Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

elfia_luczniczka

Zamieszcza historie od: 24 maja 2015 - 23:54
Ostatnio: 4 lipca 2020 - 9:01
O sobie:

Pasjami gram w Hearthstone, jeśli ktoś byłby zainteresowany partyjką chętnie wymienię się battle tagiem :)

  • Historii na głównej: 14 z 14
  • Punktów za historie: 4195
  • Komentarzy: 193
  • Punktów za komentarze: 1026
 
Pracuję na infolinii. Nie wciskam garnków, nie przekonuję nikogo do zmiany abonamentu - przeciwnie. Odbieram telefony o tematyce medycznej i pomagam pacjentom się umawiać na wizyty, często doradzam i staram się pomóc.

Sytuacja z dziś:

Dzwoni zaniepokojony Pan Mąż, którego małżonka jest w ciąży. Tydzień temu odebrali wyniki badań, które podobno wyszły niepokojąco i dostali zalecenie, żeby na CITO umówić się na USG.
Państwu zależy na jednej konkretnej placówce, bo tam podobno sprzęt najlepszy i oczywiście wizyta ma być na już. No ostatecznie na jutro (sobota).
Ok, ciąża ważna sprawa, więc staram się dostosować do oczekiwań pacjenta termin wizyty. Najpierw pytam o skierowanie. Nie mają. No bo nie pomyśleli, lekarz nie dał, więc nie mają... (skierowanie ważna rzecz, bo na podstawie takiego pisemka jestem w stanie przyspieszyć termin wizyty).

Sprawdzam dostępność wizyt i widzę terminy na poniedziałek. Na sobotę niet, bo pełna rezerwacja, ale poniedziałek to przecież też dość bliski termin.
Państwu nie pasuje, bo MUSZĄ jutro. Sytuacja bez wyjścia, bo dorosły człowiek nie rozumie, jak mówię, że bez skierowania nie przyspieszę w żaden sposób dla nich badania i po raz kolejny pytam, czemu nie poprosili o skierowanie przy odbieraniu wyników.

Facet prawie płacze do słuchawki, słyszę pikanie niezablokowanych klawiszy w jego komórce, więc domyślam się, że pewnie ściska smartfona z całych sił i najchętniej tak właśnie ścisnąłby mnie, licząc na to, że wyciśnie ze mnie termin na USG.
Zlitowałam się (choć nie musiałam, bo jeśli pacjent nie ma pisemnego zalecenia, to tak naprawdę nie muszę w żaden sposób pomagać mu przyspieszyć wizyty) i dzwonię do jednego z naszych najbardziej ugodowych ginekologów w nadziei, że zgodzi się na dodatkową pacjentkę w dniu jutrzejszym:

(J)a: Dobry wieczór panie doktorze, z tej strony XX z YY. Mam na linii męża pacjentki, pacjentka w takim a takim tygodniu ciąży, potrzebuje USG na jutro, bo badania źle wyszły... Pan mówi, że zalecenie dostali, żeby koniecznie na jutro, poniedziałek już za późno dla nich. Da radę na jutro ich upchnąć jeszcze?
(L)ekarz: A skąd to zalecenie mają?
(J): No z przychodni A na ulicy B...
(L): To niech skierowanie wezmą i jutro na 13.15 zapraszam.
(J): Nie mają skierowania, takie słowne to zalecenie dostali.
(L): Słowne zalecenie? Na CITO?! A zapisz ich na jakiś wolny termin i mi głowy nie zawracaj, jakby coś poważnego było, to by wszystko na piśmie dostali!

