Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

erisengles

Zamieszcza historie od: 3 stycznia 2020 - 18:19
Ostatnio: 6 marca 2020 - 15:58
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 1107
  • Komentarzy: 32
  • Punktów za komentarze: 75
 

#86231

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie pamiętam, ile miałam lat, ale jeszcze myła mnie matka. Podczas kąpieli znalazła w moim uchu jakieś krosty. Postanowiła je wyciskać, co było bardzo bolesne, pamiętam, że płakałam i przy wyciskaniu leciała krew. Matka skłamała mi, że jak mi tego nie wyciśnie, to umrę. Uwierzyłam jej i przestraszona pozwoliłam jej "uratować mi życie".

Potem pojechaliśmy do lekarza. Krosty wyglądały już bardziej jak strupki, matka oczywiście nie przyznała się do wyciskania, więc lekarz myślał, że to krwawiło samoistnie, a matka go w tym utwierdziła - zwłaszcza, jak lekarz wspomniał, że nie wolno tego wyciskać. Próbowałam coś powiedzieć, ale matka mnie stale uciszała.

Kolejna sytuacja. Miałam 6 lat, a w domu mieliśmy krajalnicę do chleba. Nie pamiętam już, co dokładnie robiłam, w każdym razie wg matki byłam za głośno; powiedziała, że jak się nie uciszę, to odkroi mi palec w krajalnicy. Nie uwierzyłam jej chyba, myślałam, że tak sobie gada - widocznie wydało mi się to zbyt absurdalne.

Dalej się bawię, a ta nagle mnie łapie za rękę i wkłada mi palec w krajalnicę. Zaczęłam się szarpać, głośno drzeć się i płakać, co matka skomentowała czymś w stylu "No co ty, głupia jesteś? Przecież ci palca nie odkroję, toż ja żartowałam". No bardzo śmieszny żart...

Ostatnia, chyba najgorsza. Miałam jakieś 7-9 lat, siostra 3-5. Skaczemy sobie po łóżku. W pewnym momencie siostra spadła i uderzyła głową w kaloryfer. Zaczęła głośno płakać i z jej głowy leciała krew. Pobiegłam po matkę, która siedzi sobie w łazience i się ogarnia, nieprzejęta sytuacją. Mówię jej, co się stało, na co ona krzyczy "teraz się myję" i nawet nie zamierza wyjść. Dopiero jak powiedziałam o krwi, to wyszła.

Jaka była jej reakcja? Zaczęła się na mnie wydzierać: "Co ty jej zrobiłaś, chora jesteś!?!?!!" itd. - jakbym to JA rozwaliła siostrze głowę, w dodatku specjalnie. Poza tym nagadała jakichś pierdół w stylu, że mam się "modlić, żeby siostra przeżyła", że "przeze mnie umrze" i inne takie. To było tuż przed wyjściem do szkoły, w której siedziałam ciągle zestresowana, martwiąc się, co z siostrą.

W końcu wróciłam do domu, przekonana, że siostra leży w szpitalu w bardzo ciężkim stanie - a ona normalnie siedzi i się bawi. Bo nic groźnego się jej nie stało, co dla dorosłych było raczej oczywiste. Mało tego, matka powiedziała ojcu, że to JA zrzuciłam siostrę z łóżka, więc ojciec też na mnie krzyczał. Nikt nie słuchał mojej siostry, która sama nawet mówiła, że spadła przypadkiem.

Poza sytuacjami jak wyżej i podobnymi, regularnie słyszałam szantaże, że mnie oddadzą do domu dziecka, groźby, że przyjdzie pan i mnie zabierze, że ktoś przeze mnie umrze albo ja umrę i inne takie. Dalej nie rozumiem, co ma na celu takie straszenie. Wyżywanie się, czy jakiś nieudolny sposób "wychowywania"?

rodzina

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (140)

#86183

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo źle wspominam wszelkie zabiegi pielęgnacyjne/higieniczne, wykonywane przez moją matkę w dzieciństwie. Mam tu na myśli np. mycie, czesanie, obcinanie paznokci. Każda z tych czynności była bolesna, matka nie była ani trochę ostrożna - szarpała, wszystko w pośpiechu, nieuważnie, używała za dużo siły, itd.

