Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

elektryk_elektronik

Zamieszcza historie od: 10 lipca 2018 - 10:17
Ostatnio: 17 października 2018 - 8:53
  • Historii na głównej: 6 z 7
  • Punktów za historie: 835
  • Komentarzy: 27
  • Punktów za komentarze: 42
 

#83258

(PW) ·
| Do ulubionych
Mechanicy samochodowi - temat rzeka.

Od kilku lat korzystam raczej z jednego, w miarę spełnia moje oczekiwania mechanika tzn. nie wymyśla bulbulatorów itp. rzeczy zużytych. Wymienia, co trzeba. Często-gęsto sam wiem, co jest do zrobienia, więc kupuję części, żeby zaoszczędzić czas i pieniądze. Mechanik na taki układ się godzi, nawet jest mu to na rękę, bo nie zawsze wszystko jest.

Niedawno zorientowałem się, iż w moim TDI-ku 130-konnym w tamtą zimę był problem z temperaturą w środku. W sensie rozgrzanie silnika do 90 stopni trwało wieki, przez co również w kabinie wiało chłodem.

Wertując elektrodę i ogólnie fora, natrafiłem na coś takiego jak fabryczny podgrzewacz płynu chłodzącego do którego wkręcane są 3 świece żarowe.

Sprawdziłem, jak to wygląda w mojej octavii i już próba zdjęcia przewodów do tych świec spowodowała, iż przewód praktycznie popękał i rozsypał się w rękach. Szybka analiza sytuacji - świeca rozgrzewa się do nawet 1050 stopni, więc przewodem płynie dość duży prąd. Uszkodzony przewód może zrobić zwarcie, pożar, nie ma co ryzykować, trzeba zmieniać również przewody do tych dodatkowych świec.

Tu piekielność pierwsza:

Najpopularniejszy chyba sklep motoryzacyjny.
Wybrałem się z dowodem rejestracyjnym skody i pytam o przewody świec żarowych służących do podgrzewania wstępnego płynu chłodniczego. Wyraz twarzy tego człowieka brzmiał: że co??? Podszedł do drugiego, pyta, czy słyszał o czymś takim, mówi, że słyszał, ale tylko ASO. Podziękowałem, wyszedłem.

Następna hurtownia - reakcja sprzedawcy podobna.

Sklep trzeci - nie ma czegoś takiego jak świece żarowe do podgrzewania płynu chłodzącego.

Czwarte miejsce - sklep motoryzacyjny z częściami do skody z Łodzi - pan wydawał się zorientowany, podał mi numer części i kazał internetowo złożyć zamówienie.Wklepuję numerek, a tu zonk - świeca, a nie przewód. Dzwonię ponownie - tamten pan już zajęty i nie ma czasu. Oddzwoni - już 3. dzień nie oddzwania, pewnie nikt mu nawet nie przekazał.

W końcu w lokalnym sklepie w Krakowie znalazłem owe przewody. Świece kupiłem na Allegro po 10 zł, gdyż lokalny sklepik wyczuł okazję i świece warte 15 zł chciał sprzedać za 75 zł sztuka. ;)

Następnego dnia pojechałem do warsztatu, a z racji tego, że wymieniane były drążki kierownicze i końcówki drążków, mechanik zalecił zrobienie zbieżności.

Faktycznie, samochód po wymianie leci na prawo. Zbieżność umówiona na 12 następnego dnia.
Samochód odstawiłem 11:40 i koło 13 zadzwonił kierownik, że samochód gotowy.

Zapłaciłem, odebrałem i wyjeżdżam.

Mniej więcej po 2 km stwierdziłem, że puszczę na chwilę kierownicę, gdyż wydaje mi się, że kierownica dalej nie jest ustawiona na prosto. Nie myliłem się - puściłem kierownicę, a auto jeszcze bardziej niż wcześniej zjeżdża w prawo.

Wróciłem do warsztatu, opisuję sytuację i następuje poprawka nr 1. Po ok 30 min. pan mówi, że już jest ok, zabieram go na jazdę próbną - zonk, dalej ściąga na prawo.

Poprawka numer 2 - po 40 min. jedziemy na jazdę próbną - efekt ten sam, jak po poprawce numer 1.

Poprawka numer 3 - zmieniamy koło prawe z lewym, kolejne regulacje, po godzinie ruszamy na jazdę próbną. Bez zmian - auto dalej ściąga na prawo.

Nie wytrzymałem - poprosiłem o zwrot pieniędzy i pojadę do innego miejsca. Pan Kierownik jednak sugeruje, że to wybite tuleje tylnej belki albo górne łożysko amortyzatora.

Nie daję za wygraną - gdyby była to kwestia tulei belki, byłby efekt tzw. pływającej dupy. Tylną częścią auta by mi nosiło, a nie przednią.

