l tylko daj te kable.
- Mowy nie ma, to będzie dla niej dobra lekcja szacunku do innych ludzi.
- Dawaj te kable albo sam je wezmę.
- Spróbuj - prychnąłem srogo, bo jego też systematycznie obrażała, a teraz on był gotów bić dla niej człowieka i łamać prawo. Białorycerz jednak wypękał i nie próbował zabrać mi kabli ani nic już nie powiedział. Patrzę na feministkę i widzę zaszklone oczy, a na twarzy wyraz totalnej bezsilności. Czas na ostatni akt tego dramatu. Mówię więc:
- Dobra, bo późno się robi, ciemno, zimno, jadę do domu - po czym dodałem z dobrodusznym uśmiechem - podrzucić kogoś gdzieś?

Wsiadłem do auta i odjechałem, z poczuciem spełnionego obowiązku.

Epilog.
Co się dowiedziałem nazajutrz. Feministka przez jakiś czas jeszcze zaczepiała ludzi na uczelni i pytała czy ktoś ma kable. Nikt nie miał. W końcu pojechała do domu komunikacją, a potem ktoś tam od niej z rodziny przyjechał z kablami i ogarnął auto. Niestety, ale niczego się nie nauczyła, bo zachowania swojego nie zmieniła.

PS: Tak, wiem, feministki i białorycerze napiszą, że fejk. To się nazywa wyparcie.

feministki lewactwo

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (376)