Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

helgenn

Zamieszcza historie od: 7 grudnia 2017 - 16:40
Ostatnio: 28 stycznia 2023 - 13:57
  • Historii na głównej: 10 z 11
  • Punktów za historie: 1098
  • Komentarzy: 298
  • Punktów za komentarze: 2102
 
poczekalnia

#90078

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W ostatniej historii o Januszu pisałam o dość frywolnym podejściu do zakresu obowiązków a dziś dla odmiany będzie o rzeczy, którą wyjątkowo do moich obowiązków pasowała i równie wyjątkowo szybko się skończyła.

Dla przypomnienia, niemal 20 lat temu pracowałam w małej firemce z branży budowlanej. Janusz miał swój mały warszat, kilku pracowników i sprzedawał dość niszowy produkt, biznes kręcił się całkiem nieźle. Jego odbiorcami byli przede wszystkim drobni wykonawcy. Z dużymi firmami Januszowi było nie po drodze: po pierwsze nie miał możliwości produkować na większą skalę, a po drugie wtedy nie za bardzo mógł oszukiwać na fakturach, a kto to widział sprzedawać bez żadnych przekrętów. Janusz miał również sporo znajomości w mieście i brata za granicą, więc z czasem coraz częściej pośredniczył również w imporcie sprzętów za odpowiednią opłatą.

Klientów było sporo a Janusz umawiał się z nimi bezpośrednio na spotkania w biurze; wszystko zapisywał sobie w małym, skórzanym notesiku, który nosił w wewnętrznej kieszeni kurtki. Krótko po moim przyjęciu do pracy stwierdził, że właściwie po to ma sekretarkę-asystentkę, żeby prowadziła mu kalendarz spotkań. Wcześniej, gdy odbierałam telefon w celu umówienia spotkania miałam przekierowywać na komórkę szefa, od tej pory to on miał odsyłać kontrahentów do mnie i ja się miałam wszystkim zajmować bez jego ingerencji.

Janusz miał swój komputer, ale korzystaliśmy wszyscy z tej samej poczty, więc pokazałam mu kalendarz, gdzie mógł znaleźć umówione spotkania z ich opisem. Bardzo szybko okazało się, że Janusz w ogóle nie sprawdzał spotkań na mailu, podejrzewam, że po prostu nie umiał tego zrobić. Mógł powiedzieć od razu, ale nie ma problemu, przejdziemy na system karteczkowy.

Sama korzystałam nadal z maila, ale rano drukowałam mu "sprawozdanie" z kim dziś jest umówiony i o której. Jeśli tylko udało mi się go złapać w biegu to pokrótce je objaśniałam, ale i to nie działało, a powód był dość prosty. Komunikacja z Januszem zawsze działała tylko w jedną stronę. Janusz miał pretensje o to, że umówiłam go z klientem, kiedy on ma zaplanowaną wizytę u dentysty (o której mi oczywiście nic nie mówił, bo to nie moja sprawa).

Ponieważ Janusz był coraz bardziej zirytowany moją niekompetencją, zaczął się z powrotem umawiać bezpośrednio z klientami i zapisywać w swoim skórzanym notesie. Szkoda, że o tym też mi nie powiedział, bo ja umówiłam kilka spotkań w tym samym czasie.

W końcu Janusz uznał, że ma dość tej farsy, mogłabym się w końcu nauczyć domyślać, że on miał już plany a nie, że trzeba mi tak wszystko mówić i kategorycznie zabronił umawiać jakichkolwiek spotkań. Co prawda nie odzywał się przez tydzień obrażony, ale jakoś nie było mi żal.

Janusz

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (80)

#90064

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pod ostatnią historią o Januszu pojawił się komentarz o zakresie moich obowiązków, więc uznałam, że to temat na kolejną odsłonę tej małej sagi. Dla przypomnienia dodam, u Janusza pracowałam prawie 20 lat temu, rynek pracownika nie istniał, a ja byłam świeżo po liceum bez doświadczenia i jakiejkolwiek wiedzy o swoich prawach.