W międzyczasie przyjeżdża znajoma - mówię, aby prowadziła, gdyż ja już zdenerwowany jestem i nie powinienem…

Skręca maksymalnie w prawo i słychać mocny zgrzyt - coś w zawieszeniu.

Wracamy kolejny raz do warsztatu - proszę, aby podszedł inny człowiek i sprawdził, czy na pewno wszystko jest dokręcone, gdyż po tych wszystkich manewrach pojawił się dziwny zgrzyt.

Mechanik numer 2 wjeżdża, sprawdza, kątem oka widzę, że dokręca jedną ze śrub. Auto wyjeżdża - mechanik 2 mówi, że wszystko było dokręcone i mi się wydaje… Sprawdzam - dalej skrzypi/trze metal o metal.

Pytam, jakie widzi rozwiązanie, bo jest gorzej niż było. Proponuje wizytę u Kierownika, gdyż on nie jest decyzyjny. Idę do Kierownika - chłopaczek 35 lat, uśmieszek i papieros w ustach - bardzo prokliencka postawa.

Mówię, jaki jest problem, na co Kierownik stwierdza, że samochód jest stary, ma prawie 400 tys. przejechane, więc może skrzypieć i jeździć prosto nie będzie. On za darmo nie będzie mi nic wymieniał.

Zagotowałem się.

Auto ma faktycznie 15 lat, natomiast jest doinwestowane i w stanie lepszym niż niejeden 7-8-latek…

Szybkie wyliczenia w głowie pokazują, iż mam do czynienia z chamstwem i szkoda mojego czasu. Sumarycznie czas ustawiania zbieżności 11:40 do 17:40. Efekt - auto jak nie jeździło prosto, tak nie jeździ dalej.

Podsumowując - warsztat od wszystkiego, wyszło, że jest do niczego.

Kraków mechanik

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (107)
poczekalnia
Miałem edytować poprzednią historię https://piekielni.pl/83243
ale jednak będzie nowa.

Krótko streszczając :
Zamówiłem Klientowi kuriera Pocztex po przesyłkę, która w drodze do mnie została zniszczona.
Protokół spisany z kurierem. Reklamacja złożona 24 sierpnia i do 28 września cisza.

"§ 14 rozporządzenia Ministra Administracji i Cyfryzacji z dnia 26 listopada 2013 r. w sprawie reklamacji usługi pocztowej (Dz. U. z 2018 r., poz. 421): „Nieudzielenie przez operatora pocztowego odpowiedzi na reklamację w terminie, o którym mowa w § 9 ust. 1, lub na odwołanie od reklamacji w terminie, o którym mowa w § 12 ust. 1, skutkuje uznaniem reklamacji.”

Zadowolony, że poszło gładko oczekiwałem na zwrot przez Pocztę pieniędzy, jednak nikt się nie odzywał.

28 września dostałem mailowo decyzję, z której wynika iż nie jestem uprawniony do składania reklamacji, gdyż nadawałem przez pośrednika sendit i to oni powinni składać reklamację.
Zagotowałem. Mam prawo złożyć reklamację jako odbiorca przesyłki po jej odebraniu.
2 października otrzymałem kolejną decyzję (nic w międzyczasie nie pisząć do Poczty), że jednak po przeanalizowaniu zmieniają decyzję i jestem osobą uprawnioną do składania reklamacji.
4 października została wysłana kolejna decyzja ( o tym dowiedziałem się dzwoniąc na infolinię, gdyż do mnie ona nie dotarła).
8 października otrzymałem maila z decyzją z dnia 4 października iż Poczta przyznaje się do uszkodzenia paczki i zwraca mi 100 zł gdyż paczka nie była z zadeklarowaną zawartością więc nie mogą więcej.
Paczka była ubezpieczona - proszę zgłosić szkodę do ubezpieczyciela.
Nie ukrywając zagotowałem.

Od 24 sierpnia do 10 października trwał proces wydawania decyzji a zgodnie z prawem, jeśli nie ustosunkują się w ciągu 30 dni to z automatu reklamacja powinna być rozpatrzona na moją korzyść.
Broker jakim jest firma sendit nie oferuje możliwości zadeklarowania wartości przesyłki więc jak tu dochodzić swoich praw ?
Oczywiście wczoraj, czyli 10 października zgłosiłem reklamację do ubezpieczyciela ale ten ma znowu 30 dni na rozpatrzenie.

Nurtuje mnie jednak kwestia decyzji wydanej przez Pocztę.
Skoro uznali reklamację za zasadną, wypłacili następnego dnia to 100 zł to dlaczego nie uznali mojego żądania zgodnie z dołączonym kosztorysem naprawy ?
W Internecie można przeczytać jak zwykle, że :
1) Przewoźnik przy braku zadeklarowania wartości z urzędu wycenia ją na 100 zł
2) Adresat określa szkodę jaka została wyrządzona na podstawie ekspertyzy/dowodu zakupu/faktury za naprawę.

