Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

inga

Zamieszcza historie od: 19 września 2011 - 17:01
Ostatnio: 16 sierpnia 2018 - 23:19
  • Historii na głównej: 15 z 20
  • Punktów za historie: 5381
  • Komentarzy: 832
  • Punktów za komentarze: 6130
 

#68626

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowane kolejną historią o dziekanacie.
Należę do dość licznej grupy wykładowców - wolnych strzelców, którzy w oczekiwaniu na konkurs na etat dorabiają, prowadząc pojedyncze zajęcia na różnych kierunkach. Ponieważ jestem pracownikiem zewnętrznym, typowa pani Grażynka z sekretariatu i typowy pan Waldek portier nie mają żadnego powodu, by być dla mnie mili.

W każdym semestrze kilka telefonów, zwykle w piątek po południu. Jest do podpisania przydział zajęć, protokół, oświadczenie itp., trzeba przyjechać już, teraz, najpóźniej jutro, bo dokumenty muszą trafić do kolejnego działu w poniedziałek rano. "A to pani nie ma jutro zajęć?". Nie, nie mam, a pani Grażynka może to sprawdzić w minutę, bo sama ustalała mój grafik. Za to gdy oni muszą coś podpisać - pojęcie "pilnie" nie istnieje. Umowa na prowadzenie zajęć - jak się upomnisz, będzie w styczniu. "Bo wie pani, we wrześniu są zapisy, sesja poprawkowa, w październiku nowi studenci, umowy przygotowujemy zawsze w listopadzie, a zanim dyrektor podpisze, kwestor zatwierdzi...". I jeszcze "zawsze tak było i nikt się nie skarżył". "Przygotowanie umowy" polega na zmianie daty i numeru na zeszłorocznym formularzu. I tak pracuje się 4 miesiące bez umowy. A bez niej nie można nawet przedłużyć karty do biblioteki uniwersyteckiej.

Przelew wynagrodzenia za zajęcia trwające cały rok?
Nawet pod koniec października kolejnego roku akademickiego. Swoją drogą, o stawkach, które płaciła słynna Wyższa Szkoła Nie Pamiętam Czego w Nowym Tomyślu można tylko pomarzyć ;)
Nigdy nie zdarzyło się, żeby informacja przesłana do sekretariatu trafiła na stronę internetową, tak jak prosiłam. Na szczęście można wysłać wiadomość przez USOS, ale i tak znajdzie się kilku studentów, piszących maile z pretensjami, że na stronie instytutu nie podano terminu egzaminu.

Kilka razy dowiedziałam się, że zajęcia są odwołane (np. w związku z konferencją naukową) dopiero wtedy, gdy na nie przyjechałam. "To przecież pani, jako pracownik, powinna wiedzieć najlepiej, co się dzieje w instytucie" - usłyszałam od portiera. Niby skąd, skoro bywam w nim w sumie 3 godziny w miesiącu i nie spotykam nikogo poza moimi studentami?
Przestałam już zgłaszać usterki sprzętu. Na uczelni pojawiam się gdy sekretariat już nie pracuje, a telefonicznie niczego nie wyegzekwuję. Po dwóch miesiącach zaczęłam wozić własny kabel do rzutnika i pisaki do tablicy. Tłumaczenia, że nie mogę prowadzić zajęć, jeśli każde zdjęcie jest niebieskie, nie działały.

Nie można się postawić - etykietka awanturnicy z pretensjami nie ułatwia zdobycia kolejnych zleceń, stawki są zatwierdzane przez Radę Wydziału, a zmuszaniem wykładowców do pracy bez umowy nikt się nie przejmuje. Zresztą jakie to ma znaczenie, skoro data podpisania umowy nie wpływa na datę wypłaty wynagrodzenia? Innymi słowy - jest super :)

uczelnia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (306)
zarchiwizowany

#67271

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chciałam dziś założyć lokatę online w banku, z którego usług już wcześniej korzystałam i byłam zadowolona. Co istotne, w międzyczasie (rok temu) zmienił on strukturę, nazwę (powstały dwie marki, o nazwach nie kojarzących się z "centralą") i wygląd strony internetowej.