Wracam więc do rozmowy z nieszczęśliwym małżeństwem i przekazuję, co usłyszałam od lekarza (nieco bardziej kulturalnie oczywiście). Pan zaczyna krzyczeć, że po cholerę im opieka prywatna, jak u nas to nigdy nic nie ma, terminy jak na NFZ, on to pie*#oli i jak jego żona chore dziecko urodzi, to sumienie do końca życia mi nie da spokoju, bo co to ma znaczyć, jego żona MUSI więc ja też MUSZĘ JEJ ZAPEWNIĆ wszystko, czego potrzebuję!! W ogóle to skargę będzie pisał, więc prosi o przełączenie do DOKu. Przykro mi, DOK do 18.00 pracuje, zapraszam do kontaktu w dniu jutrzejszym.
Tutaj odpuszczę sobie przytaczanie epitetów, którymi zostałam obrzucona.

Za gapiostwo samego zainteresowanego standardowo oberwało się mnie, bo przecież konsultant może wszystko, tylko nie chce, prawda? :)

A wystarczyło poprosić o skierowanie...

call_center lekarze

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 353 (449)
Dzisiaj będzie o jedzeniu. A raczej o niejedzeniu.

Jako, że w ostatnim czasie przyszło mi udzielać się na grupach internetowych związanych z obroną zwierząt, miałam okazję korespondować z osobami ściśle przestrzegającymi diety wegetariańskiej lub wegańskiej. Szanuję drogę, jaką te osoby obrały i choć sama nie wyrzekam się spożywania mięsa, rozumiem ich wybór.
Jednak przypomniała mi się historia z czasów liceum, przez którą na wegetarian patrzę nieco z przymrużeniem oka.

Miałam w klasie koleżankę, powiedzmy Anię. Ania mięsa nie jadła, bo nie chciała brać udziału w machinie napędzającej masowe zabijanie zwierząt, pochylała się nad każdym rozdeptanym ślimakiem, nigdy nie zrywała kwiatków, bo to przecież też życie itp. Jak na szesnastolatkę była bardzo wytrwała w swoich postanowieniach, lecz z czasem (w okolicach trzeciej klasy liceum) jej zainteresowania zaczęły przeradzać się w fanatyzm:

1. Ania zaczęła odmawiać kupowania zeszytów, w związku z czym nie robiła na lekcjach notatek, nie odrabiała prac domowych itp. Ponieważ papier jest wykonany ze ściętych drzew, a ona nie będzie sponsorować mordowania natury. Rodzice Ani często byli wzywani do szkoły, bo nauczyciele skarżyli się na nieprzygotowaną uczennicę, która konsekwentnie odmawia nawet napisania sprawdzianu na podanej przez wykładowcę wydrukowanej kartce papieru. Jednak efektów ani poprawy nie było wcale, Ania zawalała każdą kartkówkę, bo oddawała czyste kartki.

2. Ania na początku liceum bardzo mnie polubiła. Głównie za to, że kiedyś przy jakiejś rozmowie powiedziałam, że nie jem większości gatunków mięsa. Było to zgodne z prawdą, do tej pory lubię tylko mięso kurczaka, inne po prostu mi nie smakuje. Dziewczyna bardzo się starała, żebym zrezygnowała również z tego produktu, indoktrynowała mnie opowieściami o nieszczęśliwych kurkach, aż dobitnie powiedziałam jej, że:

a) lubię kurczaka i nie mam zamiaru go nie jeść,
b) to, że nie jem innego mięsa nie wywodzi się z ideologii, tylko z prostego faktu, że mi nie smakuje,
c) moja mama na pewno nie pozwoliłaby mi odstawić wszystkiego, co ma pochodzenie zwierzęce, bo odkąd pamiętam, potrafiłam złamać rękę przy byle upadku z huśtawki, a krupnik na kurzych nóżkach to zmora mojego dzieciństwa.

Tak więc Ania zaczęła się na mnie odgrywać za nieczułe serce. Jednym z jej psikusów było wlanie do mojego plecaka czerwonej farby, która zapewne miała imitować zwierzęcą krew (?!).

