Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

flav

Zamieszcza historie od: 4 lipca 2013 - 16:31
Ostatnio: 15 września 2018 - 15:31
  • Historii na głównej: 8 z 11
  • Punktów za historie: 2447
  • Komentarzy: 15
  • Punktów za komentarze: 79
 
poczekalnia

#83150

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W historii https://piekielni.pl/83135 pojawiły się komentarze, że szefową trzeba zgłaszać, gdzie się da za takie zachowanie. Myślę, że nie jest to konieczne, ponieważ ona sama radzi sobie całkiem dobrze w psuciu własnego interesu.

W pobliskim mieście typowo turystycznym w tym roku odnotowano rekordową liczbę turystów, a tymczasem w przybytku owej pani, było dużo mniej turystów niż w poprzednich latach. Pomijając brak reklam, wysokie ceny, mało atrakcyjne muzeum, dużym problemem jest jej sknerstwo.

Wymyśliła sobie, że muzeum trzeba powiększyć. Zrobić dodatkowe piętro, które trzeba wyremontować. Fajnie. Tylko raczej normalny właściciel zamknąłby całe muzeum na czas remontu, ale nie ona. Przecież kasa jej ucieknie. Dobrze, że zaczęła remont chociaż po zakończeniu zeszłego sezonu turystycznego. Ale wracając... Gdy wiercili w starych pałacowych ścianach, goście wchodząc do środka widzieli masę pyłu i kurzu. Jeśli to ich nie odstraszyło to z pewnością odstraszały dźwięki wiertarek i innego sprzętu. Niektórzy decydowali się zostać i nawet obejrzeć film, co oczywiście w takich warunkach było niemożliwe. Mogłabym biegać na górę i prosić o chwilowe zaprzestanie wiercenia, ale wtedy pracownicy nie mogliby niczego zdziałać. Szefowa problemu nie widziała, przecież wystarczy tylko dźwięk uregulować i można puścić film, nie? Była tak skąpa, że nawet nie chciała kupić żadnej osłony, żeby chociaż część kurzu nie przedostawała się do innych pomieszczeń. Rano przychodziłam, czyściłam meble z kurzu, które już po dwóch godzinach znów były całe w pyle.


Apogeum swojej głupoty osiągnęła, gdy pracownicy montowali grzejniki. Mieli zrobić to także w pomieszczeniach, w których były ekspozycje. Również wtedy nie wpadła na pomysł, żeby zamknąć muzeum chociaż na jeden dzień. Pracownicy szybciej by skończyli. Zwiedzający byliby zadowoleni. Ale chyba według niej zwiedzający powinni się cieszyć z oglądania rowków pracowników, ich sprzętu oraz syfu, który zrobili na salach. Jeszcze po rękach powinni ją całować, że mogli takie widoki podziwiać.


A wspomniałam, że na samej górze były jeszcze apartamenty hotelowe? No więc zapewne ktoś, kto zapłacił 600-700 zł za noc w takim miejscu tylko marzy o przebywaniu w zapylonym pokoju, gdzie przez kilka godzin słychać nieustające dźwięki walenia w ścianę oraz wiertarek. Według niej najwyraźniej tak, inaczej chyba nie sprzedawałby pokoi w takim miejscu, nie? Na szczęście po trzech niezadowolonych osobach chociaż w tej kwestii poszła po rozum do głowy.


Nic więc dziwnego, że szybko pojawiły się niepochlebne opinie o tym miejscu. Niby sezon zimowy, turystów niewiele, ale jedna zła opinia wystarczy, by zniechęcić dziesięć innych osób.


Gdy już zauważyła, że brakuje gości, wpadła na kolejny genialny pomysł. Odnowi sale na parterze. Oczywiście również wtedy nie wpadła na to, żeby zamknąć muzeum dla zwiedzających. A niech obserwują wymianę mebli! I może pomysł byłby całkiem fajny, ale pod warunkiem, że zmiana byłaby na lepsze. A tu... zmieniła coś, co było naprawdę ładne. Coś, co ludzie chwalili, zamieniła na coś, co ktoś trafnie nazwał "sklep z antykami". Meble, które przyniosła wyglądały doprawdy tragicznie. Na niektórych stołach można było dostrzec odciski po kubkach, z których rozlała się herbata. W jednym pomieszczeniu, nie mając już chyba żadnego pomysłu, przy ścianie poustawiała ze dwadzieścia krzeseł, każde z innej parafii, i uznała, że jest "zer szyn". Na to miała kasę, a na wymianę okropnie zniszczonego dywanu (żaden zabytek, najtańszy dywan z hipermarketu) pieniędzy już zabrało. Każdy pracownik powiedział jej, że to wygląda tragicznie, ale ona nie jest kobietą, która liczy się ze zdaniem innych.


Nawet dwa tygodnie nie minęły, kiedy pojawiły się kolejne negatywne komentarze. Po prostu kobita strzeliła sobie w kolano. I chyba zupełnie zapomniała, że na jest mnóstwo turystycznych książek (nawet sprzedawane w jej sklepach), w których są zdjęcia starych wnętrz, więc nie brakowało i dalej nie brakuje rozczarowanych turystów. Gdy pokazano szefowej, jak ją obsmarowano na FB, to spytała tylko, czy można to usunąć. Także problemu nie widzi dalej.


W sumie to ona jest piekielna sama dla siebie, w końcu sama pcha to wszystko do upadku. Może po zakończeniu remontu, będzie to jakoś wyglądało, ale zapewne wtedy wymyśli tak dużą cenę za bilety, że i tak nikt tam nie wejdzie. Obecnie za piętnaście minut zwiedzania (samemu!) trzeba zapłacić tyle, co w innych miejscach za godzinne zwiedzanie z przewodnikiem.


Kolejną głupotą jest to, że kobita nastawia się głównie na Niemców. A bądźmy szczerzy, tych coraz mniej odwiedza te strony. Wśród komentarzy gości (zwłaszcza hotelowych) nie brak opinii, że niemieccy goście są traktowanie lepiej. W TV jest pięć kanałów, z czego tylko jeden polski, reszta niemieckie. Z gazetami dostarczanymi do pokojów jest podobnie.


Tylko czekać, aż wszystko pi*rdyknie. Może wtedy kupi to ktoś bardziej inteligentny i mniej skąpy? Szkoda tylko tych gości, którzy zapłacili za zwiedzanie lub przebywanie w hotelu w takich warunkach.

pałac

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (75)
poczekalnia

#83135

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu opisywałam piekielności, które spotykają mnie w (na szczęście) już byłej pracy. Tym razem opiszę piekielności ze strony szefowej, a zwłaszcza jej głupotę lub skąpstwo, bo inaczej nazywać tego nie potrafię. Dodam jeszcze, uprzedzając komentujących, że każda praca ma minusy i plusy, więc dlatego pracowałam tam przez rok pomimo rzeczy, które opiszę poniżej.

Szefowa była właścicielką pałacu wraz z parkiem oraz z folwarkiem. Zrobiła tam hotel, restauracje, sklepy i muzeum, w którym to pracowałam. Ponieważ oszczędzała na pracownikach zazwyczaj sama musiałam upilnować muzeum znajdującego się na dwóch poziomach (parter + piwnica) oraz sklepu, który mieścił się w tym samym miejscu. Nie miałam do pomocy żadnych kamer, bramek. Do tego szefowa wymyśliła sobie, że kasę umieści w miejscu, w którym nie widać ani sklepu, ani wejścia do muzeum, ani ekspozycji. Idealne miejsce, czyż nie? Do tego kasetka z pieniędzmi nie była w żaden sposób zabezpieczona, czyli gdy wychodziłam z kasy praktycznie każdy mógłby wejść i wybrać z niej pieniądze. A wychodzić musiałam często.