Najgorsze było obcinanie paznokci - pamiętam, że bałam się tego i zawsze błagałam, by zrobił to tata (wtedy nie bolało). Matka jednak upierała się, że ona musi to zrobić i że "wymyślam". Czesanie - szarpała za włosy, wszystkie mniejsze kołtuny ściągała w jedno miejsce, łącząc je w duży kołtun, który następnie szarpała na siłę, jednocześnie krzycząc na mnie, że "co ty robisz z tymi włosami, że masz takie kołtuny". Pamiętam, jak czesała mnie czasem babcia - było ok, więc to raczej nie była kwestia jakiejś mojej nadmiernej delikatności.

Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że dość szybko nauczyłam się sama dbać o siebie. Rodzicielka jednak dalej upierała się, że "źle to robię" i chciała robić to za mnie mimo wszystko. Z pomocą ojca udało się ją przekonać, że już umiem i dała mi spokój.

Moja młodsza siostra nie miała tyle szczęścia. Wspomnienia ma podobne co ja - ból. Jednak ją matka chciała myć itd. do 12 roku życia, albo i dłużej. Podejrzewam, że dlatego, że nie miała już kolejnych dzieci, którymi mogłaby się "zająć" po zostawieniu siostry w spokoju.

Ostatecznie pozwoliła jej się samodzielnie myć po ciągłym zwracaniu uwagi przez chyba wszystkich domowników - niestety, nie do końca. Zaczęła zabierać klucz do łazienki i czasem wchodziła tam siostrze. Poza tym, dyktowała jej jak ma się myć, np. kazała jej to robić w prysznicu na siedząco (chociaż siostra była już na tyle duża, że ledwo mogła w tym brodziku wygodnie usiąść). Siostra rozkazu nie posłuchała i myła się normalnie, za co matka na nią krzyczała. Skąd się o tym dowiedziała? Podglądała ją przez takie dziurki na dole drzwi... Siostra potem zaczęła je zasłaniać ręcznikiem, o czym dziwnym trafem matka od razu się dowiedziała już przy pierwszym zasłonięciu. Ciekawe skąd.

rodzina

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (144)

#86124

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam bita przez obojga rodziców jakoś do 13-14 roku życia, jednak "styl" ich bicia był zupełnie inny.

Ojciec przekładał przez kolano i dawał klapsy/pasy (dość mocne) na goły tyłek, wtedy gdy miałam jakieś przewinienie, w tym też np. spóźniłam się 15 min do domu, przypadkowo coś stłukłam, miałam inne zdanie, za dużo razy o coś poprosiłam, itd. W każdym razie musiałam coś uprzednio zrobić (już pomińmy, czy kara był adekwatna).

Matka natomiast biła zupełnie jakby losowo. I nie pasem na tyłek, a najbliższym przedmiotem (najczęściej kij od mopa) po głowie, paznokciami po twarzy. Ciężko mi nawet przytoczyć konkretne sytuacje, bo potrafiła się zdenerwować nagle i to zrobić. Kojarzę jednak pewien powtarzający się schemat - jej bicie mnie rano, przed szkołą. Gdy ojciec poszedł już do pracy, siostra do szkoły, a ja się właśnie miałam zbierać.

Później - przez opuszczoną lekcję spowodowaną tym, że ja płakałam, a ona się na mnie darła co jakiś czas mnie okładając - pisała mi zwolnienie z owej lekcji z powodu "spraw rodzinnych". Nauczyciele o nic nie pytali, brali papierek i tyle. Za to inne dzieci były ciekawe, co mi się stało (widząc rozciętą lub spuchniętą wargę, raz czerwoną plamę w oku). Zawsze wymyślałam bajki typu - bawiłam się z kuzynem w wojnę na patyki i dostałam. Wspinałam się na drzewo i gałąź mi strzeliła w twarz. Z jakiegoś powodu byłam święcie przekonana, że jak powiem prawdę, to wszyscy mnie wyśmieją (matka różne głupoty mi wkładała do głowy).

Czasem ludzie zastanawiają się, czemu bite dzieci nic nie mówią i się nie skarżą. Albo czemu - pytane - zaprzeczają. Mogę odpowiedzieć ze swojej strony - strach, często pranie mózgu ("nikt ci nie uwierzy", "każdy ma tak w domu, jak jest niegrzeczny", "jak powiesz to dostaniesz lanie", "wyśmieją cię", itd).