Jaka jest prawda ?
Czy mogę dalej próbować odwoływać się od decyzji Poczty z uwagi na przekroczony czas rozpatrzenia reklamacji i żądać od nich kwoty z ekspertyzy ?

poczta reklamacje

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (38)
Mniej więcej od 10 lat naprawiam sprzęt elektroniczny, również wysyłkowo.
Nigdy nie miałem problemów z kurierami. Jeśli nawet nie było mnie w domu, zostawiali u sąsiadów/fryzjera/w sklepie - tak żeby wszystkim było wygodniej.
No niestety kiedyś musiało to nastąpić i fala problemów z Pocztą Polską w tle nastąpiła w sierpniu tego roku.

Paczka, w której był drogi sprzęt elektroniczny (wart ok. 1000 zł czytnik e-booków), została uszkodzona.
Zewnętrzne pudełko wyglądało jakby ktoś po nim skakał, i to nie raz...
Spisałem od razu protokół z kurierem i wydawałoby się, że prosta droga przede mną - reklamacja, 30 dni i pieniążki powinny pojawić się na moim koncie... ale no nie.

Pierwszym błędem okazuje się, że było korzystanie z tzw brokera, czyli firmy Sendit, dzięki której koszt przesyłki kurierskiej Pocztex wynosi około 12 zł z doręczeniem na następny dzień i ubezpieczeniem do 5000 zł.
Od lat korzystałem z ich usług, więc i tym razem skorzystałem.
Wniosłem reklamację drogą elektroniczną.
Poszedłem do niezależnego serwisu w celu wykonania ekspertyzy, oceny kosztów itd.
Dokumentacja fotograficzna zrobiona, pudełka, wypełniaczy i samego sprzętu.

24 sierpnia przyjęto reklamację.
25 września, a tu dalej cisza - żadnej informacji ze strony Poczty.
25, 26, 27 wiszę na infolinii, próbując dowiedzieć się dlaczego.
Dopiero 27 września udało mi się dodzwonić, gdzie usłyszałem, że reklamacja została złożona, ale nie wniesiona (?).
Dziś rano, czyli 28 września, dostałem informację mailową od Poczty, że prawo do reklamacji przysługuje tylko nadawcy, a dokładnie firmie Sendit, gdyż to ona jest nadawcą i płatnikiem.
Wczoraj na infolinii usłyszałem, że jeśli odebrałem przesyłkę, to mogę składać reklamację jako odbiorca...
Ciekawe ile jeszcze walka będzie trwać ?
Sendit powiadomiłem, ciekawe kiedy ktoś coś zrobi w tej sprawie?
Ma ktoś może jakiś sprawdzony sposób na przyspieszenie całej procedury ?

Klient, który wysłał mi urządzenie do aktualizacji oprogramowania i wymiany gniazda ładowania już się piekli...

poczta

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (98)
Styczeń 2018, ponury, zimowy dzień...
Dzwoni Pan, że straż mu w domu prąd wyłączyła, bo pożar od instalacji elektrycznej...

Myślę sobie już robi się ciekawie.
Pytam o metraż, ilość punktów itd.
Pan natomiast mówi, że jego nie interesuje wymiana instalacji tylko ponowne podłączenie bo już sąsiad posztukował i będzie działać.
Zapaliła mi się czerwona lampka, przecież ludzie nie są tak lekkomyślni?
Facet składa się że Żona, trójka (!!) dzieci i nie mają gdzie się podziać.
Rozumiem, informuję że zbiorę ekipę i w 2 - 3 dni zrobimy 100-metrowe mieszkanie zgodnie ze sztuką itd.
Pan mówi, że nie ma kasy, a głupi strażak pociął kable i trzeba je tylko połączyć...
Odmawiam...
Setki wyzwisk, że naciągacz, że instalacje by wymieniał, złodziej i w ogóle on to zgłosi...
Ludzie czy aż tak nie szanujemy swojego życia i osób najbliższych?
Zostawiam do przemyślenia...

Pan dziś dzwonił, bo sąsiad wszystko zrobił, tylko trzeba papierki podpisać, że jest ok...
Mówię, że spoko ale muszę sprawdzić.
- A to się pier)@( usłyszałem...
Ech...

elektryka _ głupota elektryczna straż pożarna janusz biznesu

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (189)
Rzecz dzieje się końcem 2017 roku. Listopad... nerwowa atmosfera w pracy trwała od około pół roku... ale od początku.
W 2010 roku zmieniłem pracę. Wcześniej pracowałem na produkcji elektroniki, krótko mówiąc praca za najniższą krajową, wstawanie o 4 30 żeby dojechać do pracy...

Na rozmowę przyjechałem mocno spóźniony, gdyż remont sparaliżował ruch w tej okolicy... Nikt nie zwrócił na to uwagi, nie bardzo pamiętali żeby miała być z kimś dziś rozmowa, no ale w końcu znaleźli się ludzie i dawaj rozmawiamy.