Szefowa wymagała bym witała wchodzących gości, puszczała film, obsługiwała sklep, którego asortyment był w innym miejscu niż kasa, oraz pilnowała czy nikt nie niszczy ekspozycji. W czasie sezonu zadania te były nie do wykonania przez jedną osobę, ale mimo licznych próśb pracownic, szefowa prawie nigdy nie chciała się zgodzić, by w muzeum były chociaż dwie pracownice. Nawet mimo licznych kradzieży (głównie rzeczy ze sklepu) oraz osób, które wchodziły do muzeum nie płacąc za zwiedzanie. Najgorsze było to, że ta kobieta miała później pretensje do pracownic, że nie spełniają swoich obowiązków. Można było jej tłuc do głowy, że jedna pracownica nie da rady się rozdwoić, ale do niej to nie docierało. Jaśnie hrabina, która w życiu nie miała normalnej pracy, uważała, że dramatyzujemy. Najbardziej mnie wkurzyła, gdy sprzedawałam bilety gościom, a ona przyszła do mnie z pretensjami, że widziała jak ktoś wszedł na ekspozycje bez biletu. Spytałam ją w jaki sposób mam być w dwóch miejscach na raz, to burknęła coś o tym, żebym z nią nie dyskutowała i bardziej przykłada się do pracy. Miałam szczęście, że przy gościach nie chciała mnie bardziej zjechać, gdyż cóż... była wredną suką.


Jak tylko przyszłam do pracy usłyszałam do dziewczyn, by nigdy z nią nie dyskutować, bo inaczej zmiesza człowieka z błotem. Przez to zresztą była ogromna rotacja pracowników, którzy nie wytrzymywali z nią psychicznie. Kiedyś konserwator pracował w upale na zewnątrz i poszedł do restauracji poprosić o szklane wody, niestety szefowa prosto w twarz mu powiedziała, żeby poszedł za pałac. Tam jest rzeka. Może się napić. Nie zliczę ile pracownic zgnoiła, dlatego najlepiej było się uśmiechać, kiwać głową i potem robić dalej swoje.


Wracając do muzeum. Szefowa wymagała również sprzątania. Niby prosta sprawa, ale przede wszystkim nie zapewniano nam odpowiedniego sprzętu. Była jakaś szczotka oraz za szmatki dostawaliśmy jakiś stary pożółkły materiał pocięty na kawałki. Żadnych płynów czy rękawic. Do tego pracowałam od 10 do 19, czyli w czasie pracy muzeum. Nie było żadnej dodatkowej godziny na posprzątanie przed lub po otwarciu. Czyli powinnam sprzątać wtedy, gdy w pałacu było pełno gości, a w czasie sezonu było to niemożliwe. Może nie mieliśmy tłumów gości, ale jak pisałam wcześniej, miałam zbyt dużo rzeczy do upilnowania, by martwić się jeszcze o sprzątanie. Do tego często wyglądało to w ten sposób, że przychodziło kilka osób, kupowało bilety, szło zwiedzać, mijało może dwie minuty, w których zdążyłam zamoczyć szmatkę, a już za chwilę znów ktoś wchodził do środka. I tak cały dzień. Dlatego wkurzałam się, gdy szefowa przychodziła z pretensjami, że jest brudno, a ja się opierd*lam. Co z tego, że pięć sekund temu widziała, jak puszczam gościom film? Przecież powinnam mieć w ręce jeszcze szczotkę i zamiatać za sobą, gdy idę. Tutaj również żadne tłumaczenia nic nie dawały, do niej nic nie docierało. Czasem, może raz w miesiącu zdarzało się, że na weekend były dwie osoby, dopiero wtedy można było coś zdziałać. Tylko jak to wyglądało? Trzeba było podkurzać, więc jeździło się tym odkurzaczem między nogami zwiedzających, innego wyjścia nie było.


Pracowałam na umowę zlecenie, więc nie miałam również żadnej przerwy w czasie 9 godzinnej pracy. Do toalety chodziłam, gdy klienci nie przychodzili, ale wystarczyło, że tylko wyszłam, a zaraz ktoś przychodził i się niecierpliwił. Podobnie było z jedzeniem drugiego śniadania, musiałam to robić między klientami, więc czasem jadłam godzinę jedną kanapkę. A szefowa również nie lubiła, gdy robiłam sobie małe przerwy. Kiedyś, gdy organizowała w muzeum jakąś imprezę i zamknęła je na jeden dzień, ja miałam za zadanie tylko je posprzątać. Sprzątałam już ze cztery godziny bez przerwy, co widziała szefowa, gdyż kręciła się co chwila w pobliżu, więc zachciało mi się pić. Wyszłam tylko na sekundkę napić się wody, a ta już przyleciała opieprzyć mnie, że cały dzień nic nie robię! A tu jest tyle do zrobienia!


To oczywiście nie wszystkie piekielności z jej strony, ale nie chcę zrobić zbyt długiego wyznania. Jeszcze raz zaznaczę, specjalnie dla osób, które będą chciały napisać w komentarzu, że oni nie zgodziliby się na pracę w takich warunkach i jak najszybciej by uciekli. Pracowałam tam tak długo, ponieważ ta praca miała bardzo ważny dla mnie plus - mogłam wziąć urlop, kiedy chciałam i na jak długo chciałam. Do tego miałam problemy z lewym barkiem, przez co przez dłużysz okres czasu nie mogłam nosić ciężkich rzeczy, a niestety jest niewiele prac dla studenta, w których to nie trzeba się nadźwigać.

pałac

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (101)

#81761

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu siostra brała ślub. Już podczas przygotowań młodzi jasno określili, że nie chcą na weselu żadnych dzieci, gdyż mieli niesympatyczne doświadczenie z wesela znajomych. Na szczęście wśród zaproszonych gości było niewiele osób posiadających latorośle, właściwie tylko nasz kuzyn miał dwójkę maluchów (jedno roczek, drugie cztery lata), dlatego siostra, przy wręczaniu zaproszenia, delikatnie napomknęła, że raczej dzieci nie będą zbyt mile widziane. Kuzyn głową pokiwał i jak sam stwierdził, on to doskonale rozumie i im także nie będzie się chciało zabawiać potomków, a druga babcia na pewno chętnie przygarnie wnuczęta. Miało być piękne, wyszło jak zawsze.


Dzień ślubu. Kuzyn wraz z rodzinką pojawia się pod kościołem oczywiście z dwójką maluchów pod pachą. No cóż, może później odwiezie je do domu. Msza się zaczyna, a nagle na cały kościół słychać znajomą muzyczkę z gry na telefon. Wszyscy odwracają się do tyłu. I co widzą? Starszy maluch sobie gra, a dziadek (mój wujek) mu zawzięcie kibicuje. Nawet nie myślą, by dźwięk ściszyć. Jako świadek, poczuwszy obowiązek „ratowania” ślubu i filmu, podeszłam poprosić ich, by chociaż dźwięk wyłączyli. Wujek powiedział, że nie potrafi i co to komu przeszkadza?! A no wszystkim! Zaproponowałam, że sama to zrobię, chciałam małego poprosić, by dał mi telefon, a ja zaraz mu oddam. To był błąd. Otworzył bramy piekieł. Mały zaczął się drzeć na cały kościół jak syrena strażacka. Dobrze, że rodzice byli na tyle ogarnięci, że wyprowadzili dzieciaka na zewnątrz. Później wujostwo stwierdziło, że to moja wina, gdyż biednemu kochanemu aniołkowi chciałam zabrać telefon, gdy on się tak grzecznie bawił.