Moja siostra bardzo rzadko była bita - głównie ją straszono, podając mnie jako przykład. "Będziesz posłuszna mamusi, prawda? A nie jak siostra... Będziesz kochać mamusię, prawda? Bo zobacz, erisengles jest niegrzeczna i dlatego dostaje lanie, nie bądź jak ona..." - tego typu teksty słuchała bardzo często. Po takim praniu mózgu i oglądaniu, jak jestem bita, siostra bała się stawiać w jakikolwiek sposób i podważać zdanie rodziców. Ani trochę się jej nie dziwię...

Jakby kogoś interesowało więcej akcji mojej matki - jest ich jeszcze kilka na moim profilu.

rodzina

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (144)

#86067

(PW) ·
| Do ulubionych
W pierwszej klasie liceum miałam Kolegę, którego poznałam na koncercie. Pisaliśmy jakiś czas, a potem zaczęliśmy do siebie co weekend na przemian jeździć (miasta oddalone o 40 km). Spotkania były kumpelskie, pokazywaliśmy sobie swoje miasta nawzajem, graliśmy na gitarach (często z jeszcze jednym kolegą).

No, ale moja matka (znana już z paru opowieści tutaj - wszystkie w moim profilu) jak zwykle miała jakiś problem. Gdy Kolega przychodził do mnie, to nagle ona musiała koniecznie korzystać z komputera. Wywalała sprzed niego moją siostrę, bo ona MUSI. Ważne tu jest to, że siostry pokój był przechodni i dzieliła go z moim ściana z karton-gipsu, w której były drzwi. Idealnie tam słychać wszystko, co się działo w moim pokoju.

Podsłuchiwała nas (jak i innych moich gości), staraliśmy się więc spędzać czas głównie na mieście. Pewnego razu jednak było zimno i zostaliśmy w domu. Puściliśmy sobie film, żeby spędzić czas bez rozmów. Gdy Kolega już poszedł, matka od razu do mnie krzyczy "A PO CO TY GO ZAPRASZASZ JAK NAWET NIE ROZMAWIACIE, TYLKO CISZA W TWOIM POKOJU", tym samym przyznając się do podsłuchiwania.

Gdy miałam jechać do niego, też zawsze problemy. Udało się może 2-3 razy, a potem już mi nie pozwalała. Jej argumentem było "A BO SKĄD JA MOGĘ WIEDZIEĆ CZY TAM PAPIEROSÓW NIE PALICIE" i naciskała, żeby spotkania były u mnie albo wcale...

Oczywiście ciągle się pytała, czy to mój chłopak i czy mi się podoba. Ale to akurat robiła z KAŻDYM kolegą, z którym rozmawiałam. Chciała też wiedzieć o nim dosłownie WSZYSTKO, łącznie z imionami i zawodami rodziców. Nie wypytywałam go o takie rzeczy, to nie wiedziałam, ku wściekłości matki. Kazała mi się dowiedzieć.

Po tym, jak nie mogłam już do niego jeździć, on do mnie też nie jeździł i przez jakiś czas mieliśmy jeszcze kontakt internetowy, a potem umarł (kontakt, nie Kolega). To wywołało kolejną inbę mojej matki: "A CZEMU WY JUŻ SIĘ NIE SPOTYKACIE I NIE GADACIE? CO SIĘ STAŁO?" męczyła mnie o to cały czas.

3 miesiące później stalkowała go na FB i znalazła "satanizm" w polu "religia", wpisane dla beki (był ateistą, metalowcem). I tu się zaczęła jazda. W głowie matki milion bajek na jego temat, oczywiście powiązanych z jego rzekomym "satanizmem, składaniem ofiar i czarnymi mszami", na pewno coś mi zrobił, bo jest złym "szatanistom". I to jest MOJA WINA bo mogłam się z takimi ludźmi nie zadawać(!) i ona miała rację (xD), ale musi wiedzieć, co mi zrobił. NIC mi nie zrobił. Klasycznie uroiła sobie coś i mnie za to ochrzaniała, męczyła ten temat strasznie.