Pytają o szkołę, dyplom, doświadczenie itd. Wszystko pięknie ładnie, niestety minimalna krajowa na start, ale wysokie premie (2 lub 3 krotność podstawy). Spoko, próbujemy. Badania, bhp i lecim na Szczecin. Praca jako serwisant sprzętu komputerowego.

W czasach, gdy się przyjmowałem kończył się kontrakt na obsługę serwisową Poczty Polskiej. Umowa, która była głównym i w zasadzie jedynym źródłem utrzymania serwisu. Nie mniej jednak wszyscy podchodzili spokojnie do tematu, wiedząc że wygrywają od kilku lat, mają znajomości to dlaczego dalej miałby tak nie być. Niespodziewanie nadeszła informacja, że jednak nie. Poczta Polska nie chce być już okradana na każdy możliwy sposób, jeśli chodzi o serwis sprzętu.

Tu trzeba zrobić małą dygresję, gdyż nie każdy wie na czym polega naprawa urządzeń drukujących.
W dużym skrócie (urządzenia laserowe, gdyż takich Poczta ma najwięcej):
- obudowa
- płyta główna
- zasilacz
- grzałka
- developer
- rolki pobierające
- rolki separujące
oraz materiały eksploatacyjne (toner i bęben, który w skład przetargu nie wchodził, więc to Poczta wymienia we własnym zakresie).

Co określony przebieg np. 150 tys. wydruków należy wymienić zestaw konserwacyjny. W niektórych urządzeniach wyświetla się komunikat w innych nie.
Przy zgłoszeniach awarii weryfikowany jest przebieg, ustalane co należy wymienić i jeśli jest zgoda naprawiać.
Tak to wygląda w teorii, a w praktyce firma wygrywająca przetarg wie, jaki budżet ma Zamawiający, czyli tak liczy wszystkie naprawy, aby ten budżet w 100% wykorzystać.
Dla lepszego zobrazowania:
Drukarka Kyocera 9100, używana w prawie każdym urzędzie.
- maintenance kit czyli zestaw konserwacyjny 3000,00 zł netto w skład którego wchodzi: grzałka, developer, bęben(tu nie był elementem eksploatacyjnym a serwisowym), komplet rolek pobierających i separujących oraz elektroda.
"Oszczędny Kierownik" przez kilka poprzednich lat uzbierał całkiem sporą kolekcję wszystkiego wymieniając MK (zestaw naprawczy) co 30 - 50 tysięcy wydruków.

Poczta się nie czepiała, gdyż miała sprawny sprzęt, serwis miał części na podstawkę na szybko i wszyscy byli zadowoleni... No chyba oprócz księgowości Poczty, która co miesiąc płaciła ciężkie pieniądze za wymianę tych samych części...

Gdzie taki zestaw dla Poczty kosztował 5500,00 zł netto, a pracy przy wymianie było może na godzinę...
Ja wiem, transport, ludzie, amortyzacja, ale nie 5 czy 10 razy do roku...
Przejdźmy dalej. Po otrząśnięciu się z szoku trzeba było znaleźć znowu kogoś, kto chciałby płacić ciężkie pieniądze za naprawę drukarek...
Ciężko było, ale założenie lepiej nie robić nic niż jechać i zarobić na czysto stówkę się nie opłaca... za czasów poczty to by nawet nie otworzył maila, bo i po co...
Minął rok, straty działu ponad 100 tys. złotych...
Firma ma kilka innych, bardzo rentownych działów, więc jakoś się to maskowało i było ok.
Wynagrodzenie zawrotne 2000 zł brutto pozostawało bez zmian.
Premie 300 - 500 zł brutto również.
Zostało wrócić do jeszcze starszych Klientów z promocją i próbować coś tego Klienta odzyskać... bezskutecznie.

W końcu się udało.
Przeglądy zasilaczy UPS dla banków...
Praca od 18 do skończenia pracy. Czasami była to 19, a czasami 23.
Początkowo wyjazdy były tak dzielone, żeby każdy był równomiernie na takim przeglądzie, z czasem jednak Kierownik całkowicie się z tych przeglądów wycofał.
Wyszło na to, że praktycznie byłem na każdym przeglądzie.
Czasem 2 razy w tygodniu, czasem 3.
Kasy dodatkowej brak. Godziny wolne, z wielkim oburzeniem i trudem... (o godziny wolne zacząłem upominać się po 3 latach...).