Ceremonia się skończyła, pora jechać na wesele. Czy ktoś pojechał odwieźć maluchy? A skądże! Małe bestie, sztuk dwa, przyjeżdżają z rodzicami na salę. Widziałam po siostrze, że jest zła, ale wraz z mężem stwierdzili, że nie ma sensu robić teraz cyrków. Bo może nie mieli z kim małych zostawić? Może druga babcia się pochorowała? Ale w takim razie może wypadłoby poinformować wcześniej, że jednak będzie ich więcej? W końcu to chyba oczywiste, że sale wynajmuje się na konkretną ilość osób i nawet jedno dodatkowe dziecko może być problemem. Na szczęście młodzi pomyśleli i wzięli dodatkowe miejsce, tak na wszelki wypadek. Ale co z młodszym? Niestety na sali nie było krzesełka przystosowanego pod małe dziecko, więc wujek od razu zaczął wyklinać młodych za to, że wynajęli lokal, który jest nieprzystosowany pod potrzeby ich cudownego wnuczka. Bo chyba powinni się domyślić, że oni jednak przyjdą z dziećmi! Co dziwne rodzice młodych nie robili większych problemów, to wujaszek wraz ze swą żoną na wszystko narzekał.


Przez kilka godzin, kilka osób męczyło się, żeby przed weselem wyznaczyć gościom miejsca. Młodym zależało, żeby rodziny/znajomi siedzieli blisko siebie, a jednocześnie, żeby młodsi siedzieli z młodszymi, a starsi ze starszymi. Tak, by każdy miał z kim porozmawiać i nie czuć się niekomfortowo. Po wielu próbach udało nam się wybrać odpowiedni układ, wydrukowaliśmy karteczki, położyliśmy je przy miejscach. Po złożeniu życzeń młodej parze wchodzę wraz z młodymi i drugim świadkiem jako ostatnia na sale, a tam istny chaos. Nikt nie może znaleźć swego miejsca. Jedna para zamiast siedzieć obok siebie siedzi na dwóch różnych końcach innych stołów.

Biegniemy szybko po ściągę, na której mieliśmy zapisane kto i gdzie miał siedzieć. I co? No i oczywiście kochany wujaszek musiał wszystko zepsuć, bo on chciał siedzieć koło swoich ukochanych wnuczków! Czyli obok młodych, więc sobie karteczki poprzestawiał i tak ma być! Bo on tak chce! A wspomniałam, że gdy kuzynostwo brało ślub kilka lat temu, to usadowili gości w podobny sposób i jakoś mu to nie przeszkadzało? Oczywiście niczym nie dało się mu przetłumaczyć, że to najlepszy układ, zwłaszcza dla pary, która została rozdzielona i nie znała nikogo z obecnych ( nie licząc pary młodej).

Przyszedł czas na pierwszy taniec, podczas którego zaczęto puszczać bańki mydlane. Dla dzieciaków istny raj, a rodzice ani dziadkowie nawet nie myśleli, żeby je pilnować, więc wybiegło sobie jedno na parkiet i oberwało sukienką siostry. Krzyk, płacz i wściekłość wujostwa, no bo kto to widział, żeby puszczać bańki mydlane na weselu! Przecież to oczywiste, że ten mały pomiot będzie je łapał! I dlaczego świadek ich nie pilnował, przecież to mój obowiązek! Pierwszy taniec zniszczony, dobrze że chociaż drugi im wyszedł.


A najzabawniejsze było to, że gdy kuzynostwo nakarmiło dzieciaki weselnym żarciem powiedzieli, że zabierają je do babci. Ach, czyli babcia od początku mogła się nimi zająć! Jeszcze się przyznali, że zabrali je, bo wujaszek nalegał, bo on tak kocha te dwa papuśne bachorki, które rozpieszcza do granic możliwości, że nie wyobrażał sobie, że miałyby nie przyjść.
Tak. Nie lubię tych dzieci, rozpuścili je straszliwie. Za wujaszkiem też nikt w rodzinie nie przepada, ale jak siostra stwierdziła: „Nie wypada go nie zaprosić”.

inne

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (225)

#81500

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie długo.

Przez pewien czas pracowałam w muzeum, gdzie po raz pierwszy spotkałam się z taką cebulą i o dziwo nie tylko polską! Niemcy również się nie popisali, a czasem zachowywali się znacznie gorzej od naszych rodaków. Dziś opiszę, co ludzie potrafią zrobić, żeby zaoszczędzić kilka groszy.

Zanim zacznę, muszę zaznaczyć, że owe muzeum było własnością prywatną i zostało zrobione niskim kosztem, przez co nie było tam żadnych zabezpieczeń. Żadnych bramek, ochroniarzy, kamer. Tylko jedna pracownica, która musiała ogarnąć ten syf. Całe szczęście, że nic nigdy nie skradziono! Sprawy nie ułatwiał również fakt, że wchodząc do muzeum od razu znajdowało się w holu, w którym było przejście do ekspozycji, którą było widać przez uchylone drzwi (rozkaz szefowej, to niby ma ludzi zachęcać do kupienia biletów), a jakby tego było mało, to jeszcze kasa znajdowała się w takim miejscu, że nie było z niej widać holu. Tylko przed drzwiami stały dwie wielkie tablice z informacją o cenie biletów i strzałką prowadzącą do kasy. Oczywiście, że takie rozwiązanie same w sobie było piekielnie, ale chyba można powiedzieć, że właściciele naiwnie wierzyli w uczciwość odwiedzających.

1. A ja tylko zerknę.
Wbija do środka kilka osób, wiedząc, że to muzeum, ignorują dwie ogromne tablice, rozglądają się i biegną do drzwi prowadzących do ekspozycji! Najlepiej stańmy w środku, utrudniając wyjście innym gościom z biletami i pogapmy się. Podchodzę do takich i mówię moją ulubioną formułkę „Przepraszam, czy mają państwo bilety?" (wiem, że nie mają, ale wydaje mi się, że takie zwrócenie uwagi jest najstosowniejsze). I co słyszę? „Oni tylko zerkną!” albo moje ulubione „Kuken”, jak wołają Niemcy. Po prostu aż się we mnie gotuje, gdy znów słyszę to „Kuken! Kuken! Kuken!” i to jeszcze takim tonem, jakby wydawali rozkaz rozstrzelania. Kiedyś się zdenerwowałam i powiedziałam „kuken kostet 5 zł” to jak się oburzyli! Bo przecież oni tylko chcą popatrzeć! Przecież nie wchodzą do środka! Teraz nie, ale wiem z własnego doświadczenia, że jak nie podejdę zwrócić uwagi, to chwilę postoją pod drzwiami, rozejrzą się uważnie i czmychną do środka, a potem będą udawać głupka, że wcale nie widzieli wielkich tablic. Czasem może faktycznie nie zwrócili uwagi, ale kilka razy widziałam, jak takie osoby gapiły się na nie kilkanaście sekund, po czym z gracją je mijały i biegły ku drzwiom.