Kolega wiedział tylko o podsłuchiwaniu, o reszcie aż wstyd mi było (wtedy) opowiadać.

rodzina

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (154)

#85998

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy miałam 16 lat nauczyciel jednego z liceów w moim mieście organizował zajęcia nt. astronomii. Wstęp wolny, każdy mógł wejść i posłuchać. Oczywiście wraz z koleżanką byłyśmy chętne.

Spotkania odbywały się w godzinach wieczornych. Niestety, udało mi się pójść ledwie dwa razy, z dużym trudem - przy każdym wyjściu moja matka wymyślała milion teorii, że na pewno idziemy chlać, ćpać, imprezować. Wracałam trzeźwa po 2-3 godzinach, no ale najwidoczniej dobrze się kryję albo zdążyłam wytrzeźwieć(!). Później już zwyczajnie przestała mnie tam puszczać.

Mogła pójść zobaczyć jak to wygląda, mogła spytać się nauczyciela czy coś takiego się odbywa i ja chodzę... Nie! Ona przecież wie lepiej.

Brałam udział w projekcie w szkole, który odbywał się raz na 2 tygodnie po zajęciach i trwał do 18-19. Zawsze koło godziny 17 matka do mnie wydzwaniała, oczywiście nie wierząc, że siedzę w szkole. Również mogła się spytać, również nie chciała tego zrobić.

Pewnego razu zostałam nakryta na nocnym siedzeniu przy komputerze (mogłam siedzieć tylko w godzinach 17-22). Ojciec zapalił mi światło, ja zmrużyłam oczy i się zaczęło - ćpam, bo mam "małe oczy". Nazajutrz matka zrobiła mi tyradę i przetrzepała cały pokój w poszukiwaniu rzekomych narkotyków, już z góry mnie oskarżając.

Potem przy każdym powrocie do domu (nawet ze sklepu) było "chuchnij, pokaż oczy", itd. Zawsze się bałam, że coś im się nie spodoba i wszystko zacznie się od nowa.

Po długim czasie nieco się uspokoili, jednak wszystko wróciło, gdy podczas zmywania makijażu trochę płynu dostało mi się do oczu, a te zrobiły się czerwone i zaczęły łzawić...

Dla jasności - nie ćpałam, piłam mało (typu 2 piwa na urodzinach w wieku 16 lat) i nie kryłam się z tym. Generalnie byłam bezproblemowym dzieckiem - cicha, grzeczna, nie wagaruje, itd. Jednak z jakiegoś powodu nigdy mi nie ufali i na każdym kroku wymyślali jakieś teorie nt. moich rzekomych patologicznych zachowań.

Często miałam z powodu ich wymysłów kary, zakazy wychodzenia, zabrany internet. Cierpiały na tym relacje społeczne, niektórzy też myśleli, że tylko się wykręcam, bo nie chcę się spotkać.

Żyłam w poczuciu wiecznej niesprawiedliwości, widząc jak niektórzy chleją na umór, palą, itd. i uchodzi im to płazem, a mi obrywa się za całe zło, którego nawet nie popełniam. A to wszystko w 4 ścianach, w "idealnej rodzinie".

Oczywiście krzywych akcji w wykonaniu moich rodziców było więcej, całość mocno wpłynęła na mnie i moje późniejsze życie.

Część z nich już opisywałam:
https://piekielni.pl/85821
https://piekielni.pl/85871
https://piekielni.pl/85926

rodzina

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (134)

#85926

(PW) ·
| Do ulubionych
Hej, to znowu ja (85821, 85871). Tym razem opowiem o ograniczaniu hobby i życia społecznego.

W dzieciństwie dostałam książkę, w której były różne eksperymenty dla dzieci do przeprowadzania w domu. Jakieś hodowanie kryształów, wulkany itd. Byłam tym zafascynowana. Cały entuzjazm ostudziła matka, zabraniając mi robić którykolwiek z tych eksperymentów nawet w ogrodzie, bo "SYF BĘDZIE, BRUDNA BĘDZIESZ, COŚ CI SIĘ STANIE, TO GŁUPIE, NIE RÓB" - oczywiście to wszystko (i podobne) krzyczała jakby w złości.