Tłumaczenia, że przez ostatnie 3 lata jeżdżę na przeglądy i chciałbym mieć coś w zamian rozpoczęły wojnę z Kierownikiem...
W końcu postawiłem na swoim. Idę na przegląd to następnego dnia wychodzę albo przychodzę wcześniej, w innym wypadku na przegląd nie idę.
Wizyty u Prezesa, Członków Zarządu, Dyrektora zaczęły przybierać na sile, bo się buntuję.
Nie buntuję, tylko nie chce być murzynem.
Prezes, teoretycznie doktor, techniczny tłumaczy mi, że musi być sprzężenie zwrotne... ja coś dla Niego On coś dla mnie.
Ja idę na przegląd, a On dokłada do mojej premii.
Niestety tylko w teorii, gdyż premia uznaniowa w zależności od wyniku finansowego działu.

Dział 100 k na minusie, więc premii równie dobrze może nie być przez rok.
Zamiast jeździć na przeglądy rozpocząłem poszukiwania Klienta, tak aby coś odrobić straty i mieć powód, aby ktoś docenił mnie premią...

Za namową handlowca Krzyśka, który swoją drogą poszedł z firmy i szybko osiągnął sukces zacząłem szukać drobnych przetargów, a to na dostawę czegoś, najzwyklejsze w świecie taniej kupię drożej sprzedam.
Tematów zakończonych sukcesem, a przede wszystkim zyskiem już kilka miałem za sobą.

Tup tup do Prezesa może by coś podstawę podniósł? Nie ma szans, słabe wyniki działu, ale za każdy temat będę miał %%.
Głupi uwierzyłem...

Pojawił się fajny przetarg dla Ministerstwa Obrony Narodowej...
Czas próby, czy dam radę ogarnąć temat za ponad 100 tysięcy. Przesiedziałem tak naprawdę miesiąc, dokładnie wszystko licząc, analizując. Nadszedł dzień otwarcia ofert, później wyniki. Jest! Udało się, wygrałem.

Nie minęły 2 tygodnie zakończyłem całą papierologię. Poszedłem do Prezesa z całym przygotowanym wywodem odnośnie sukcesu, samodzielnego sukcesu i tu buba.
Wcześniej był kierownik, który to naopowiadał jak on to pomagał i że bez jego pomocy to by w ogóle nic nie było.
Spadło jak grom z jasnego nieba. Premia do podziału. 70% dla kłamcy i 30% dla mnie.
Marne grosze dostałem... Zacisnąłem zęby, konflikt się pogarszał z każdym dniem...

Powiedziałem sobie wtedy, nigdy więcej. Nigdy żadnej pracy poza obowiązkami wynikającymi z umowy...
Długo nie wytrzymałem, kilka miesięcy później wygrałem kolejny przetarg, tym razem dużo bardziej skomplikowany.
Też MON, dostawa, montaż, konfiguracja.
Trochę porwałem się z motyką na słońce, ale Prezes zapewnia będzie wsparcie - dasz radę.
Dałem, wieczorem, 23 grudnia udało się temat zamknąć. Towarzyszyły temu różne przeboje, ale to temat na inną historię...
Święta, Święta i po Świętach...
Wracam, rozliczenia. Kasa za zrealizowany temat w przyszłym roku..
Ok poczekam.
Na początku roku premia, jakieś 50% z umawianej kwoty.
Idę do Prezesa, ten odsyła mnie do Kierownika... no wiesz, musiało coś więcej dla działu zostać, bo na minusie jesteśmy i w ogóle...
Zagotowałem. Nigdy więcej nic ponad mus wynikający z umowy...

Trzymałem się rok. Kolejny temat, też wojskowy. Tym razem wszystko się zgodziło, nawet kasa. Następny temat też wojskowy, przejechanie się do Warszawki, gadki szmatki, ogarnięte. Za samo pośrednictwo przyniosłem 50 tysięcy. Zobaczyłem z tego może 3. Koniec, nigdy więcej.

Tym razem już faktycznie minimum wynikające z umowy. Nic ponad stan. Zaczęły się narzekania Kierownika, że kiedyś to jeździłem, załatwiałem a teraz tylko piekielnych przeglądam... Nadszedł w końcu listopad 2017.

Ostatnia szansa, albo pogodzisz się z Kierownikiem i będziesz jeździł za friko za przeglądy albo kończymy. Nie. Nie będę jeździł na przeglądy. Drugie podejście - stworzymy Ci dział, na wzór handlowego ile uhandlujesz tyle masz. Ok, ale muszę mieć do dyspozycji samochód. Nie ma szans - koszty. Ok, nie zgadzam się.

Poranna narada i komisyjne wręczenie wypowiedzenie z powodu braku wykonywania poleceń przełożonego oraz utrata zaufania. Po prawie 10 latach? Z dnia na dzień, zwolnienie ze świadczenia usług dla Pracodawcy.

3 miesiące mi płacił, ale premii za wykonane obroty już nie dostałem. Na sam koniec zgodził się na łaskę, zmianę wypowiedzenia na porozumienie stron w zamian za umorzenie pożyczki firmowej. Pożycza firmowa jakieś 5 tysi, tyle należało mi się premii + odprawa + 3 miesięczne wynagrodzenie... Szach mat, fikasz to my cię usadzimy...