Pamiętam, jak kiedyś Niemiaszek z rodzinką wbił się na salony bez zaproszenia, więc podeszłam zwrócić mu uwagę. Nie mówię najlepiej po niemiecku, znam głównie kilka potrzebnych mi zwrotów, więc powiedziałam, że muszą wpierw kupić bilety. Wtedy zaczął coś do mnie krzyczeć i zadał jakieś pytanie, którego nie zrozumiałam. Powiedziałam mu, że nie rozumiem zbyt dobrze niemieckiego, ale możemy porozmawiać po angielsku. I dopiero wtedy się zaczęło! Darł się, że aż szefowa z biura przyleciała, jedyne co zrozumiałam to, to że był zły, iż potrafiłam powiedzieć po niemiecku, że musi kupić bilety, ale innych rzeczy to już nie rozumiałam. Dopiero później szefowa mi powiedziała, że Niemiaszek był wściekły także za to, że śmiałam zwrócić mu uwagę, przez co on poczuł się złodziejem! (Zapytałam tylko, czy ma bilet). A wspomniałam, że ten bilet kosztuje AŻ 10 zł?! Taki majątek! W sumie to co ja się dziwie, że ludzie próbują uniknąć opłaty?!

2. A ja tylko coś pokaże mojej wnusi!
Zawsze jest to babcia z wnusią. Zawsze. Przychodzi taka uśmiechnięta z małą dziewczynką i zaczyna jej opowiadać o księżniczkach, cukierkach i jednorożcach (muzeum jest w zamku), prowadząc dziecko do wejścia na wystawy, oznajmiając wszem i wobec, że zaraz zobaczą śliczniutką sukienkę księżniczki. Ach, czyli babcia już tutaj była i doskonale wie, że trzeba zapłacić! Ale co z tego? Dziecko w tym wieku jeszcze wejdzie za darmo, ale ona już musi zapłacić 10 zł! Taka tragedia! Najbardziej mnie rozbawiła babeczka, która weszła do środka i w holu pełnym ludzi oznajmiła (tak że nawet ja w kasie usłyszałam, jak to mówi) „ Chodź koteczku, babcia ci pokaże coś pięknego!” Ha! Ha! Co z tego, że hol jest pełny osób, którzy kupili bilety?! Przecież ona tylko wnusi coś pokaże! Od razu przerwałam kasowanie klientów i poleciałam ją wygonić, gdyż było oczywistym, że innym gościom to się nie spodoba.

Skończyło się rykiem dziewczynki, która nie mogła zobaczyć sukienki, oburzeniem babci i słowami „Choć skarbie, ta pani jest niemiła i bezduszna. Jak tak można, ja tylko dziecku chciałam coś pokazać!” Takich bab przewinęło mi się co najmniej dziesięć i raz chciałam być miła. Było pusto, więc pozwoliłam pani pokazać tę kieckę, ale w międzyczasie ktoś mnie czymś zajął. Kobitka więc obleciała całą wystawę i nawet wychodząc, raczyła mi się tym pochwalić (byłam zajęta, nie zauważyłam, że jeszcze nie wyszła). Po tym już nigdy więcej się nie zgodziłam, więc zawsze musiało to kończyć się rykiem małej księżniczki i oburzeniem starych wiedźm.

3. „Kombinacje alpejskie”
Nie pytajcie czemu tak to nazywam, ale aż muszę przyznać, że ludzie naprawdę mi zaimponowali tym, jak kombinują, by przyoszczędzić parę złotych. Moja ulubiona kombinacja to na parę.
Wchodzi sobie taka parka, rozgląda się po holu, trochę się pokręcą, nie wychodząc po za tablice, pójdą obejrzeć pamiątki. Niby nic dziwnego, ale to tylko obeznanie się w terenie! Gdy już wyłapią system, ktoś musi się poświęcić (najczęściej mężczyzna). Wytypowana osoba podchodzi do mnie, mówiąc, że chce kupić bilety. Ja zapraszam ją do kasy i zaczyna się zagadywanie! Pan pyta o to, o pamiątki, co można zobaczyć. Niby taka zwykła gadka szmatka, a żoneczka w tym czasie przechodzi do ataku na wystawy i ogląda je w tempie ekspresowym. Gdy pierwszy raz z czymś takim się spotkałam byłam w szoku.

Niby ładnie ubrani państwo, uśmiechnięci, pokręcili się i nie wzbudzając moich podejrzeń, pan poszedł kupić bilety. Nawet przyjemnie mi się z nim rozmawiało! Aż nagle po pięciu minutach pan powiedział, że on to jednak żadnych biletów nie chce i wyszedł. Poszłam za nim i co widzę? Kobitka wybiega z sali i wcale nie pyta, czy kupił bilety, tylko oboje uciekają głównym drzwiami, a ja patrzę z szokiem na unoszący się za nimi kurz. Od razu było widać, że to zaplanowali! Takich par trafiło mi się przynajmniej pięć, później, naucza doświadczeniem, zaczęłam sobie i z takimi pomysłami radzić.

Kolejna kombinacja to wejście na przyjaciół.
Przychodzi sobie kilka znajomych, z czego jedno z nich zaczyna zachwalać to miejsce, że takie piękne ach i och i w ogóle. No po prostu muszą je zobaczyć! Idą więc do kasy, kupić bilety, ale zamiast sześciu biorą pięć, bo przecież ta jedna osoba już widziała i zaczeka w holu. Nigdy nie zaczeka, a jak już to tylko na moment, w którym nie będę zwracać na nią uwagi. Wbija do środka. Najlepsze, że nie oszukuje wtedy mnie (ja i tak nic z tego nie mam) ale swoich własnych znajomych, którzy za zwiedzanie zapłacili. I nie, nie dzielą się później kosztami, bo często tacy znajomi kupują sobie bilety indywidualnie.

Aczkolwiek najbardziej rozbawiła mnie Pani, która usilnie chciała oszczędzić 2 zł. Mamy także krótki film, żeby go obejrzeć, trzeba dopłacić dodatkowo 2 zł. Tragedia, prawda? Przyszły dwie przyjaciółeczki. Pytam, czy chcą także obejrzeć film, jedna się zdecydowała, ale druga mówi, że już go widziała, więc bierze samo zwiedzanie. Ok. Nie ma problemu. Puszczam film, druga pani czeka na zewnątrz. Przyszli kolejni goście, tylko zniknęłam w kasie, a już słyszę, jak ktoś otwiera drzwi od sali filmowej. W takiej sytuacji nigdy nie idę wyganiać, bo nie chcę przeszkadzać osobom, które zapłaciły, ale później staję pod drzwiami i czekam na tych januszy biznesu. Oczywiście tym razem z sali wyszły przyjaciółeczki, gdy zwróciłam im delikatnie uwagę, usłyszałam „O 2 zł będzie się Pani kłócić?” Szczerze? Mogłabym siedzieć na dupie w kasie i olewać tych wszystkich ludzi, nie przejmować się czy kupili bilety, czy też nie, ale jestem osobą uczciwą i denerwują mnie takie cwaniactwo-cebulactwo, więc postanowiłam nawet za te 2 zł to tępić, ale przyznaję, w sezonie, gdy przewija się kilkaset ludzi, zwyczajnie czasem już brak mi sił i nerwów, by kłócić się o to z ludźmi.

3. Grupy
Chyba najgorsze z możliwych plag. Takiej ilości ludzi zwyczajnie nie da się ogarnąć. Niestety muzeum znajduje się w rejonie, gdzie jest organizowanych mnóstwo wycieczek objazdowych, a co za tym idzie jakieś 60% tych grup, nie ma w programie zwiedzania. Wiadomo, wszystko z zewnątrz. Mają za to czas wolny, w którym mogą indywidualnie zwiedzać muzeum. Takie grupy przyjeżdżają z przewodnikami, którzy już dobrze znają pracownice, jak i to miejsce, więc doskonale wiedzą, jak u nas wygląda sprawa ze zwiedzaniem. Dlatego jestem im dozgonnie wdzięczna, że zawsze, zanim dadzą grupie wolne, mówią głośno i wyraźnie (nawet ja w grubych murach to słyszę!), że mogą iść pozwiedzać muzeum, ale to kosztuję tyle i tyle, a kasa jest tu i tu. Jednak jak widać ludzie mają problem ze słuchaniem (ta, raczej wolą udawać, że tak jest), gdyż zazwyczaj taka wycieczka, po dostaniu czasu wolnego, ładuje się do środka, wykazując się brakiem pamięci krótkotrwałej.

