Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ejcia

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2012 - 20:47
Ostatnio: 13 grudnia 2018 - 15:29
  • Historii na głównej: 105 z 222
  • Punktów za historie: 44779
  • Komentarzy: 344
  • Punktów za komentarze: 1538
 
poczekalnia

#83724

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przychodnia lekarza rodzinnego. Godzina trzynasta, w rejestracji dzwoni telefon. Po głosie sądząc, mężczyzna w średnim wieku.
- Dobry, do doktor Iksińskiej chciałem.
Rejestratorka sprawdza w komputerze.
- Zapraszam na godz. szesnastą.
- Tak późnooo? Pani, to już ciemno będzie, ja się boję po zmroku chodzić!

1. Teraz, kiedy to piszę jest własnie szesnasta, za oknem dopiero szarówka.
2. Pan zadzwonił po południu i dostał termin na za trzy godziny, szczerze mówiąc i tak miął sporo szczęścia, bo chętnych jest tylu, że nieraz po godzinie-dwóch brak miejsc.
3. Jest zima... Zmierzch zapada szybko. Nic tylko wywiesić ogłoszenie: W trosce o Państwa komfort i bezpieczeństwo pacjenci przyjmowani będą wyłącznie do zapadnięcia zmroku.

A potem zdziwienie, że ludziom mającym tzw pierwszy kontakt z klientem czasami brakuje cierpliwości.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (102)

#83535

(PW) ·
| Do ulubionych
Zepsuty tramwaj zatrzymał się poza peronem, a że niestety nie był niskopodłogowy, Ejcia - osoba niepełnosprawna, miała nieco problemów z opuszczeniem go. Idzie sobie więc, może nie o kulach, ale utyka dość wyraźnie, zwalnia, chwyta się poręczy, ustawia dokładnie nogę na stopniu.

Co w tym momencie powinien zrobić współpasażer, czekający do wyjścia za taką osobą? Ano powinien ją popchnąć. Dwukrotnie i ewidentnie celowo, o przypadkowym szturchnięciu nie było mowy.

komunikacja_miejska

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (115)

#83408

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój tata pochodzi z miejscowości położonej około sto kilometrów od naszego obecnego miejsca zamieszkania. Tam w lesie jest mały, murowany cokół, na nim pamiątkowy krzyż i tablica po zastrzelonym podczas wojny wujku. Rok temu tata w miarę możliwości odnowił miejsce, które od czasów krótko po wojnie nie było już w dobrym stanie, w porozumieniu z leśniczym posadził kilka małych świerków.

Pojechaliśmy tam ponownie wczoraj - taki zwyczaj, zajrzeć raz do roku przed Wszystkimi Świętymi w drodze na inne groby, odgarnąć liście, zmienić kwiaty. Co zastaliśmy? Z sześciu drzewek zostały dwa. Z czego jedno uschnięte, a drugiego ledwie kikut przy ziemi, reszta obcięta, jakby ktoś sobie na choinkę zabrał.
A żebyś tak, złodzieju, kiedyś pokrzywami obrósł.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (179)

#83407

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w dziesięciopiętrowym wieżowcu. Bardzo często zdarza się u nas zapchanie kanalizacji, wówczas ścieki wylewają w piwnicy, szamba po kostki i śmierdzi jak w oczyszczalni.

Pracownicy spółdzielni stwierdzili, że przyczyną jest traktowanie sedesu jako kosza na śmieci, znajdowali w rurach m.in. ubrania, gruz czy włosy (takie po obcinaniu, nie kilka kłaczków z grzebienia. Co ciekawe, problem występuje zawsze w jednym i tym samym pionie i tajemnicą poliszynela jest to, że winę ponoszą dwie chore psychicznie lokatorki - matka i córka.

Spółdzielnia obciąża mieszańców bloku kosztami interwencji, co kilka dni trudno wytrzymać od smrodu, a na dwie panie nie ma rady, bo oficjalnie nikt ich za rękę nie złapał.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (131)

#83029

(PW) ·
| Do ulubionych
Chodzę na grotę solną. Dziś nie pasowało mi iść w moje stałe miejsce, więc wybrałam się do innej, którą znałam z dawniejszych lat. Na miejscu okazało się, że będzie również matka z dwójką dzieci, ok. 2 i 5 lat.