Złożyłem pismo do inspekcji pracy.
Nie popisali się, posiedzieli 2 miesiące prawie, stwierdzili że wszystkie karty kilometrowe zaginęły za co ukarali Pracodawcę, delegacje wyrywkowo sprawdzili nie ma problemów. Jeśli dalej coś mi nie pasuje to mogę iść do sądu pracy...

Podsumowując.
Pracując u Prywatnego Kapitalisty trzeba robić niezbędne minimum od samego początku, nie wychylać się, nie dawać nic od siebie.
Niestety dopiero po 8 latach zrozumiałem, że zwykły człowieczek dla Prezesa jest tylko słupkiem.
Obnażysz debilizm Kierownictwa, zamiotą pod dywan.
Spróbujesz coś nowego wprowadzić, co znacznie ułatwiłoby pracę? Przegłosujemy na radzie, że to wcale nie jest dobre, bo parę osób musiałoby coś zacząć robić.

Smutna historia, z której wyciągnąłem wiele wniosków.
Mam nadzieję, że będzie refleksją dla młodych, którzy znaleźli pierwszą pracę i bardzo się z niej cieszą, że małymi kroczkami są farbowani na murzynków.
PS. Pozdrowienia dla Pana Dyrektora Jacka, który pewnie dalej czyta namiętnie piekielnych. :)

Zakład Sponiewierania Zarobkowego w Krakowie ;)

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (166)
Jak mówi stare przysłowie z siusiakiem i prądem nie ma żartów...
Patrząc na program 500+ oraz niezliczoną liczbę osób, które czytając trochę fora, stwierdzają iż zostaną bohaterami we własnym domu i samodzielnie elektrykę zrobią. Przecież to jest tylko parę kabelków a elektrycy to złodzieje i chcą zarobić kokosy na prostej robocie...
Tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do historii właściwej:

Sobotni poranek, granice godziny 7-8 rano dzwoni telefon.
Pani dzwoni z ogłoszenia, szuka elektryka, który podłączy płytę indukcyjną.
Nie ma problemu, wstaję, szybki prysznic, śniadanie i w drogę.
Na miejscu okazuje się, że stara płyta "spaliła się bo była stara".
Nie podoba mi się to, bo indukcje mają to do siebie że nie psują się same z siebie.

Stara płyta już wyciągnięta, kable ucięte, lekko okopcona ściana potwierdza moje przypuszczenia - zamiast grubego kabla 5 x 2,5mm2 ktoś dał pewnie 1,5mm2 który stosuje się do oświetlenia...
Szybkie sprawdzenie puszki, do której trzeba się dopiąć z nowymi kablami i bingo - kabel 5 x 1,5mm2.
Zaczynam tłumaczyć że kabel jest za chudy i nowa płyta skończy jak stara, opowiadam o możliwości pożaru itp. natomiast Pani stwierdza że Sąsiadka ma tak samo i jakoś działa.

Próbuję w jakiś obrazowy sposób przedstawić sytuację, porównując do grubości liny holowniczej (gruba pociągnie samochód i nie strzeli, cieńsza wytrzyma lub nie). Pani zaczyna robić się czerwona, dzwoni po sąsiada, któremu opisuje sytuację i prosi aby zszedł zrobić porządek...
Robi się ciekawie.

Sąsiad, pijany jak ta lala tłumaczy mi zasady, normy i przepisy elektryczne, bo on czytał, on nawet pracował jako elektryk i zawsze się tak robiło.
Odpowiadam grzecznie, że owszem 30, 40, 50 lat temu gdy w domu najmocniejszym odbiornikiem była żarówka setka i czarno-biały telewizor...
Argumenty nie trafiają...
Czas kiepski, bo kilka dni do Świąt Bożego Narodzenia, a babeczka została bez płyty, bez piekarnika, a liczba domowników ok 10 osób.
Mówię, że możemy zrobić tak, że podłączę jej tą płytę, na moich grubszych przewodach, ale trzeba wykuć kabel, który idzie od skrzynki do płyty, zrobić osobny obwód i dopiero wtedy mogę dokonać wpisu do karty gwarancyjnej i termin to zaraz po nowym roku.
Dobrze, dobrze, byle by działało...

O sprawie zapomniałem, gdyż Pan emerytowany "elektryk" na koniec powiedział że on też ma gdzieś uprawnienia to jej wpis w karcie zrobi, ale żeby nie było poprawi...
Skąd więc teraz, po ponad pół roku przypominam sobie o tej Pani?

Dzwoniła, również w sobotę, również o 7 rano przypominając mi stanowczo, że przecież miał pan zrobić wpis do karty gwarancyjnej po nowym roku.
Tłumaczę, że wpis mogę zrobić po poprawieniu instalacji, gdyż tego wymagają przepisy ale i zdrowy rozsądek.
Przed rozłączeniem Pani wykrzyczała, że kolejny naciągacz co by całą instalację w domu wymienił najlepiej...

