Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

inga

Zamieszcza historie od: 19 września 2011 - 17:01
Ostatnio: 14 września 2018 - 22:24
  • Historii na głównej: 16 z 21
  • Punktów za historie: 5594
  • Komentarzy: 833
  • Punktów za komentarze: 6140
 
zarchiwizowany

#67271

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chciałam dziś założyć lokatę online w banku, z którego usług już wcześniej korzystałam i byłam zadowolona. Co istotne, w międzyczasie (rok temu) zmienił on strukturę, nazwę (powstały dwie marki, o nazwach nie kojarzących się z "centralą") i wygląd strony internetowej.

Wchodzę w zakładkę "lokaty dla klientów indywidualnych".
Są dwie wersje: "łącząca" [nazwy lokat zmienione] - dawniej można ją było założyć online, teraz zamiast przycisku "załóż online" jest tylko "znajdź oddział". No trudno. Sprawdzam drugą wersję, "pro". Wymaga założenia rachunku, ale teoretycznie można to zrobić online.
Więc klikam "załóż online". Otwiera się nowa karta, a na niej zamiast wniosku o rachunek, trzy wersje lokat, o jakichś zupełnie innych nazwach. Lokaty "pro" (z rachunkiem) w ogóle nie ma, pojawiła się jakaś promocyjna dla nowych klientów (której nie było na stronie głównej), za to okazuje się, że "łączącą", nazwaną dla niepoznaki "sprytną" jednak da się założyć z własnej kanapy. Żeby nie było za prosto - w adresie nowej karty nie pojawia się w ogóle nazwa banku, a we wniosku o założenie lokaty nadal funkcjonuje on pod starą nazwą.

Czyli żeby założyć online lokatę "łączącą" w banku X, której teoretycznie online założyć się nie da, trzeba kliknąć, że chce się założyć lokatę "pro", którą teoretycznie można założyć online, w praktyce - chyba jednak się nie da, następnie kliknąć "załóż online zupełnie inaczej nazywającą się lokatę" w zupełnie inaczej nazywającym się banku Y. Proste, prawda? Pewnie żeby założyć tę "pro" z rachunkiem, trzeba kliknąć, że chce się kredyt dla firmy, a żeby założyć rachunek bieżący - wejść w zakładkę "produkty korporacyjne".

Bank dostaje ode mnie wirtualny order z ziemniaka w kategorii "jak skutecznie utrudnić klientowi skorzystanie ze swoich usług".

bank

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (32)
zarchiwizowany

#66030

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dwie aktualne, o znajomości przepisów.

1. Skrzyżowanie ruchliwej, dwujezdniowej ulicy z węższą.
Wzdłuż dwujezdniowej biegnie ścieżka rowerowa, na skrzyżowaniu są też przejazdy rowerowe. Czekam na światłach na rowerze, na węższej ulicy, planuję przeciąć szerszą i jechać na wprost. Przede mną ok. 5-6 aut.

Podjeżdża taksówkarz, ustawia się obok mnie i otwiera szybę:
[t] - czemu pani jedzie ulicą zamiast ścieżką?
[ja] - jaką ścieżką?
[t] - no tam (macha ręką w stronę przejazdu rowerowego przez dwujezdniową ulicę)
[ja] - to przejazd rowerowy, zamierzam na niego wjechać, ale jak mam do niego legalnie dotrzeć, jak nie ulicą?
[t] - no jak, chodnikiem
[ja] - ale to nielegalne, nie mogę tu jechać chodnikiem
[t] - eeee, przecież ma ponad 2 m szerokości
[ja] - tak, ale tu jest ograniczenie do 50, muszę jechać ulicą, nie zna pan przepisów
[t] - aaaa idź pani z taka znajomością przepisów
Machnął ręką, zamknął okno, nie zdążyłam dokończyć.

2. Idę jedną z ulic w ścisłym centrum miasta. Strefa bardzo ograniczonego ruchu. Mimo to pani jedzie na rowerze chodnikiem, szerokim może na metr, lawirując powoli między pieszymi, latarniami, znakami i koszami na śmieci.
Nie wytrzymałam, pytam spokojnie:
[ja] - przepraszam, czemu nie jedzie pani ulicą, przecież jest pusta
[pani] - ulicą? jak pani to sobie wyobraża? jestem z DZIECKIEM! Mogę jechać chodnikiem.
[ja] - ale... "dziecko" ma więcej niż 6 lat, prawda?
Na oko miało, jechało na rowerze z 26-calowymi kołami i było prawie mojego wzrostu.

Zawodowy kierowca nieznający przepisów i matka, ucząca dziecko jazdy niezgodnej z nimi. Ręce opadają.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (29)
zarchiwizowany

#65274

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiem, że historie o spotkaniach kierowców aut i rowerzystów budzą na piekielnych skrajne emocje. Ale zaryzykuję i dorzucę swoją - bo wydaje mi się, że bardzo dobrze pokazuje przyczyny wielu drogowych konfliktów.