Seans polegał na wysłuchiwaniu wrzasków, pisków i gadaniny pokłosia Pani Matki, która siedziała z nosem w telefonie. O ile samo świecenie nie przeszkadzało, to ploteczki na linii już owszem (w takich miejscach należy wyciszać telefony).

Ideą groty solnej jest inhalacja oraz wyciszenie się - i po to przyszłam. Trudno o relaks, kiedy obok co chwila wybucha awantura, kto ma mieć większe wiaderko do zabawy, a kto większą łopatkę, piski, kto kogo sypnął solą, a kto komu co zabiera, zabawki są unoszone w dwóch rękach nad głowę i z rozmachem ciskane o ziemię. Mamuśka niby niemrawo usiłowała interweniować, ale nie na wiele się to zdawało. Zdecydowana reakcja była jedna - i to na moją uwagę - kiedy maluchy zaczęły trącać mój leżak i próbować zagadywać.

Tak, dzieci są częścią świata. Tak, mają prawo korzystać z tego typu ośrodków. Szkoda tylko, że opiekunowie nie są w stanie nad nimi zapanować, żeby nie uniemożliwiały korzystania z groty innym. W mojej "stałej" miejscówce są wyznaczone godziny wyłącznie dla dorosłych. Można przyjść, kiedy się chce, ale pani na recepcji zawsze z góry uprzedza, że jest to seans ogólnodostępny.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (134)

#67828

(PW) ·
| Do ulubionych
Bo pieszy na pasach ma pierwszeństwo.

Dwie historyjki tylko z dzisiejszego dnia. Poruszam się po mieście skuterem. Ostrożnie, zgodnie z zasadami, bez szaleństw. Zjeżdżam z ronda Rataje w Poznaniu (bardzo duże i ruchliwe). Zaraz za zjazdem jest przejście dla pieszych z sygnalizacją świetlną.

Podjeżdżam do niego dość ostrożnie, bo wiem, że zielone lubi się zapalić niespodziewanie, tymczasem jednak nadal czerwone. Nagle jedna pani, dotychczas grzecznie czekająca, pewnym krokiem wchodzi na jezdnię, prosto mi pod koła. Ostre hamowanie, ona odskoczyła z powrotem na chodnik. Akurat bardzo mi się spieszyło, więc bez dyskusji jadę dalej, ale zdążyłam jeszcze usłyszeć rzucone do telefonu przy uchu: no k***, szaleńcy na tych skuterach!

Sytuacja druga. Boczna uliczka, akurat w remoncie, spore różnice w poziomie asfaltu, jadę dosłownie 5/h. Równym tempem z idącym chodnikiem panem. Ramię w ramię. Przejście dla pieszych, facet bez jakiegokolwiek sygnału zwrot w lewo o 90* i wchodzi na pasy. Tak samo prościutko pod pojazd. Autem, przy minimalnie większej prędkości potrąciłabym go. No ale co: teren zabudowany, on był na przejściu...

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (258)

#82593

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowem wstępnym - jednym z punktów mojej dniówki w pracy jest około godzinny przejazd z placówki do placówki. Wozi mnie kierowca.

I wszystko było w porządku, dopóki pracował poprzedni facet. Miły, sympatyczny, pełna komitywa. Niestety, co dobre nie trwa długo, kilka miesięcy temu odszedł z pracy i zastąpił go nowy.

Tu się zaczęło.

Koleś troglodyty pierwsze wcielenie. Przeklina. Strasznie, po kilka razy w zdaniu. Nie tylko w chwilach zdenerwowania, ale głównie jako przerywnik. Bo *** wiecie, czasami *** trzeba zdanie *** urozmaicić. Nawet pomijając przekleństwa, poziom słownictwa pozostawia wiele do życzenia. Dosłownie chamstwo z prostactwem.

Kiedyś zupełnie bezpodstawnie wyjechał do mnie z wyjątkowo bogatym zlepkiem "panienek" (jako dodatki w zdaniu, nie epitety pod moim adresem). Już nie zdzierżyłam, poprosiłam, żeby nieco przystopował. Odpowiedział mi wybuch gromkiego śmiechu: "Ja tam się nie przejmuję, hłe hłe hłe”.