Wchodzę w zakładkę "lokaty dla klientów indywidualnych".
Są dwie wersje: "łącząca" [nazwy lokat zmienione] - dawniej można ją było założyć online, teraz zamiast przycisku "załóż online" jest tylko "znajdź oddział". No trudno. Sprawdzam drugą wersję, "pro". Wymaga założenia rachunku, ale teoretycznie można to zrobić online.
Więc klikam "załóż online". Otwiera się nowa karta, a na niej zamiast wniosku o rachunek, trzy wersje lokat, o jakichś zupełnie innych nazwach. Lokaty "pro" (z rachunkiem) w ogóle nie ma, pojawiła się jakaś promocyjna dla nowych klientów (której nie było na stronie głównej), za to okazuje się, że "łączącą", nazwaną dla niepoznaki "sprytną" jednak da się założyć z własnej kanapy. Żeby nie było za prosto - w adresie nowej karty nie pojawia się w ogóle nazwa banku, a we wniosku o założenie lokaty nadal funkcjonuje on pod starą nazwą.

Czyli żeby założyć online lokatę "łączącą" w banku X, której teoretycznie online założyć się nie da, trzeba kliknąć, że chce się założyć lokatę "pro", którą teoretycznie można założyć online, w praktyce - chyba jednak się nie da, następnie kliknąć "załóż online zupełnie inaczej nazywającą się lokatę" w zupełnie inaczej nazywającym się banku Y. Proste, prawda? Pewnie żeby założyć tę "pro" z rachunkiem, trzeba kliknąć, że chce się kredyt dla firmy, a żeby założyć rachunek bieżący - wejść w zakładkę "produkty korporacyjne".

Bank dostaje ode mnie wirtualny order z ziemniaka w kategorii "jak skutecznie utrudnić klientowi skorzystanie ze swoich usług".

bank

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (32)
zarchiwizowany

#66030

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dwie aktualne, o znajomości przepisów.

1. Skrzyżowanie ruchliwej, dwujezdniowej ulicy z węższą.
Wzdłuż dwujezdniowej biegnie ścieżka rowerowa, na skrzyżowaniu są też przejazdy rowerowe. Czekam na światłach na rowerze, na węższej ulicy, planuję przeciąć szerszą i jechać na wprost. Przede mną ok. 5-6 aut.

Podjeżdża taksówkarz, ustawia się obok mnie i otwiera szybę:
[t] - czemu pani jedzie ulicą zamiast ścieżką?
[ja] - jaką ścieżką?
[t] - no tam (macha ręką w stronę przejazdu rowerowego przez dwujezdniową ulicę)
[ja] - to przejazd rowerowy, zamierzam na niego wjechać, ale jak mam do niego legalnie dotrzeć, jak nie ulicą?
[t] - no jak, chodnikiem
[ja] - ale to nielegalne, nie mogę tu jechać chodnikiem
[t] - eeee, przecież ma ponad 2 m szerokości
[ja] - tak, ale tu jest ograniczenie do 50, muszę jechać ulicą, nie zna pan przepisów
[t] - aaaa idź pani z taka znajomością przepisów
Machnął ręką, zamknął okno, nie zdążyłam dokończyć.

2. Idę jedną z ulic w ścisłym centrum miasta. Strefa bardzo ograniczonego ruchu. Mimo to pani jedzie na rowerze chodnikiem, szerokim może na metr, lawirując powoli między pieszymi, latarniami, znakami i koszami na śmieci.
Nie wytrzymałam, pytam spokojnie:
[ja] - przepraszam, czemu nie jedzie pani ulicą, przecież jest pusta
[pani] - ulicą? jak pani to sobie wyobraża? jestem z DZIECKIEM! Mogę jechać chodnikiem.
[ja] - ale... "dziecko" ma więcej niż 6 lat, prawda?
Na oko miało, jechało na rowerze z 26-calowymi kołami i było prawie mojego wzrostu.