Wpierw rozglądają się po holu, zerkają z niesmakiem na tablicę, aż w końcu znajduje się przywódca grupy, który uderza na drzwi, a za nim całe stadko. Podchodzę zwrócić uwagę i słyszę moje ulubione „kuken”. Tak… 50 osób niech sobie „kuka”, ustawieni w kolejce, bo przecież jak jedna osoba sobie „kuknęła”, to inni też muszą. Proszę bardzo, czemu nie! Gdy już nabyłam doświadczenia, widząc taką grupę, od razu biegłam zamknąć drzwi na wystawę, gdyż to była jedyna możliwość, by ogarnąć to, za przeproszeniem, bydło. Na wiele grup to działało bez zarzutu, ale niestety nie mam możliwości zamknięcia schodów na niższy poziom, więc kilka grup i to wypatrzyło i sruuu już są na schodach. Zwrócisz im uwagę, udają że mówię do osoby obok! Albo jak wedrą się do środka i zostaną złapani, to usłyszę, że oni nie wiedzieli nic o biletach! Nikt im nic nie powiedział! To zabawne, że ja jakoś słyszałam to przez metrowe mury! Czasem trafiało się takie chamstwo, że nawet zamknięte drzwi (nie widać co jest za nimi) sobie otwierali i wbijali do środka, bo czemu kurde nie! W końcu do chlewu przyszli.

Na koniec zostawiłam sobie największe cebulactwo, po którym byłam wściekła przez kilka dni. Przyszła grupa, która o dziwo chciała zwiedzać pałac. Dla takich grup mamy przygotowany tańszy pakiet „zwiedzanie + film” za 10 zł zamiast 12. Jednakże pilot zakomunikował mi, że oni nie mają czasu na film i co zrobimy w związku z tym. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że tylko takie pakiety mamy, więc pan zaczął się wykłócać i jęczeć. W końcu zadzwoniłam do szefowej, zapytać, czy da się zrobić coś taniej dla grupy, która nie chce filmu.

Szefowa powiedziała, żebym po prostu sprzedała im bilety ulgowe za 8zł. Pan się ucieszył, zapłacił, wyszedł do grupy i co słyszę?! „No to chodźcie państwo na film!” Jestem niezwykle spokojną osobą i nawet gdy mam już serdecznie dość ludzi staram się powstrzymać, ale teraz po prostu coś we mnie pękło. Wyleciałam na hol i pytam na jaki film on chce iść, bo przecież sekundę wcześniej prosił o tańsze bilety, bo oni czasu na film nie mają! Pilot z przewodnikiem uśmiechnęli się głupkowato i zaczęli robić ze mnie idiotkę.

- No jak to? Przecież pani się zgodziła!
- Zgodziłam się, żeby weszli państwo za tańsze bilety bez filmu.
- Przecież nikt nie mówił o tym, że filmu nie chce obejrzeć. No puści nam pani film, co pani szkodzi?
- Nie, nie puszczę państwu tego filmu. Zapłacili państwo za zwiedzanie, nie za film, więc bardzo mi przykro!
- Ale proszę się nie denerwować, o dwa złote będzie się Pani kłócić?!
- Będę! Pan jakoś chwilę temu też się o to kłócił! Chce pan film? Proszę bardzo! Nie ma problemu! [tu się uśmiechną] Dopłaci pan za grupę i może pan obejrzeć go nawet dwa razy! Po Polsku i Niemiecku!

Pilot jeszcze się ze mną kłócił, a w międzyczasie grupa weszła już na sale i niestety przewodnik puścił im film, myśląc, że to załatwi sprawę. Nie załatwiło. Wyłączyłam im korki i przyszłam powiedzieć:

- Och , jaki mi przykro. Chyba prądu zabrakło.
I o dziwo nikt mnie za to nie zwolnił. Nie żałuję.


Wyszło długo, ale chciałam trochę żali wylać, bo tyle ile nerwów mnie kosztowała tam praca to już jest moje. Wiem, że niestety wiele tych piekielności wynika z braku kamer czy innych zabezpieczeń. Jestem tego świadoma, więc nie potrzebuję rad, że powinnam powiedzieć szefowej, by kupiła chociaż coś do ogrodzenia przejść. Nieraz jej to już ktoś mówił, a od wielu lat nic się tam pod tym względem nie zmieniło. Choć z drugiej strony było kilku gości, którzy chwalili nas właśnie za to, że nie czują się tutaj jak złodzieje, gdyż nikt za nimi nie chodzi i żadna kamera ich nie obserwuje.

muzeum.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (162)

#80482

(PW) ·
| Do ulubionych
Przy przeprowadzce na studia musiałam w jakiś sposób przewieźć duży i dość drogi komputer z jeszcze droższym oprogramowaniem.

Niestety nie miałam samochodu, a gdyby udało mi się jakiś pożyczyć i tak nie miałby mnie kto zawieźć. Komputer na studiach graficznych był mi bardzo potrzebny, więc zaczęłam kombinować. Wysyłka odpadała, raz że bałam się iż może zginąć, dwa wątpiłam, że dojedzie w całości. Dlatego zdecydowałam się zawieźć go autobusem.

Plan był prosty, przewiozę go na siedzeniu obok, w tym celu udałam się odpowiednio wcześniej do kasy biletowej i przedstawiłam problem. Powiedziałam, że wykupie dwa miejsca - jedno dla mnie, drugie dla mego sprzętu. Pani w kasie powiedziała, że nie ma problemu. Bilety kupione, nic tylko jechać. No ale...

Linia którą miałam jechać jest zawsze wyładowana po brzegi, więc zawsze każde miejsce jest zajęte. Do tego istnieje możliwość zakupu biletu przez internet, w kasie lub bezpośrednio u kierowcy tuż przed odjazdem autobusu. Najlepsze jest to, że kierowca nie ma wglądu do tego, ile biletów zostało kupionych w kasie, więc wygląda to tak, że wpierw wsiadają ludzie z biletami, potem kierowca liczy ile miejsc zostało i zaczyna sprzedawać na nie bilety. Wszystko pięknie, ale niestety trzeba tam być i zobaczyć co się dzieje, gdy podjeżdża autobus i ludziska tłumnie zaczynają się pchać. Właściwie jest to materiał na zupełnie inną historię.

W każdym razie przyjechałam odpowiednio wcześniej, żeby spokojnie się załadować z rzeczami, ale oczywiście, gdy zrobiło się tłumnie, jakakolwiek kolejka przestała się liczyć. Gdy autobus podjechał ludzie dosłownie zaczęli się taranować, żeby dopchać się do wejścia, nawet gdy kierowca powiedział, że pierwszeństwo mają osoby z już kupionymi biletami, nikt nie zamierzał ustąpić.

Całe szczęście był ze mną tata, który pomógł mi się załadować i dopchać do środka. Wchodząc poinformowałam kierowcę, że mam wykupione dwa miejsca, więc gdy później będzie liczył wolne miejsca mojego absolutnie ma nie liczyć. Zgodził się, wpuścił nawet tatę na chwilę, by pomógł zanieść komputer na miejsce.