Zakres moich obowiązków na umowie (zleceniu oczywiście) brzmiał mniej więcej "bieżąca obsługa biura". Miałam głównie odbierać telefony, odpowiadać na pytania o oferty i przekierowywać do szefa lub właściwych działów. Nie zajmowało to 8 godzin, więc w tak zwanym międzyczasie miałam pomagać przy różnych sprawach. Bywało, że musiałam wycinać jakieś literki dla jego córki do szkoły, opiekować się w sekretariacie dziećmi klientów, którzy dopinali umowy a i nawet sprzątać po weselu (to dotyczyło wszystkich pracowników).

Z czasem jednak z "pomagania" wykluła się całkiem spora lista innych obowiązków, to tylko niektóre z nich:

1) Robienie zdjęć produktów i zamieszczanie ofert na Allegro. Talentu fotograficznego u mnie za grosz, więc wysłuchiwałam, że zdjęcia z warsztatu są brzydkie/ciemne/niewyraźne/ucięte. Jako przykład zdjęć idealnych Janusz pokazywał mi katalogowe zdjęcia produktów z branży i że każdy głupi potrafi takie robić (nawet nie pytajcie czy on potrafił).

2) Odbieranie komórkowego telefonu o każdej porze dnia i nocy, bo szef nie mógł znaleźć jakiegoś dokumentu w biurze, a pilnie potrzebował w piątek o 21:00. Jak nie odbierałam to następnego dnia dostawałam z*ebę stulecia, że po to dostałam przedpotopowy telefon, żeby go odbierać i to jest mój zas*rany obowiązek. Telefony również się zdarzały, gdy wyjechałam na wakacje, okraszone komentarzami, że on nic nie słyszy, bo morze szumi za głośno w tle i żebym poszła gdzie indziej. Byłam na promie.

3) Najbardziej piekielna dla mnie rzecz. Po odejściu osoby odpowiedzialnej za sprzedaż zagraniczną, to mi przypadła ta działka (nie było żadnego przekazania obowiązków ani podwyżki, "przecież i tak siedzę a język znam" to mam robić co mi każą). Całkiem nieźle się w tym odnajdowałam i pociesza mnie fakt, że to mi pomogło utorować drogę do późniejszej kariery. A decyzję, która w końcu popchnęła mnie do zmiany było odkrycie, że jako jedyna nie dostaję za sprzedaż żadnej dodatkowej prowizji (która nie była nigdzie spisywana, szef sam uznawał ile i komu daje, więc ludzie się średnio dzielili tą informacją). Co było powodem? Przecież jestem dziewczyną i żyję w domu rodzinnym to dodatkowa kasa nie jest mi tak potrzebna jak innym.

Janusz

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (168)

#90032

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Sylwestrowa historia o Januszu się przyjęła, więc uznałam, że opiszę więcej z tego niezbyt wesołego okresu mojej kariery. Od razu zaznaczam, że historia jest z czasów, kiedy nikt nie słyszał o rynku pracownika.

Janusz prowadził różne biznesy w branży budowlanej. Choć oszukiwał klientów na potęgę to działał w pewnej niszy, dzięki czemu biznes całkiem nieźle się kręcił. Miał mały zakład produkcyjny, ale też trochę pośredniczył w sprowadzaniu sprzętów zza granicy i załatwieniu formalności na prośbę swoich klientów, w tym leasing. Dodam tutaj, ze zarówno Janusz jak i klienci mieli tak zwany fach w ręku, ale często byli praktycznie półanalfabetami.

Właśnie umowa leasingowa miała być podpisana w biurze u Janusza, gdy zadzwonił przedstawiciel leasingu, że ze względu na wypadek i zablokowaną drogę nie zdąży dojechać na czas. Sprawa była pilna, więc zaproponowano, że ja wydrukuję ich formularze, powypełaniam odpowiednie pola w imieniu banku; dokumenty wyślemy kurierem i następnego dnia dodadzą podpisy i pieczątki, tak, żeby klient miał wszystko gotowe za dwa dni.