Zawodowy kierowca nieznający przepisów i matka, ucząca dziecko jazdy niezgodnej z nimi. Ręce opadają.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (29)
zarchiwizowany

#65274

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiem, że historie o spotkaniach kierowców aut i rowerzystów budzą na piekielnych skrajne emocje. Ale zaryzykuję i dorzucę swoją - bo wydaje mi się, że bardzo dobrze pokazuje przyczyny wielu drogowych konfliktów.

Gdyby bohater historii (elegancki pan 60+, w nowiutkim terenowym Mercedesie, u jego boku równie elegancka żona w futrze) miał opisać swoją wersję historii, pewnie brzmiałaby ona następująco:
Jadę spokojnie ulicą, przede mną wlecze się rowerzystka. Znacie ten typ - torebeczka, obcasy, damka i myśli że jest królową szosy. Ma tuż obok ścieżkę rowerową - ale nie, musi jechać ulicą. Nie dość, że jedzie nieprzepisowo, blokuje ruch, to jeszcze uparcie nie daje się wyprzedzić. Po drugiej próbie zatrzymałem się wkurzony, próbuję tłumaczyć durnej babie, że łamie przepisy. Tylko się na mnie wydarła.
Dopóki wszyscy rowerzyści nie będą zdawali obowiązkowego egzaminu z przepisów ruchu drogowego, takie idiotki będą stanowiły zagrożenie dla uczciwie jeżdżących kierowców!

Z mojej perspektywy wyglądało to następująco: jadę spokojnie ulicą w centrum (Kraków, Łobzowska), w tempie spacerowym, bo kierowca auta przede mną szuka miejsca parkingowego. Trzymam bezpieczną odległość, na pół długości auta. Nagle facet jadący za mną zaczyna mnie wyprzedzać. "Wyprzedzanie" to nie jest chyba najlepsze słowo. Po prostu jedzie równolegle do mnie, stopniowo się zbliżając (na ok. 30 cm) i spychając mnie ku wysokiemu krawężnikowi. Kurcze, chyba celowo, musi mnie widzieć, bo jestem na wysokości jego bocznej szyby. Ale sytuacja się powtarza. Dwutonowe auto, ja z rowerem jakieś 80 kg, zaczęłam się denerwować. Znów dzwonię, facet się zatrzymuje, opuszcza szybę i... jak nie wrzaśnie! Żem głupia baba! Mam obok ścieżkę, to czemu nią nie jadę! Zdążyłam tylko odkrzyknąć: to KONTRPAS! Służy do jazdy w przeciwnym kierunku! Pan ewidentnie nie rozumie o co chodzi. Odkrzykuje: po pasach się nie jeździ! A WY zawsze jeździcie! I odjechał z piskiem opon.

Mam prawo jazdy od 12 lat, znam przepisy i się do nich stosuje. Nie, nie przejechałam po pasach ani dziś, ani żadnego innego dnia. Wiem, że nie wszyscy rowerzyści jeżdżą zgodnie z prawem - ale dlaczego ja dostaję za to ochrzan w imię zbiorowej odpowiedzialności? I czy to w jakimkolwiek stopniu uzasadnia próbę zepchnięcia mnie z drogi? Niestety kierowcy, którzy - jak ten pan - robili prawo jazdy, gdy żadne kontrpasy nikomu się nie śniły, nie znają obowiązujących przepisów i za tego typu niebezpieczne sytuacje winią rowerzystów. Regularnie dostaję ochrzan za jazdę bez świateł w dzień, za "wymuszenie pierwszeństwa" na przejeździe rowerowym, jazdę pod prąd (gdy poruszam się kontrpasem lub w miejscu gdzie to dopuszczalne) itp.

[Mam nadzieję, że moja historia nie zostanie uznana za szczucie na siebie nawzajem obu grup, bo jako rowerzystka i kierowca widzę zarówno grzechy, jak i sympatyczne zachowania po obu stronach. Ot, idioci poruszają się różnymi środkami transportu, ale każdy ponosi winę wyłącznie za łamanie przepisów przez samego siebie].