3. Ania bardzo lubiła indoktrynować również innych kolegów z klasy. Potrafiła wręcz wybiec z sali z przeraźliwym piskiem i płaczem, bo ktoś ośmielił się wyciągnąć przy niej kanapkę z szynką. Jeśli nie miała akurat ochoty na histerię, robiła coś odwrotnego – przysiadała się do takiej osoby i ze szczegółami opowiadała o cierpieniach, jakich musiało zaznać stworzenie, zanim zostało przerobione na plasterek szynki. Czasem przez te jej opowieści ludzie mieli odruch wymiotny, więc posłusznie chowali kanapki, zanim Ania zaczęła się nakręcać.

4. Oczywiście do szkoły Ania przyjeżdżała rowerem. Płacenie za bilet w autobusie było dla niej dokładaniem pieniędzy do zatruwania środowiska, a kurs prawa jazdy był równoznaczny z licencją na uśmiercanie przyrody. Raz próbowała przebić opony w samochodzie kolegi, jednak zanim tego dokonała przyuważył ją woźny i zaprowadził do dyrektorki. Standardowo wezwano rodziców, ale nie przyniosło to efektów.

5. Ciuchy i akcesoria ze skóry rzecz jasna nie wchodziły w grę, dlatego rezolutna Ania pewnego dnia przecięła scyzorykiem klapę nowej, skóropodobnej torebki innej dziewczyny. Znów akcja z rodzicami, tym razem również bez nawrócenia, ale pieniądze za torebkę podobno oddali.

Pewnie zapytacie, czemu nikt się nie postawił jednej dziewczynie wątłej postury i po co 20 osób pozwoliło się terroryzować? Otóż to nie było takie proste. Ania była pod stałą opieką szkolnego pedagoga, u którego żaliła się na okrucieństwo świata, a każde docinki w jej stronę spotykały się z pogadanką u tegoż pedagoga, że Ania jest wrażliwa, nie robi nikomu krzywdy i powinniśmy zaakceptować jej odmienność, bo jesteśmy stadem nietolerancyjnego bydła. Ponadto, poza szkołą również Ania uczęszczała na jakąś terapię psychologiczną, więc wychowawczyni katowała klasę kazaniami, że niby rodzice Ani płacą za terapię córki, a my jako klasa jesteśmy zobowiązani do pomagania jej, ponieważ Ania ma słabą psychikę i wszystkie nasze komentarze wypłakuje u swojej terapeutki.

Dlatego, o ile potrafię uszanować chęć niesienia pomocy środowisku (i popieram!), o tyle nie potrafię w dniu dzisiejszym zaakceptować tzw. eko-świrów, a wszelkie próby nawracania mnie na weganizm (co zdarza się również na grupach internetowych) olewam i nawet nie wdaję się w dyskusję. A każdy wegetarianin do końca życia chyba będzie mi się kojarzył z nawiedzoną dziewczyną z tłustymi włosami (Ania nie używała szamponów, ponieważ podobno WSZYSTKIE są testowane na zwierzętach ;))

szkoła

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 364 (468)
W związku z pozytywnym odbiorem mojej historii, postanowiłam opisać również dalszy rozwój szkolenia.

Egzamin sprawdzający gotowość do pracy odbył się dziś.
Zaliczyło 7 osób, pozostałe dwie – jak się można domyśleć chodzi o Szanowne Matki nie przekroczyły 30% poprawnych odpowiedzi, a wymagane było 75%.
Ale po kolei.

Dziś rano został nam przedstawiony grafik na czerwiec. Uwzględniając to, że jest on układany pod ponad 200 osób i każdy zgłasza wcześniej preferowane godziny pracy i ewentualne wolne, którego potrzebuje, ułożenie takiego grafiku, by dogodzić wszystkim jest niemożliwe.
(B) wpadła w histerię, gdy przy swoim nazwisku zobaczyła zmiany od 8 do 16. Bo ona NIE MOŻE! Ona ma przecież MAŁE DZIECKO! Poszedł foch, że ona się nie zgadza na takie warunki, to jest kpina i w bojowym nastroju poszła wykłócać się do przełożonej.