Krótkie podsumowanie:

Montując płytę indukcyjną z piekarnikiem zwróćmy uwagę, aby robiła to osoba z uprawnieniami elektrycznymi SEP - jest to warunek do realizacji gwarancji.
Jeśli ktoś ma jakąś żyłkę techniczną można rzucić okiem na kabel czy jest na nim napisane 5 x 2,5mm2, jak będzie 5 x 4mm2 też nie będzie źle, byle nie mniej.

Robiąc remont instalacji elektrycznej zadbajmy o to żeby skrzynka z zabezpieczeniami była w łatwo dostępnym miejscu (u Pani wyżej skrzynka była schowana w pawlaczu, przysypana toną ubrań. Żeby dostać się do pawlacza niezbędna była drabina). To nasze zdrowie i życie.
Żądajmy pokazania uprawnień elektrycznych od osób, którym zlecamy prace elektryczne...

Do tragedii niewiele potrzeba.
Nie wszystkim da się wytłumaczyć, że z siusiakiem i prądem nie ma żartów...

usługi elektryczne

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (180)
Kto piekielnych czytuje, prędzej czy później na własnej skórze to odczuje...

Sytuacja miała miejsce na początku tego roku w Krakowie.
Jako, że mój poprzedni pracodawca postanowił że rozstaniemy się z dnia na dzień (z zachowaniem 3 miesięcznego wynagrodzenia, więc mogłem szukać na spokojnie innego zajęcia), a lubię dłubać w ścianach, uprawnienia elektryczne mam no to szukam...

Pominę wysłanych dziesiątki CV w charakterze elektryka, gdyż większość która oddzwaniała, proponowała najniższą krajową lub minimalną krajową i kilka stówek na lewo...
Zacząłem poszukiwania klientów prywatnych, którzy mają problemy z instalacją elektryczną i szukają osoby/firmy, która pomoże im ten problem rozwiązać.
Dodałem ogłoszenia na olxie, gumtree i tym podobnych serwisach.
Odezwało się kilka konkretnych osób:

1) Pan Cwaniak - wie pan tu trzeba szybko instalacje położyć, ja zrobię podłogę i resztę i tylko taki drobny problem jest, ale to na miejscu panu pokaże.
Pojechałem na miejsce - drobnym problemem okazało się pociągnięcie kabla z piwnicy na 4 piętro korytem wspólnoty. W sumie nie problem...
Mówię Panu Cwaniakowi, że wystarczy pismo napisać do wspólnoty to udostępnią koryto i można działać. Tu zaczęły się schody, gdyż Pan Cwaniak jak się okazuje wziął na siebie cały remont mieszkania i zostały mu 3-4 dni...
Wszedłem do mieszkania, a tam pusto, gołe ściany, nic nieruszone.

Mówi, że jakbym się dobrze zorganizował to za 20h zdążę, a potem on sobie resztę zrobi.
Pomyślałem ekspres = extra kasa - biorę.
Pytam o proponowane wynagrodzenie i tu odpowiedź zwaliła mnie z nóg.

Wie pan, też pan robi po ludziach to pan wie, że materiał się oszczędza, to materiał pan ma, żeby było uczciwie proponuję 500 zł.
Myślałem że to żart w pierwszej chwili i mówię, że chyba zabrakło mu jednego zera na końcu za wykonanie ekspresu w 60m2 z własnym materiałem. Pan był jednak nadal (nie)poważny.
Podziękowałem za ofertę życia...
Wydzwaniał jeszcze przez kilka godzin, podnosząc honorarium do 800 zł. ostatecznie z jego stratą. Nie uległem :)

2) Pani korpo - potrzebuję tu gniazdko przenieść, tam zmienić włącznik tu trochę przesunąć. Wie pan tak na godzinkę roboty. Płacę 300 zł.
No to cyk do zielonej strzały i jadę oglądać.
Mieszkanie nowe, dopiero co oddane. Pani chce przesuwać gniazdka, ale tak żeby nie przeszkadzać ekipie, która wykańcza... Mówię, że muszę wyłączyć obwód gniazdek w pokoju gdzie mają być robione zmiany, nie ma szans inaczej. No dobra, dobra. Pani materiału nie ma, chociaż zapewniała że ma.
No to lecę do samochodu, pod hurtownią pani telefonicznie pyta o cenę.
Zgodnie z umową 300 zł, "ok to ja jeszcze dam panu znać".
Chwilę później "wie pan co, jednak nie, rezygnuję".

Tu zapaliła mi się lampka. Dwa razy już straciłem mnóstwo czasu i paliwa objeżdżając cały Kraków i nic z tego nie mam...
No nic, trzeba wypytać o szczegóły przez telefon i wstępnie zaproponować kwotę, żeby zaoszczędzić sobie czasu.