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (54)

#64539

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko.

Dopadł mnie urząd skarbowy. Niezapłacony podatek, odziedziczony po ojcu, szczegóły nieistotne. Napisałam wniosek o rozłożenie spłaty na raty, gdyż utrzymywałam się tylko z mizernego stypendium doktoranckiego (które nie jest traktowane jako dochód) i nielicznych zleceń. Dołączyłam PITy z poprzednich lat, wyjaśniłam swoją sytuację finansową i zawodową.

Dostałam decyzję odmowną, z uzasadnieniem:
- moja sytuacja finansowa jest zła, ale w ciągu ostatniego roku moje dochody wzrosły aż dwukrotnie!
[Tak, wzrosły z 3 do 6 tys. Kwota długu - 8 tys.]

- co więcej, dług dziedziczy kilku spadkobierców, więc urząd nie może rozłożyć go na raty tylko jednemu
[a właśnie że może... i rozłożył... tylko nie mi, a pozostałym spadkobiercom, w tym drugiej żonie ojca, prowadzącej własną firmę. Niestety dowiedziałam się o tym zbyt późno, by złożyć odwołanie lub zażalenie]

Ot, logika Urzędu Skarbowego ;)

Urząd Skarbowy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 420 (506)
zarchiwizowany

#60654

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zwykle nie mam problemów z uprzejmym spławieniem konsultantów wciskających mi kredyty i inne ubezpieczenia. Nie tym razem.

Konsultant: Witam, z tej strony Marek X, czy mogę przedstawić pani ofertę banku X?
Ja: Tak, oczywiście.
K: Czy byłaby Pani zainteresowana kontem oszczędnościowym, wpłaca pani co miesiąc min. ileśset złotych i po 10 latach otrzymuje je pomnożone o x%
Ja: nie, dziękuję, pracuję na "śmieciówkach", mam niezbyt wysokie, nieregularne i niepewne dochody, nie mogę zadeklarować comiesięcznych wpłat
K: rozumiem. A może chce pani odkładać pieniądze na edukację dzieci? Mamy takie specjalne konto...
Ja: nie, dziękuję, nie mam jeszcze dzieci i nie planuję ich mieć przez najbliższych kilka lat, poza tym, jak panu mówiłam, pracuję na "śmieciówkach", mam niezbyt wysokie, nieregularne i niepewne dochody, nie mogę zadeklarować comiesięcznych wpłat
K: rozumiem, to może byłaby pani zainteresowana kredytem konsumpcyjnym?
Ja: nie, dziękuję, jak już mówiłam, pracuję na "śmieciówkach", mam niezbyt wysokie, nieregularne i niepewne dochody, które jednak pozwalają mi sfinansować bieżące wydatki i nie chciałabym obciążać się spłatą kredytu
K: to mam jeszcze ostatnie pytanie - może byłaby pani zainteresowana KREDYTEM HIPOTECZNYM? :D

Nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem. I powtórzyłam uprzejmie: jak panu mówiłam...

bank

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (262)

#58084

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo mała, codzienna piekielność.

Spóźniona pędzę do domu. Przed wejściem do klatki elegancka pani w średnim wieku, słusznej postury. Futerko, kapelusz, ąę. Skutecznie zastawia drzwi, z telefonem przyciśniętym wciąż do ucha:
- Taaak, Kasieńko, już jestem, ale upewnię się jeszcze, blok nr X, bo wiesz, tu u was wszystko takie skomplikowane, miły pan ochroniarz mnie pokierował, ale wiesz, dziwne to takie, stoi teraz i mnie obserwuje (i wszystko słyszy; kolejne 2 minuty w tym samym tonie).
Pani tak zaaferowana, że mojego przepraszam nawet nie słyszy.
Wchodzi. Ufff. Staje przy domofonie.
- Kasieńko, tak stoję i nie wiem, jak to obsłużyć, mówisz, że jest instrukcja, ale to jak ja mam zadzwonić, bo zupełnie nie wiem, bo wiesz, w tych nowych blokach takie skomplikowane, nie nie wychodź po mnie, może za chwilę, bo pewnie i tak się zgubię (pani w międzyczasie przechodzi na podwójną komunikację, marudząc i do domofonu i przez telefon, Kasieńka otwiera, pani - wciąż trajkocząc - nie słyszy brzęczenia).