Wszystko się planowo udało, po tygodniu otrzymałam telefon od przedstawiciela leasingu, który w uzgodnieniu z dyrekcją chciał mi przekazać równowartość swojej diety, ponieważ de facto ja wykonałam całość jego pracy. Zaproponowałam, żeby przekazali tą informację Januszowi, ponieważ ja się niezbyt komfortowo czuję przyjmując coś za jego plecami i nie chciałabym mieć problemów przez kilkaset złotych (choć dla mnie była to spora suma to po prostu się bałam, że temat wypłynie gdzieś przypadkiem i będę miała problemy).

Oczywiście Janusz nigdy się o jakiejkolwiek premii nie zająknął ani nie przekazał pochwały. Ale do dziś się zastanawiam czy odmówił przyjęcia dodatkowej kasy (wątpię), czy premię kazał sobie przelać, żeby dołożyć swojej jedynaczce do kolejnej pary butów.

Janusz

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (149)

#90018

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moją pierwszą pracą po LO była fuszka u typowego Janusza, w teorii prowadzenie biura i kontakt z anglojęzycznymi klientami, w praktyce rola "przynieś, wynieś pozamiataj i oskarżaj o wszystkie niepowodzenia (np. nie odebrałam telefonu stacjonarnego, bo byłam w WC a to mogło być jakieś przełomowe zamówienie). Branża budowlana (głównie sprzedaż materiałów), 90% załogi to faceci, szef wybitny szowinista.

31 grudnia przyszłam do pracy jak co dzień i zasiadłam do biurka. Około 10:00 szef mi zakomunikował, że on u siebie w biurze robi dziś imprezkę noworoczną i zaprasza wszystkich pracowników. Oprócz mnie rzecz jasna, bo ja mam odpowiadać na telefony i informować kontrahentów, że on jest cały dzień niedostępny i żeby nie dzwonić na komórkę.

Wszyscy już ledwo trzymali się na nogach o 14:00, więc zostali zwolnieni do domu, szef poszedł spać. Ja z moim pasjansem siedziałam do 17.01, szef musiał odpowiednio wcześniej żonę poinstruować, żeby sprawdziła o której wychodzę, bo niby przypadkiem wpadła poszukać nieistniejących dokumentów za pięć piąta.

Sylwester

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (208)

#89907

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia Samoyed przypomniała mi pewną wizytę na komisariacie dobrych kilka lat temu, ale od początku.

Mój biologiczny ojciec nigdy nie poczuwał się do wypełnienia jakichkolwiek obowiązków rodzicielskich, a już na pewno nie płacenia alimentów. Dopóki byłam niepełnoletnia na sprawach w sądzie lub na policji pojawiała się moja mama. Gdy skończyłam 18 lat musiałam sama zgłosić się na policję na zeznania. To było dawno i wszystkich szczegółów nie pamiętam, ale wyglądało to mniej więcej tak:
Policjantka: - No, a czemu tatuś się nie poczuwa do płacenia?
Ja: - Nie wiem, to dla mnie obcy człowiek, nie mamy żadnego kontaktu;
- No ale może wysyła prezenty?
- Nie, tak jak mówiłam, nie mam z nim żadnego kontaktu;
- A czemu tatuś sam się nie stawił na przesłuchaniu, skoro dostał wezwanie?
- Nie wiem, ja nawet nie wiem jak on wygląda, widziałam go raz w życiu. Gdyby nawet czekał na korytarzu na zeznania nie wiedziałabym, że to on.

Wszystkie pytania były w podobny deseń, żeby tylko przyłapać mnie na kłamstwie. Niestety wiem, że jest dużo pań udających samotne matki, żeby dostać dodatkowe świadczenia to "alimenty" dostają pod stołem. Tylko u nas naprawdę było wtedy cienko i mówiłam prawdę, policjantka przestała drążyć dopiero jak wybuchnęłam płaczem po kolejnym oskarżycielskim pytaniu.