Gdy dowiedziała się, że może zamieniać się na zmiany z innymi pracownikami we własnym zakresie, ale oficjalny grafik nie zostanie zmieniony, postanowiła, że najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tą sytuacją będzie metoda 'na złość babci odmrożę sobie uszy': podczas testu nie zajrzała nawet na stronę www, z której mogliśmy korzystać – były na niej wszystkie potrzebne informacje i nawet, jeśli nic się nie pamiętało, wszystko można było sprawdzić. Zaznaczała odpowiedzi A, B, C na przemian, nie czytając nawet treści kolejnych pytań. Nie zdała.

Druga Pani Mama nie potrafiła wpisać nawet poprawnej nazwy strony internetowej (rzecz szalenie trudna – nazwa firmy.pl), a trener umyślnie nie podpowiedział jej poprawnej pisowni. Po 3 tygodniach szkolenia warto byłoby wiedzieć, jak nazywa się firma, w której ubiega się o pracę. Własnych notatek nie posiadała, na szkoleniach średnio słuchała prowadzącego, więc na własną wiedzę liczyć nie mogła.
Po teście płacz i zgrzytanie zębów, bo one chcą test poprawić! Trener wyjaśnia, że nie przewidują takiej możliwości, ponieważ czasu na zrozumienie tematu było aż nadto.

Kariera Szanownych Pań skończyła się szybciej, niż się zaczęła, oczywiście wyzwiska w stronę kadry i innych uczestników szkolenia, bo niby niekoleżeńscy jesteśmy i nie pomogliśmy w potrzebie.
Jedyną pamiątką po pracy, której finalnie nie dostały są wspomnienia z firmowej imprezy, na którą oczywiście przybyły. Imprezę również postaram się opisać.

Na koniec smaczki z udziałem Pań, które zapamiętam na długo:

- Rozmowy podczas przerwy, odbywające się 10cm od osób jedzących drugie śniadanie:
(B) – Jak ja mojemu staremu mówię, że mu nie dam, to on na to, że sam se weźmie! Za kłaki i na wersalkę!
(K) – Eee, mojemu to już ledwo staje. Ale jak już się łóżkujemy (co to za słowo?!) to mu nie pozwalam w środku mi kończyć! Te prezerwatywy to drogie są, poza tym komu się chce do sklepu lecieć, jak go ochota najdzie, he he he!

Z trudem powstrzymałam odruch wymiotny, gdy rozmowa zeszła na temat wydzielin ich mężów i miejsc, gdzie trafiają. Reszta towarzystwa równie zniesmaczona, a na dyskretne pochrząkiwanie i zażenowanie na naszych twarzach nie reagowały.

O miłości dla zwierząt:
(B) – No, moja suka to pięć małych urodziła niedawno, nikt nie chce kupić.. A to ratlerki rasowe są!
(K) – A wywieźcie gdzieś za miasto, albo utopcie w wannie jak wasz mały będzie spał, żeby się dziecko nie zestresowało, że przy nim topicie.

„Ratlerki” z rasą nie miały nic wspólnego, zwykłe kundelki. B. pokazywała mi zdjęcia, bo byłam zainteresowana wzięciem dwóch szczeniaków dla babci, która mieszka na wsi i odkąd jej ukochany Nero zdechł ze starości, szuka mu godnego zastępstwa. B. wolała psy utopić, niż oddać za mniej, niż 350zł za sztukę.

Do tego wszystkiego dochodziło oczywiście robienie permanentnego syfu w pokoju socjalnym, z którego korzystaliśmy razem ze stałymi pracownikami i wyzwiska w stronę dziewczyn proszących o pościeranie rozlanego mleka, czy umycie po sobie naczyń. Bo przecież to gówniary jakieś, które nie mają prawa zwracać uwagi kobietom, które prowadzą własne gospodarstwa i o utrzymywaniu porządku wiedzą wszystko.