Udaje mi się zwrócić na siebie uwagę, przepraszam Panią, otwieram kartą drzwi, które zdążyły się z powrotem zablokować, przytrzymuję je, z uśmiechem puszczam panią przodem i... słyszę ciąg dalszy tyrady, niosącej się po korytarzu:
- Kasieńko, wiem, coś nam przerwało, jakaś pani, STRASZNIE NERWOWA, no wzięła coś nacisnęła, rozłączyło, no zupełnie nie wiem, wiesz, jak tak można, no tak, weszłam, ale wiesz...

Współczuję Kasieńce ;)

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 649 (763)

#55873

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam od NFZ zaproszenie na darmowe badania "babskie". Bardzo miło z ich strony, prawda?
Szkoda tylko, że nie wysłano go na mój adres, który zgłaszałam i potwierdzałam przy każdej wizycie w NFZ i u lekarza.
Nawet nie na adres zameldowania mojego męża (wpisany we wniosku o zgłoszenie mnie do jego ubezpieczenia).
Ani na jego adres korespondencyjny, podawany w NFZ.
Nie, wybrano adres pod którym mąż nie mieszka od kilku lat, pod którym nigdy nie był zameldowany, nie zapisał się też do tamtejszej przychodni.

Jak NFZ na to wpadł - nie wiem. Ale jestem pod wrażeniem!

NFZ

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 447 (513)

#55671

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy domek letniskowy, wybudowany przez mojego dziadka w l. 70-80 w niewielkiej wsi na pd. Polski. Co istotne, nie jest to typowa miejscowość letniskowa, a zwykła wieś, w której gmina postanowiła odrolnić kilka działek, nie nadających się pod uprawy, więc oprócz nas i raptem 4 sąsiadów, reszta mieszkańców to lokalsi - i to o nich będzie historia, a właściwie seria historii, które miały miejsce od końca l. 80 do dziś.

- babcię budzi hałas na zewnątrz. W ogrodzie kręci się daleki sąsiad. Na widok babci oświadcza: "dzień dobry, ja po grzybki przyszedłem". I dalej zbiera nasze maślaki

- z ogrodu znikały porzeczki. Powoli, ale znikały. Zagadka wyjaśniła się po kilku dniach, gdy zobaczyłam może 5-letnią dziewczynkę, która z metalowym kubeczkiem i miną zawodowego szpiega czatowała pod naszą bramą, czekając aż wyjdziemy na spacer. Mama ją wysłała, żeby sobie pozbierała pod naszą nieobecność.

- w ogrodzie rośnie krzew winogron. Dzięki polskim genom owoce składają się w 90% z pestek i skórki a dzięki (ponoć) burgundzkim mają wysoką zawartość garbników. Znaczy się są kwaśne jak skurczybyk i w zasadzie niejadalne. Mimo to kilka lat temu postanowiłam produkować z nich własne wino. Udało się... dwa razy. Później już nigdy nie dotrwały do winobrania. Ani jedno. Na pewno nie przez ptaki, bo one raczej nie ucinają całych kiści i nie zadeptują trawnika ;)

- po dłuższej nieobecności zastaliśmy rozerwaną siatkę pomiędzy naszą działką a błotnistym nieużytkiem obok. Załataliśmy. Sąsiad przychodzi z pretensjami, bo będzie musiał prowadzić krowy z pastwiska naokoło

- innego dnia, inny sąsiad przychodzi z prośbą - żebyśmy zamykali bramę zewnętrzną tylko na zamek a nie na łańcuch z kłódką, bo przez niego nie może się dostać na działkę. A jak robił to do tej pory? Zdejmował metalową furtkę z zawiasów, a potem (jak to wytłumaczyć?...) delikatnie wysuwał ją wraz z ryglem z drugiej części zamka, osadzonej na słupku.