Gdyby bohater historii (elegancki pan 60+, w nowiutkim terenowym Mercedesie, u jego boku równie elegancka żona w futrze) miał opisać swoją wersję historii, pewnie brzmiałaby ona następująco:
Jadę spokojnie ulicą, przede mną wlecze się rowerzystka. Znacie ten typ - torebeczka, obcasy, damka i myśli że jest królową szosy. Ma tuż obok ścieżkę rowerową - ale nie, musi jechać ulicą. Nie dość, że jedzie nieprzepisowo, blokuje ruch, to jeszcze uparcie nie daje się wyprzedzić. Po drugiej próbie zatrzymałem się wkurzony, próbuję tłumaczyć durnej babie, że łamie przepisy. Tylko się na mnie wydarła.
Dopóki wszyscy rowerzyści nie będą zdawali obowiązkowego egzaminu z przepisów ruchu drogowego, takie idiotki będą stanowiły zagrożenie dla uczciwie jeżdżących kierowców!

Z mojej perspektywy wyglądało to następująco: jadę spokojnie ulicą w centrum (Kraków, Łobzowska), w tempie spacerowym, bo kierowca auta przede mną szuka miejsca parkingowego. Trzymam bezpieczną odległość, na pół długości auta. Nagle facet jadący za mną zaczyna mnie wyprzedzać. "Wyprzedzanie" to nie jest chyba najlepsze słowo. Po prostu jedzie równolegle do mnie, stopniowo się zbliżając (na ok. 30 cm) i spychając mnie ku wysokiemu krawężnikowi. Kurcze, chyba celowo, musi mnie widzieć, bo jestem na wysokości jego bocznej szyby. Ale sytuacja się powtarza. Dwutonowe auto, ja z rowerem jakieś 80 kg, zaczęłam się denerwować. Znów dzwonię, facet się zatrzymuje, opuszcza szybę i... jak nie wrzaśnie! Żem głupia baba! Mam obok ścieżkę, to czemu nią nie jadę! Zdążyłam tylko odkrzyknąć: to KONTRPAS! Służy do jazdy w przeciwnym kierunku! Pan ewidentnie nie rozumie o co chodzi. Odkrzykuje: po pasach się nie jeździ! A WY zawsze jeździcie! I odjechał z piskiem opon.

Mam prawo jazdy od 12 lat, znam przepisy i się do nich stosuje. Nie, nie przejechałam po pasach ani dziś, ani żadnego innego dnia. Wiem, że nie wszyscy rowerzyści jeżdżą zgodnie z prawem - ale dlaczego ja dostaję za to ochrzan w imię zbiorowej odpowiedzialności? I czy to w jakimkolwiek stopniu uzasadnia próbę zepchnięcia mnie z drogi? Niestety kierowcy, którzy - jak ten pan - robili prawo jazdy, gdy żadne kontrpasy nikomu się nie śniły, nie znają obowiązujących przepisów i za tego typu niebezpieczne sytuacje winią rowerzystów. Regularnie dostaję ochrzan za jazdę bez świateł w dzień, za "wymuszenie pierwszeństwa" na przejeździe rowerowym, jazdę pod prąd (gdy poruszam się kontrpasem lub w miejscu gdzie to dopuszczalne) itp.

[Mam nadzieję, że moja historia nie zostanie uznana za szczucie na siebie nawzajem obu grup, bo jako rowerzystka i kierowca widzę zarówno grzechy, jak i sympatyczne zachowania po obu stronach. Ot, idioci poruszają się różnymi środkami transportu, ale każdy ponosi winę wyłącznie za łamanie przepisów przez samego siebie].

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (54)
zarchiwizowany

#60654

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zwykle nie mam problemów z uprzejmym spławieniem konsultantów wciskających mi kredyty i inne ubezpieczenia. Nie tym razem.

Konsultant: Witam, z tej strony Marek X, czy mogę przedstawić pani ofertę banku X?
Ja: Tak, oczywiście.
K: Czy byłaby Pani zainteresowana kontem oszczędnościowym, wpłaca pani co miesiąc min. ileśset złotych i po 10 latach otrzymuje je pomnożone o x%
Ja: nie, dziękuję, pracuję na "śmieciówkach", mam niezbyt wysokie, nieregularne i niepewne dochody, nie mogę zadeklarować comiesięcznych wpłat
K: rozumiem. A może chce pani odkładać pieniądze na edukację dzieci? Mamy takie specjalne konto...
Ja: nie, dziękuję, nie mam jeszcze dzieci i nie planuję ich mieć przez najbliższych kilka lat, poza tym, jak panu mówiłam, pracuję na "śmieciówkach", mam niezbyt wysokie, nieregularne i niepewne dochody, nie mogę zadeklarować comiesięcznych wpłat
K: rozumiem, to może byłaby pani zainteresowana kredytem konsumpcyjnym?
Ja: nie, dziękuję, jak już mówiłam, pracuję na "śmieciówkach", mam niezbyt wysokie, nieregularne i niepewne dochody, które jednak pozwalają mi sfinansować bieżące wydatki i nie chciałabym obciążać się spłatą kredytu
K: to mam jeszcze ostatnie pytanie - może byłaby pani zainteresowana KREDYTEM HIPOTECZNYM? :D

Nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem. I powtórzyłam uprzejmie: jak panu mówiłam...

bank

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (262)
zarchiwizowany

#55607

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wciąż trzęsę się ze zdenerwowania.