Jak dobrze, że tego testu nie zdały. Nie wytrzymałabym chyba kolejnych dni w ich obecności.

praca

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 507 (579)
Udało mi się znaleźć pracę. Nie jest to praca marzeń, ale nie mam tendencji do wybrzydzania, a warunki i przełożeni wydają się być w porządku, więc od dwóch tygodni uczestniczę w (trwającym łącznie 3 tygodnie) szkoleniu.

Moje miasto nie jest metropolią, ofert pracy jak na lekarstwo, a bezrobocie niestety nie spada. W związku z tym oprócz mnie na szkoleniu jest 8 innych osób i właśnie o tychże osobach będzie moja historia.
Jako wyjaśnienie dodam, że w naszej dziewięcioosobowej grupce tylko 2 panie są po 30-stce i posiadają już swoje rodziny, w tym dzieci. Pozostałe osoby (łącznie ze mną) to studenci chcący dorobić przez wakacje, a jak będzie się dało połączyć grafik ze studiami w październiku, to będziemy zainteresowani przedłużeniem współpracy.

1. Pierwszy dzień szkolenia, dużo uśmiechów, zapoznawanie się z innymi uczestnikami szkolenia i kadrą, sympatyczna atmosfera. Do momentu, aż rozmowa z główną (P)rzełożoną zeszła na temat ustalania grafiku. Zaczęło się od niewinnego pytania 'co porabiacie w wolnym czasie?', na które prawie zapieniła się jedna z uczestniczek szkolenia, nazwijmy ją (B).

(B): Ja to mam małe dziecko, dlatego sobie nie wyobrażam przychodzenia do pracy przed 10 rano. A wychodzić muszę najpóźniej o 16, bo do 16:30 jest czynny żłobek, a ja muszę zdążyć przecież syna odebrać.
(P): Rozumiem, ale przecież na rozmowie wstępnej zostałaś poinformowana, że praca jest w systemie zmianowym, są również zmiany od 15 do 21 wieczorem. Poproszę cię później o zapisanie preferencji, w jakich godzinach możesz pracować, ale pomyśl również o tym, czy będziesz mogła zorganizować od czasu do czasu zastępstwo przy opiece nad dzieckiem. A czemu możesz pracować dopiero od 10 rano? Żłobki są otwierane dużo wcześniej.
(B): Ja nie mam możliwości zorganizowania żadnego zastępstwa, nie ma mi kto z dzieckiem zostać! A poza tym nie będę dzieciaka zwlekać z łóżka o 6 nad ranem, bo mały jest, musi się wysypiać przecież!

W międzyczasie (B) rzucała jeszcze uwagami na temat dyskryminacji matek na rynku pracy i tego, że nie będzie spędzała calutkich dni w pracy, bo przecież dziecko potrzebuje obecności matki w domu.
Moje wrażenia z tej sytuacji? Cóż, może młoda i głupia jestem jeszcze, ale na rozmowie kwalifikacyjnej mieliśmy naprawdę dokładnie wyjaśniony system zmian, a skoro (B) się na to zgodziła, to kompletnie nie rozumiałam jej późniejszych pretensji.

2. Szkolenie wygląda tak, że codziennie jest prowadzone przez innego trenera, który wyjaśnia nam 'swoją' działkę i przekazuje nam wiedzę z zakresu, za który jest odpowiedzialny. Na wstępie zostaliśmy poinformowani, że przerwy planowe są co 2 godziny, ale do toalety można wychodzić bez wcześniejszego zapytania. Dodatkowo w trakcie szkolenia można jeść, więc jeśli ktoś zgłodnieje nie musi prosić o pozwolenie, ani wychodzić z sali. Jednym słowem, luzik.