Policja

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (188)

#89604

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Znów Vinted i osiedlowe Grażynki biznesu.

Opisałam problem w jakimś komentarzu, ale mam wrażenie, że zjawisko się nasila. Szukam na Vinted okazji z kategorii bliźniaki. Ranking drobnych piekielności od najmniejszej do największej:

1) Zdjęcie dwóch identycznych rzeczy, oznaczona kategoria bliźniaki, w opisie można przeczytać, że podana cena jest za jedną sztukę. Opisy i tak lepiej czytać, ale można się naciąć mimo wszystko.

2) W drugim przypadku już trzeba bardziej poszperać, bo informacja o tym, że cena jest za jedną rzecz jest w opisie kategorii "o mnie", zero informacji w opisie przedmiotów.

3) Największa piekielność: o tym, że cena jest za jedną rzecz nie ma informacji kompletnie nigdzie, ani w opisie przedmiotu ani sprzedającej. Tym bardziej się zdziwiłam, że w połowie opisów ta informacja była, a w drugiej połowie nie, więc założyłam, że te bez dodatkowego opisu to cena za całość. Pół biedy, że pani asekuracyjnie zapytała przy sprzedaży czy chce tylko pojedyncze rzeczy.

Już mi się nawet nie chce zwracać uwagi, że to nieuczciwe praktyki, podobno panie tak robią, bo dużo osób pyta o pojedyncze rzeczy. Raz się niestety dałam naciąć z ubraniem na pewną okazje i musiałam drugi raz płacić za przesyłkę z drugim kompletem.

Vinted

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (124)

#89654

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Czytałam komentarze w historiach "okołoalkoholowych" i tak mnie wzięło na wspominki.

Mniej więcej 1/3 mojej klasy w podstawówce na wsi (lata 90.) miała przynajmniej jednego rodzica alkoholika.

Największe szczęście mieli ci, których ojcowie po pijaku się zabili. Dzieci dostawały rentę rodzinną i po czasie było widać, że odżywały, były lepiej ubrane, wyniki w nauce też na plus.

Część dzisiejszych już dziadków miała amputowaną nogę, choć jeden też pechowo złapał gangrenę i podobno umierał dwa dni w męczarniach.
Oczywiście można to tłumaczyć tym, że takie czasy, pili wszyscy itd., dziś to już zupełnie inna kultura.

Mimo tego w zeszłym miesiącu pożegnaliśmy pierwszego kolegę z klasy. Utopił się pijaku w wieku 30 lat. Pił mniej więcej od 16. roku życia z ojcem, właściwie bez przerwy.

Alkohol

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (131)

#89309

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O złotówach... w Madrycie ;)
Kilka lat temu latałam często na delegacje do Madrytu. Mój hiszpański wtedy mocno kulał, a z angielskim bywa tam różnie.
Ponoć w związku z licznymi oszustwami władze wprowadziły stałą taryfę za przejazd z lotniska do centrum - 30 euro. Taksówki czekały w kolejce, trzeba było wejść do pierwszej wolnej. Znałam doskonale te zasady, ale i ja się dałam oszukać.

Mój lot w lipcu był bardzo mocno opóźniony, ledwie stałam na nogach i brałam taryfę do hotelu grubo po północy. Pod hotelem taksówkarz podaje mi kwotę 50 euro, pytam łamanym językiem, że przecież powinno być 30 a on mi tłumaczy, że w wakacje obowiązują inne taryfy w nocy i jest specjalna dopłata. Terminal mu oczywiście "nie działał", na moje nieszczęście miałam gotówkę i mu rzuciłam to 50 euro. Nie wiem do dziś, dlaczego nie upomniałam się o rachunek, w końcu był mi potrzebny do rozliczenia delegacji, jedyne usprawiedliwienie to wyczerpanie. Jak się można łatwo domyślić koledzy z biura uświadomili mnie, że nocna taryfa wakacyjna nie istnieje, ale żebym się tak nie przejmowała, bo każdego z nich taksówkarze próbowali zrobić w bambuko. Ale ja i tak dziś jestem na siebie zła do dziś...