Wracam autem do domu, jadę spokojnie swoją wąską uliczką. Wzdłuż chodnika po lewej stronie jak zwykle parkuje rząd samochodów, więc szanse na minięcie się dwóch aut nie będących smartami - zerowe.

Widzę, że jadąca z naprzeciwka nauka jazdy chowa się w najbliższym dostępnym miejscu, żeby przepuścić jadące przede mną auto. Niestety, tym "najbliższym dostępnym miejscem" jest moja brama wjazdowa. Jako zaprawiony w bojach uprzejmy kierowca zatrzymuję się w miejscu, w którym możemy się minąć i staram się jak najlepiej wytłumaczyć kursantce swoje plany: migacz w lewo, otwieram pilotem bramę metr od jej drzwi od strony pasażera i migam długimi. Czekam. Kursantka ma za sobą jakieś 3 m wolnego miejsca, ja nadal chcę ją przepuścić, mimo to tkwi w mojej bramie. Skoro tak - ok. Ruszam. Staję przy prawej krawędzi jezdni, na wysokości bramy, migam, czekam. Nic. Otwieram okno, próbuję uprzejmie wytłumaczyć o co chodzi. Szok. Kursantka patrzy tępo w przestrzeń a instruktorka szczerzy zęby. Stoimy tak sobie, ja zmieniam formę przekazu na czytelniejszą (klakson). I wtedy dzieje się coś niesamowitego. Kursantka, z pomocą instruktorki (cztery ręce na kierownicy + doping) ruszają swoją Yariską w tę wąziuteńką przestrzeń między mną a autem zaparkowanym po lewej. Na centymetry, a właściwie centymetry ujemne, bo panna składa mi lusterko (na szczęście - nielakierowane!). I zgodnie z oczekiwaniami - utyka, mając po swojej lewej - mnie, po prawej - zaparkowane auto, a przed sobą - kolejne, wystające o 5 cm bardziej na ulicę. I nadal zastawia mi bramę! Wtedy dowiedziałam się wreszcie, że zdaniem instruktorki ja - mając pierwszeństwo! - powinnam była wjechać na chodnik po prawej (15 cm wys.) i w ten sposób ustąpić miejsca pannie!
Mam prawo jazdy kilkanaście lat, 0 punktów karnych, 0 mandatów (nawet za nieprawidłowe parkowanie), ba! ani pół pouczenia, ani ćwierć rysy (a przejechałam autem Europę od Estonii po Portugalię) i nie pamiętam, żeby w polskim ani jakimkolwiek innym KRD dopuszczone było ocieranie się o cudze auta!
W końcu odpuściłam, minęłam genialną kursantkę, objechałam dwa kwartały, bo cofnąć się do bramy już nie byłam w stanie. Całość zajęła dobry kwadrans. A wystarczyło skorzystać z mojej uprzejmości i dać się przepuścić!

Oczywiście, gdy tylko ochłonęłam żałowałam że nie zrobiłam dwóch rzeczy (no, może trzech). Po pierwsze - mogłam spokojnie poczekać aż panna się wycofa. Przecież do przodu by nie pojechała ;) Po drugie - mogłam zrobić kilka zdjęć całej sytuacji (ze zbliżeniem na lusterka) i wysłać je do szkoły jazdy. Po trzecie wreszcie - mogłam wezwać policję, bo dziewczątko pod pilnym okiem instruktorki chciało mnie staranować.

Jasne, sytuacja nie była niebezpieczna, groziło mi co najwyżej przetarcie całego boku i mordobicie (byłoby epickie! wszystkie zawodniczki w kategorii wagowej do 55 kg;) ale zaczęłam sobie wyobrażać jak będzie jeździć tak wyszkolona osoba, gdy zda już egzamin na prawo jazdy... Jak bohaterka kolejnych opowieści, zatytułowanych "baby za kierownicą". I jako baba-naprawdę-dobry-kierowca jestem o to wściekła!

[tak, to moja pierwsza historia, nie, nie proszę o wyrozumiałość]

[uprzedzając pytania - na bramie nie ma zakazu zatrzymywania się i postoju. Wg KRD dopuszczalne jest zatrzymanie się w bramie, postój - nie. Od momentu wjazdu panny przed moją bramę do chwili, gdy postanowiłam ruszyć minęło ok. 3 minut, więc na pewno był to już nielegalny postój a nie zatrzymanie się]

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (212)

1