(B) wraz z drugą 'panią po 30-stce' miauczą o przerwę praktycznie co godzinę. Obydwie nie palą, jeść przy ludziach się nie wstydzą, ale przerwę chcą koniecznie TERAZ, bo im potrzebna. To nic, że reszta grupy robi notatki, a one przeszkadzają. Oczywiście do zawodzeń o przerwę dochodzą anegdotki o ich dzieciach, a nawet o działkach, gęsiach i innych pasjonujących sprawach, którymi koniecznie chcą się podzielić. W związku z tym szkolenie się opóźnia. Pod koniec każdego dnia wywiązuje się mniej więcej taka dyskusja między (T)renerem, a (B) i jej koleżanką:

(B): Czy moglibyśmy dzisiaj skończyć szkolenie wcześniej? Tak z pół godzinki chociaż, bo i tak się już sporo dziś nauczyliśmy...
(T): Ale zostało nam do przerobienia jeszcze sporo materiału, jutro już nie będzie powtórki, bo będziecie mieć szkolenie z innego działu. Możemy nie robić przerwy, to może uda nam się nadgonić i puszczę was parę minut wcześniej.
(B): Ale jak 'nie robić przerwy'? Przerwa musi być, odpocząć trzeba chociaż chwilę, kawę wypić.
(T): Kawę możecie wypić tutaj. Im dłużej rozmawiamy o przerwie, tym mniej mamy na nią czasu, więc wróćmy do tematu.
(B): O jeeeeezu, ile można się uczyć...

Swoją drogą, nikt poza tymi dwiema paniami tak o przerwę nie walczył. Materiał trudny, branża coś w rodzaju doradztwa medycznego, odpowiedzialność spora, więc większości zależało, żeby naprawdę dobrze zrozumieć nasze obowiązki, a nie tylko odbębnić i iść do domu.

3. Mój faworyt.
Drugiego dnia szkolenia, czyli już po spotkaniu z kierowniczką, na którym powiedziane było że umowę o pracę można dostać po miesiącu pracy, (B) i jej koleżaneczka podczas przerwy zaciekle o czymś dyskutują, zaaferowane jakby w totka wygrały. Zaciekawiona pytam, o czym rozmawiają:

(B): A bo my tu z Kasią dobry plan mamy! Przepracujemy ten miesiąc, ja dzieciaka do matki zawiozę, żebym nie musiała ze zmianami kombinować, Kasi mąż niedługo na urlop idzie, to jej maluchów będzie pilnował, więc też dyspozycyjna będzie i jak już dostaniemy umowę na czas nieokreślony, to od razu na chorobowe idziemy. A co! Minimum trzy miesiące przesiedzimy, niech nam płaci firma, jak taka bogata i tyle ludzi zatrudnia. A jak się będzie dało, to i dłużej się pobyczymy na zwolnieniu, ja i tak nie mam zamiaru tu pracować, ze staruchami i inwalidami się użerać codziennie, to nie na moje nerwy jest!

Generalnie nie wiedziałam jak zareagować i w momencie pożałowałam, że wdałam się w dyskusję i to na własne życzenie. Prawnikiem nie jestem, pojęcia nie mam czy na umowie na czas nieokreślony taki manewr jest w ogóle możliwy, ale porządnie mnie ich podejście rozzłościło. Nie dość, że przeszkadzają przyuczać się do pracy osobom którym zależy, to jeszcze nie mają oporów przed mówieniem praktycznie obcej osobie o planach okradania firmy nie tylko z pieniędzy, ale i z czasu, jaki im poświęca. A w dodatku wystawiają piękne świadectwo innym mamom, które poszukują pracy i są odprawiane z kwitkiem.
Mam nadzieję, że pracy nie dostaną, bo na ostatni dzień szkolenia zaplanowany jest test, który ma sprawdzać, czego się nauczyliśmy i czy można nam powierzyć obowiązki. Dlatego też każdy pilnie robi notatki i zadaje tysiące pytań, by jak najlepiej się przygotować nie tylko do testu, ale i do pracy. Każdy poza Szanownymi Mamusiami...

praca

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 619 (701)