- do ok. 2000 r. po każdej roślince wkopanej do ogrodu po max. miesiącu zostawała dziura w ziemi

- pewnego dnia grupa sąsiadów-lokalsów weszła do ogrodu sąsiada-letnika z wiadrami i zydelkami, żeby zebrać porzeczki. Robili to bez skrępowania na naszych oczach, więc nikomu nie przyszło do głowy, że nie mają zgody właściciela. Właściciel bardzo się zdziwił, gdy przyjechał kilka dni później zebrać swoje porzeczki. Co ciekawe, zbieracze mieli klucze do ogrodu, bo sąsiad płacił im co miesiąc całkiem sporą kwotę za "dbanie o ogród".

- jednym z letników był emerytowany ksiądz, świetny człowiek, który m.in. odprawiał msze przed swoim domem w czasach głębokiej komuny. Kupił kiedyś deski od miejscowych i złożył je obok domu. Tej samej nocy nakrył wynoszących je złodziei. "Bo proszę księdza, myśmy chcieli je tylko wymienić na lepsze". Tak, to ci sami, którzy mu je wcześniej sprzedali.

- inna sąsiadka wróciła z Zachodu u samego schyłku komuny. Nie miała czasu, żeby doglądać prac, więc postanowiła wybudować dom tak, jak robi się to zagranicą - dając miejscowym robotnikom projekt i pełnomocnictwo do swojego rachunku. Dzięki kreatywnej księgowości był to najdroższy dom jaki powstał w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. A ma ok. 100 m2 ;)

- bez naszej wiedzy ścięto zdrowy, stary dąb, rosnący na naszej działce, ale już za ogrodzeniem, przy drodze. "Bo nam za dużo liści leciało na działkę"

- zlecaliśmy miejscowym "złotym rączkom" drobne roboty, płacąc uczciwe stawki. Ale farba na dachu przetrwała rok, płytki były położone krzywo a na zrobienie balkonu (niestety zapłacone z góry, bo "panie, materiały muszę kupić") czekamy już cztery lata. Materiałów też nie kupili. Więc już nigdy nikomu z nich nie zlecimy nawet przykręcenia śrubki.

- co kilka lat powraca pomysł założenia kanalizacji. Letnicy są za, miejscowi protestują. Dopóki można spuścić zawartość szamba do strumyczka płynącego pod lasem, po co przepłacać?

Nie chodzi mi o te porzeczki, winogrona i garść grzybów, ale ich mentalność. Przez te wszystkie lata żyliśmy z nimi zgodzie. Z wyjątkiem wspomnianej sąsiadki wszyscy przyjezdni byli zwykłymi szaraczkami, budującymi domki własnymi rękami, nie związanymi w żaden sposób z władzami i/lub partią, biedniejszymi nawet od lokalsów, którzy nielegalnie handlowali mięsem ;) My nadal pracujemy w budżetówce, za to prawie wszyscy miejscowi w ciągu ostatnich 20 lat zarobili "na saksach" na wielkie domy z ogródkami wymuskanymi jak na Wisteria Lane, pod którymi stoją po dwa auta i kilkanaście gipsowych krasnali. Mimo to nikomu z nich nie przyszło do głowy, żeby kupić sobie krzaczek porzeczek za 10 zł zamiast zbierać cudze, zasadzić jakieś słodkie winogrona tokajskie zamiast kraść nasze, wykręcające mordę i uczciwie wykonać zleconą pracę, by dostać kolejne fuchy.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 714 (762)
zarchiwizowany

#55607

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wciąż trzęsę się ze zdenerwowania.

Wracam autem do domu, jadę spokojnie swoją wąską uliczką. Wzdłuż chodnika po lewej stronie jak zwykle parkuje rząd samochodów, więc szanse na minięcie się dwóch aut nie będących smartami - zerowe.