I tu zaczyna się pierwszy problem - w środku było już sporo ludzi i oczywiście każdy siedział pojedynczo, co za tym idzie nie było już wolnych dwóch foteli obok siebie, a powinny. W końcu miałam wykupione miejsce 24 i 25, ale tam siedziały już dwie staruszki. Poszłam poprosić je, żeby się przesiadły na swoje miejsca, ale nie.

Musiałam wysłuchać jaką to jestem gówniarą, że zwracam im uwagę, że równie dobrze mogę usiąść za nimi (gdzie było jedno miejsce wolne), a nie im głowę zawracać. Gdy powiedziałam, że muszę siedzieć wraz z moim bagażem, zaczęły znów mnie wyzywać od idiotek, księżniczek, które mają durne pomysły. Dopiero kierowca przegonił je na swoje miejsca, ale odeszły wielce niezadowolone, gdyż moje miejsce bardziej im odpowiadało, ponieważ te, które kupiły, było blisko toalety. Przez pół podróży słyszałam, jak narzekają na mnie i niewychowaną młodzież z durnymi pomysłami.

Gdy wreszcie usiadłam, położyłam komputer między wolnym siedzeniem, a siedzeniem z przodu, a monitor zabezpieczyłam, żeby się nie zsunął, myślałam, że wszystko pójdzie już spokojnie. Ale nie. Skończyły się miejsca, więc kierowca musiał powiedzieć sporej liczbie osób, że niestety nie mogą tym autobusem pojechać. Wtedy pani siedząca po drugiej stronie, krzyknęła, że przecież koło mnie jest wolne miejsce.

Chyba kurczę nie zauważyła dwóch wielkich kartonów, których nijak nie miałabym gdzie upchać. Niestety ludzie stojący pod drzwiami to usłyszeli i się zaczęło. Na nic były moje tłumaczenie, że wykupiłam to miejsce, że zapłaciłam za nie i równie dobrze nic mogłabym na nim nie trzymać, a oni i tak nie mogliby na nim pojechać, bo za nie zapłaciłam, do cholery!

Ludzie zaczęli krzyczeć, że oni muszą do lekarza, pracy, mają chore córki (naprawdę) i muszę wywalić mój komputer za drzwi, a najlepiej, żeby ta idiotka co kupiła dwa miejsca wyleciała również, bo co to za chore pomysły! Jakiś facet wszedł nawet do środka w celu wyrzucenia mnie siłą, ale kierowca go powstrzymał i zagroził, że jak nie opuści pojazdu to wezwie policję. Przez moje "puste" miejsce wyjechaliśmy z 15 minutowym opóźnieniem. A chyba warto wspomnieć, że na tej trasie autobusy kursują co godzinę, a w czasie szczytu, co pół godziny.

Po drodze autobus stawał jeszcze w kilku miejscach, nie zwracałam uwagi ile pasażerów wsiada, ile wysiada, nie liczyłam pustych miejsc, nie przypominałam, że to wolne miejsce obok mnie jest zajęte przez komputer, bo liczyłam, że po takich przygodach kierowca zapamiętał, ze sorry, ale to miejsce okupuje mój niedobry komputer. Ale oczywiście, na każdym przystanku ktoś musiał mnie zaczepić z prośbą o zabraniu moich rzeczy i zrobienia mu miejsca, gdy pokazywałam, wykupiony bilet, znów słyszałam o tym, jakie mam dziwne pomysły i co to za zwyczaje kupować dwa miejsca, ale spoko, szli dalej, siadali na innych miejscach.

Aż na jednym przystanku pani, której powiedziałam, że nie ma opcji, żeby tutaj usiadła wróciła i powiedziała, że muszę jej ustąpić, gdyż nie ma innych miejsc. Zdębiałam, rozejrzałam się i faktycznie - kierowca sprzedał jej moje miejsce. Nie miałam co zrobić, gdybym komputer wcisnęła pod nogi, to je musiałabym unieść pionowo w górę, ale został jeszcze monitor. Nie chciałam być już taką wstrętną księżniczką z durnymi pomysłami, więc wpadłam na pomysł, że wezmę monitor na kolana, a pani usiądzie trzymając nogi na przejściu, ale niestety był za duży i nijak nie chciał się zmieścić między mój gruby brzuch, a siedzenie z przodu, więc sorry, Pani nie ma gdzie siedzieć, a autobus nie ma jak jechać.

Wtedy zdenerwowany kierowca kazał załadować mi mój sprzęt do bagażnika. Powiedziałam, nie ma problemu, ale pan pisze mi na piśmie oświadczenie, że jeśli cokolwiek się stanie, to pan pokryje koszty naprawy lub odkupi komputer. Na to nie był już taki chętny, więc cóż prawdopodobnie z własnej kieszeni musiał zwrócić babce za bilet i kazać jej jechać następnym autobusem. Oczywiście cała moja podróż musiała odbyć się pod niemiłymi spojrzeniami innych pasażerów i gdy wychodziłam musiałam usłyszeć od kierowcy, jaka ze mnie księżniczka.

Cóż, może mój pomysł z przewiezieniem komputera autobusem był szalony, ale nie miałam wyboru. Aczkolwiek znam również wiele osób, które z takich lub innych powodów wykupują dwa miejsca i również spotykają się z podobną sytuacją. Ludzie są źli i praktycznie zawsze kierowca musi sprzedać kupione miejsce. Po prostu PKS.

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (172)

#80368

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój ojciec to prawdziwy Janusz, rok temu przebił samego siebie.

W święta mama poprosiła, żeby pojechał odkurzyć i umyć auto, niestety musiał wziąć mnie ze sobą (do pomocy). Pojechaliśmy na stację, która miała także automatyczną myjnię, zrobiliśmy co trzeba i byłoby spoko, gdyby nagle tatuś nie stwierdził, że wycieraczki (te pod stopami) są ubłocone i trzeba je czymś umyć. Tu miał rację, zima w pełni, więc i wycieraczki całe w błocie i piasku. Co więc zrobiłby normalny człowiek? Pewnie wziął wycieraczki do domu i umył lub wymyślił coś innego.

Co zrobił mój kochany tatek? Ano kazał czekać i poleciał w stronę dystrybutorów i zabrał stamtąd te wiaderka z płynem do mycia szyb. Tak, i tym kazał mi myć brudne wycieraczki, właśnie tym! Gdy mu powiedziałam, że chyba zwariował, że tym myje się szyby, zaczął mnie wyzywać i grozić, że da karę jeśli nie wezmę się do roboty. Próbowałam mu tłumaczyć, że przecież ktoś tym później umyje szybę i nie będzie zachwycony, ale do niego nie docierało! Sam wyjął te wycieraczki i zaczął je myć, a ja ze wstydem w oczach patrzyłam, jak ten syf spływa do tego wiadra.

Ludzie patrzyli na nas z niesmakiem, ja myślałam jak dać stąd nogę, a że kawałek było do domu nie miałam gdzie uciec. W końcu skończył, wkłada wycieraczki do środka i w ten podchodzi do nas pracownik z bananem na ustach i mówi:

- Panie, ale to nie do tego służy! Ja panu pokażę!

I nim tata zdążył coś zrobić, pracownik zaczął myć tą brudną wodą przednią szybę naszego samochodu, zostawiając piękne brązowe ślady na świeżo umytym aucie. Tata albo był w tak wielkim szoku, albo zrozumiał swoją głupotę, że nawet awantury nie zrobił, tylko mruknął:

- Bo ja myślałem, że tym można... bo to dla wszystkich...