Podstawówka, nauczycielka kazała wyhodować w domu kryształy i przynieść na lekcję. Matka z wielką łaską mi pozwoliła, "pomogła mi" robiąc to w pośpiechu i niezgodnie z instrukcją, nie reagując na moje zdanie i nie pozwalając mi nic zrobić samej. Po czym kryształy nie do końca wyszły i powiedziała, że to głupie i po co pani każe takie coś robić. Podobnie było, gdy na lekcje przyrody mieliśmy wyhodować rzeżuchę.

Kiedyś z klasą pojechaliśmy na konie. Właściciel powiedział, że można zapisać się na lekcje jazdy konnej. Moi rodzice nie chcieli nawet o tym słyszeć, bo "drogo" (pieniędzy mieliśmy dużo). Jak okazało się, że pieniądze nie są problemem, bo można pomagać przy pracy z końmi zamiast płacić - matka krzyczała na mnie, że nie będę się w jakichś koniach babrać, a poza tym nie będą mnie specjalnie wozić (5-10km...) i koniec tematu.

Podobne akcje działy się gdy chciałam chodzić na basen, na karate, na dodatkowe zajęcia z angielskiego, itd, no cokolwiek.

Moim marzeniem zawsze była perkusja. "Nie ma miejsca i drogie". To gitara elektryczna - mogę uzbierać kasę pracując w sadzie, miejsce mam w pokoju. "Nie, bo będzie hałas". Okej... Na szczęście po wielu próbach udało się ich przekonać, to była jedyna rzecz, która się udała (miałam już 16 lat). Ale jeszcze bardzo długo mi to utrudniali.

Później zainteresowałam się rzeczami, które można robić na komputerze bez wydawania pieniędzy i wychodzenia z domu - tu jakaś grafika, komponowanie muzyki, programowanie, próbowałam różnych rzeczy. No to wjechały ograniczenia na komputer.

Znajomi - zawsze były pytania o średnią ocen i jeśli była niższa od mojej, to nie pozwalano mi się z tą osobą zadawać. Miałam drugą najwyższą średnią w klasie, więc praktycznie każdy stanowił problem...
Zadawałam się z resztą ludzi po kryjomu, jednak było to uciążliwe. Później już otwarcie olałam tę zasadę, przez co musiałam znosić krzyki, jednak ostatecznie matka ogarnęła się w tej jednej kwestii.

Pewnego razu na wywiadówce nasłuchała się, jaki to Artur jest zły i pali papierosy. Krzyki, zakaz znajomości, bo jeszcze da mi papierosa i co wtedy. "ALE NIE ZADAJESZ SIĘ Z NIM, PRAWDA? JA SIĘ DOWIEM JAK SIĘ BĘDZIESZ Z NIM BAWIĆ".

Tych sytuacji było od cholery więcej, jednak nie starczy mi znaków.

To jakaś chora potrzeba kontroli wszystkiego?

rodzina

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (186)

#85871

(PW) ·
| Do ulubionych
Tu autorka wpisu: https://piekielni.pl/85821

Opowiem jedną z wielu piekielnych sytuacji z dzieciństwa.

Miałam 10-11 lat. Cudem zostałam puszczona do koleżanki z klasy (rzadko mi na to pozwalano). Na zewnątrz było w miarę ciepło, więc zostawiłam kurtkę u koleżanki na wieszaku, zaraz przy drzwiach wejściowych. Poszłyśmy rysować kredą po chodniku i ogólnie bawić się na świeżym powietrzu. Kiedy musiałam już się zbierać, to założyłam kurtkę i poszłam do domu.

Nic nie jadłam, miałam ochotę na słodkie, toteż zaraz po powrocie do domu poprosiłam o kawałek czekolady, który dostałam. Tuż przed tym umyłam ręce.

Wcinam sobie spokojnie, kiedy nagle drzwi do mojego pokoju otwierają się z hukiem, a matka krzyczy jednym ciągiem:
- PALIŁAŚ PAPIEROSY PALIŁAŚ PRZYZNAJ SIĘ CAŁA KURTKA ŚMIERDZI PALIŁAŚ DAJ POWĄCHAĆ RĘKĘ PALIŁAŚ CHUCHNIJ.
No więc daje jej rękę, całą w czekoladzie, i chucham, zapachem czekolady. I tu się zaczyna...