Co chwila zarzuca prostackimi żarcikami, po czym wybucha "firmowym" rechotem, a kiedy jakoś niespieszno mi docenić jego poczucie humoru, zaczyna mnie szturchać łokciem w bok: "Dobre, co nie? Hłe, hłe, hłe... Co taka markotna?”.

Co chwilka beka/charka/chrząka, aż się brzydzi przebywać obok. Chłop tęgi, zwłaszcza teraz latem upocony jak szczur, rozwala się za kierownicą, wchodzi na "moje terytorium". Odsuwam się, ile mogę w prawo, ale to niewiele daje, co chwila jednak go dotknę, takiego zimnego, mokrego jak ryba.

Denerwuje mnie to niemożebnie, choć już jakoś przywykłam. Ale dzisiaj padł rekord. Jak by tu delikatnie powiedzieć... O ile zwykle tylko psuje mi nastrój, tak tym razem zepsute zostało powietrze w samochodzie. No... Różne są sytuacje, ok... Ale czy jestem w błędzie, myśląc, że większość ludzi by w takiej sytuacji straszliwie speszona wydukała to podstawowe "przepraszam"? Zamiast tego poleciała kolejna seria przezabawnych, prostackich komentarzy, próby wymuszenia odpowiedzi szturchaniem i koniec końców wrzaśnięcie do ucha: "co nie?”.

Słów brak.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (176)

#82482

(PW) ·
| Do ulubionych
Trzy miesiące temu zapisywałam się na kontrolę do ginekologa. Cóż, tyle czasu naprzód albo się uda wstrzelić z terminem w odpowiedni czas, albo nie. Przy zapisach rejestratorka uspokoiła mnie, że ewentualne przesunięcie o tydzień nie będzie problemem.

Rzeczywiście zaistniała potrzeba przełożenia wizyty. Dzwoniłam trzy razy (pierwsze dwa czekałam bezskutecznie na lini po 25 minut), trzeci (odebrany zaledwie w 15. minucie) przyniósł informację, że w żadnym wypadku przesunąć mnie nie mogą, co najwyżej mogę czekać kolejne pół roku, jakbym rejestrowała się na nowo.

Udałam się osobiście do placówki - sprawa załatwiona od ręki. Nagle można.

Nadszedł ustalony dzień, w poczekalni przywitała mnie kolejka jak nigdy. Lekarz spóźnił się do pracy. Cóż, różnie bywa, pokażcie mi takiego, komu w życiu się nie zdarzyło. Największym problemem nie był jednak zator, ale inne oczekujące panie.

Tak, wiem, że ciężarne mają prawo wejść bez kolejki. Natomiast tutaj doszło do sytuacji, że kobiety w stanie nieodmiennym (sztuk dwie) czekały w nieskończoność, podczas gdy cały czas dochodziły ciężarne "na swoją godzinę" i wchodziły niemal z marszu - bo mają takie prawo. Były przy tym wredne i aroganckie, prośby i argumenty, że spieszę się do pracy spotykały się jedynie z ironicznymi uśmieszkami i pyskówką. Żeby nie było, jakoś nie wyglądały na biedne, zmęczone i wykończone bohaterskim dźwiganiem przyszłości narodu - wesoło plotkowały na swoje "matkowe" tematy, heheszkując, która ma łatwiej z podrzuceniem poprzednich dzieci dziadkom, a u której synka - cytuję - na USG prędzej było widać sisiolka.

Personel nie mógł nic zrobić, bo ustawa. Przez babsztyle spóźniłam się do pracy ponad godzinę.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (162)
zarchiwizowany