Pan popatrzył na mnie z żalem w oczach i odszedł, a ja mu dziękuję, bo na szczęście tata na święta wielkanocne nie miał już tak durnego pomysłu.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (237)

#77417

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio natrafiłam na piekielną historię pewnej Pani instruktor, więc również postanowiłam dodać coś od siebie. Jednak opiszę, jakie piekielności spotkały mnie, prowadząc w czasie ferii obóz (dojazdowy) na nartach.

Przy zapisach na zajęcia, rodzice kilkukrotnie byli pytani, czy ich pociechy potrafią jeździć na tyle dobrze, żeby zjechać z górki i podjechać na wyciągu. Wszyscy zapewniali, że dzieci jeździć potrafią. Na pierwszej zbiórce szefowa również kilka razy spytała, czy są jakieś dzieci, które jeździć nie potrafią. Nikt się nie zgłosił.

Gdy tylko dojechaliśmy na stok i dzieciaczki miały same zapiąć narty, okazało się, że pięć latorośli nie potrafi tego zrobić. Czasem rzeczywiście dzieci (zwłaszcza te małe) mają z tym problem, ale one nawet nie wiedziały gdzie jest przód, a gdzie tył nart. Okazało się, że cała piątka nigdy wcześniej nie była na nartach, to był ich pierwszy kontakt z tym sportem. Oczywiście brak umiejętności jazdy na nartach wykluczał ich z uczestnictwa w zajęciach, więc dzieciaki przesiedziały 4h w barze wraz z szefową, czekając na autobus powrotny.

Rodzice oczywiście byli oburzeni, gdy dowiedzieli się, że dzieci zamiast jeździć, nawet nart nie ubrały. Dalej nie docierało do nich, że obóz był dla dzieci jeżdżących i nikt nie ma czasu na to, by uczyć pięcioro dzieci podstaw. Zapytałam ich, czemu zapisali dzieci niepotrafiące jeździć na taki obóz, to odpowiedzieli:

- Bo Dorotka szybko się uczy! Ona taka zdolna! Szybko by załapała o co chodzi!
- No bo ten obóz był tańszy (Był organizowany drugi obóz dla dzieci niejeżdżących, który był droższy o 50zł.)
- To Pani nie wie, że trzeba się uczyć od lepszych? Mój Krystianek nie będzie jeździł z jakimś nieukami! On od lepszych musi się uczyć.
- No bo Malwinka chciała być na obozie z koleżanką, a nie z obcymi.

Jeden z rodziców przywiózł swoje dziecko bezpośrednio na górę. On miał chociaż resztki rozumu, bo od razu przyznał się, że Maks miał dwie lekcje z instruktorem, ale nigdy sam nie zjeżdżał na dół.
- Proszę pana, to jest obóz dla dzieci potrafiących samodzielnie poruszać się na stoku. Pana syn nie może więc uczestniczyć w zajęciach. Przykro mi, ale nie zamierzam ryzykować, że coś mu się stanie, gdy straci kontrole nad nartami...
- No ale co to za problem?! Weźmie go Pani na bok i nauczy w 20 minut wszystkiego! Max jest taki zdolny, on sobie poradzi!
- Proszę pana, to nie są zajęcia indywidualne, ja mam pod opieką dziesięcioro dzieci, które chcą jeździć, a nie czekać, aż pana syn nauczy się zakręcać. Nie mogę im również kazać jeździć samym, gdy będę zajmować się Pana synem.

Pan poszedł na skargę do szefowej, od której usłyszał dokładnie to samo. Oburzony zabrał syna i pojechał do domu.

Żadne tłumaczenia, moje czy szefowej, nie docierały. Rodzice nie mogli pojąć, że jazdy na nartach nie nauczy się patrząc, nie nauczy się w pięć minut. Niektórzy potrzebują godziny, innym czasem dziesięć godzin nie starcza. Gdzie w tym wszystkim rodzice mają wyobraźnię? Czy naprawdę nie rozumieją, że narty to niebezpieczny sport? Zwłaszcza dla osoby, która nie potrafi się zatrzymać lub zakręcać?! Gdyby te pięcioro dzieci nie przyznało się, że nie potrafi jeździć, mogłoby dojść do tragedii, ale przecież Krystianek jest taki zdolny... No jak to, nie nauczył się hamować patrząc na narciarza przed nim?!

Na obozie mieliśmy podzielić dzieci umiejętnościami oraz wiekiem (patrzyliśmy głównie na umiejętności, ale czasem wiek też jest ważny) na cztery grupy. Wiadomo, że trudno to ocenić na sucho, więc przed pierwszym zjazdem wstępnie wypytaliśmy rodziców, jak radzą sobie dzieci na nartach. Jeden tatuś zaczął wychwalać swą córeczkę pod niebiosa, że już gdy skończyła trzy latka, jeździła jak zawodowiec, że jak ona jedzie, to wszyscy stają, żeby patrzeć, że to nowa mistrzyni Polski. Tak, to są prawie dosłowne cytaty jego słów. Zawsze traktuje takie wychwalanie z przymrużeniem oka, później weryfikując na stoku umiejętności dziecka.

Już podczas pierwszego zjazdu zauważyłam, że przyszła mistrzyni wyraźnie nie panuje nad nartami i boi się zbyt dużej prędkości (nie była duża, była dostosowana mniej więcej do poziomu grupy), w końcu stanęła na środku drogi, zaczęła ryczeć. Zatrzymałam się, podeszłam do niej, porozmawiałam. Mała trafiła do mniej zaawansowanej grupy, gdzie miała więcej koleżanek w swoim wieku, gdzie nie musiała bać się prędkości. Gdy pod koniec zajęć tatuś dowiedział się, że jego gwiazda nie jest jednak w "najlepszej" grupie, urządził wielką awanturę, że to skandal tak traktować jego dziecko. Nie docierało do niego, że jego córka się boi i nie radzi sobie z ćwiczeniami.

Bo przecież Michalinka musi uczyć się do lepszych...

stok

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (246)

#57624

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam sąsiadkę, która pełni zaszczytną funkcję „monitoringu osiedlowego”. Wie wszystko o wszystkich i wszystkim się interesuje, oraz monitoruje co dzieje się u nas na klatce.

Stale na wszystko marudzi i wszystko jej przeszkadza. Remontu w spokoju zrobić nie można, bo zaraz przyleci i będzie drzeć się, że jej to przeszkadza. Psa w domu trzymać nie można, bo szczeka i przeszkadza. Utrudnia życie wszystkim, przez co kilka osób już się wyprowadziło.

1. Do mieszkania obok niej wprowadziły się studentki, nie imprezowały, nie hałasowały, ale właśnie miały pieska. Piesek nie szczekał, ale czasami dziewczyny wypuszczały go na balkon (wychodziły z nim także na spacery), który był obok balkonu kochanej sąsiadki i tej nie spodobało się towarzystwo pieska i od razu poleciała do zarządcy bloku na skargę, że ten piesek tam sika, sra i kij wie co robi jeszcze i on ma coś z tym zrobić. Zarządca złożył dziewczynom niezapowiedzianą wizytę, one zgodziły się pokazać mu balkon, na którym zupełnie nic nie było z wyjątkiem małego pieska. Ani śladu siku, czy kupy. Tylko piesek i jego zabawki. Oczywiście sąsiadka była uparta i stale walczyła z studentkami, aż w końcu te nie wytrzymały i po miesiącu wyprowadziły się.