Widzę, że jadąca z naprzeciwka nauka jazdy chowa się w najbliższym dostępnym miejscu, żeby przepuścić jadące przede mną auto. Niestety, tym "najbliższym dostępnym miejscem" jest moja brama wjazdowa. Jako zaprawiony w bojach uprzejmy kierowca zatrzymuję się w miejscu, w którym możemy się minąć i staram się jak najlepiej wytłumaczyć kursantce swoje plany: migacz w lewo, otwieram pilotem bramę metr od jej drzwi od strony pasażera i migam długimi. Czekam. Kursantka ma za sobą jakieś 3 m wolnego miejsca, ja nadal chcę ją przepuścić, mimo to tkwi w mojej bramie. Skoro tak - ok. Ruszam. Staję przy prawej krawędzi jezdni, na wysokości bramy, migam, czekam. Nic. Otwieram okno, próbuję uprzejmie wytłumaczyć o co chodzi. Szok. Kursantka patrzy tępo w przestrzeń a instruktorka szczerzy zęby. Stoimy tak sobie, ja zmieniam formę przekazu na czytelniejszą (klakson). I wtedy dzieje się coś niesamowitego. Kursantka, z pomocą instruktorki (cztery ręce na kierownicy + doping) ruszają swoją Yariską w tę wąziuteńką przestrzeń między mną a autem zaparkowanym po lewej. Na centymetry, a właściwie centymetry ujemne, bo panna składa mi lusterko (na szczęście - nielakierowane!). I zgodnie z oczekiwaniami - utyka, mając po swojej lewej - mnie, po prawej - zaparkowane auto, a przed sobą - kolejne, wystające o 5 cm bardziej na ulicę. I nadal zastawia mi bramę! Wtedy dowiedziałam się wreszcie, że zdaniem instruktorki ja - mając pierwszeństwo! - powinnam była wjechać na chodnik po prawej (15 cm wys.) i w ten sposób ustąpić miejsca pannie!
Mam prawo jazdy kilkanaście lat, 0 punktów karnych, 0 mandatów (nawet za nieprawidłowe parkowanie), ba! ani pół pouczenia, ani ćwierć rysy (a przejechałam autem Europę od Estonii po Portugalię) i nie pamiętam, żeby w polskim ani jakimkolwiek innym KRD dopuszczone było ocieranie się o cudze auta!
W końcu odpuściłam, minęłam genialną kursantkę, objechałam dwa kwartały, bo cofnąć się do bramy już nie byłam w stanie. Całość zajęła dobry kwadrans. A wystarczyło skorzystać z mojej uprzejmości i dać się przepuścić!

Oczywiście, gdy tylko ochłonęłam żałowałam że nie zrobiłam dwóch rzeczy (no, może trzech). Po pierwsze - mogłam spokojnie poczekać aż panna się wycofa. Przecież do przodu by nie pojechała ;) Po drugie - mogłam zrobić kilka zdjęć całej sytuacji (ze zbliżeniem na lusterka) i wysłać je do szkoły jazdy. Po trzecie wreszcie - mogłam wezwać policję, bo dziewczątko pod pilnym okiem instruktorki chciało mnie staranować.

Jasne, sytuacja nie była niebezpieczna, groziło mi co najwyżej przetarcie całego boku i mordobicie (byłoby epickie! wszystkie zawodniczki w kategorii wagowej do 55 kg;) ale zaczęłam sobie wyobrażać jak będzie jeździć tak wyszkolona osoba, gdy zda już egzamin na prawo jazdy... Jak bohaterka kolejnych opowieści, zatytułowanych "baby za kierownicą". I jako baba-naprawdę-dobry-kierowca jestem o to wściekła!

[tak, to moja pierwsza historia, nie, nie proszę o wyrozumiałość]

[uprzedzając pytania - na bramie nie ma zakazu zatrzymywania się i postoju. Wg KRD dopuszczalne jest zatrzymanie się w bramie, postój - nie. Od momentu wjazdu panny przed moją bramę do chwili, gdy postanowiłam ruszyć minęło ok. 3 minut, więc na pewno był to już nielegalny postój a nie zatrzymanie się]

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (212)