- UMYŁAŚ RĘCE ŻEBY NIE BYŁO CZUĆ I TEŻ DLATEGO OD RAZU POPROSIŁAŚ O CZEKOLADĘ HURR PALIŁAŚ PRZYZNAJ SIĘ DURR - monolog oczywiście był dłuższy, zapętlony i bardziej agresywny, jednak szkoda mi znaków.
W skrócie zostałam niesłusznie oskarżona o palenie, miałam się przyznać i dostać jakąś karę, ja się wypierałam i tak w kółko, aż usłyszałam, że tylko winny się tłumaczy.

Oczywiście poza "śmierdzącą kurtką" dowodów żadnych. Tłumaczenia, że chodziłam bez kurtki i może ktoś inny palił w pomieszczeniu, gdzie się ona znajdowała, było zupełnie zbyte. TA JASNE BEZ KURTKI NA DWÓR NIE WYMYŚLAJ ZIMNO JEST.

Później było przesłuchanie kto był z nami itd. i po dłuższej rozmowie ostatecznie stanęło na tym, że niby 13-letni brat koleżanki jest palaczem i chodził za nami (nie paląc!), dlatego moja kurtka śmierdziała (XD). To wymyśliła matka jako wytłumaczenie, gdy się dowiedziała po wywiadzie, że brat koleżanki przez chwilę z nami faktycznie był. A ja potwierdziłam jej wersję, aby uniknąć kary. WTF.

Nadal nie wiem co o tym myśleć.

Podobnych sytuacji było więcej. Fałszywe oskarżenia bardzo mnie stresowały, nigdy nie wiedziałam, kiedy matka coś sobie ubzdura i mnie za to ukarze.

rodzina

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (232)

#85821

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak rodzice sami zabijają kontakt z własnym dzieckiem.

Gdy byłam mała, matka miała dwa standardowe typy odpowiedzi na prawie wszystko, co mówię. Albo coś w stylu "Co ty gadasz? xD", "Nie wymyślaj", "Nie filozofuj", albo (gdy powiedziałam coś w miarę mądrego) "Kto ci to powiedział?!". Było to wręcz krzyczane, tonem, jakbym zrobiła coś złego/dziwnego.

Podobnie, jak opowiadałam o jakichś wydarzeniach, to zawsze były przytyki, bo coś mogłam zrobić inaczej, coś innego powiedzieć, mój znajomy też by mógł być inny, itd.

Wydźwięk tego był taki, że jeśli sama coś wymyślam/robię, to jest to głupie/złe/dziwne/śmieszne, a jeśli jednak takie nie jest, to znaczy, że "ktoś mi nagadał" i powtarzam.

Jak to na mnie wpłynęło? Przestałam rodzicom cokolwiek opowiadać, bo zawsze była krytyka. Starałam się jak najprościej, najszybciej zakończyć rozmowę. Jak w szkole? Dobrze. Co u koleżanki? W porządku.

Jednak takie traktowanie siada trochę na mózg, mimo że może się to wydawać pierdołą. Jest różnica, gdy doświadczy się tego raz, a gdy doświadcza się całe życie, od małego dziecka, w domu rodzinnym. Dlatego wpłynęło to też na moją samoocenę i pewność siebie - w sytuacjach społecznych bałam się, że powiem coś dziwnego, głupiego, bo przecież tylko tak potrafię, przecież jestem głupia. Więc mówiłam coraz mniej i wycofywałam się coraz bardziej, bałam się zgłaszać na lekcji i inicjować jakiekolwiek aktywności, bo przecież na pewno to głupie, ośmieszę się tylko, ludzie źle na to spojrzą.

Później byłam też krytykowana, że na rodzinnych imprezach siedzę przy stole i nic nie mówię - powinnam być fajna i rozbawiać towarzystwo.

Nieśmiałość, fobia społeczna, niska samoocena, itd. często mogą mieć źródło w domu rodzinnym.

Obecnie jestem dorosła, nie utrzymuję już kontaktu z piekielnymi rodzicami. Powodów jest dużo więcej, ale o tym może innym razem :)

rodzina

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (185)

1