Taxi Madryt

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (126)

#88136

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Szczepienia od trochę innej strony, a dobrej g****burzy w komentarzach nigdy za wiele:)

Ostatnio usłyszałam w radiu, że nadal zbyt mało osób chce się szczepić na covid.

W sprawie szczepień znajdowałam się w największej grupie tzw. niezdecydowanych. Nie jestem antyszczepionkowcem, z drugiej strony nigdy się nie szczepiłam na grypę i nie widziałam do końca sensu szczepienia na covid. Zanim podjęłam decyzję chciałam poszukać większej ilości rzetelnych informacji, wyników badań, opinii lekarzy itd.

Podczas poszukiwań kompletnie załamał mnie poziom edukacji, dostępu do informacji oraz ich jakości.

Ze strony rządu jedyne "zachęty" to kampania z aktorami (którzy dla mnie w sprawie zdrowia nie są żadnymi autorytetami), można też odnieść wrażenie, że jedyną korzyścią ze szczepienia jest możliwość podróżowania i wstępu na koncert.

Ze strony mediów: głośne nagłówki o zakrzepicy, o śmierci po szczepieniach (nawet jak ktoś spadł z dachu), o tym, że CEO Pfizera sam się nie zaszczepił. O tym, że się zaszczepił, kiedy była pora na jego grupę wiekową to już trzeba samemu znaleźć.

Zapisałam się w końcu na forum, w którym mają się wypowiadać przede wszystkim lekarze i rozwiewać wszelkie wątpliwości. O ile było dużo rzetelnych badań, to jeśli ktokolwiek kulturalnie wyrażał jakiekolwiek wątpliwości to był automatycznie uznawany za antyszczepionkowca i szura. Bo przecież jak komuś wyszła wysypka w miejscu szczepienia dopiero tydzień później, to na pewno komar ugryzł :).

Decyzję już podjęłam, także uprzejmie dziękuję za złote rady (w którąkolwiek stronę) w komentarzach. Żeby jednak ją podjąć musiałam się naprawdę postarać, żeby znaleźć jakościowe treści, dla mnie to jest piekielne.

szczepienie covid

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (152)

#86757

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w oddziale jednej z większych korporacji na świecie. Firma co jakiś czas angażuje się w co bardziej medialne tematy, będzie o jednym z nich, a mianowicie: równość płac kobiet i mężczyzn.

Wypłaty w korporacji mają to do siebie, że do każdego stanowiska ustala się widełki, różnice w zarobkach na podobnym stanowisku bardziej wynikają z tego ile ktoś sobie wynegocjował, szczególnie na początku pracy.

Ale ktoś z HR musiał chyba awansować, więc dokonano analiz i wyszło, że w działach finansowych przeważają kobiety z niższymi dochodami a działach technicznych (lepiej płatnych) mężczyźni. No ewidentna nierówność.

Jako rozwiązanie zaproponowano parytety zatrudnienia w działach technicznych, w praktyce oznaczało to, że gdy manager otrzymał CV od 20 mężczyzn i dwóch kobiet to musiał wybrać kobietę, która spełniała jakieś minimum wymagań. Co ciekawe do działu finansowego nikt parytetów nie wprowadził.

Dzięki Bogu po jakimś czasie ta praktyka upadła: managerowie klęli pod nosem, bo musieli odmawiać najlepszym kandydatom, a zatrudnione kobiety odnosiły wrażenie, że dostały stanowisko tylko ze względu na płeć. Nie jestem pewna jak historia się zakończyła, słyszałam tylko plotki o tym, że otarło się o sąd, co by mnie wcale nie dziwiło. Sama jestem kobietą i byłam tym totalnie zażenowane.

korpo

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (127)