2. Przed blokiem mamy spory plac gdzie dzieciaki często grały, tak, grały w piłkę. Wspomnę tylko, że między blokiem, a podwórkiem są ogródki, przez co piłka nie była w stanie dolecieć do okien. Ale oczywiście pani wszystko przeszkadza, bo to hałas, bo to w okno może uderzyć. Krzyczała na dzieci, ale że to nic nie dawało wpadła na pomysł by zabrać im piłkę. Wyleciała z domu poczekała, aż piłka do niej podleci, złapała i hyc do domu z piłką uciekła. Dopiero po interwencji rodziców piłka wróciła do dziecka, niestety przebita. Po kilku takich akcjach dzieciaki przestały grać.

3. Kochana sąsiadka, jak wcześniej wspomniałam, monitoruje klatkę schodową. Interesuje się kto z kim przychodzi oraz co niesie. Ostatnio sąsiad wynosił coś z piwnicy, więc ta od razu na klatkę wyleciała i gapi się co on tam niesie. Nie zapyta, bo po co, więc gapi się i pewnie jakby mogła to by do pudła głowę wsadziła. Ten już nie wytrzymał i powiedział:
- Co się s*ko gapisz? Złoto k*rwa niosę!
Ta nic nie odpowiedziała, ale w zemście wzięła klucze od skrzynki z bezpiecznikami i po chamsku prąd mu w mieszkaniu odłączyła. Na szczęście zarządca również klucze posiadał więc włączył mu prąd. Niestety kochana sąsiadka swoich kluczy (nie wiadomo skąd je ma) oddać nie chce i raz na jakiś czas stale prąd mu wyłącza.
I co zrobić z taką babką?

blok

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 570 (646)

#57626

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już kiedyś wspominałam pracuję jako instruktor narciarstwa. Opisywałam już piekielności z szkoleń indywidualnych, więc przyszła pora opisać jakie piekielności spotykają mnie i innych instruktorów prowadzących grupy dla dzieci. I nie, to nie dzieci są tu piekielnie (choć jedno się trafiło) tylko ich rodzice.

1. Szkoła organizuje dojazd na stok w postaci autobusu z miasta, ale oczywiście niektórzy rodzice wygodni muszą autem pociechę zawieźć, dlatego zawsze informuje ich, że o godzinie 9 z parkingu udajemy się na stok i o tej godzinie dzieci mają stać gotowe do wyjścia. Autobus przyjeżdża około godziny 8:45, więc dzieci w tym ja często stoją z 10 minut na mrozie, marznąc, czekając na resztę dzieciaków. Ale oczywiście rodzice muszą się spóźnić i przyjeżdżają na godzinę 9:00 z tym, że oni muszą jeszcze dziecku buciki ubrać, buźkę posmarować, narty naszykować przez co ja i inne dzieci marzniemy kolejne 10 minut. Po rozmowie z prezesem dostałam zezwolenie, że mam nie czekać - jest godzina 9:00 ja idę na stok i reszta mnie nie obchodzi. No niby wszystko spoko, tylko jeden problem. Dziecko, które się spóźni musi samo dojechać na stok (rodzice często nie potrafią jeździć) i to ja za nie odpowiadam, więc jak coś mu się stanie, to mi się za to oberwać może.

2. Zawsze na zajęciach mamy przerwy 30-minutowe. Dzieciaki mogą coś zjeść i zagrzać się, jednak czasem bywają sytuacje gdy temperatura spada do minus 20 i ciężko w 30 minut się zagrzać, więc niektórzy rodzice sami mnie proszą by zrobić 15 minutek dłuższą przerwę. No ale nie wszystkim się to podoba, bo inny rodzic uzna, że to strata czasu i mamy jeździć, bo jak nie to on pójdzie na skargę do prezesa. I co tu robić? Dać dzieciom marznąć czy zostać ukaranym?

3. Powrotu autobusem też nie są kolorowe, ponieważ wysadzamy dzieciaki na przystankach, na których powinni znajdować się ich rodzice (doskonale wiedzą o której godzinie mają tam się stawić). Niestety często się spóźniają przez co autobus musi stać na przystanku i czekać na rodzica (nie można dziecka zostawić samego bez opieki). Na ostatnim przystanku wysiadają wszyscy w tym instruktor, który czeka aż reszta dzieci zostanie zabrana. Rodzice doskonale o tym wiedzą i bywa tak, że po pociechę pojawiają się po jakiś 15 minutach, bo wiedzą, że on i tak zaczeka. Raz trawił się nawet przypadek, że 7-letniemu dziecku dano kasę na taksówkę by nią samo wróciło do domu, bo ojcu za trudno po nią przyjechać (sama mówiła, że tata w domu na nią czeka). Niestety dziecka w takim wieku puścić samego nie mogę, więc miałam do wyboru albo zadzwonić po policję lub zawieść ją własnym autem do domu.

stok

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 271 (341)

#56826

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem instruktorem narciarstwa zjazdowego, dodam kilka sytuacji jakie spotkały mnie w moim "zawodzie".

1. Często rodzice wykupują lekcję dla swych pociech by się ich pozbyć. Ja nie marudzę, bo to dla mnie pieniądze, ale szlag mnie trafia jak po minionej wykupionej godzinie przyprowadzam dzieciaka w umówione miejsce, a rodziców nigdzie nie ma! Ja już muszę iść na kolejną godzinę lekcji, a tu dzieciaka samego zostawić nie mogę i czekam i czekam. Inni ludzie w kolejce po instruktora się denerwują i mnie się obrywa, bo tracę cenny czas. A rodzic znajduje się po jakiś 15-30 minutach i tłumaczy, że myślał, że jeszcze ma sporo czasu, a zawsze przed lekcją mówię rodzicowi, gdzie i o której ma się po pociechę stawić.

2. Czasami umawiam się na lekcje przez telefon. Wtedy klient ma pewność, że ja o tej godzinie stawie się i nie będzie musiał czekać na mnie w kolejce. No więc ja się stawiam, czekam 5 minut nie ma nikogo, 10 minut i nie ma. Inni nie umówieni klienci denerwują się, bo czekają na instruktora, a tu jeden sobie stoi i czeka. Co robić? czekam więc jeszcze 5 minut i biorę klienta z kolejki. A tu po kolejnych 10 minutach pojawia się spóźniony umówiony klient i z mordą do mnie i innych pracowników, że jak to ja nie śmiałam czekać na niego 30 minut! A przecież mógł zadzwonić i powiedzieć, że się spóźni, to coś by się wymyśliło, ale nie bo po co.

3. Najbardziej jednak denerwują mnie ludzie, którzy myślą, że w ciągu jednej godziny nauczę ich, lub ich pociechy jeździć jak prawdziwy zawodowiec. Zawsze przed rozpoczęciem lekcji informuje, że godzina to może być za mało by nauczyć się jeździć i o takich innych pierdołach. Klient zawsze kiwa głową mówi, że rozumie i kupuje lekcje. Ja kończę godzinę, pod czas której najczęściej udaje mi się nauczyć dzieciaka wstawać, jeździć pługiem, hamować i czasem skręcać, ale i to przy dużym szczęściu. Oddaje dzieciaka rodzicowi, a ten do mnie z mordą, że jego dzieciak nie nauczył się super jeździć, i że ja tylko kasę wyłudzam i naciągaczką jestem. Ja tłumacze, że godzina to za mało, że nikt tak szybko się nie nauczy, ale pan już tego nie rozumie i leci do właściciela szkoły na skargę na mnie. Oczywiście prezes bierze mnie w obronę, bo swoją fuchę odwaliłam i nie może mi nic zarzucić, więc pan jeszcze bardziej wkurzony i grozi, że więcej tu nie przyjedzie.

Z tego co wiem nie tylko mi się to przytrafiło.

stok narciarski

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 463 (507)