#82592

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z dawnych lat, przypomniała mi się, kiedy spotkałam na ulicy jej bohaterkę.
Zawsze moim ulubionym przedmiotem w szkole był polski. Radziłam sobie z nim dobrze, szczególne lubiłam pisać wypracowania na tzw "wolny temat". Czyli opowiadania, listy, kartka z pamiętnika postaci z literatury itd.
Któregoś razu po chorobie i nieobecności dowiedziałam się, że klasa w tym czasie m.in. dostała do napisania tzw nowelę z sokołem, czyli jednym wybranym motywem przewijającym się przez cały utwór. Mi w to graj. Przysiadłam, wysmarowałam opowiadanie na kilka stron, starając się je jak najbardziej dopieścić. Dumna zaniosłam nauczycielce do sprawdzenia. Rzuciła okiem, że jest, "odhaczyła" w dzienniku wykonanie, ale nie oceniła. Kiedy poprosiłam o dokładniejsze sprawdzenie stwierdziła, że wypracowania reszty klasy zostały już oddane jej się teraz nie chce wracać do tematu i - cytuję - "bawić się". Nie zależało mi na kolejnej czwórce czy piątce do kolekcji, ale komentarze i wskazówki chłonęłam jak gąbka. Jak nie, to niech ostatecznie nie wpisuje stopnia, ale przynajmniej jakieś słowo: dobrze, niedobrze, tu poprawić, a tam zmienić.
Męczyłam się wtedy z pisaniem cały wieczór, efekt uważałam za naprawdę dobry. Było mi bardzo przykro.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (26)

#66829

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdaje sobie sprawę, że dziecku w wielu sprawach się ustępuje i wiele daje, ale po pewnym czasie po prostu człowiek zaczyna bronić swojego terytorium, nawet w sprawach, które pozornie wydają się błahe. Moja starsza siostra doczekała się synka, który obecnie ma 5 lat. Przy czym na chwałę siostry muszę przyznać, że wyleczyła się już z pieluszkowego zapalenia mózgu i w tej chwili więcej problemów sprawia babcia dziecka (nasza mama).

Kupuje małemu tony zabawek, jak sama mówi - ona miała ich mało i chce żeby on miał lepiej. Są to drobiazgi, ale zajmują miejsce. Przy czym wszystko ma czekać na jakąś okazję, po czym kiedy okazja nadchodzi zapomina o gotowym prezencie i kupuje kolejny. W efekcie we wszystkich schowkach piętrzą się tony zabawek. Ostatnio zostałam zapytana, czy użyczę miejsca w swoim pokoju. Nie, nie użyczę. Zawaliła kompletnie swój pokój i salon, tylko pozwolić, to zawali kolejny pokój, a tak brak miejsca ją trochę hamuje.

Uwielbiam majsterkować i robić coś z niczego. Kupiłam kiedyś kokosa, przepiłowałam ładnie skorupę i zastanawiam się później na głos, coby z niej fajnego zrobić. Sugestia babci: dorób zawiasy, zamknięcie, nasyp cukierków i daj Piotrusiowi.
Tak. Będę siedziała pół dnia z młotkiem i pilnikiem, żeby dziecko po chwili rzuciło w kąt.

Kupiłam sobie herbatę smakową. U nas raczej pija się czarną, więc leżała dość długo, a wypiłam raptem kilka razy. Ale pamiętam gdzie jest, wszystko zależy od apetytu. Kiedyś patrzę, Piotrek trzyma kubek, z którego charakterystycznie pachnie. Ok, nie ma problemu, nie sobie wypije. Ale zaczęło się to powtarzać nagminnie, ani nie zauważyłam kiedy, a w pudełku już ledwo co na dnie. Wiedząc z doświadczenia, że wszelkie rozmowy nic nie dadzą schowałam herbatę u siebie, nie ma. Najbliższa wizyta rodzinki siostry, babcia woła mnie i pyta, czy nie wiem, gdzie PIOTRUSIA herbatka. Po wyjaśnieniu rzeczywistej przynależności i powodu schowania usłyszałam: Dziecku żałujesz?
Nie, nie żałuję, ale przy mojej częstotliwości picia wychodzi na to, że musiałabym mu ją całkiem oddać, a tania nie była.

Dostałam od koleżanki za jakaś przysługę duże pudło galaretek w cukrze. Postawiłam na stole do ogólnego użytku, częstuje się kto chce. Ubywa powoli, ale ciągle. Ostatnio babcia jadąc do siostry zaproponowała mi, że może ona by te galaretki spakowała i zawiozła Piotrusiowi.

Czy ja mam prawo mieć jakąkolwiek własność w tym domu?

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (550)