Kolejne osoby dzwoniące pytać o wymianę całej instalacji w 50m2.
Standardowo mówię ok. tydzień czasu (poniedziałek - piątek). Cena ok 3500 zł. Paaanie co tak dużo? Przecież kable nie kosztują dużo!
Przecież "somsiad" ma 2 bezpieczniki, a pan chce jakieś obwody jakieś różnicowoprądowe zabezpieczenia, a idź ty naciągaczu...

Dla zobrazowania sytuacji. Gdy chcemy wymienić kompletną instalację elektryczną trzeba wymienić wszystko od A do Z.
Począwszy od kabla który z klatki wchodzi do mieszkania, zrobić nową skrzynkę z zabezpieczeniami, obwodami itd a od skrzynki do wszystkich gniazdek, oprawek oświetleniowych i włączników.
Zróbmy sobie kosztorys:
- 100m kabla do gniazdek: 500 zł (brutto).
- 100m kabla oświetleniowego : 300 zł (brutto).
- zabezpieczenia nadprądowe (tzw bezpieczniki): ok 300 zł.
- zabezpieczenia różnicowoprądowe (tzw różnicówki): ok 500 zł.
- gipsy, szpachle, kołki na żyrandole, kratki do wyrównania ścian: ok 150 zł.
- koszty przejazdów dom - klient: ok 150 zł.

Więc mniej więcej materiał + paliwo dla mieszkania 50m2 to ok: 1900 -2000 zł.
Do tego trzeba doliczyć osprzęt czyli gniazdka, włączniki. Tu klienci mają różne dziwne pomysły i raz to kosztuje 300zł a raz 1200 zł...

Uważam, że 300 zł za dzień pracy x 5 to uczciwa stawka, biorąc pod uwagę że trzeba zrobić przebicie z klatki do mieszkania (pismo do spółdzielni/zarządcy, ogłoszenie na klatce itd), wszędzie trzeba zrobić bruzdy (kanały pod kable), zamontować i połączyć skrzynkę, napisać pismo do Zakładu Energetycznego o zgodę na rozplombowanie licznika itd.

Końcowo muszę wszystko spiąć ze sobą, wykonać wszystkie pomiary, napisać protokół z prac, napisać pismo do Zakładu Energetycznego o ponowne zaplombowanie licznika i zaprosić na audyt instalacji.
To wszystko oczywiście podpisuję swoimi uprawnieniami, więc jeśli kogoś porazi/zabije prąd, od razu wiedzą do kogo mają przyjść...

Dlatego radziłbym się zastanowić czy aby na pewno oszczędzanie na elektryku to dobry pomysł.
Z tego 1500 zł które zarobię na czysto muszę odprowadzić podatek i ZUS, i nie zostaje taka dniówka jakby się wydawało na początku....

Patrząc na to, że była to zima niewiele osób decydowało się na grubsze roboty elektryczne trzeba się było brać za to co jest...
Znalazł mnie pan, który stwierdził, że ma kumpla elektryka, tylko jemu uprawnienia wygasły ale zna się.
Chodzi tylko o to, że on by wziął ode mnie materiał, resztę zrobi sam tylko skrzynki z bezpiecznikami nie podłączy bo kolega zapomniał...
- Hmm, ok, ale nie podpisuję się pod tą instalacją swoimi uprawnieniami.
- Nie no właśnie o to chodzi żeby się pan podpisał, a my sobie tu zrobimy.
- Nie ma szans - wizja prokuratora , nie nie.
- Dobrze, to my zrobimy, a pan sprawdzi my pogipsujemy, a pan sobie skrzyneczkę.
- Ok, sprawdzę jakie kable dali, czy wszystko jest ok.

Nadszedł umówiony dzień. Przyjeżdżam na szybką robotę (5h max).
Okazuje się jednak, że panowie nie wiedzieli co robią, więc dla pewności każde gniazdko, każdy włącznik, każda oprawa świetlna ma swój osobny przewód i tona kabli czekająca na podłączenie w skrzynce...
Siedziałem dobre 9h, udało się połączyć żeby miało to ręce i nogi i zaczyna się lament.
- Paanie, bo za materiał pan chciał 8 stówek, a ja widziałem że w Internetach można za 5 kupić.
- Bo pan chce za samo połączenie skrzynki 1000 zł., a inni robią za 150 zł.

Schodzę z drabiny i mówię, że dla mnie nie jest to problem.
Umówiliśmy się na konkretną kwotę (mamy umowę) i jeśli nie chcą zapłacić, to wyciągam kable i zdejmuje skrzynkę.
Szybka odpowiedź ze stoickim spokojem z mojej strony wprowadziła konsternację.
- No dobrze, zapłacimy tak jak było umówione...

Historii jest dużo więcej, jak się spodobają będę sukcesywnie dodawał :)

Kraków elektryka

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (220)

1